Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz

Na półkach: ,

I pomyśleć, że taki Palahniuk mógł nigdy nie zostać pisarzem.
Wciąż włóczyć się po ulicach Portland, Frisco czy LA, za miskę zupy pomagać w schronisku dla bezdomnych, naprawiać samochody w Frightlinerze, wykonywać wszystkie te dorywcze prace niskozatrudnionego (pomimo ukończenia studiów dziennikarskich), trwonić czas na kolejne aberracje Santa Rampage z chłopakami, którzy zwiali z sekty Suicide Club of San Francisco i, odwrotnie niż w życiu , jako zblazowany trzydziestopięciolatek bez planów i perspektyw zupełnie przypadkiem nie trafić na kurs pisarstwa zorganizowany przez Toma Spanbauera.
Ale gdy już postanowił pisać dla pieniędzy i sławy, trzecią ze swoich powieści wdarł się na literacki Parnas z nagrodą samego New York Timesa.
To właśnie recenzowane poniżej, nie zawaham się użyć, genialne, „Udław się” z 2001 roku.
W swej zamierzonej, precyzyjnie gorzko-rozpaczliwej dziwności „Choke” to dzieło do tego stopnia niesamowite, że chyba pora na dokonanie zmian w osobistej historii literatury na czasy przed i po Palahniuku.
Czego więc spodziewać się po pisarzu z powyższą charakterystyką?
Totalnego odjazdu?
Programowego szargania świętości?
Wulgarnej makabreski?
Obscenicznej wiwisekcji „ American way of life”?
Kolejnej erupcji bulwersującej kołtuństwo estetyki szoku, tak nieobcej literaturze zza oceanu?
Pewnie, że otrzymujemy wszystkiego po trochu.
Za to w zadziwiająco dojrzałej, lingwistycznie minimalistycznej, precyzyjnie zdyscyplinowanej formie - oryginalnej, uniwersalnej przypowieści o kondycji współczesnego człowieka.
Zdecydowanie poruszająca, miejscami wstrząsająca proza, w której z pozoru absurdalna groteska, cynizm, pozorny nihilizm i czarny humor pełnią funkcje ornamentów dla ukazania ontologiczno-etycznego dramatu cierpiącej (trzeba przyznać, że specyficznie, ale jednak) jednostki.
„Choke” to też bardzo przekorna powieść, w której Palahniuk uczynił wszystko, by nagromadzenie i groteskowe zestawienie wyeksploatowanych przez tanią literaturę brukową motywów nie przysłoniło, a nawet wzmocniło poważną etyczno-egzystencjalną wymowę utworu.
Okazuje się, że spod pióra autora „Fight Clubu” wyłonił się pełnokrwisty moralitet i nie przeszkodziło w tym obsadzenie w głównej roli kompulsywnego seksoholika (żeby było, nie wiem, zabawniej? w dzieciństwie porwanego z wózka przez obłąkaną matkę testującą granice wolności), który co rano za grosze odgrywa służącego w grupie rekonstruującej XVIII wieczny sposób życia w kolonii Dunsboro, po południu odwiedza w hospicjum umierająca matkę, przed którą gra role kolejnych znajomych, a wieczorami celowo dławi się w restauracjach, by nie tylko zarabiac na kosztowne leczenie matki, ale tez szukać perwersyjnego sposobu na dośc wynaturzoną socjalizację.
Recepcja powieści była ambiwalentna. Oprócz opinii entuzjastycznych (takiej jak ta, urzeczonego Palahniukiem autora ponizsżej recenzji) odezwały się liczne głosy (naturalnie i jak łatwo się domyślić z tzw. prawej strony czytelniczego spektrum) zgorszonych, którzy po płytkiej i pobieżnej lekturze oskarżyli autora „Rozbitka” o szerzenie nihilizmu, pornografii, epatowanie cynicznie zamierzonym ikonoklazmem oraz etyczny woluntaryzm. Który to już moralista w szeregu tych, którym średnio kompetentni strażnicy cudzej przyzwoitości zaordynowali cykutę…?
Równie kompulsywna jak seks rozpaczliwie uprawiany (adekwatne do kontekstu słowo) w powieści przez Victora Manciniego krytyka oczywiście wynikała z kompletnego niezrozumienia przesłania kontrowersyjnej, jednak głeboko moralistycznej powieści Palahniuka albo z jej czysto tendencyjnego, zideologizowanego odczytania. Oczywiście autor „Choke” nie raz i nie dwa zbliża się do granicy poprawności, celowo żongluje kontrowersyjnymi motywami, prowokacyjnie rozgrywa kwestie ludzkiej religijności, seksualności, zdrowia psychicznego, nigdy jednak nie przekracza nawet granicy dobrego smaku, o amoralnej dezynwolturze w ogóle nie wspominając. Tylko trzeba powieść czytać uczciwie, bez hiperbolizowania, zgodnie z jednak wyrażnie zaznaczonymi (momentami nawet zbyt wyrażnie – ach, ten przysłowiowy amerykański czytelnik) intencjami autora.
Wtedy bez wątpienia wprawnym czytelniczo oczom ukaże się intrygująco, na raz prześmiewczo i rozpaczliwie odmalowana panorama dehumanizacji relacji międzyludzkich w zatomizowanym amerykańskim społeczeństwie przełomu milleniów.
„Udław się” to zdecydowanie specyficzna, ciężka, gęsta, mroczna i rozpaczliwa groteska. Pomimo zastosowania całego arsenału środków komicznych, w tym ewidentnie karykaturalnych (opisy przypominającego zaawansowane ćwiczenia jogi szybkiego seksu w ciasnych samolotowych toaletach; w inscenizacyjnym rozmachu niemal szekspirowsko zagrane paroksyzmy mistyfikacji dławienia się w znanych restauracjach; filmowa ucieczka i pościg za autobusem skradzionym przez psychopatyczną, przyszywaną matkę - bo innej nie było) reprezentuje amerykański tzw. nurt „hard”: ascetyczny, klinicznie czysty, laboratoryjnie zwięzły językowo. Słowem zupełnie inny od znanego nam z mocno „kwiecistej”, momentami wręcz barokowo gawędziarskiej twórczości Mrożka czy Gombrowicza.
Wszystkie tylko z pozoru groteskowe przypadki Victora Manciniego, całe to jego „motanie” i miotanie się, życiowe wygibasy, wzloty i upadki (właściwie tylko upadki) podszyte są rozpaczą. Nie tylko intelektualną świadomością tragizmu ludzkiej egzystencji, ale zupełnie realnym i fizycznie odczuwalnym, powtarzalnie przeżywanym bólem ciągłego transcendowania pustki, daremnością wołania o sens, cel i porządek rzeczy w tym spotworniałym teatrum , które z braku lepszego określenia dość upraszczająco nazwano bytem.
Żeby było zabawniej/tragiczniej* kompulsywny seksoholik Mancini nie potrafi przebrnąć przez słynny czwarty krok swojej terapii, w której ma przeanalizować, oswoić i odegnać demony wszystkich win, które doprowadziły go do momentu obecnego upadku.
Tyle że … nie znajduje.
Dlatego podejmuje absurdalną, groteskową decyzję wzięcia na siebie tych odległych win, które wmawiają mu ogarnięte demencją obrzydliwe staruchy - pensjonariuszki hospicjum, w którym dogorywa również jego przedwcześnie postarzała, psychicznie sponiewierana matka.
Staje się więc Wiktor bezczelnym gwałcicielem, przebiegłym złodziejem, mordercą kota, sprośnym podglądaczem sprzed lat. Niczym absurdalna transfiguracja antycznego tragizmu czy jakiś groteskowo wynaturzony Chrystus nowych chorych czasów bierze na siebie niezawinione winy, łaknąc jakiejś, pal licho: świętej, świeckiej, cywilnej (obojętnie) formy zbawienia. Znajduje cel.
Zostaje mesjaszem tych wszystkich zapominających już nawet o połykaniu jedzenia staruch z domu pomocy, ale własnej matce pomóc nie potrafi.
Prawdziwa tragikomedia. Z naciskiem na tragi-.
Minimalistyczna estetyka, gorzki cynizm i czarny humor to maski, które Palahniuk przywdziewa celowo, by osłonić nimi egzystencjalny dramat swojego na poły autobiograficznego protagonisty – niemożność pełnego emocjonalnego zaangażowania w relację z drugim człowiekiem w świecie pełnym absurdu, egoizmu, postępującej automatyzacji, mechanizacji, schematyzacji i w efekcie atrofii wszelkich odruchów człowieczeństwa.
Naprawdę poruszające powieściowe studium alienacji, doświadczenia absurdu egzystencji kończonej w nieludzkich, pozbawionych godności paroksyzmach demencji.
Obraz wykorzenienia i niespełnionej tęsknoty za więzią z drugim człowiekiem, niemożliwą w zatomizowanym, konsumpcjonistycznym, merkantylnie i hedonistycznie zorientowanym, zatomizowanym amerykańskim społeczeństwie doby ponowoczesności.
Koniecznie!
I, tak!
Ma boleć.

I pomyśleć, że taki Palahniuk mógł nigdy nie zostać pisarzem.
Wciąż włóczyć się po ulicach Portland, Frisco czy LA, za miskę zupy pomagać w schronisku dla bezdomnych, naprawiać samochody w Frightlinerze, wykonywać wszystkie te dorywcze prace niskozatrudnionego (pomimo ukończenia studiów dziennikarskich), trwonić czas na kolejne aberracje Santa Rampage z chłopakami, którzy...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Doskonale obca mi literatura bałkańska gwałtownie załomotała do drzwi „Obserwatorem” Evalda Flisara, ponoć jednego z bardziej znanych słoweńskich pisarzy, co może być prawdą (o prawdzie dużo więcej dziś będzie, bo to lejtmotyw powieści) gdyż i rok urodzenia – 1945, i dorobek artystyczny (nie licząc dziesiątek krótkich form - 13 powieści pisanych od 1968 do 2013 r.) wyżej wymienionego - sugerują znaczną wprawę i nietuzinkową pozycję autora na literackim firmamencie Bałkanów.
Dla mnie, jak i zapewne wielu innych filologów bałkański kierunek poszukiwań narracyjnych doznań i emocji to jednak hobbystyczna nisza, z której udało się wydobyć i upowszechnić w czytelniczej świadomości (o świadomości w kontekście książki Flisara też dalej będzie znacznie więcej) raptem kilka nazwisk. W mojej prywatnej biblioteczce dośc sieroco stoją obok siebie Milijenko Jergović z doskonałym „Wilimowskim”, Milorad Pavić ze „Słownikiem chazarskim” i Miodrag Bulatović z „Ludżmi o czterech palcach”. I tyle.
Bida, panie. Po prostu bida.
Nominacja Flisarovego „Obserwatora” do tegorocznej Nagrody Angelusa i postawienie jego powieści w jednym szeregu z „Grzybnią” Jeleny Czyżowej i „Dniami króla” Filipa Floriana to już nie przelewki, należało więc czym prędzej pochłonąć rzeczoną nominowaną beletrystykę pisarza z Gerlinci .
Przyznam, że z początku nie bardzo wiedziałem, co z ta książką począć.
Lektura pierwszych rozdziałów w rozczarowała, nawet zdumiała mnie z jednej strony dawno niewidzianą stylistyczno-składniową prostotą, niemal na granicy zamierzonego prymitywizmu, z drugiej sprawiającą wrażenie wręcz komiksowej wtórnością.
Oho, pomyślałem, kolejny postmodernistyczny bełkot. Rzecz napisana na granicy grafomanii, dzieło lokujące się blisko epicentrum kiczu. Czyżby następny jałowy popis quasi erudycji osadzony metodą kompilacji popkulturowych klisz dla średnio wybrednych konsumentów słowotocznej papki, pochłaniaczy literatury straganowej z ambicjami do czytelniczego wykształciuchostwa?
Oto prawdziwa pensjonarskość ! Zarobkowe chałturnictwo. Omijać szerokim łukiem – krzyczał Flisar niemal z każdej strony przez niemal całe trzy pierwsze rozdziały, a czytelnik podjudzony pryzową nominacją czekał i czekał, kiedy wreszcie zacznie się coś choćby tyci-tyci, ale z artyzmem.
Literaturka jeśli nie przez wielkie, to przynajmniej średnie „L” .
Panie pisarzu! Poważnie?
Cztery dychy za twardą okładkę, przychylne recenzje i co?
Jak można w ogóle, a w szczególe jak długo serio traktować schematyczne seksualno-artystyczno-tożsamościowe perypetie dwudziestodwuletniego marginalnego ljubljańskiego dramaturga Simona Beblera (beble-beble-blee… Prawda, drodzy, że kojarzy się z bełkotem?) ujęty w ramy dość wulgarnego, bazarowego bildungsromanu?
I jeszcze ten sfrustrowany młodzian pragnie ukrywać się pod filmowym pseudonimem Barton Fink.
I tenże Simon-Barton-Bógwiekto u schyłku młodego życia (tak, tak – zdiagnozowano mu letalnego raka śledziony!) na marketingowo wcisniętą konsolację otrzymuje propozycję nie do odrzucenia od nowojorskiego biznesmana Vincenta Vegi, który nie dość, że ma twarz Ala Pacino, to jeszcze leczy się psychicznie u dr. Woody’ego Allena i unika blizniaków Bruców Willisów. I tenże typek zaprasza naszego Bartona-Simona-C.ujwiekogo do samego Nju Jorku, by tam w merkantylno-artystowskiej ekstazie dozzywał swych dni ostatnich. Amen. Uff! Toż wydawałoby się, że to przerost klisz i kalek trudny do strawienia nawet dla fanatycznych admiratorów Marvela i DC Comics.
Gniot, który może oczarować jedynie zbyt pózno dojrzewające pensjonarki, te chciwie kartkujące skandalizujące książczyny pod zmietymi kołderkami, by ukryć rumieńce wywołane eskalującym oczekiwaniem na chwilowe, powierzchowne erotyczno-narracyjno-kiczowate wzmożenie.
I tu siurpryza!
Wraz z każdą kolejna stroną, gdy poczatkowo zniesmaczonemu czytelnikowi udało się już stopniowo nasiąknąć, zamoczyć i zatopić w intertekstualnym popkulturowym misz-maszu Finków, Vegów, Allenów i Austerów Flisar zagęszcza powieściowe uniwersum, wprowadza nowe wątki – rodzinny, sensacyjny, miłosny, ba najszerzej nawet filozoficzny, znacznie wzbogaca rys psychologiczny protagonisty, wbrew własnej woli każąc mu stać się, zamiast papierową kalką sensacyjnego brukowca- pełnowymiarowym bohaterem dramatu metafizycznego, tożsamościowego, a cała powieśc płynnie ewoluuje w kierunku metaforycznej przypowieści o sensie wolności, granicach ludzkiej socjalizacji i autonomii, wymiarach autentyczności ludzkiego bytu, tożsamościowym zakorzenieniu, roli prawdy i fikcji w życiu jednostki.
Symboliczna podróż Simona, programowa zmienność kolei jego losu, nagłe zwroty akcji i na pozór surrealistyczna, postmodernistyczna gra z czytelnikiem służą Flisarowi do sportretowania rozbitej i niezdolnej do określenia swoich granic, szczególnie autentyzmu, do zycia własnym życiem. Fikcja, w której zanurzony jest barton nieustannie przenika się z rzeczywistością Simona, do tego stopnia, że tenn traci rozeznanie, czy jest autentyczna czy odgrywana postacią. A może Simon odgrywa samego siebie? I co to własciwie znaczy: JA? Ile tak naprawde MNIE jest we MNIE. Tu kłania się już pełnowymiarowe Heideggerowskie „Dasein”, ta szczególna relacja pomiędzy bytem a świadomościa, chwilami sztucznie indukowaną przez kulturę nadświadomością, która jest żródłem cierpienia bohatera.
Brawo, panie Flisar (nb. zapewne przypadkiem z wykształcenia filozofie)!
Teraz, w tym nowym, szerszym, dopełnionym kontekstualnie wymiarze „Obserwator”-Simon-Barton, nieświadomy , niezdolny do autentyzmu przez co rusz sztucznie generowaną i cyklicznie interferowaną na realia nadświadomość staje się uczestnikiem krucjaty woli, bojownikiem o indywidualny, osobny, autentyczny wymiar własnej egzystencji.
Bo kto z nas tak naprawdę wie, czyje życie odgrywa?
Czy aby na pewno własne?
Warto było czekać na to, by proste środki językowe, schematyczne dialogi i momentami kliszowate ujęcia fabularne ułożyły się w końcu w pełnowymiarową, spójną i konkretną całość - filozoficzną syntezę osobistego, ontologicznego dramatu.
W multikulturowy, autotematyczny i intertekstualny spektakl o granicach poznania i możliwościach uczestnictwa w teatrze, zwanym przez niektórych życiem.

Doskonale obca mi literatura bałkańska gwałtownie załomotała do drzwi „Obserwatorem” Evalda Flisara, ponoć jednego z bardziej znanych słoweńskich pisarzy, co może być prawdą (o prawdzie dużo więcej dziś będzie, bo to lejtmotyw powieści) gdyż i rok urodzenia – 1945, i dorobek artystyczny (nie licząc dziesiątek krótkich form - 13 powieści pisanych od 1968 do 2013 r.) wyżej...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Pierwszy listopada to rytualny termin nasilonych refleksji na temat śmierci, umierania, odchodzenia.
To także czas na przywołanie z mroków przeszłości, z odmętów czasu, pamięci o ofiarach, jak również, choć u Pollacka na dalszym miejscu, sprawcach ich cierpień, martyrologii, śmierci.
Takie pogłębione refleksje upamiętniające zmarłych, czy raczej zgładzonych nie tylko podczas hekatomby II wojny światowej, ale i wcześniej, już podczas tej I, językiem bardzo oszczędnym, harmonijnym, zrównoważonym, pozbawionym nadmiernej egzaltacji, unikającym patosu, przez to nawet okrutniejszym w odbiorze, proponuje znany austriacki pisarz- polonofil Martin Pollack w zbiorze różnorodnych form prozatorskich pt. „Topografia pamięci”.
Laureat Nagrody „Angelusa” z 2007 roku za „Śmierć w bunkrze. Opowieść o moim ojcu”, wiedeński i warszawski korespondent niemieckiego „Spiegla”, autor przejmujących, fenomenalnych "Skażonych krajobrazów", a prywatnie syn Gerharda Basta – oficera SS i wnuk równie lub jeszcze bardziej radykalnego nazisty sprzed epoki Fuehrera, bez moralizatorskich ambicji naiwnego pacyfisty i protekcjonalnej wszechwiedzy naukowca – autora podręczników wiktymologii, pochyla się nad anonimowymi „dowodami” okupacyjnej gehenny ofiar.
Te „dowody” to czasem rodzinne wspomnienia, czasem z pasją gromadzone archiwalne zdjęcia – fotografie rodzącej się, kształtującej, panującej i chyba nigdy tak do końca niezamkniętej i nierozliczonej epoki pogardy, w której nad ludzką moralnością zdecydowaną przewagę uzyskały pragmatyka, statystyka, a przede wszystkim militarzm.
W „Topografii pamięci”, czasami podobnie, częściej jednak w zupełnie odmienny od prof. Jana Tomasza Grossa, a utrwalony choćby w „Złotych żniwach” sposób rusza z krucjatą pamięci, tropiąc ostatnie materialne, utrwalone na papierze fotograficznym ślady anonimowych istnień ludzkich, które epoka pieców i krematoriów, a także jej dekadę - dwie wcześniejsze antysemickie podglebie, barbarzyńsko zmiotły ze sceny świata.
Pollackowi obca jest Grossowa maniera ciągłego moralizowania, tendencyjnie kompilowanych hipotez i notorycznego wysługiwania się synekdochą, by ciągle ekstrapolować, uogólniać, systematyzować przedstawione zjawisko.
Dostarczać łatwych odpowiedzi.
Autor „Topografii pamięci” częściej stawia pytania, mnoży wątpliwości, ucieka od tez, stroni od tendencyjności. Nie posuwa się do wygodnego generalizowania. Lakonicznie formułowane frazy, zwięzłość, "czystość" i precyzja formy, brak komentarza, robią znacznie bardziej wstrząsające wrażenie od kwiecistego, postponującego mędrkowania.
Jego ambicją jest śledzenie losów jednostkowych, wyciąganie z niebytu i oddawanie pamięci potomnych bez ambicji silenia się na totalną syntezę, która to tendencja przyświeca wielu, skądinąd zrozumiałym, „moralistom” wygodnie lejącym słowa i komentarze w komfortowym czasie informacyjnej i aksjologicznej demokracji.
U Pollacka ma przemawiać obraz, a oszczędne słowo go tylko dopełniać.
Wstrząsające są zarówno z pozoru sielankowe zdjęcia dzieci unoszących dłonie w geście faszystowskiego pozdrowienia, Żydów z Linzu zmuszanych podczas szabatu do szorowania bruku, do tego w odświętnych strojach i pod pełnym pogardy oraz barbarzyńsko pojmowanej wyższości rasowej wzrokiem gapiów i faszystowskich funkcjonariuszy.
Wg analizy Pollacka faszyzm nie eksplodował nagle.
Tworzył się, urabiał i cementował w mentalności ludzkiej przez co najmniej dwie dekady przyzwolenia na panoszenie się ideologii pogardy i wykluczenia jako równorzędnej, symetrycznej do międzywojennej kruchej demokracji.
Uwikłanie Austrii w nazizm to jedna z najbardziej kompromitujących kart historii XX wiecznej Europy, jeszcze bardziej wstydliwa niż milcząca kolaboracja formalnie „neutralnej”Szwajcarii, ponieważ (nomen omen) rzesze Austriaków nie tylko wyjątkowo entuzjastycznie oczekiwały, witały i uznawały za swego przywódcę Adolfa Hitlera jeszcze przed anszlusem, ale i po formalnej klęsce nazizmu umywały ręce, nie wyrażając żadnej skruchy, w ogóle nie wspominając o jakimkolwiek zadośćuczynieniu.
Trwałość wspomnień swoich rodaków po raz kolejny testuje Martin Pollack w zbiorze esejów, szkiców, analiz „Topografia pamięci”.
Stawia tu pytania nie tyle o cel, sens i motywy, które kierowały Austriakami w latach 30., bo te w licznych pracach naukowych, popularnonaukowych, popularnych i wspominkowych poznano, opisano i przeanalizowano już dziesiątki razy i to najdokładniej, jak tylko można, ale o co najmniej ambiwalentny stosunek do zbrodni nazizmu, który wyrażali długo po zakończeniu horroru wojny i który wstydliwie przechowują właściwie do dnia dzisiejszego.
Pollack dowodzi, że w przeciwieństwie do Niemców, którzy rozliczyli się z kompromitująca historią zbrodni III Rzeszy, wyciągnęli wnioski , a nawet dokonali i wciąż dokonują ekspiacji za winy dziadów, Austriacy dotąd nie oczyścili się z odium pozostawionego przez zbrodnie przodków.
Metaforycznie rzecz ujmując, ciągle siedzą w okrytej złą sławą piwnicy Fritzla, bojąc się, odrzucając, kwestionując swój udział, racjonalizując, przemilczając, często również usprawiedliwiając te zbrodnie „obiektywnymi” okolicznościami tamtych podłych czasów.
Wstrząsające, ale w ujęciu Pollacka to właśnie Austria, dokładniej prowincja okolic Linzu, skąd pochodzili on, jego dziad i ojciec- zdeklarowani i fanatyczni faszyści, przedstawiona jest jako kolebka, matecznik hitlerowskiego nazizmu.
Twór histotyczno-kulturowy, którego dzieckiem okazał się potwór totalitarnej opresji , bestia dehumanizacji.
Świadomy ciążącego nad nim, i w ogóle Austriakami, odium Pollack zabiera czytelnika we wstrząsającą podróż do żródeł nazizmu, dopuszczając do głosu umarłych i powtórnie nadając im imiona – widome znaki krótkiej bytności na tym łez padole, na którym „ludzie ludziom zgotowali ten los”.
To nie jest przyjemna lektura.
Nie podejmuję się również oceny jej wartości literackiej, bo z pewnościa nie takowa przyświecała autorowi.
Przekaz Pollacka potarga i sponiewiera nawet dość gruboskórnego, doświadczonego i zaprawionego w trudnej lekturze czytelnika.
To już wystarczająca rekomendacja.
I jednocześnie kolejna przestroga.
Szczególnie, że na oczach współczesnych, równo sto lat po skompromitowanym pierwowzorze, ideologia nazistowska odradza się i pęcznieje ponownie podnoszącą dziś łby hydrą ordynarnej demagogii, jak wówczas dzielącej obywateli na lepszy i gorszy sort.
„Swoich” i „wrogów”.
Infekującą współczesną Europę międzynarodówką narodowych populistów, kieszonkowych dyktatorków i usłużnych im pożytecznych idiotów - zwolenników tępego zamordyzmu.

Pierwszy listopada to rytualny termin nasilonych refleksji na temat śmierci, umierania, odchodzenia.
To także czas na przywołanie z mroków przeszłości, z odmętów czasu, pamięci o ofiarach, jak również, choć u Pollacka na dalszym miejscu, sprawcach ich cierpień, martyrologii, śmierci.
Takie pogłębione refleksje upamiętniające zmarłych, czy raczej zgładzonych nie tylko...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Aaaaaaabsolutny kanon w biblioteczce każdego "gorszosortowca".
Dekalog łotra, rebelianta, zdradzieckiej mordy i kanalii.
Legitymacja służbowa tego, który stał, gdzie kiedyś ZOMO.
Poradnik totalnego opozycjonisty, folder euroentuzjasty, GPS cyklisty, jadłospis wegetarianina i bomba ekoterrorysty.
Biblia ateisty i brewiarz agnostyka.
Paszport każdego admiratora zgniłego Zachodu, nowa czerwona książeczka lewaka i kenkarta folksdojcza (szkoda, że nie po niemiecku).
Jak wygrać z populizmem i propagandą?
Obnażyć nie tyle ich tandetnie górnolotną pustkę, nabzdyczone frazesy i bełkotliwą tromtadrację, ile zdekonspirować zamierzony, cynicznie w nią wkomponowany mechanizm obróconej aksjologii, odwróconych znaków.
Zdemaskować język kłamstw, insynuacji, wybiórczych uproszczeń i uogólnień, cynicznie kreowanych podziałów i imperatywu dyżurnego wroga - dziś podobnie jak kiedyś inteligenta: sędziego, lekarza, naukowca, reżysera - słowem przedstawiciela "chorej" elity przeciwstawionej zdrowemu (czyt. plebejskiemu) jądru narodu.
Zadania bardzo trudne, bo narracja, m.in. "dobrej zmiany", choć w całości oparta na łżemitach założycielskich, skrótach półprawd i jawnych kłamstw wtłaczanych przez propagandową machinę - tasmociąg indoktrynacji - ma dwie wielkie "zalety".
W swym koszmarnym wynaturzeniu zachowuje walor spójności oraz, za sprawą systemu sprytnie połączonych naczyń - łatwych, pseudointelektualnych (żeby nie rzec pseudologicznych) uproszczeń, jako iluzja natychmiastowej diagnozy i błyskawicznej recepty pada na podatny grunt, poniewaz zeruje na najniższych instynktach najsłabszych -
kompleksach i resentymencie tych, którym inteligenckie refleksje i intelektualne diagnozy są obce nie tylko z natury, ale też z powodu moralnego upośledzenia.
Pomieszania dobra i zła, życzliwośc

Aaaaaaabsolutny kanon w biblioteczce każdego "gorszosortowca".
Dekalog łotra, rebelianta, zdradzieckiej mordy i kanalii.
Legitymacja służbowa tego, który stał, gdzie kiedyś ZOMO.
Poradnik totalnego opozycjonisty, folder euroentuzjasty, GPS cyklisty, jadłospis wegetarianina i bomba ekoterrorysty.
Biblia ateisty i brewiarz agnostyka.
Paszport każdego admiratora zgniłego...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Wspaniała, napisana z dużym taktem, wrażliwością, wręcz subtelnością, reporterską dbałością o szczegóły i kronikarską znajomością faktów z historii najnowszej powieść o męskiej przyjażni, której nie złamały ani miłość do tej samej kobiety, ani dramatyczna historia kataklizmów przetaczających się i odciskających bolesne piętno na dwudziestowiecznych losach Europy Środkowej.
Podczas lektury nieustannie doświadczałem dominującego wrażenia, że obcuję ze specyficzną wariacją Molnarowskich „Chłopców z Placu Broni”, tyle że w wersji dla dorosłych, a sam Plac rozrósł się do rozmiarów paneuropejskich, tej historyczno-kulturowej krainy pomiędzy Berlinem, Pragą, Bratysławą, Budapesztem i Moskwą, do której w 2 poł. XX wieku nieśmiało docierały przekazy zza Atlantyku oraz te via odsądzane i u nas od czci i wiary Radio „Wolna Europa”.
Bo jest to również, może nawet przede wszystkim, książka o uwikłaniu jednostki w politykę – tę wielką, rozpoczętą hitlerowską aneksją i rozbiciem Czechosłowacji tytułowego 1 września 1938, zaś w wersji powieściowej zakończonej ponowną agresją i okupacją, tym razem przez czołgi bratnich armii towarzyszy z demoludów w 1968 – a także tej małej, obejmującej jednostkowe, pogmatwane losy czwórki bohaterów z prowincjonalnych słowackich Levic, na których ta wielka historia odcisnęła swoje nieodwracalne piętno.
W powieści towarzyszymy czwórce głównych bohaterów – szkolnemu koleżeństwu, którego perypetie śledzimy przez równe 40 lat dramatycznej historii XX wieku.
1 września 1938 Jan, Peter i Gabriel gdzies w jeszcze zacisznym, sielskim centrum Europy spotykają się na levickim basenie z zamiarem pływackiej rywalizacji o pierwszeństwo do względów pięknej Marii, w której wszyscy bezrozumnie się kochają. Jednak sielskośc właśnie się kończy, a Czech, Węgier i Żyd uosabiają przekrój etniczny multinarodowego przedwojennego pogranicza słowacko- węgierskiego pogranicza, które wkrótce stanie w ogniu.
Przysięgają sobie w imię dozgonnej przyjażni każdego pierwszego września powtarzać zawody, aż do chwili, gdy któremuś uda się zjednać przychylność ukochanej.
Szlachetna rywalizacja wieloma perypetiami nie poróżni szkolnych kumpli, którzy jako dorośli naznaczeni rozlicznymi, często traumatycznymi doświadczeniami na zawsze pozostaną wiernymi i troskliwymi przyjaciółmi, a żaden z nich nie posunie się do nieuczciwości i zdrady względem pozostałych.
Może i brzmi to nieco naiwnie, ale Rankovowi udało się w powieści uniknąć tego, co w przypadku takiego rysu fabularnego i przyjętej perspektywy narracyjnej groziło najbardziej: tabloidyzacji postaci, kupczeniu banałem, tanią telenowelizacją i ckliwym sentymentalizmem. Postacie nie staczają się w schematyzm, sa żywe, barwne, transformują charakterologicznie, psychologicznie fluktuują. Zanurzenie w płynnej rzeczywistości, wariacje historyczno-kulturowego kontekstu działań bohaterów skutkują płynnością, dynamicznością postaci, nie pozwala zanurzyc się im w nudnej rutynie powtarzalności, przy tym nieustannie zaskakuje czytelnika. I Rankov potrfi to robić skutecznie, wiarygodnie i przekonująco.
Siła tej książki, będąca jednocześnie niepodważalną zaletą prozy Rankova, to jej kontekstualne zakotwiczenie. Dramatyczne, pełne napięć i zwrotów losy jednostkowe sprzężone są z polityczną, etniczną, historyczną i kulturową transformacją granic, państw i narodów i ideologii. Tworzą socjologiczny makrokosmos kosmos – nierozerwalny, nierozszczepialny związek, konglomerat przenikajcych i współkształtujących się perspektyw. To, co u Rankova osobiste, jest jednocześnie ponadjednostkowe, ponadnarodowe.
W powieści pojawia się satelickie faszystowskie węgierskie państwo regenta Horthy’ego i słowacki klerofaszyzm ks.prezydenta Tiso. Hitlerowski nazizm, Lebensraum i terror. Strzałokrzyżowcy i komuniści. Holocaust i powojenny antysemityzm. Żelazna kurtyna, stalinizm i pokazowy proces polityczny Slansky’ego. Czystki etniczne i polityczne. Rewolucja, która zawsze „pożera własne dzieci”. Tragedia Budapesztu w 1956, „odwilż”, wznoszenie zasieków w Berlinie Wschodnim. Propaganda faszystowska, komunistyczna, nieśmiało przebijające się przekazy z Zachodu. Nieustanna zmienność i redefiniowanie siebie w coraz to nowych kontekstach politycznych, ideowych, światopoglądowych. I, przede wszystkim, zwykłe-niezwykłe historie ludzi uwikłanych w dynamicznie zmieniające się zewnętrzne i wewnętrzne egzystencjalne okoliczności, dla równowagi stabilizowane jedynym możliwym constans – ponadczasową przyjażnią i miłością głównych bohaterów.
Osobistym rytuałem 1 września.
Takim na pohybel miażdżącej zewsząd historii.
Historie Jana/Honzy, Petra, Gabriela/Gabora stanowia zamierzoną synekdochę, zbiorowa paralelę środkowoeuropejskich losów ludzkich w nieustannie transformującej i traumatyzującej rzeczywistości doświadczającej peryferie Europy, paradoksalnie, pośrodku jej geograficznego centrum.
I za ten wiarygodny, pozbawiony sentymentalizmu, unikający sztampy i gardzący banałem, pouczający i faktograficznie drobiazgowy obraz osobistych dramatów na tle dramatu wojennej i powojennej Europy kapituła słusznie przyznała powieści Rankova środkowoeuropejską Nagrodę Angelusa w 2016 roku.
Świetna, choć napisana bez stylistyczno-językowych fajerwerków, bogata w rozliczne konteksty książka.
Lektura obowiązkowa.
Nie tylko dla humanistów, fanatyków Grupy Wyszehradzkiej i zwolenników Międzymorza.

Wspaniała, napisana z dużym taktem, wrażliwością, wręcz subtelnością, reporterską dbałością o szczegóły i kronikarską znajomością faktów z historii najnowszej powieść o męskiej przyjażni, której nie złamały ani miłość do tej samej kobiety, ani dramatyczna historia kataklizmów przetaczających się i odciskających bolesne piętno na dwudziestowiecznych losach Europy...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Frapująca, napisana ze swadą charakterystyczną dla szlacheckiej gawędy polityczna publicystyka o tym, co aktualnie dzieje się w... Polsce, a najpierw zdarzyło w Rosji przechodzącej ustrojową, a przede wszystkim personalną transformację.
Książka z racji swej specyfiki trudna do jednoznacznej oceny, jak to zwykle z publicystyką bywa.
Pomimo faktu, że do stanu wiedzy o kondycji współczesnej Rosji (w tym również "Jedynej Rosji") i przemianach jej najnowszej historii, a także zaprogramowanej fluktuacji obrazu "Umiłowanego Przywódcy" w zasadzie nie wnosi nic nowego, poza tym, co od dawna wiadomo z mnóstwa wcześniejszych publicystyczno-politologicznych książkowych i felietonistycznych analiz K. Kurczab-Redlich czy W. Radziwinowicza, warto poznać wersję Zygara, która przystępnie, chwilami nawet dość łopatologicznie, lecz ciekawie i bez tendencji do hiperbolizującego demonizowania obnaża mechanizmy kolejnych "pieriestrojek".
Zygar dokładnie ukazuje kluczowe momenty następujących po sobie przemian - od wysunięcia Putina jako następcy gwarantującego nietykalność obozowi Jelcyna, poprzez stopniową eliminację politycznej konkurencji (Bieriezowskiego, Chodorkowskiego, Kasjanowa, Niemcowa) wiodących do finałowego okrzepnięcia obecnie miłościwie panującego imperatora "Wowy" i kulis funkcjonowania jego omnipotentnego w Rosji i "bliskiej zagranicy" dworu.
To skrojona energicznym językiem rzecz o instalowaniu i stopniowej petryfikacji systemu rządów autorytarnych w całości sprawowanych przez kremlowską kamarylę, tę nową "elitę", która u polityczno-gospodarczego steru atomowego mocarstwa - naszego wielkiego wschodniego sąsiada, a w latach 1976-1989 konstytucyjnie zalegalizowanego sojusznika - zastąpiła schodzącą ze sceny dziejów Jelcynowska "Rodzinę".
Podróży przez zakulisowe rozgrywki obozu i w obozie władzy, a także wśród sprzymierzonych z nim lub opozycyjnych oligarchów, towarzyszy w książce Zygara iście dantejska wędrówka przez najmroczniejsze i najbardziej krwawe epizody XXI wieku: zatonięcie "Kurska", pacyfikację Czeczenii i Gruzji, atak na "Dubrowkę", Biesłan i ukraiński majdan z policzkiem dla Kremla w postaci "pomarańczowej rewolucji".
To właśnie w tym wydarzeniu upatruje autor "Tajnego życia dworu Władimira Putina" momentu zwrotnego, po którym "Car" oraz główny ideolog jego "demokracji suwerennej" - Surkow - postanowili obrać kurs, którym Rosja żegluje do dziś - put' reinstalacji autorytarnego imperium, w którym na równych prawach spotykają się XIX wieczny autorytarny nacjonalizm o religijno-feudalno-oligarchicznym podglebiu i postsowiecki atomowy militaryzm.
Zygar momentami dopuszcza, a chwilami wydaje się kwestionować "zaprogramowanie" owych aktów terroru przez kremlowskich "siłowików" i metodyczną ich realizację przez ich militarne ramię w postaci FSB, twierdząc, że w dość jednak chaotycznym i inercyjnym stanie, w jakim znajdowała się Rosja do 2005 roku, nie było możliwe zintegrowanie tych działań w z góry ustalony scenariusz prowokacji, na których krzepnąć miała władza Putina w rzeczywistości państwa stanu wyjątkowego, jakim chciałby on zarządzać pod płaszczykiem tzw. "walki z terrorem" (vide: erdoganizm).
Zygar ukazuje Putina jako polityka jednak reaktywnego wobec faktów dokonanych, przed których wyzwaniem stanął, dysponując archaicznym, niewydolnym i niesprawnym aparatem państwa w stanie permanentnego chaosu podsycanego niepewnością wynikającą nie tyle z niedokończonej transformacji, ale nawet utraty wizji, kierunku, w którym podąży ona w najbliższym czasie.
I to właśnie ten nowy, jednak zasadniczo zmieniający optykę oceny najnowszych wydarzeń, rys przekonująco demitologizujący sprawstwo kierownicze Putina - w tak kulejącym i inercyjnym państwie, jakim jest współczesna Rosja, tego po prostu nie dałoby się metodycznie przeprowadzić.
Za to z powodzeniem udało się przeprowadzić coś równie lub nawet bardziej grożnego - konsolidację obozu władzy wokół dworu "Cara" oraz stopniowe wyłączanie i tak mocno już drutowanych bezpieczników rosyjskiej rachitycznej demokracji.
I to własnie przestroga dla Polski jest dla rodzimych czytelników najistotniejszym wnioskiem wynikającym z analizy Zygara, bo nawet średnio zorientowany obserwator politycznej rzeczywistości tzw. "dobrej zmiany" jest w stanie niepodważalnie dostrzec, jaki scenariusz dla Rzeczypospolitej jest realizowany przez obecny obóz rządzący. Ten intuicyjnie, reaktywnie, eksperymentalnie, po części niejako samoinstalujący się nad Moskwą okazuje się być metodycznie i z premedytacją wprowadzany nad Wisłą.
Dlaczego?
Oddajmy głos Zygarowi: "Zastępca szefa administracji przyglądał się głównym siłom i analizował, które odegrały kluczową rolę w sukcesie rewolucji w Kijowie. Skoncentrował się na pracy we wszystkich tych kierunkach. Uznał, że najskuteczniej wsparły pomarańczową rewolucję (Kreml poniósł dotkliwą porażkę politycznie, organizacyjnie i finansowo wspierając Janukowycza - kandydata "Dworu"- przyp.aut.) organizacje młodzieżowe, popularni muzycy rockowi grający na Majdanie, organizacje pozarządowe, które prowadziły monitoring wyborów i niezależne liczenie głosów, oraz oczywiście niezależne media - przede wszystkim Kanał Piąty Poroszenki. Surkow krok po kroku zajął się wszystkimi tymi elementami życia społecznego w Rosji".
Brzmi znajomo, prawda?
Wojna, którą kaczyści wypowiedzieli polskiej demokracji juz sie odbyła. Realizowana jest wg identycznego paradygmatu: najpierw trybunał, potem sądy (w Rosji od zawsze podporządkowane władzy), następnie kultura, organizacje pozarządowe, niezależne i krytyczne wobec władzy media.
Wszystko wskazuje więc na to, że głównym ideologiem "dobrej zmiany" w Polsce jest ... tandem Surkow - Wołodin.
W kontekście książki Tomasza Piątka o agenturalnych powiązaniach min.Macierewicza z Kremlem ten rzeczywiście porażający wariant ingerencji Rosji (notabene od zawsze słynącej z doskonałej i skutecznej agentury) w polską politykę ostatnich dwóch lat wydaje się pewnikiem.
I tu naprawdę ma rację postponowany prof. Zybertowicz, gdy mówi o trwającej wojnie hybrydowej z Rosją.
Tylko najzwyczajniej, zapewne skutkiem starości, pomyliły mu się strony.
Jednocześnie praca Zygara dobitnie pokazuje, czego tak naprawdę boi się każda autorytarna władza - ta polska zatrzymała się przecież tylko dwukrotnie: ws. zakazu aborcji i tzw. "ustawek" sądowych - za każdym razem pod naciskiem opinii publicznej Jedyna więc nadzieja w mobilizacji obywatelskiej, nie partyjnej opozycji.
W masowych protestach tzw."ulicy".
Secundum non datur.

Frapująca, napisana ze swadą charakterystyczną dla szlacheckiej gawędy polityczna publicystyka o tym, co aktualnie dzieje się w... Polsce, a najpierw zdarzyło w Rosji przechodzącej ustrojową, a przede wszystkim personalną transformację.
Książka z racji swej specyfiki trudna do jednoznacznej oceny, jak to zwykle z publicystyką bywa.
Pomimo faktu, że do stanu wiedzy o...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Kolejna skromna wielka powieść .
W zamyśle kameralna i fabularnie oszczędna – melancholijnie zagłebia się w meandry rosyjskiej duszy. Jej ambicją jest próba literackiej syntezy kondycji jednostki w dziejowym momencie narodowej transformacji z radzieckości w rosyjskość.
Książkę w całości wypełnia wielokrotnie realizowany, lecz wciąż powracający topos – ta wyrażnie nadreprezentowana idde fixe literatury naszych wschodnich sąsiadów, nieustannie przenikająca piśmiennictwo od czasów psychodram Dostojewskiego, po niebezpiecznie zideologizowane narracje Prilepina i pozornie tylko popkulturowy postmodernistyczny misz-masz w prozie Pielewina .
Topos wałkowany wte i wewte przez rosyjską kinematografię niezależnie od panującego ustroju: od parenez Bondarczuka, przez „obyczajówkę” Michałkowa, po kasowe hity Bałabanowa (estetykę i wymowę „Brata” szczególnie upodobał sobie sam Putin) i egzystencjalistyczne moralitety Zwiagincewa (te z kolei zostały określone przez „cara” jako antyrosyjskie.
Konfrontacja specyficznego radzieckiego tradycjonalizmu z nieudanym nie tylko w oczach Czyżowej (vide Prilepin, Pielewin) eksperymentem obyczajowej i mentalnej westernizacji dotyka w powieści autorki wcześniejszego znakomitego „Czasu kobiet”nie tyle rudymentów człowieczeństwa, ile zewnetrznego, kulturowego wpływu otoczenia i wychowania.
Trzysta stron wypełnia intelektualna, spójna i wieloaspektowo kontekstualizowana próba analizy specyficznego konstruktu zwanego „rosyjską duszą”- tą skłonną do depresji, nadmiernego sentymentalizmu i nieustannie doświadczającą obezwładniającego poczucia straty osobowością reprezentowaną przez oboje głównych bohaterów – z pozoru rzutką, energiczną bizneswoman – w rzeczywistości niekochaną, niezrozumianą i odrzucaną jako powierzchowna i pozbawiona kulturalnych ambicji córkę klasycznie wykształconych humanistów – intelektualistów z dawnej epoki oraz zamkniętego w przestrzeni daczy, a może bardziej zanurzonego w świecie zgłębianego zawodowo obcego rosyjskiemu metajęzyka - znanego tłumacza – anglisty.
Zasadniczym tematem powieści jest powracająca w analizie opozycja zakorzenienie-wykorzenienie.
Takie piętrowe, wielopoziomowe.
Po pierwsze z racji uprawianych przez bohaterów zawodów, które w powieści automatycznie stają się synonimami nowoczesności , zanurzenia w odmienności, nawet obcości kultury Zachodu. To rozwarstwienie osobowości skazuje bohaterów na doświadczanie niezborności, rozpięcie w świecie kulturowego dualizmu i ciągłą konfrontację z tradycyjnie pojmowanym rytem, rytmem ii sposobem życia człowieka Wschodu.
Tytułowa grzybnia to nic innego jak podglebie, łączący bohaterów fundament, który pomimo erozji w czasach ponowoczesności nadal spaja bohaterów mieszanina tradycji, kyultury, wierzeń i obrzędów. Tych sakralnych i tych zupełnie świeckich. I wcale nie chodzi tu o figurę „homo sovieticusa”. Esencji rosyjskości dopatruje się Czyżowa raczej w rodzinie, cerkwi i na uczelni, niż, skądinąd uprawnionego przekonania o podatności na wpływ kolejnych ideologii.
Najbardziej wstrząsającym doświadczeniem z lektury tej trudnej i wymagającej prozy jest poczucie nieustannego obcowania z niemoca i rozkładem. Bohaterów toczy ontologiczna wręcz acedia, bezruch, stupor na granicy katatonii, zaś otoczenie, w którym przebywają, można porównac jedynie do eschatologicznych pejzazy z obrazów Beksińskiego. Jet to uniwersum konania, wyczerpywania się form nie tylko kultury, ale i katastrofy naturalnej, która zbliża się do protagonistów z biblijnie apokaliptyczną pewnością.
Nic dziwnego, że najbardziej wymownym jest symboliczny jest wątek perypetii i zupełnej niemożności naprawy zepsutego zamka w drzwiach.
Rosja Czyżowej i reprezentujący ją inteligenci po przejściach do naprawy się nie nadają.
Pozostało im bezcelowe trwanie, powolny rozkład i oczekiwanie na nieunikniony koniec w zamkniętej przestrzeni daczy, która z symbolu prestiżu dawnych czasów i specyficznego rytu kulturowego stała się metaforą współczesnej Rosji – od zawsze tylko retorycznie wielkiego kraju, za to w rzeczywistości wielkiego melancholijnego więzienia, z którego nie sposób się wyzwolić, gdyż tytułowa grzybnia na stałe już wrosła i związała człowieka z przeklętą ziemią klęski i beznadziei.
Melancholia, mrok i gorycz na pewno zapadną w pamięć wszystkim tym, którzy przebrną przez to naznaczone ponurym determinizmem specyficznie rosyjskie a jednak uniwersalne studium konania.
Świat na obrzeżach Styksu.
Za życia martwy ten, kto żyje przeszłością.
Moim zdaniem powieść Czyżowej to jedna z głównych kandydatek do tegorocznego "Angelusa".

Kolejna skromna wielka powieść .
W zamyśle kameralna i fabularnie oszczędna – melancholijnie zagłebia się w meandry rosyjskiej duszy. Jej ambicją jest próba literackiej syntezy kondycji jednostki w dziejowym momencie narodowej transformacji z radzieckości w rosyjskość.
Książkę w całości wypełnia wielokrotnie realizowany, lecz wciąż powracający topos – ta wyrażnie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Doskonała proza.
Nic dziwnego, skoro wyszła spod ręki, co prawda mało znanego w Polsce, za to laureata nagród im. Heinricha Bölla, Maxa Frischa i Hansa Fallady.
Mała wielka powieść - z pewnością jedna z ważniejszych pozycji literatury niemieckiej XXI w.
Głęboko humanistyczny, napisany z wielkim wyczuciem i wrażliwością rozrachunek z najmroczniejszym w historii Niemiec i w ogóle Europy okresem przełomu 1944/1945 roku, gdy klęska III Rzeszy była już przesądzona, tak jak los na siłę i we frenetycznej gorączce powoływanych do dogorywającej armii nieletnich rekrutów, którzy nie mieli szans nie tylko obronić ojczyzny, ale i ocalić własnego życia, a przynajmniej jego integralności..
Materiał, jeśli nie na regularną epopeję, to na epicki fresk z artystyczną finezją i wstrząsającym psychologicznie efektem zamknięty w dwustu stronach literackiej impresji o najważniejszym roku w życiu prostego dojarza Waltera Urbana i jego młodzieńczego przyjaciela Friedricha wcielonych do Waffen SS w ostatnim, kulminacyjnym momencie wojny.
Ata i Fiete to jeszcze chłopcy. Pracują w gospodarstwie jako prości dojarze. Przyjażnia się, choć prostolinijny Walter w niczym nie przypomina świadomego i na swój sposób wyemancypowanego Fietego. Mają małe plany, skromne marzenia, kochają się w miejscowych dziewczynach ze wsi.
Ich życie nie przypomina jednak ludycznej sielanki.
Surowe warunki, wymagająca praca i kostyczne wychowanie hartują ich charaktery, ale nie pozbawiają wrażliwości.
Nie uczyni tego nawet absurd wojny, pewność zbliżającej się śmierci i turpistyczne w swej grozie obrazy otaczającej rzeczywistości.
I dzięki lub przez tę właśnie wrażliwość Fiete skona, a Walter przeżyje.
Pierwszy, niczym bohater greckiej tragedii świadomie wybierze śmierć dokonując aktu dezercji, jak Antygona wiedziony imperatywem etycznego protestu przeciw absurdowi daremnej walki i zabijania – owego bezdusznego ludzkiego prawa nakazującego "Ani kroku w tył!".
Drugi przeżyje, bo, choć mniej świadomie, ale podobnie do mitycznego Odyseusza instynktownie unikał będzie największego zagrożenia.
W schemacie fabularnym książka Rothmanna nieco przypomina „Całe życie” Seethalera – jednostkowe losy prostego, zwyczajnego bohatera z ludu stanowią synekdochę przeżyć całego pokolenia, któremu przydpadło żyć w tym najkrwawszym w XX wieku skrawku historii. Zdecydowana przewaga narracji Rothmanna polega na tym, że w przeciwieństwie do Austriaka autor „Umrzeć na wiosnę” osiągnął wiarygodność prezentowanej historii i przekonującą psychologię postaci dzięki uniknięciu tendencji do nachalnego uogólniania, zbędnego dopowiadania i przede wszystkim jakiegokolwiek moralizowania. Opisane sytuacje, przeżycia, wstrząsające obrazy wojennego okrucieństwa, zwyrodnienia, rezygnacji, depresji i desperacji będące konsekwentnym rozwinięciem realistycznego obrazu niemieckiej wsi, mówią same za siebie.
Przewaga Rothmanna nad Seethalerem wynika również z tego, że losy Waltera ukazał in statu nascendi - uniknął błędu apriorycznego kompletowania wcześniej założonej hagiografii. Postawił na co prawda determinujące życiorys bohatera, ale jednak wycinki jego biografii, które same składają się na sylwetkę powieściowego protagonisty. Dlatego zarówno Walter, jak i Fiete przekonują, a Seethalerowski Andreas Egger razi pensjonarską ramotką.
Oszczędność językowo – stylistyczna, zwięzłość - ta cnota, która z literackiego rzemieślnika wydobywa prawdziwego artystę – to stempel najwyższej jakości pisarstwa Rothmanna.
Najciekawszy i jednocześnie najbardziej wstrząsający w powieści Rothmanna jest detalicznie , sugestywnie i plastycznie odmalowany obraz dosłownie i w przenośni konających Niemiec – krainy śmierci, zniszcenia, dekompozycji i upadku. Naturalistyczne okrucieństwo tego spotworniałego pejzażu to zupełnie piekielny panoptykon o niewyobrażalnej wręcz skali zniszczenia i cierpienia. Błoto, ruiny, rozkładające się i okaleczone ciała, pogorzeliska, pospiesznie wytyczane cmentarze, trupy w rowach, trupy płynące z prądem rzek, zmasakrowane zwłoki , odwetowe egzekucje, choroby, kalectwo, szaleństwo i frenezja – groza piekła na ziemi.
Przejmujący obraz (nie wizja) Gehenny.
Książka ma tę niepodważalną zaletę, że dzięki zastosowaniu w niej takiej zindywidualizowanej i bliskiej postaci optyki narracyjnej w żaden sposób nie umniejsza i nie usprawiedliwia niemieckiej odpowiedzialności za zbrodnie II wojny światowej, nie rewiduje historii. Wręcz przeciwnie - zdecydowanie niuansując, polaryzując i dywersyfikując obiegową opinię o jednolitości odpowiedzialności zbiorowej, jest jeszcze wyrażniejszym oskarżeniem bestialstwa nazizmu, którego ostrze skierowano również przeciwko własnym obywatelom.
Rothmann bez najmniejszego komentarza, samą tylko konstrukcją fabuły, zwięzłością stylistyczną, precyzją językową i wykorzystaniem ramowej kompozycji porafi uwiarygadnić pacyfistyczny i antytotalitarny przekaz, że ofiarami nazistowskiego szaleństwa nienawiści byli nie tylko obywatele zaatakowanych przez Hitlera państw, ale również znaczna grupa Niemców – ten milion zdeklarowanych, których najpierw więziono i stracono jako „wrogów Wielkich Niemiec” (ponuro i złowrogo to brzmi w kontekście odradzających się we współczesnej Europie populistycznych nacjonalizmów), czyli opozycyjnych antyfaszystów, a póżniej tych obojętnych, mniej lub bardziej świadomych - jak nierozłączni Fiete i Ata - siłą wcielanych do Waffen SS, w którego mundurach wiosną 1945 mieli złożyć bezcelową, niepotrzebną daninę własnej krwi za grzechy ojców.
Doskonale obrazuje to motto otwierające powieść: „Ojcowie jedli zielone winogrona, a zęby ścoierpły synom.” I właśnie za sprawą zaledwie dwóch biblijnych cytatów przesłanie powieści nabiera uniwersalnego wymiaru. Drugi, ten z Genezis „o zbiegu i tułaczu na ziemi”, który w istocie zupełnie areligijny Walter tymczasowo podkreśla paznokciem, nie trwale długopisem, dopełnia metafizycznego wymiaru powieści w chwili, gdy odnajduje go narrator – syn Waltera, tak „obcy” swemu ojcu, jak Ata tamtemu brutalowi i prymitywowi, który okazjonalnie w zupełnie nieokazjonalnym pijanym widzie zwykł nazywać go synem.
Gorzka to narracja: darwinistyczna, naturalistyczna, momentami wstrząsająca, targająca bebechami, ale głęboko humanistyczna, uczciwa egzystencjalnie i skutecznie uniemożliwiająca dokonywanie łatwych, wygodnych, uproszczonych i jednoznacznych ocen.
Chwilami osiąga wymiar prawdziwej antycznej tragedii.
Może stamtąd stary bauer Thamling tak szczegółowo znał mit o Odyseuszu?
Może dlatego w postaci Friedricha replikuje się los Antygony?
No cóż. Dbałość o detale to przecież literacka pieczęć Rothmanna.
Mocna rzecz.
Pozycja obowiązkowa.

Doskonała proza.
Nic dziwnego, skoro wyszła spod ręki, co prawda mało znanego w Polsce, za to laureata nagród im. Heinricha Bölla, Maxa Frischa i Hansa Fallady.
Mała wielka powieść - z pewnością jedna z ważniejszych pozycji literatury niemieckiej XXI w.
Głęboko humanistyczny, napisany z wielkim wyczuciem i wrażliwością rozrachunek z najmroczniejszym w historii Niemiec i w...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

National Book Award 2016, Goodreads Choice Award w kategorii „historical fiction”, Arthur C.Clarke Award 2017 (OMG!) i perła w koronie - Pulitzer’s Prize 2017.
To powinna być literacka bomba atomowa zmiatająca z firmamentu niemal wszystko, co począł jakikolwiek Amerykanin w XXI wieku.
Do tego status ulubionego pisarza Oprah Winfrey i niemal nadwornego literata Baracka Obamy.
Mało?
To jeszcze bezlik mniej lub bardziej histerycznie, ale zawsze entuzjastycznych recenzji w mainstreamowej i branżowej prasie amerykańskiej, europejskiej - polskiej rzecz jasna również.
Gdyby napisał ją Polak, z pewnością ukazałaby się w „Serii na f/aktach” Wydawnictwa „Od deski do deski”.
Przyznam, że dla mnie najciekawsze było to, w jaki sposób Whitehead osiągnie wiarygodność opowiadanej przez siebie historii, bo dotyczy ona ogromnego problemu, który przygniótł już niejednego literata czy dziennikarza – demitologizacji samego serca Ameryki, czyli wstydliwych momentów jej historii.
Po demaskującym pedofilię w diecezji bostońskiej rozliczeniowym „Spotlight” przyszedł czas na rozprawę z rasistowskim okrucieństwem niewolniczego Południa.
Trudne i odpowiedzialne zadanie, szczególnie dla akcentującego swój ethnos mainstreamowego publicysty, nowojorskiego zamożnego intelektualisty z Manhattanu, który zamierza prześwietlić i wstrząsnąć tematem Holokaustu niepiśmiennych, nieznanych, posiadającycjh tylko imię wegetujących w głodzie, ubóstwie i wyniszczającej fizycznie pracy niewolników z Georgii, Tenneessee czy Karoliny Północnej.
Do tego jego kolej podziemna nie jest metaforą, a istnieje, działa, jeżdzi i wozi naprawdę.
I co?
Jest co prawda wiarygodnie, ale...wg mnie reszta bardzo średnio.
Raz lepiej, dwa razy gorzej, przeważnie zupełnie przeciętnie.
Gdzież tam tej ozłoconej nagrodami książce do wybitnego, właśnie zekranizowanego w formie serialu „Syna” Philipa Meyera albo chociażby do poziomu wysublimowanego egzystencjalnego dramatu „Lotniska w Monachium” Grega Baxtera.
Obie wymienione wyżej książki prezentują znacznie wyższy poziom. I to pod każdym względem: poznawczym, referencyjnym, literackim, artystycznym i estetycznym.
Przykro to pisać, ale długo wyczekiwana przeze mnie (z racji połączonych sympatii do historii Ameryki, literatury rozrachunkowej i gatunku science fiction) „Kolej podziemna" jednak rozczarowała.
Cóż, tak to bywa z tymi pozycjami, wobec których a priori formułuje się wysokie oczekiwania i żąda literackiego arcydzieła, kierując się wyłącznie zasłyszanymi panegirykami.
Pierwsza książka doświadczonego i obecnego w świecie literackim od dekady Whiteheada – prozaika mocno akcentującego afroamerykańskie pochodzenie - przetłumaczona na język polski przez Rafała Lisowskiego wypadła poniżej oczekiwań i nie spełniła pokładanych w niej nadziei w żadnej z analizowanych poniżej sfer.
W warstwie poznawczej jest rzemieślniczo poprawnym powtórzeniem obiegowych scen, motywów, wątków dotyczących tematu niewolniczej eksploatacji i zagłady czarnych – wątków obecnych, nawet nadreprezentowanych w kulturze amerykańskiej już od konca XIX wieku.
Holokaust czarnych, bo taką (zresztą bardzo słusznie) perspektywę konsekwentnie przyjmuje Whitehead zostal ukazany za pomocą figury synekdochy – stanowiących metaforyczną egzemplifikację jednostkowych losów niewolnicy Cory i jej najbliższego otoczenia. Sprzedana do Georgii na plantację Randallów, pozostawiona przez matkę-uciekinierkę, bita, poniewierana i gwałcona przez białych prymitywów za namową niewolnika Cesara decyduje się wspólnie z nim zbiec, a następnie czytelnik śledzi kolejne perypetie - etapy jej ucieczki powiązane z przemieszczaniem się do innych stanów, w których formy przesladowania, ale i rozwijającego się opozycyjnie ruchu abolicjonistycznego, przybierają różne formy, strategie i realizacje.
Mamy więc do czynienia z kolejnymi stacjami cierpiętniczej wędrówki protagonistki po mapie amerykańskiego wynaturzonego rozmaitymi patologiami segregacji rasowej Południa i przegląd form opresji i represji (chłosta, gwałty, tortury i okalaeczenia, przymusowa sterylizacja, rozdzielanie rodzin, brutalne publiczne lincze, natychmiastowe pokątne i przypadkowe egzekucje, ponowne zniewolenie już uwolnionych), jak również stworzonej przez abolicjonistów sieci pomocy –owej doslownej tu „kolei podziemnej”, de facto sieci konspiracyjnych kanałów przerzutowych umożliwiających nie tylko ucieczkę, ale przede wszystkim
Bo wbrew temu, co potocznie myśli się o sukcesie ucieczki niewolnika, jego prawdziwe problemy zaczynały się dopiero po udanej eskapadzie, wcale nie przed nią. I, co trzeba przyznać, Whitehead drobiazgowo wszystkie konsekwencje „życia po zrzuceniu kajdan”, by zakuć już nie tylko siebie, również swoje nowe otoczenie zmuszone do współkonspiracji , wieloaspektowo przedstawia.
Wszystko to jednak rozpływa się, rozwadnia w liniowym, zmierzającym do z góry założonego celu, ekspresowo mknąym z miejsca na miejsce opowiadaniu, w którym niezostawiający miejsca na wieloznaczność, niedopowiedzenie, element zaskoczenia pisarz gubi narracyjny nerw i stopniowo zatraca siłę przekazu. Konstrukcyjna gruba kreska, niepotrzebnie uwypuklony (nawet dla amerykańskiego czytelnika) dydaktyzm, nachalnie narzucana jednoznaczność i (nomen omen) pociąg do tendencyjności stanowią w literaturze, nawet jeśli nie grzechy główne, to na pewno błędy wyrażnie obniżające wartość utworu.
I tej rozwadniającej przekaz maniery topornego nadmiaru pan Colson, niestety, się nie ustrzegł.
Naprawdę większe wrażenie, budzące grozę i często poczucie winy za ludzkość nawet u postronnego obserwatora wydają się sprawiać autentyczne zdjęcia dokumentujące lincze na zbiegłych niewolnikach, rozpowszechniane póżniej (o zgrozo!) jako pamiątkowe pocztówki , zbierane i wymieniane przez kolekcjonujące je dzieci. W przeciwieństwie do powieściowej narracji , po dobrym początku dalej dość jednak monotonnej i, moim zdaniem, niespecjalnie udanie łączącej Steinbeckowską agitacyjną „zmysłową sprawozdawczość” z tonizowaniem przygodowymi, pikarejskimi Twainem i Londonem pocztówki z piekła to prawdziwy, zagęszczony, zsyntezowany obraz będacy swoistym „ekstraktem z koszmaru”, pokazującym lepką, prawdziwą, przelaną, nie po colsonowsku zaledwie literacką „czarną krew Ameryki”.
W jednym z wywiadów po ukazaniu się powieści rozentuzjazmowany Whitehead stwierdził, że „nie chciał spieprzyć dobrego pomysłu”. Nie spieprzył, ale nie wniósł do prezentowanego tematu, a tym bardziej stricte literackiej stylistyki i języka niczego nowego. To zdecdowanie za mało
W „Kolei podziemnej” nawet średnio doświadczony i zaangażowany czytelnik nie znajdzie nic ponad dość konfekcyjną ilustrację tego, o czym już od dawna wiedział i to z duzo bardziej zapadających w pamięć przekazów.
Czy to oznacza, że nie warto sięgać po książkę Whiteheada?
Pomimo wielu krytycznych uwag uważam, że jest to lektura warta zainteresowania. Mniej doświadczonym czytelnikom szukającym walorów poznawczych i emocji może wydać się mroczna, momentami szokująca. Tym bardziej literacko wyrobionym też przyda się „do kolekcji” jako kolejny wtrząsający przykład piśmiennictwa rozrachunkowego, zaangażowanego społecznie i konfrontującego obiegowe prawdy mitu założycelskiego amerykańskiego „land of plenty” z szokującą prawdą historyczną. Tyle, że już odkryta i wielokrotnie opowiedzianą.
„Kolej podziemna” to przede wszystkim książka ważna i dla Amerykanów wciąż aktualna. Kolejny zaangażowany głos w procesie wymiatania konfederackich trupów z szafy, ton bezwzględnie rozprawiający się z idyllicznym mitem Południa jako krainy paternalistycznej opieki i społecznej symbiozy plantatorów z cywilizowanymi przez nich czarnymi robotnikami, złudnie eksponowany choćby w „Przeminęło z wiatrem” Margaret Mitchell.
Ważny również dziś w epoce populisty Trumpa, faszyzującego brutala, jawnie niechętnego imigrantom komiwojażera pogardy, wznoszącego getta i restytuującego kulturowo-społeczny model dominacji WASP’s, którego lansowaniem zjednał sobie głosy ideologicznych potomków białych plantatorów z Południa i natywistycznie zorientowanych robotników z tzw. „pasa rdzy”.
Stąd zapewne te liczne nagrody, o których zdecydowały głównie chyba jednak wartości pozaliterackie (Pulitzer to przecież nagroda tylez literacka, co dziennikarska) - owo wyczucie przez Whiteheada „ducha czasu”, refleksja i ostrzeżenie, że bolesna i wciąż nie do końca rozliczona historia „czarnej krwi Ameryki” może powtórzyć się w terażniejszości.
I tu Whitehead miał rację. Niedawne rasistowskie zamieszki w Charlottesville (już po ukazaniu się książki) zapowiadają, że „land of the free” nie naprawił skutecznie krzywd z mrocznych kart swojej przeszłości.
Co więc począć z tym Whiteheadem?
Dziennikarstwo - tak.
Literatura - trochę też, ale niekoniecznie.

National Book Award 2016, Goodreads Choice Award w kategorii „historical fiction”, Arthur C.Clarke Award 2017 (OMG!) i perła w koronie - Pulitzer’s Prize 2017.
To powinna być literacka bomba atomowa zmiatająca z firmamentu niemal wszystko, co począł jakikolwiek Amerykanin w XXI wieku.
Do tego status ulubionego pisarza Oprah Winfrey i niemal nadwornego literata Baracka...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

„Ich wielkie kabylskie wesele”…
Przygotujcie się! Oto nadchodzą „Dzikusy”.
Powieść, a właściwie cykl powieści, która we Francji z miejsca stała się bestsellerem, a w niektórych kręgach wywołała wręcz histerię na miarę szaleństwa .
Chcecie wiedzieć, kogo dzisiaj czytają trzydziestolatkowie znad Sekwany? Przejedżcie się paryskim metrem, a zobaczycie głowy pochylone nad pełnymi energii, pulsującymi witalnością i dynamiką frazami Louataha.
Autor - Francuz kabylskiego pochodzenia na stałe mieszkający w Stanach Zjednoczonych - skreślił wielobarwny społeczny fresk mocno zakotwiczony w specyficznie francuskich realiach postintegracyjnej multikulturowości, odwołując się do sprawdzonej, skutecznej i ugruntowanej aureolą dzieł Dumasa, Balzaka czy Zoli francuskiej wielkiej powieści realistycznej, która od wieków uchodzi za wzorzec z Sevres tego rodzaju narracyjnego obrazowania.
Rzecz fabularnie banalnie wręcz prosta - przypomina scenariusz „Mojego wielkiego greckiego wesela” Nii Vardalos, ale bez ckliwego sentymentalizmu; polskiego „Wesela” Smarzowskiego, jednak bez wulgarnej i depresyjnej „smarzowszczyzny”, a także „Ośmiu kobiet” Francoise Ozona, ale z intrygą kryminalną upchniętą w tle i nie tyle wokół zagadki morderstwa, ile ambicji socjologicznej analizy motywów i skutków przenikania bohaterów do miejscowego półświatka.
W podparyskim Saint-Etienne, znanym jako jedno z francuskich centrów imigracyjnych, odbywa się właśnie wesele Slima i aby uświetnić ceremonię, oczywiście w zgodzie z od wieków pielęgnowaną muzułmańską tradycją wspólnot klanowych, do merostwa, domu babki oraz weselnego zjeżdża się niemal cała wielopokoleniowa rodzina i jednocześnie znacząca część lokalnej kabylskiej diaspory. To ludzie reprezentujący trzy zupełnie różne pokolenia: najstarsi-zagubieni, jak Chalida, dziadek Farhat czy samotna i bezdzietna córka Chalidy - Zalicha nigdy tak naprawdę się nie zasymilowali, wciąż tkwią w algierskiej rzeczywistości, nieprzekładalnej i nieprzystającej do realiów otwartego europejskiego państwa XXI wieku. Średnie pokolenie reprezentowane przez Rabi’ę, Dunję, Wardę czy Bahi (same kobiety – mężczyżni nie przetrwali procesu asymilacji) wywalczyło sobie podmiotowość, godząc kabylską tradycję z realiami zachodniej cywilizacji i zostało przez louataha przedstawione jako względnie zwarte, trzymające się razem i odporne na społeczne zawirowania. Młodzi, tacy jak Karim, Fu’ad, Slim, Nazir, Taufik czy Ra’uf ulegli atomizacji, podzielili się, rozlużnili rodzinno-kulturową tkankę spajająca klan i wtopili w ponowoczesne społeczeństwo doby facebooka, Snapchata, i Spotify, ciążąc ku różnym ośrodkom nazywanym maszynami społecznymi: medialnemu celebrytyzmowi, polityce, światowi przestępczemu, religijności, różnym subkulturom , wspólnotom i mniejszościom.
Do tego we Francji trwa właśnie intensywna kampania wyborcza, znajdujemy się w przededniu elekcji prezydenta, którym po raz pierwszy w historii może zostać muzułmanin, również potomek algierskich imigrantów (goście weselni zywo spieraja się, czy kandydujący Idris Szawisz jest Kabylem, czy jednak Arabem).
Nic dziwnego, że pierwszy tom będący zaledwie ekspozycją cyklu „Dzikusów” to prawdziwie piorunująca mieszanka motywów, typów osobowości, kontekstów społecznych, kulturowych, politycznych, etnicznych, religijnych. Oczywiście pobrzmiewają tu też echa „Uległości” Houellebecqa i „2084” Sansala nałożone na plan sagi rodzinnej, socjologicznego fresku i elementów thrillera.
W dobie szalejących populizmów i renesansu politycznej maszyny, którą można nazwać taśmociągiem strachu przed „obcymi”, to książka niezwykle aktualna, społecznie nośna, idealnie trafiająca w ludzkie i czytelnicze zapotrzebowanie na demitologizację - jeśli nie oswojenie, to przynajmniej zrozumienie tego nieustannie hiperbolizowanego demona nadciągającej katastrofy.
Do tego zrealizowana z kompozycyjną perfekcją, obserwacyjnym wyczuciem i doskonałym panowaniem nad detalami powieściowej topografii. Krótko mówiąc kulturowym, etnicznym i społecznym zakorzenieniem.
Na dłuższą metę drażni jednak stypizowanie postaci, a w końcu nawet narastająca miałkość tej narracji, jej zwrot ku poetyce już nawet nie wielowatkowej sagi rodzinnej, a raczej mydlanej telenoweli. Opowiadanie Louataha, po imponującym początku, stopniowo gaśnie w oczach, rozpływa, rozjeżdza. Staje monotonne i przewidywalne, a niedobór elementów zaskoczenia, zwrotów akcji i wolt psychologicznych w powieści z pomyślanej również jako sensacyjna z reporterskimi ambicjami to gorsze niż zbrodnia. To błąd.
Książce brak ciężaru i o ile ukazane problemy są istotne, palące, poruszające opinię publiczną, o tyle na dłuższą metę sposób opowiadania i potencjał narracyjny wyczerpują się, zaczynają nużyć.
To sprawia, że po kolejne tomy „Dzikusów” nie sięgnę.
Nie dlatego, że to książka zła.
Przeciwnie – spójna, zręczna, zgrabnie skomponowana i bogata w aktualne konteksty.
I bądż tu czytelniku mądry! Więcej zalet czy wad?
Moim zdaniem po równo.
Plus za kontekstualizację, minus za literackość.
Decydujcie sami. Ja jednak dezerteuję.
Po prostu dlatego, że jako czytelnik mam do dyspozycji wiele lepszych, odważniejszych, poważniejszych i w zalewie krzyczącego z kiosków przekoloryzowanego obyczajowego przeciętniactwa odznaczających się językowo-stylistyczną oryginalnością, metajęzykiem, tym prawdziwym stemplem literackości, którego Louatahowi dryfującemu w „Dzikusach” ku „estetyce” znanej z mowy tabloidów zdecydowanie zabrakło.
Tytułowa ironia nie wystarczy.

„Ich wielkie kabylskie wesele”…
Przygotujcie się! Oto nadchodzą „Dzikusy”.
Powieść, a właściwie cykl powieści, która we Francji z miejsca stała się bestsellerem, a w niektórych kręgach wywołała wręcz histerię na miarę szaleństwa .
Chcecie wiedzieć, kogo dzisiaj czytają trzydziestolatkowie znad Sekwany? Przejedżcie się paryskim metrem, a zobaczycie głowy pochylone nad...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Świetna i pasjonująca, choć niełatwa w odbiorze powieść inicjacyjna.
Prawdziwa literacka uczta dla tych, którzy oprócz poznawczych szukają wrażeń estetycznych i lingwistycznych.
Formalnie jest to subtelny Bildungsroman napisany oryginalnym, poetyckim, ale dalekim od ckliwego sentymentalizmu językiem, przez który przebija wnikliwa obserwacja otaczającej rzeczywistości i reguł ja tworzących.
Narratorka - Sophia Papastergiadis - Brytyjka o w połowie greckich korzeniach, bezrobotna, wegetująca w ciasnej pakamerze nad londyńska kawiarnią Coffe House i pracująca tam jako kelnerka, w istocie świeżo upieczona antropolożka - często i nieprzypadkowo podkreśla znaczenie badań terenowych w poddawanym w książce drobiazgowej analizie procesie poznawczym.
Nieśmiała, wrażliwa, przeżywająca kryzys tożsamości i ogarnięta poczuciem rezygnacji, niemocy, nawet deprywacji dziewczyna konfrontuje się ze światem zewnętrznym w specyficznie trudnych warunkach egzystencjalnych.
Opiekuje się matką cierpiącą na nietypowy, okresowy paraliż nóg, trwają wakacje i obie wyjeżdżają do upalnej, ale targanej europejskim kryzysem ekonomicznym hiszpańskiej Andaluzji, by na tle tamtejszego chaosu podjąć eksperymentalną terapię pod okiem lekarza o nie najlepszej reputacji.
Obie kobiety tkwią w układzie wzajemnego psychicznego uzależnienia, raz po raz ujawniając objawy zniechęcenia, rozczarowania, depresji.
"Moja miłość do matki jest jak topór. Tnie bardzo głęboko" oświadcza Sophie.
I taka jest ta powieść o wysublimowanej, niespiesznej narracji.
Kłuje, uwiera niczym cierń, burzy harmonijny obraz świata, balansując między ironią i patosem odrzuca sentymentalne wyobrażenia o międzyludzkiej harmonii, mozliwości pełnego spełnienia, eudajmonii na tle pejzażu południowym raju.
Z pewnością lejtmotywem powieści Levy jest kryzys.
Ukazuje go wieloaspektowo: w wymiarach indywidualnym, rodzinnym, społecznym, ekonomicznym i kulturowym.
Trochę Freuda, ułamek Nietzschego, szczypta Fromma, porcja Piketty'ego i spory kawał Lévi-Straussa.
A narracyjnie Munro i Woolf.
Czy Sophie przetnie w końcu pępowinę, łącząca ją z matką na poły szczerą, na poły patologiczną więzią?
Czy przebije ograniczający ją potrójny szklany sufit barier mentalnych, interpersonalnych i ekonomicznych?
Czy wyzwoli się z antropologicznego pesymizmu, ocaliwszy siebie, matkę i nową rodzinę odległego jak Grecja ojca?
Wspaniała, intymna, medytacyjna powieść o relacjach międzyludzkich i o tym, że mimo wszystko, na przekór absurdalności ludzkiej egzystencji warto je wzmacniać i pielęgnować.
Dla dobra zborności, integralności osobowości własnej.
Mocna, przekonująca, sugestywna, nasycona humanistyczną symboliką, synestezyjną impresyjnością i drobiazgową obserwacją literatura.
Wielka, hipnotyzująca powieść o skomplikowanym życiu wewnętrznym.
Życiu, które parzy, jak jad meduzy.

Świetna i pasjonująca, choć niełatwa w odbiorze powieść inicjacyjna.
Prawdziwa literacka uczta dla tych, którzy oprócz poznawczych szukają wrażeń estetycznych i lingwistycznych.
Formalnie jest to subtelny Bildungsroman napisany oryginalnym, poetyckim, ale dalekim od ckliwego sentymentalizmu językiem, przez który przebija wnikliwa obserwacja otaczającej rzeczywistości i...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Prequel fenomenalnego "Lotniska w Monachium". Jeszcze rozwlekły, niezborny, momentami niespójny, zamierzenie przypadkowy jak bezcelowa tułaczka w obcym mieście, ale przez owa incydentalność przebija już tragizm tożsamościowego konfliktu z póżniejszego magnum opus Baxtera. Wykorzenienie, funkcja pamięci, metamorfoza i brak ukojenia, czyli wszystko, co tygrysy egzystencjalizmu i eksploratorzy pustki "lubią" najbardziej.

Prequel fenomenalnego "Lotniska w Monachium". Jeszcze rozwlekły, niezborny, momentami niespójny, zamierzenie przypadkowy jak bezcelowa tułaczka w obcym mieście, ale przez owa incydentalność przebija już tragizm tożsamościowego konfliktu z póżniejszego magnum opus Baxtera. Wykorzenienie, funkcja pamięci, metamorfoza i brak ukojenia, czyli wszystko, co tygrysy...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Miał być następca Larssona i Mankella. Nic z tego. No chyba, że za następcę penicyliny uznamy syrop z cebuli. Taka własnie jest ta książka. Schematyczna, nudna, przewidywalna i ociężała stylistycznie. Przepocona wielokrotnie przetrawiona "cudzością". Strata czasu. Lepiej jeszcze raz przeczytać "poprzedników", których w imieniu czytelników przepraszam za paralelę z Lapidusem. Nie warto. Stracone 3 godziny i 9.99 w Biedronce.

Miał być następca Larssona i Mankella. Nic z tego. No chyba, że za następcę penicyliny uznamy syrop z cebuli. Taka własnie jest ta książka. Schematyczna, nudna, przewidywalna i ociężała stylistycznie. Przepocona wielokrotnie przetrawiona "cudzością". Strata czasu. Lepiej jeszcze raz przeczytać "poprzedników", których w imieniu czytelników przepraszam za paralelę z...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Forrest Gump na poważnie? To nie mogło się udać. Nie rozumiem zachwytów, nie kupuję tej historii. Nic złego w tęsknocie za plebejskim everymanem, poszukiwaniu harmonii pomiędzy małym człowiekiem, a wielkim grożnym światem. Ale żeby stłamsić to jednowymiarową hagiografią i przyciężkim dydaktyzmem? Wyszła oazowa, pensjonarska ramotka z serii "Scholastic tendencies". Lepiej przeczytać autobiografię Schwarzeneggera. To dopiero jest petarda. Rozbija w pył tę tendencyjną, kryptoeklezjalną fikcję. Czyta się dobrze, momentami nawet przyjemnie. Styl i język się bronią. Historia, bohater i pozytywistyczna oprawa już nie. Autor nie uciekł przed tanim sentymentalizowaniem, choć mocno się starał. Nieco na siłę indukowana głębia tej opowieści razi sztucznością. Nie dla mnie, malkontenta, choć z pewnością spodoba się wielu Whartono- i Coelhofilom.

Forrest Gump na poważnie? To nie mogło się udać. Nie rozumiem zachwytów, nie kupuję tej historii. Nic złego w tęsknocie za plebejskim everymanem, poszukiwaniu harmonii pomiędzy małym człowiekiem, a wielkim grożnym światem. Ale żeby stłamsić to jednowymiarową hagiografią i przyciężkim dydaktyzmem? Wyszła oazowa, pensjonarska ramotka z serii "Scholastic tendencies"....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Nie ma co owijać w bawełnę.
Per Wahlöö utalentowanym pisarzem nie jest.
Nie znam co prawda żadnej powieści z najsłynniejszego cyklu utworów szwedzkiego prozaika o przygodach komisarza Becka (pisanych wspólnie z żoną –Maj Sjöwall), a opinię ośmielam się wystawić na podstawie lektury obu technothrillerów z dylogii o śledczo-politycznych perypetiach komisarza Jensena, jednak tematycznie frapujący, choć szybko zarzucony zamiar tej równolegle prowadzonej serii political-crime-fiction uważam za wystarczający do w miarę obiektywnego zrecenzowania. Oczywiście walorów czysto literackich, warsztatowych, bo już w warstwie epistemologicznej cykl o Jensenie stanowi zjawisko niezwykłe, niemal prorocze.
Ale o tym póżniej, na początek „technikalia”.
Sprawiająca wrażenie wypychanej na siłę z gardła proza Wahlöö przypomina raczej kryptograficzny zapis rozmowy telefonicznej pomiędzy interlokutorami zdiagnozowanymi w początkowym stadium afazji niż stricte literacką narrację. Króluje tu lakoniczność, zwięzłość - składnia, w której dominują zdania pojedyncze, proste, zawiadomienia, równoważniki zdań, nadreprezentowane są partykuły, a dialogi przypominają te układane przez dzieci podczas nauki pierwszych opowiadań, np.
„- Aż co?
-Aż nagle wszysko się zmieniło.
- Kiedy to się stało?
- We wrześniu.
- A co się zmieniło?
- Nie wiem. Może ludzie…
- Opowie pan o tym?
-Tak.”
O ile pierwsze wrażenie z takiego ukształtowania tekstu jest dość szokujące, nawet swoiście oryginalne (w końcu to książki z lat sześćdziesiątych, gdy nie był jeszcze znany osławiony skrajnym komunikacyjnie minimalizmuem skandynawski sznyt zdystansowanej chłodnej i surowej oszczędności, od której przecież nie sposób wymagać kweicistego, barokowego, sarmacko- słowiańskiego gawędziarstwa ) to już monotonnne powielanie tego syntaktycznego paradygmatu w calej książce nuży, może zniechęcać lub nawet odrzucać swoim upartym schematyzmem czytelnika poszukującego w literaturze nie tylko wrażeń metajęzykowych.
Dlaczego zatem warto sięgnąć po powieści autora, którego Jo Nesbø lojalnie i kurtuazyjnie nazwał „ojcem chrzestnym skandynawskiej powieści kryminalnej”?
W czym zatem tkwi sens i przyjemność obcowania z owym rzemieślniczo dość kulawym literackim wyrobnictwem?
W jednym, mocno hermeneutycznym i ryzykownym nadinterpretacyjnie założeniu oraz jednej zupełnie oczywistej, aksjomatycznej konstatacji.
Lingwistyczna, słownikowo-frazeologiczna i składniowa oszczędność, niemal asceza narracyjna być może są formalna forpocztą dokumentacji procesu rozkładu, tym razem zapisem dekompozycji umiejętności komunikacyjnych, atrofii woli pełnego i skutecznego porozumiewania się wspólnoty egoistycznych interesów, której uległo zatomizowane i kierowane sprzecznymi, wuykluczającymi się intencjami społeczeństwo doby Baumannowskiej płynnej nowoczesności skonfrontowane ze zorganizowanym mechanizmem politycznej propagandy władzy?
Czy nie jest to pierwsza znacząca zapowiedż narodzin postprawdy uchwycona w momencie jej wypączkowania towarzyszącego historycznemu, lingwistycznemu i pragmatycznemu obumieraniu przodka, czyli tradycyjnej, obnażonej i skompromitowanej totalitarnej propagandy, niegdyś, w I poł. XX w. tak skutecznej do rozgrywania przez reżimy własnych interesów kosztem mięsa armatniego zwanego narodem? I gdy etnicznie pojmowany naród w II poł. XX w. zastąpiła wspólnota obywatelska pojawiła się konieczność stworzenia zupełnie nowego systemu propagandy, podniesienia zarządzania strachem i emocjami tłumu na wyzszy, doskonalszy i skuteczniejszy poziom? Dopiero z dzisiejszej perspektywy XXI wieku, gdy przez Europę przelewa się wielka fala nacjonalistycznego populizmu kształtowana przez system zorganiowanych łgarstw i indukowanie masom najrozmaitszych fobii widać wyrażnie, że to przed tym ostrzega marksista Wahloo, a jego socjologiczny geniusz dostrzegł narodziny tego procesu już wówczas, gdy świat nie śnił jeszcze o europejskiej socjalliberalnej rewolcie 1968 roku, a w Ameryce wciąż trwała walka o równouprawnienie rasowe.
Może Wahlöö to jeden z tych, którzy podważyli (literacka paralela z poezją Rózewicza czy Barańczaka jest na pewno na wyrost, ale - toutes proportions gardées - idea wydaje się ta sama. Epoka „tak za tak, nie za nie” i „odpowiedniego dawania rzeczy słowa” bezpowrotnie minęła. I zanim zmiotła ją europejska i polska Nowa Fala, fałsz i nowomowę sterowanych koniunkturalnie komunikatów obnażył i schłostał autor „Stalowego skoku”.
Taki (może wcale nie mocno naciągany) sposób odczytania frazy szwedzkiego spadkobiercy Orwella nadaje jego prozie zupełnie nowy, głeboko już literacki sens, wg którego nie ma sensu dawne strukturalistyczne rozgraniczenie na formę i treść dzieła, bo z perspektywy holistycznej stanowią one organiczną całość – treść i wymowa utworu zintegrowane są z formą podawczą jako współkonstrukt ideowy, semantyczny i leksykalny, słowem artystyczny. Razem ze światem, z wspólnotą degraduje się i degeneruje również uzywany przez nią język, do którego członkowie stracili zaufanie, a gdy mowa jest żródłem nieporozumień, należy ją drastyczne ograniczyć . Do szczątkowych, jednoznacznych, prostych, jasnych, dobitnych i ostatecznych formuł, którymi nie sposób manipulować w propagandowych celach. Szczególnie dla populistycznej propagandy sukcesu.
Czas więc na figurę bohatera i fabułę zakotwiczoną w specyficznym Wahlööwskim uniwersum, bo to jest główna, bez wątpienia profetyczna siła rażenia tej bardziej społeczno-politycznej eseistyki niż prozy sensu stricto.
Obie powieści łączy postać komisarza Jensena, zorganizowanego, pedantycznego, apolitycznego i dociekliwego służbisty, człowieka zupełnie pozbawionego życia osobistego, technokratycznego profesjonalisty, lojalnego wyłącznie wobec wykonywanej pracy niezależnie od obowiązującego systemu (to niewątpliwy pierwowzór póżniejszych Mankellowskiego Wallandera, Larssonowskiego Blomkvista i jeszcze paru innych sławnych skandynawskich śledczych). W „Morderstwie” rozwiązuje zagadkę anonimu o podłożonej w budynku państwowego holdingu medialnego bombie i trafia na tajemnicze, najwyższe 31 piętro, jedyne, które nie zostało ewakuowane. W „Stalowym skoku”, który jest kontynuacją przygód Jensena, operowany za granicą komisarz po nakazie powrotu do kraju wyjaśnia istotę tajemniczego politycznego przewrotu, który miał miejsce pod jego nieobecność. Oczywiście w obu przypadkach zagadka zostanie rozwikłana, ale zupełnie nie o perypetie kryminalnego śledztwa chodzi w obu książkach Wahlöö. Obie są antyutopiami ilustrującymi dwie fazy krzepnięcia i rozpadu państwa opartego na dyktaturze powszechnej zgody i międzypartyjnego porozumienia elit. Pierwsza, ciekawsza i bardziej literacka z książek ukazuje otoczenie medialne kształtowania systemu homogenizacji społecznej i mechanizmy absorpcji konkurencji przez prorządowego potentata w branży informacyjnej/dezinformacyjnej*. Ciarki przechodzą, gdy spojrzy się na paralelę dzisiejszej, rzekomo publicznej TVP.
Druga z książek, której akcja toczy się cztery lata po pierwszej części, jest bardziej tendencyjna i przypomina raczej fabularyzowany wykład poglądów politycznych, których autor, znany i aktywny działacz radykalnej szwedzkiej lewicy, nigdy nie ukrywał. Co wybredniejsi, a już o zgoła odmiennych poglądach uśmiechną się i ex definitione odrzuca wizję Wahlöö jako lewacki bełkot i spóżniony manifest sieroty po Marksie. Problem jednak tkwi w tym, że zarówno diagnozie, jak i futurologicznym przewidywaniom autora trudno odmówić racji, zwłaszcza jeśli uważnie śledziło się historię przemian polityczno-społecznych i kulturowych Europy przełomu mileniów. Oprócz frenetycznej wizji krwawej masakry demonstrantów (obym nie wywołał Błaszczaka z lasu) i ustanowienia metaforycznej dyktatury chorych lekarzy( czy fałszywie rozgrywana przez obóz „dobrej zmiany” rzekoma sanacja nie spełnia książkowej zapowiedzi?) we wszystkich pomniejszych aspektach przewidywania Wahlöö sprawdziły się z nawiązką.
I to jest najbardziej przerażające.
Wahlööwskie uniwersum to panstwo rządzone przez koalicję partii prawicowych. Socjaldemokracja zdradziła interesy klasy robotniczej i przyłączyła się do rządzącej elity. Uprawiana jest agresywna propaganda jedności narodowej i wprowadzana homogenizacja kulturowa. Z każdej gazet, rozgłośni radiowej i telewizji opanowanych przez egzekutywę płynie krzykliwy przekaz o tym, ze nadeszły czasy sukcesu i prosperity. Nie ma miejsca na poddawanie w wątpliwość, krytyka nie istnieje, życie obywateli uzyskało najwyższy stopień organizacji. Niestety społeczeństwo płaci coraz większą cenę za swój „raj” na ziemi. Państwo toczy plaga pijaństwa (alkohol jest zakazany nie tylko w przestrzeni publicznej, ale nawet w domu), kraj wyludnia się za sprawą drastycznie ujemnego przyrostu demograficznego, nagminne są przypadki głębokiej depresji uwiarygodnione falą samobójstw. Podmiejskie dzielnice prawie zupełnie się wyludniły i zamieniły w ruiny i wysypiska, których utylizacja jest nieopłacalna. Kontrastują z nimi reprezentacyjne centra miast – budowlane molochy ze szkła i stali, w których gnieżdżą się zautomatyzowani pracownicy zależnych od władzy monopolistycznych korporacji. Władza sączy doo uszu obywateli jeden przekaz:
„Czy wierzysz w politykę zgody? Czy jesteś gotów wziąć udział w walce przeciwko wewnętrznym i zewnętrznym wrogom naszego kraju?”
Prawda, że brzmi znajomo?
Zaczynają się protesty nielicznych uświadomionych. Z tygodnia na tydzień grupa niezadowolonych rośnie. Są to przede wszystkim młodzi, którzy na manifestację zabierają dzieci. Czekamy tylko na iskrę, która zdetonuje tę napiętą sytuację.
Forma kryminału, czy raczej technothrillera, jest tu wyłącznie kostiumem maskującym dystopijny esej o mechanizmach rządzących, dla autora nieodlegle przyszłą, a dziś już namacalną rzeczywistością, której w „Morderstwie…” bliżej do Kafki i Orwella, a „Stalowym skoku” Dicka i Atwood.
Paradoksalnie można powiedzieć, że autor-wizjoner jednocześnie bardzo zbłądził i miał pełną rację. Pomylił się, bo scenariusz systemowego kolapsu wróżył dojrzałym państwom zachodniej demokracji, które, przynajmniej na razie oparły się władzy postpolitycznych trustów, korporacji i kamaryli. Miał jednak rację, gdyż na naszych oczach ponura wizja zawłaszczenia państwa przez grupy wsobnych interesów sprawdza się w krajach, w których demokracja nie okrzepła na tyle, by wytworzyć mocne, opierające się zakusom politycznych szarlatanów apolityczne urzędy i instytucje służby cywilnej. Rosja Putina, Węgry Orbana, Polska Kaczyńskiego i Słowacja Fico są tego najbardziej wymownymi przykładami.
Gdyby tylko Wahlöö – niemal bezbłędny futurolog - zamiast transkrybować na język prozy stenogramy posiedzeń i przesłuchań prowadzonych przez mrocznych panów w ciemnych pokojach potrafił choćby o jeden stopień podnieść poziom swego osobliwego, paraliterackiego rzemiosła…
Ale czy tak naprawdę Orwell, Dick i Zamiatin, w przeciwieństwie do Lema byli wirtuozami słowa?
Raczej wizji, a ta w przypadku „lewaka ze Sztokholmu” w pełni przekonuje i jednocześnie przeraża swym antyutopijnym, wymownie i z naddatkiem spełniającym się na naszych oczach proroctwem.
I pomysleć, że napisał to w latach sześćdziesiątych!

Nie ma co owijać w bawełnę.
Per Wahlöö utalentowanym pisarzem nie jest.
Nie znam co prawda żadnej powieści z najsłynniejszego cyklu utworów szwedzkiego prozaika o przygodach komisarza Becka (pisanych wspólnie z żoną –Maj Sjöwall), a opinię ośmielam się wystawić na podstawie lektury obu technothrillerów z dylogii o śledczo-politycznych perypetiach komisarza Jensena, jednak...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Nie ma co owijać w bawełnę.
Per Wahlöö utalentowanym pisarzem nie jest.
Nie znam co prawda żadnej powieści z najsłynniejszego cyklu utworów szwedzkiego prozaika o przygodach komisarza Becka (pisanych wspólnie z żoną –Maj Sjöwall), a opinię ośmielam się wystawić na podstawie lektury obu technothrillerów z dylogii o śledczo-politycznych perypetiach komisarza Jensena, jednak tematycznie frapujący, choć szybko zarzucony zamiar tej równolegle prowadzonej serii political-crime-fiction uważam za wystarczający do w miarę obiektywnego zrecenzowania. Oczywiście walorów czysto literackich, warsztatowych, bo już w warstwie epistemologicznej cykl o Jensenie stanowi zjawisko niezwykłe, niemal prorocze.
Ale o tym póżniej, na początek „technikalia”.
Sprawiająca wrażenie wypychanej na siłę z gardła proza Wahlöö przypomina raczej kryptograficzny zapis rozmowy telefonicznej pomiędzy interlokutorami zdiagnozowanymi w początkowym stadium afazji niż stricte literacką narrację. Króluje tu lakoniczność, zwięzłość - składnia, w której dominują zdania pojedyncze, proste, zawiadomienia, równoważniki zdań, nadreprezentowane są partykuły, a dialogi przypominają te układane przez dzieci podczas nauki pierwszych opowiadań, np.
„- Aż co?
-Aż nagle wszysko się zmieniło.
- Kiedy to się stało?
- We wrześniu.
- A co się zmieniło?
- Nie wiem. Może ludzie…
- Opowie pan o tym?
-Tak.”
O ile pierwsze wrażenie z takiego ukształtowania tekstu jest dość szokujące, nawet swoiście oryginalne (w końcu to książki z lat sześćdziesiątych, gdy nie był jeszcze znany osławiony skrajnym komunikacyjnie minimalizmuem skandynawski sznyt zdystansowanej chłodnej i surowej oszczędności, od której przecież nie sposób wymagać kweicistego, barokowego, sarmacko- słowiańskiego gawędziarstwa ) to już monotonnne powielanie tego syntaktycznego paradygmatu w calej książce nuży, może zniechęcać lub nawet odrzucać swoim upartym schematyzmem czytelnika poszukującego w literaturze nie tylko wrażeń metajęzykowych.
Dlaczego zatem warto sięgnąć po powieści autora, którego Jo Nesbø lojalnie i kurtuazyjnie nazwał „ojcem chrzestnym skandynawskiej powieści kryminalnej”?
W czym zatem tkwi sens i przyjemność obcowania z owym rzemieślniczo dość kulawym literackim wyrobnictwem?
W jednym, mocno hermeneutycznym i ryzykownym nadinterpretacyjnie założeniu oraz jednej zupełnie oczywistej, aksjomatycznej konstatacji.
Lingwistyczna, słownikowo-frazeologiczna i składniowa oszczędność, niemal asceza narracyjna być może są formalna forpocztą dokumentacji procesu rozkładu, tym razem zapisem dekompozycji umiejętności komunikacyjnych, atrofii woli pełnego i skutecznego porozumiewania się wspólnoty egoistycznych interesów, której uległo zatomizowane i kierowane sprzecznymi, wuykluczającymi się intencjami społeczeństwo doby Baumannowskiej płynnej nowoczesności skonfrontowane ze zorganizowanym mechanizmem politycznej propagandy władzy?
Czy nie jest to pierwsza znacząca zapowiedż narodzin postprawdy uchwycona w momencie jej wypączkowania towarzyszącego historycznemu, lingwistycznemu i pragmatycznemu obumieraniu przodka, czyli tradycyjnej, obnażonej i skompromitowanej totalitarnej propagandy, niegdyś, w I poł. XX w. tak skutecznej do rozgrywania przez reżimy własnych interesów kosztem mięsa armatniego zwanego narodem? I gdy etnicznie pojmowany naród w II poł. XX w. zastąpiła wspólnota obywatelska pojawiła się konieczność stworzenia zupełnie nowego systemu propagandy, podniesienia zarządzania strachem i emocjami tłumu na wyzszy, doskonalszy i skuteczniejszy poziom? Dopiero z dzisiejszej perspektywy XXI wieku, gdy przez Europę przelewa się wielka fala nacjonalistycznego populizmu kształtowana przez system zorganiowanych łgarstw i indukowanie masom najrozmaitszych fobii widać wyrażnie, że to przed tym ostrzega marksista Wahloo, a jego socjologiczny geniusz dostrzegł narodziny tego procesu już wówczas, gdy świat nie śnił jeszcze o europejskiej socjalliberalnej rewolcie 1968 roku, a w Ameryce wciąż trwała walka o równouprawnienie rasowe.
Może Wahlöö to jeden z tych, którzy podważyli (literacka paralela z poezją Rózewicza czy Barańczaka jest na pewno na wyrost, ale - toutes proportions gardées - idea wydaje się ta sama. Epoka „tak za tak, nie za nie” i „odpowiedniego dawania rzeczy słowa” bezpowrotnie minęła. I zanim zmiotła ją europejska i polska Nowa Fala, fałsz i nowomowę sterowanych koniunkturalnie komunikatów obnażył i schłostał autor „Stalowego skoku”.
Taki (może wcale nie mocno naciągany) sposób odczytania frazy szwedzkiego spadkobiercy Orwella nadaje jego prozie zupełnie nowy, głeboko już literacki sens, wg którego nie ma sensu dawne strukturalistyczne rozgraniczenie na formę i treść dzieła, bo z perspektywy holistycznej stanowią one organiczną całość – treść i wymowa utworu zintegrowane są z formą podawczą jako współkonstrukt ideowy, semantyczny i leksykalny, słowem artystyczny. Razem ze światem, z wspólnotą degraduje się i degeneruje również uzywany przez nią język, do którego członkowie stracili zaufanie, a gdy mowa jest żródłem nieporozumień, należy ją drastyczne ograniczyć . Do szczątkowych, jednoznacznych, prostych, jasnych, dobitnych i ostatecznych formuł, którymi nie sposób manipulować w propagandowych celach. Szczególnie dla populistycznej propagandy sukcesu.
Czas więc na figurę bohatera i fabułę zakotwiczoną w specyficznym Wahlööwskim uniwersum, bo to jest główna, bez wątpienia profetyczna siła rażenia tej bardziej społeczno-politycznej eseistyki niż prozy sensu stricto.
Obie powieści łączy postać komisarza Jensena, zorganizowanego, pedantycznego, apolitycznego i dociekliwego służbisty, człowieka zupełnie pozbawionego życia osobistego, technokratycznego profesjonalisty, lojalnego wyłącznie wobec wykonywanej pracy niezależnie od obowiązującego systemu (to niewątpliwy pierwowzór póżniejszych Mankellowskiego Wallandera, Larssonowskiego Blomkvista i jeszcze paru innych sławnych skandynawskich śledczych). W „Morderstwie” rozwiązuje zagadkę anonimu o podłożonej w budynku państwowego holdingu medialnego bombie i trafia na tajemnicze, najwyższe 31 piętro, jedyne, które nie zostało ewakuowane. W „Stalowym skoku”, który jest kontynuacją przygód Jensena, operowany za granicą komisarz po nakazie powrotu do kraju wyjaśnia istotę tajemniczego politycznego przewrotu, który miał miejsce pod jego nieobecność. Oczywiście w obu przypadkach zagadka zostanie rozwikłana, ale zupełnie nie o perypetie kryminalnego śledztwa chodzi w obu książkach Wahlöö. Obie są antyutopiami ilustrującymi dwie fazy krzepnięcia i rozpadu państwa opartego na dyktaturze powszechnej zgody i międzypartyjnego porozumienia elit. Pierwsza, ciekawsza i bardziej literacka z książek ukazuje otoczenie medialne kształtowania systemu homogenizacji społecznej i mechanizmy absorpcji konkurencji przez prorządowego potentata w branży informacyjnej/dezinformacyjnej*. Ciarki przechodzą, gdy spojrzy się na paralelę dzisiejszej, rzekomo publicznej TVP.
Druga z książek, której akcja toczy się cztery lata po pierwszej części, jest bardziej tendencyjna i przypomina raczej fabularyzowany wykład poglądów politycznych, których autor, znany i aktywny działacz radykalnej szwedzkiej lewicy, nigdy nie ukrywał. Co wybredniejsi, a już o zgoła odmiennych poglądach uśmiechną się i ex definitione odrzuca wizję Wahlöö jako lewacki bełkot i spóżniony manifest sieroty po Marksie. Problem jednak tkwi w tym, że zarówno diagnozie, jak i futurologicznym przewidywaniom autora trudno odmówić racji, zwłaszcza jeśli uważnie śledziło się historię przemian polityczno-społecznych i kulturowych Europy przełomu mileniów. Oprócz frenetycznej wizji krwawej masakry demonstrantów (obym nie wywołał Błaszczaka z lasu) i ustanowienia metaforycznej dyktatury chorych lekarzy( czy fałszywie rozgrywana przez obóz „dobrej zmiany” rzekoma sanacja nie spełnia książkowej zapowiedzi?) we wszystkich pomniejszych aspektach przewidywania Wahlöö sprawdziły się z nawiązką.
I to jest najbardziej przerażające.
Wahlööwskie uniwersum to panstwo rządzone przez koalicję partii prawicowych. Socjaldemokracja zdradziła interesy klasy robotniczej i przyłączyła się do rządzącej elity. Uprawiana jest agresywna propaganda jedności narodowej i wprowadzana homogenizacja kulturowa. Z każdej gazet, rozgłośni radiowej i telewizji opanowanych przez egzekutywę płynie krzykliwy przekaz o tym, ze nadeszły czasy sukcesu i prosperity. Nie ma miejsca na poddawanie w wątpliwość, krytyka nie istnieje, życie obywateli uzyskało najwyższy stopień organizacji. Niestety społeczeństwo płaci coraz większą cenę za swój „raj” na ziemi. Państwo toczy plaga pijaństwa (alkohol jest zakazany nie tylko w przestrzeni publicznej, ale nawet w domu), kraj wyludnia się za sprawą drastycznie ujemnego przyrostu demograficznego, nagminne są przypadki głębokiej depresji uwiarygodnione falą samobójstw. Podmiejskie dzielnice prawie zupełnie się wyludniły i zamieniły w ruiny i wysypiska, których utylizacja jest nieopłacalna. Kontrastują z nimi reprezentacyjne centra miast – budowlane molochy ze szkła i stali, w których gnieżdżą się zautomatyzowani pracownicy zależnych od władzy monopolistycznych korporacji. Władza sączy doo uszu obywateli jeden przekaz:
„Czy wierzysz w politykę zgody? Czy jesteś gotów wziąć udział w walce przeciwko wewnętrznym i zewnętrznym wrogom naszego kraju?”
Prawda, że brzmi znajomo?
Zaczynają się protesty nielicznych uświadomionych. Z tygodnia na tydzień grupa niezadowolonych rośnie. Są to przede wszystkim młodzi, którzy na manifestację zabierają dzieci. Czekamy tylko na iskrę, która zdetonuje tę napiętą sytuację.
Forma kryminału, czy raczej technothrillera, jest tu wyłącznie kostiumem maskującym dystopijny esej o mechanizmach rządzących, dla autora nieodlegle przyszłą, a dziś już namacalną rzeczywistością, której w „Morderstwie…” bliżej do Kafki i Orwella, a „Stalowym skoku” Dicka i Atwood.
Paradoksalnie można powiedzieć, że autor-wizjoner jednocześnie bardzo zbłądził i miał pełną rację. Pomylił się, bo scenariusz systemowego kolapsu wróżył dojrzałym państwom zachodniej demokracji, które, przynajmniej na razie oparły się władzy postpolitycznych trustów, korporacji i kamaryli. Miał jednak rację, gdyż na naszych oczach ponura wizja zawłaszczenia państwa przez grupy wsobnych interesów sprawdza się w krajach, w których demokracja nie okrzepła na tyle, by wytworzyć mocne, opierające się zakusom politycznych szarlatanów apolityczne urzędy i instytucje służby cywilnej. Rosja Putina, Węgry Orbana, Polska Kaczyńskiego i Słowacja Fico są tego najbardziej wymownymi przykładami.
Gdyby tylko Wahlöö – niemal bezbłędny futurolog - zamiast transkrybować na język prozy stenogramy posiedzeń i przesłuchań prowadzonych przez mrocznych panów w ciemnych pokojach potrafił choćby o jeden stopień podnieść poziom swego osobliwego, paraliterackiego rzemiosła…
Ale czy tak naprawdę Orwell, Dick i Zamiatin, w przeciwieństwie do Lema byli wirtuozami słowa?
Raczej wizji, a ta w przypadku „lewaka ze Sztokholmu” w pełni przekonuje i jednocześnie przeraża swym antyutopijnym, wymownie i z naddatkiem spełniającym się na naszych oczach proroctwem.
I pomysleć, że napisał to w latach sześćdziesiątych!

Nie ma co owijać w bawełnę.
Per Wahlöö utalentowanym pisarzem nie jest.
Nie znam co prawda żadnej powieści z najsłynniejszego cyklu utworów szwedzkiego prozaika o przygodach komisarza Becka (pisanych wspólnie z żoną –Maj Sjöwall), a opinię ośmielam się wystawić na podstawie lektury obu technothrillerów z dylogii o śledczo-politycznych perypetiach komisarza Jensena, jednak...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Przygotujcie się, bo oto nadchodzi... Wiesiek.
Chłopak z Marymontu. Na Bielanach Król Sprytu. Warszawski cwaniak. Obywatel lśniącego nocnymi neonami świata stolicy. Obrotny waluciarz. Wielbiciel wódki, papierosów, dancingu i w ogóle dobrej zabawy.
Nikt tak jak on nie potrafi urobić miejscowego frajera, wcisnąć zmamlasiałemu zagraniczniakowi kanapki z gazet, naciąć spowolnionego leszcza pod peweksem na różnicy kursowej, przekręcić świeżaka na rulonie kapuchy, wyciągnąć mamonę tanim lichwiarskim wałkiem.
Wiesiek to mistrz kombinacji, wirtuoz „prywatnej inicjatywy”, ptak co prawda niebieski, ale łasy na zielone.
Na rogach ulic, pod hotelami, a głównie na zapleczach knajp, barów i restauracji nawija swoje „Czieńdż many, cieńdż. Gud prajs. Gud kurs” w rytm pobrzmiewających zewsząd peerelowskich hitów w rodzaju „Jak się masz, kochanie”, „Nie liczę godzin i lat” czy przebojów Franka Kimono.
Czy zatem otrzymujemy kolejny portret przemyślnego Sowizdrzała radującego się grą z otaczającym światem w trawestację znanej z piosenki Grabaża rozgrywki „Kto kogo w tym kraju zrobi w ch.ja”?
W mniej lub bardziej podbarwioną prozą Nowakowskiego i Himilsbacha alkoholową pikareskę z portretem "warsiaskiego" półświatka w tle?
Otóż nie, bo wbrew lejtmotywowi to książka bardzo smutna i bardzo poważna.
Co prawda mieniące się wszystkimi kolorami jablonexowej tęczy tło, które maskuje szarą, burą, ponurą i przaśną peerelowską rzeczywistość siermiężnych pierwocin kapitalizmu Chutnik odmalowała z dużym pietyzmem, gawędziarskim talentem i niepowtarzalnym humorem rodem z filmów Chęcińskiego i Barei, lecz fabuła i wymowa książki zogniskowane są wokół wątku życia wewnętrznego głównego bohatera, które tylko z wierzchu i często na pozór rozjaśnia tandetny blichtr dancingów, po których trzeba wrócić do niedzielnego schabowego z kapustą w spółdzielczym M-3 i trudniejszych od handlu walutą starań o uzyskanie wpisu o zatrudnieniu, bo takowym w PRL-u wylegitymować się musiał każdy, by nie trafić na dołek.
Książka to więc refleksyjna, a we wstrząsającym finale nawet okrutna i pozbawiona taniej sentymentalnej ckliwości, choć sam protagonista nader często w taką ckliwość wpadał.
Nie pikareska to także dlatego, że kraj, w którym toczy się gra w „Cieńdż many” to schyłkowy PRL, nasz waluciarz ma rodzinę i to dla niej w pocie czoła kręci biznesowe lody, a do tego sam już nie żyje.
I zastosowanie przez Chutnik takiej właśnie perspektywy narracyjnej przynosi świetny efekt.
Wykorzystujące pierwszoosobową narrację wspomnienia Wieśka stopniowo odsłaniane głosem z offu pozwalają zachować konieczny dla wiarygodności i atrakcyjności całej historii narratorski dystans, którego „zatyranemu”cinkciarzowi – bohaterowi brakowało za życia. Bo Wiesiek już wie, jak i dlaczego przedwcześni zgasł jego niedokończony, wydawałoby się niespożyty elan vital. Wie, ale nie powie. Jeszcze nie teraz. W tej chwili nadszedł czas na stopniowe odkrywanie kart. Gorzkie podsumowanie cinkciarskiej, tylko z wierzchu różnokolorowo wypacykowanej egzystencji .
Historia cinkciarza domknęła się, można analizować, wylać żale, zdobyć się na uczciwą konfesyjną refleksję o ludzkiej kondycji uformowanej w specyficznych warunkach społecznych, politycznych, a także rodzinnych.
I właśnie te trzy perspektywy konfrontowane z blaskami i cieniami „zawodowej” aktywności powieściowego protagonisty przenikają się, współtworząc warstwę interpretacyjną „Smutku cinkciarza”.
Najłatwiejszy do analizy jest kontekst polityczny. Bo Wiesiek polityką nie interesuje się w ogóle. Nie zaprząta sobie głowy partią ani tym bardziej „Solidarnością”. To nie jego świat. Wszyscy wokół jacyś pobudzeni, rozpolitykowani, a to same głupoty. Śmieszne jakieś. Dla cinkciarza „z ambicjami” strata czasu i energii. Niestety nie ma tak dobrze, bo o ile Wiesio politykę omija, to polityka nie omija Wiesia. Przecież na zarobkowy wyjazd do Czech, Turcji, na Węgry czy Bułgarii trzeba paszportu, a o ten niełatwo, bo konieczne zatrudnienie, etat. I najlepiej być w partii, a jeśli nie, to trzeba słono zapłacić, więc pieniądze, pieniądze i jeszcze raz straty. Do tego celnika opłacić, coby przymknął oko na pięć futer w walizce i małżonce szefa żony futro, bluzkę, spódnicę, kilka par gaci, rajstop i i biustonoszy odpalić , żeby jej ślubny-pryncypał urlop podwładnej wypisał.
Ile to trzeba wyrzeczeń, wydatków.
Cóż – taka to właśnie niepolityczna polityka.
Perfekcyjnie kreśli Chutnik tło społeczne.
Bez hiperbolizacji, wulgaryzacji, taktownie wprowadza w świat socjalistycznych etatystów (żona Wieśka) i prywaciarzy, którzy wtedy mogli funkcjonować tylko w półświatku. Waluciarze, doliniarze, amanci, bywalcy parkietów, alfonsi, prostytutki, wszyscy ci to prestidigitatorzy za wszelką cenę pragnący oszukać zmysły, wyrwać się z monochromatycznej, zaściankowej rzeczywistości blokowisk epoki wiecznego niedoboru. Spragnieni wrażeń, „prawdziwego” życia, w hedonistycznym szale chwilowego zapomnienia odreagowujący skostnienie i zamknięcie, któremu nieustannie poddawał ich tamten system. Ich uwielbienie dla kiczowatego, udawanego blichtru „wielkiego świata” to spontaniczny odruch buntu, kompulsywne odreagowanie bieżączki codziennej walki o papier, ziemniaki, buty i proszek do prania. Jak w piosence Staszka Staszewskiego: „Odbijaj flaszkę, żądz nie kiełznaj / Hej na orbitę wszyscy wraz / Bo gdy tak człek od rana pełza / To wieczór spędzić chce wśród gwiazd”.
A za naszymi socrealistycznymi homo ludens kroczą cienie esbeków, szpicli, kapusiów, donosicieli. Do tego coraz brutalniejsza konkurencja. Całkiem bez zasad, nie to co kiedyś, gdy każdy cinkciarz czy doliniarz kierował się honorowym kodeksem i uosabiał elegancki, „profesjonalny” sznyt. Teraz człek musi żyć w ciągłym zagrożeniu. O zdrowie, życie, ale przede wszystkim o utarg.
Największe wrażenie wywołuje jednak kontekst rodzinny nałożony na szersze kulturowe tło prezentowanych wydarzeń. Wiesiek to, jak sam podkreśla w monologu, przede wszystkim ojciec i głowa rodziny. Na siłę wciśnięty w patriarchalny gorset za wszelka cena stara się sprostać tradycjonalistycznie, wręcz archetypowo rozumianemu zadaniu mężczyzny, które pomimo końca XX wieku nadal realizuje anachroniczny i, jak się w powieści okazuje, nadmiernie obciążający podażą testosteronu model męskości (autorka „Cwaniar” nie byłaby sobą, gdyby z pozycji feministycznych nie podjęła zagadnienia kryzysu męskości). Bo Wiesiek jako ojciec nie potrafi nawiązać właściwych relacji - dobrego, partnerskiego i opartego na podmiotowości kontaktu z synem, którego, reprodukując spetryfikowany wzór ojcostwa,„przysposabia” do funkcji swojego patriarchalnego następcy. Poucza, zmusza, paternalizuje, a w słyszy tylko „No, weż, nooo, tatooo…”
Jacek to obibok i miglanc, który nie tylko dostaje wszystko na tacy, ale podkrada ojcu „ciężko zarobione” pieniądze, a w efekcie (uwaga, spojler!) brutalnie odreagowuje kompleks Edypa.
Ale Wiesiek jest też synem i wnukiem, a był także bratem.
Te męsko-męskie relacje ujawniają kolejne głębokie pokłady goryczy. Zamknięty w sobie, skory do przemocy i nieobecny w wychowaniu ojciec obwinia Wieśka za śmierć Jacka – starszego syna- który utopił się w gliniance, nie doczekawszy się pomocy ze strony przerażonego i bezradnego Wieśka. To Jacek był „oczkiem w głowie”, po jego śmierci matka, a przede wszystkim ojciec umarli dla świata. Pomimo że wielokrotnie i bez powodu Wiesiek odczuł na sobie ciężar ojcowskiej reki, nie zdołał przeciąć pępowiny, wyzwolić się spod jego obezwładniającego przemocą wpływu. Dramatycznym punktem kulminacyjnym tej relacji jest scena, gdy umierający ojciec odwraca głowę od czuwającego przy szpitalnym łóżku syna, odmawiając mu ostatniej rozmowy. Nieco lepszą relację mały Wiesiek utrzymuje z dziadkiem. Często spędza z nim czas na rybach, ale wraz z wiekiem w dziadku zaczynają budzić się lęki jeszcze z czasów wojny. Obrazy śmierci, zniszczenia, poległych kolegów, wśród których stał w okopach, by po chwili patrzeć na ich zmasakrowane ciała, zmiażdżone głowy, oderwane ręce i nogi. Starzec popada w szaleństwo, demonstrując coraz drastyczniejsze patologie zachowania, więc przestaje być wzorem do naśladowania, a staje żródłem wstydu.
W tym wymiarze powieść Chutnik jest więc również studium obnażającym porażkę męskości w jej najpowszechniej reprodukowanym, patriarchalnym paradygmacie.
I jednocześnie wielką niespodzianką, bo autorka „Cwaniar” i „Jolanty” dotąd znana głównie z eksploracji kobiecego środowiska w „Smutku cinkciarza” na pierwszy plan wysuwa męskie lęki, traumy i pragnienia. Kobiety w tej powieści bardziej (jak niemal niezauważalna córka – Agata) lub mniej (jak akceptująca rolę wycofanej matki Polki żona rozpychającego się w świecie przedstawionym Wieśka) statystują procesowi kolapsu męskości.
A jednak współczujemy zagubionemu bohaterowi, sympatyzujemy, często solidaryzujemy się z nim, bo nie jest egoistą i dupkiem. Ma honor i choć jest drobnym cwaniakiem, to o wielkim sercu i specyficznym, ale jednak etycznym rozumieniu konieczności wrażliwości i troski w ciągłej walce o scalenie rodziny i zapewnienie jej godziwego bytu.
Wiesiek naznaczony goryczą męskich rozczarowań do końca walczy o godność własną i rodziny. Boksuje się z życiem urządzonym wg darwinowskiej teorii walki o byt i choć w codziennym ferworze tego bojowania poza materialnymi nie dostrzega innych potrzeb najbliższych, zasługuje na szacunek, bo nie jest papierowy, a pomimo swego ograniczenia paradoksalnie pełnowymiarowy, wiarygodny, z krwi i kości.
Powieść Chutnik ukazała się nakładem wydawnictwa „Od deski do deski” w słynnej Serii na f/aktach”. Nawiązuje do głośnej, niewyjaśnionej sprawy zabójstwa znanego w środowisku trójmiejskiego cinkciarza, którego zwłoki znaleziono 26 września 1985 roku w biały dzień w windzie i to w chwili, gdy wokół roiło się od ludzi. Autopsja wykazała uduszenie, poszlaki wskazywały na syna, ale śledztwo odłożono ad acta z powodu niemożliwości wykrycia sprawcy. Chutnik nie zmierza jednak w stronę fabularyzowanego reportażu. Nie tylko przenosi akcję do Warszawy, ale uniwersalizuje tę „historię”, tworząc narracje zupełnie fikcyjną, miejscami paralelną z losami zamordowanego sopocianina, ale bardziej opartą o rodzinną gawędę, na co sama wskazuje w dedykacji poświęconej rodzicom i babci, tak samo zanurzonym w peerelowskiej rzeczywistości wiecznego niedoboru jak familia powieściowego Wieśka.
To po prostu doskonała, soczysta, barwna, panoramiczna i wielowymiarowa proza, która tętni emocjami, frapuje dygresyjnym, barokowym niemal stylem, doskonale oddaje klimat i ducha tamtych czasów, a także z premedytacją wieloznacznie mnoży znaki zapytania aż do wstrząsającego, doskonale dramatycznie skomponowanego finału.
Wjazdu przebojową „Windą do nieba”.
Lektura obowiązkowa.

Przygotujcie się, bo oto nadchodzi... Wiesiek.
Chłopak z Marymontu. Na Bielanach Król Sprytu. Warszawski cwaniak. Obywatel lśniącego nocnymi neonami świata stolicy. Obrotny waluciarz. Wielbiciel wódki, papierosów, dancingu i w ogóle dobrej zabawy.
Nikt tak jak on nie potrafi urobić miejscowego frajera, wcisnąć zmamlasiałemu zagraniczniakowi kanapki z gazet, naciąć...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Kolejny bardzo udany debiut polskiego prozaika i jednocześnie miła niespodzianka, pomimo okładkowej hurtowo już wystawianej kolegom po fachu antyreklamy - rekomendacji autorki popkryminalnego słowotoku a’ la Remi Mróz - Katarzyny Bondy. Samo wydanie w skupiającej mocno skonwencjonalizowane i skostniałe formy gatunkowe „Mrocznej serii” wsparte hiperentuzjastycznymi blurbami literatopodobnych celebrytów przestałem etykietować jako mało produktywne li tylko powielanie gatunkowego schematu, doświadczywszy lektury co najmniej kilku ponadprzeciętnie interesujących narracji, dla których kryminalna intryga była jedynie sztafażem, pretekstem do ukazania dużo poważniejszego problemu (zespołu problemów) i wnosiła znacznie głębsze niż okazjonalne przesłanie o złu tkwiącym w ludzkiej naturze.
Poza tym w „Mrocznej serii” wydano Guzowską, Krajewskiego i Wrońskiego (wystarczy za prawdziwą rekomendację).
A przede wszystkim Indridasona i Mankella – mistrzów kryminalnego sztafażu, w którego ramach skrywa się wielopunktowa psychosocjologiczna analiza ujęta w poetykę społecznego obrazka żywcem wywiedzionego z ducha pozytywistycznego organicyzmu i utylitaryzmu – najczęściej dokumentację atrofii, portret rozkładu tkanki społecznej, dezintegracji rodziny, rozpadu więzi międzyludzkich, atomizacji entropicznych jednostek realizujących sprzeczne pragnienia i imperatywy, wykluczające harmonijną koegzystencję w tyglu skonfliktowanej i rozdrobnionej licznymi podziałami zbiorowości.
Tak jest i w powieści Szczygielskiego. O wartości (i w pewnej mierze również oryginalności) tej książki świadczy fakt, że zdecydowanie wykracza poza gatunkowe ograniczenia, ba, myślę że nawet stawia sobie zupełnie inne od klasycznego kryminału cele. I do tego jest napisana świetną, precyzyjną, gdzie można unikająca niepotrzebnych kolokwializmów, zdyscyplinowaną, opierająca się na precyzyjnej, zwięzłej frazie sugestywną polszczyzną, bez całego tego tandetnie wyświechtanego i uwodzącego tanim błyskiem szczególnie młodszych pisarzy nowomodnego epatowania „antypoprawnościową”wulgarnością, obscenicznością, narracyjną histerią, hiperbolizacją emocji i lingwistycznie zbrutalizowanymi, spiętrzonymi obrazami przemocy.
Już na trzynastej stronie Szczygielski nieco ironicznie zdradza szlachetne powinowactwo swojego protagonisty – detektywa Gabriela Bysia. Kto jest patronem jego opowieści ? Specyficzny konglomerat złożony z po picassowsku wyselekcjonowanych puzzli - elementów Harry’ego Hole’a, Kurta Wallandera i Varga Veuma, - w punkcie wyjścia narracji o casusie spektakularnego śledztwa dotyczącego bestialskiego, makabrycznego morderstwa pruszkowskiej prostytutki, ale finalnie fabuły ewoluującej w stronę powieści społeczno- psychologicznej o „nowym” Pruszkowie epoki „upadłych aniołów o brudnych twarzach” – owych czasów postpershingowskich, gdy wielcy gangsterzy gryzą już ziemię, a z marzeń o wielkich fortunach pozostał już tylko znój zupełnie przeciętnej wegetacji, rozwiane marzenia i, przede wszystkim dominujące w rysie wszystkich bohaterów Szczygielskiego, dojmujące i obezwładaniające poczucie straty. Zamki na piasku rozsypały się, pozostał darwinizm walki o byt, sztuczna stymulacja i próby ocalenia człowieczeństwa w szamotaninie z bolesną codziennością i niepewną przyszłością.
Jednak na powtórce z Mankella i jego transfiguratywnym, wyjątkowo produktywny postchandlerowskim samotniku z Ystad oraz jego póżniejszych mutacjach doprofilowanych z prozy Nesbø i Staalesena kreacja Bysia się nie kończy. Komisarz, którego archetypowy, wizerunkowy patchwork jest bez wątpienia skandynawskiej proweniencji, to przede wszystkim indywiduum zanurzone do bólu (leczonego tramalem) i funkcjonujące w specyficznie polskim, histerycznie wrzaskliwym, przaśnym, nieco jarmarcznym, ale dużo bardziej brutalnym i co tu dużo mówić – podszytym brzydotą i wszechobecną przemocą uniwersum, w którym prym wiedzie drobnomieszczańska konserwa, żeby nie powiedzieć kołtuneria, a stosunek do świata i ludzi wyznaczają urazy, uprzedzenia, a często zwykłe ludzkie skurwysyństwo. To świat żywcem przeniesiony z „Modlitwy Polaka” Koterskiego i obracający się wg zasady „dopierdolić sąsiadowi”, utruć, uprzykrzyć życie, dlatego wszelkie formy opieki, a nie daj boże życzliwości czy wręcz zainteresowania i pomocy wymagają odpowiednio hojnej „gratyfikacji”. Tu nic nie przychodzi za darmo, wszystko, łącznie z szacunkiem trzeba wyszarpać z bebechów. Niewolnicy zjadają resztki z pańskiego stołu, nad wszystkim czuwa i wszystkich ma w kieszeni lokalny capo di tutti capi – Andrzej Dzierga – lewiatan ukryty w podziemnej pieczarze, jednak zupełnie inny niż jego bardziej sławni pruszkowscy antenaci – gangsterzy celebryci, bohaterowie Pudelka i tabloidów.
Szczygielski bardzo sprawnie się porusza w portretowaniu podbudowy kulturowej epoki i przekonująco kontekstualizuje odniesieniami literackimi i medialnymi. Pruszkowianie w jego powieści niczym „Mieszkańcy” z antyballady Tuwima żyją papką chłonięta z mediów, ale i popłuczynami wyciśniętymi z klasyki literatury. Mamy tu więc „Ojca chrzestnego” Puzo i wspomnianych Skandynawów. Znajdujemy sprawę Nangar Khel i Katarzynę Waśniewską, „Dziada”, „Pershinga”, „Wariata” i „Baraninę”. Do tego „Demaskatorkę” Bolkovac i „Bones” z „Kości”. A na deser „Breaking Bad”.
Śledztwo w sprawie morderstwa połączonego z drastycznym okaleczeniem Marty Zręb (tak naprawdę sprzedanej do polskiego burdelu Serbki Jovanki Sekulović) prowadzi do zaskakującego finału (tu też brawa dla Szczygielskiego za umiejętne stopniowanie napięcia, utrzymywany na wysokim poziomie dramatyzm wydarzeń). Prócz realizacji klasycznych reguł gatunkowych służy stopniowemu odsłanianiu mentalnej panoramy „Polski B”, tej tak naprawdę najrozleglejszej kulturowo części kraju, „aspirującej” do pierwszoligowej wielkości, zawieszonej między blichtrem stolicy a siermiężnością wiejskich opłotków krainy wiecznie niedokończonej transformacji politycznej, społecznej, kulturowej i ekonomicznej. Tu sukces zawsze jest połowiczny i zawsze okupiony traumatycznym doświadczeniem straty.
Wyrażaja to bardzo ciekawie uformowane, psychologicznie wiarygodne, nieuproszczone, przekonujące i jednak (przynajmniej w większości) odbiegające od utartych przez kryminalne schematy postacie, które, zgodnie z tytułem powieści, „tętnią”, nie są papierowe. Łączy je nie tylko stopniowo odkrywana rola w prowadzonym przez Bysia śledztwie, ale właśnie owo metafizyczne doświadczenie straty, kondycja „bohatera po przejściach”: komisarz spaprał poprzednie dochodzenie i pozwolił na samobójstwo chorej kobiety, kompetentna i zaangażowana sierżant Monika Rudka, która okazuje się twardą narkomanka, straciła nienarodzone dziecko, współtworząca oś fabularną powieści i stanowiąca kontrapunkt Bysia prostytutka do dyspozycji Dziergi - Kaśka została porzucona przez matkę dla tejże właśnie najstarszej (zaraz po polityku) profesji. Nawet stara alkoholiczka, kiedyś mierna aktorka, obecnie przykuta do wózka i wymagająca pielęgniarskiej opieki w czynnościach samoobsługowych Joanna do tej pory nie otrząsnęła się z traumy odrzuconej miłości bon vivanta i sadysty, byłego radnego Roczewskiego.
Razem z bohaterami tkwimy więc w klimacie znanym z wczesnych filmów Smarzowskiego – trochę „Wesela”, odrobina „Domu złego” i szczypta „Drogówki”. O ile jednak w filmach reżysera „Wołynia” ukazanie obrazu degeneracji mentalnej i kulturowej był niejako celem samym w sobie, o tyle postacie Szczygielskiego warte są współczucia, ponieważ za wszelką cene nie chcą utopić się w tym profanum, dokładają wszelkich sił, walczą z widmem nieuniknionego moralnego kolapsu.
Pruszków nadal jest polem walki.
Nie ma jednak nic wspólnego z idealizowaną gangsterską balladą podbarwioną miejską legendą o rycerzach mafii w lśniących wyścigówkach. Nie jest też, jak u Smarzowskiego, zejściem do hiperbolizowanego piekła upodlenia.
To twarda szkoła życia podparta poetyką realizmu krytycznego, ilustracja fazy rozczarowania, utkwienia w meandrach pułapki średniego rozwoju.
I jak w życiu - nie wszyscy wygrywają, choć samo wyjście na pole walki uznać należy za sukces.
Myślę, że Szczygielskiemu udało się to, co nie wyszło Mariuszowi Ziomeckiemu w „Umierasz i cię nie ma” - stworzył udaną językowo, frapującą i przekonującą historię bardziej społeczną niż kryminalną, unikając przy tym gatunkowego schematyzmu i większości błędów charakterystycznych dla literackich debiutów. Przede wszystkim pretensjonalności, przegadania, niepotrzebnego epatowania kolokwializmami i wyrażanego explicite namolnego moralizowania.
Jego „Aorta” steranych życiem tętni, pulsuje.
A jeśli nie ma już prawdziwej, tłoczy nawet sztuczną krew.

Kolejny bardzo udany debiut polskiego prozaika i jednocześnie miła niespodzianka, pomimo okładkowej hurtowo już wystawianej kolegom po fachu antyreklamy - rekomendacji autorki popkryminalnego słowotoku a’ la Remi Mróz - Katarzyny Bondy. Samo wydanie w skupiającej mocno skonwencjonalizowane i skostniałe formy gatunkowe „Mrocznej serii” wsparte hiperentuzjastycznymi blurbami...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

To jedna z pierwszych powieści katalońskiego mistrza słowa, w Hiszpanii po raz pierwszy wydana w 1984 roku, więc wcześniejsza od magnum opus, czyli konfesyjnego monumentalnego „Wyznaję” (2011) i świetnych, wstrząsających, rozrachunkowych, antyfrankistowskich „Głosów Pamano”(2004). I choć rodzimy wydawca „uparł się”, by kolejne powieści Cabre wydawać w kolejności odwrotnej do powstawania, najważniejsze, że ta, stanowiąca pierwotnie drugie ogniwo tryptyku „Circle de Feixes”, doczekała się wreszcie polskiego wydania, które wprost idealnie trafia problematyką w nasze rodzime kulturowe piekiełko.
Niezmiernie cieszy, że wydawnictwo „Marginesy” zdecydowało się na uraczenie polskiego czytelnika „Agonią dżwięków” , ponieważ właściwa recepcja tej w gruncie rzeczy filozoficzno-teologicznej prozy jest w dzisiejszej polskiej rzeczywistości nachalnej propagandy odwróconych znaków niezwykle potrzebna, a problematyka przez nią poruszana do bólu aktualna, przy tym wymownie i znacząco koresponduje z naszymi doświadczeniami naznaczonymi grubiańskim dogmatycznym paternalizmem.
Lektura tej intelektualnie pasjonującej i zdradzającej nie tylko erudycyjnie literacki talent autora pozycji sprawi prawdziwą przyjemność czytelnikowi, który nad rozrywkę i wartką akcję przedkłada refleksje o ludzkiej naturze, wymaga od książki walorów poznawczych i artystycznych, docenia głębsze, historyczne, społeczne i kulturowe umiejscowienie kontekstualne dzieła literackiego. Bo „Agonia dżwięków, choć monotematyczna i niemal w całości tocząca się w zamkniętej przestrzeni zimnych klasztornych murów lub skontrastowanych z nimi barokowych wnętrz biskupich pałaców, podejmuje ważny i ponadczasowy temat uwikłania człowieka w mechanizmy panującego systemu, konflikty ideowe i rozterki sumienia oraz otoczenie aksjologiczne epok, w których podmiotowość jednostki jest wyrażnie zagrożona przez opresyjne otoczenie.

Powieść Cabre to nie tylko ciekawa, bogata w kulturowe konteksty, epizodyczna, incydentalna historia sporu silnych, spetryfikowanych wyznawanymi zasadami i głoszonymi przekonaniami, kontrastowo zestawionych osobowości. Bardziej jest to beletrystyczna, specyficzna suma teologiczna, utrzymana w podniosłym tonie literacka odpowiedź na „Summę Theologicae” Tomasza z Akwinu, tyle że pisarz, nie teolog, zamiast dogmatyzować psychologizuje, każąc poruszać się swoim bohaterom - uczestnikom filozoficznego dyskursu o fundamentach wiary - w uniwersum trochę przypominającym znane z „Imienia róży” Umberto Eco i „Matki Joanny od Aniołów” Iwaszkiewicza. To teologiczno-kanoniczny kontekst uwypuklajacy indywidualne konstrukcje osobowościowe czyni z nich dramatis personnae.
Fabuła książki jest prosta: brat Junoy przybywa do by zostac spowiednikiem mniszek klauzurowych. Dla estety, zakonnika rozmiłowanego w muzyce i ekstrawertyka to niemal banicja. Surowa kara za to, że, zdaniem przeora Puigcerdy, zbytnio „zaniedbał” kwestię zbawienia dla „pogańskiej”muzycznej fascynacji. Osamotniony, skazany na milczenie przezywa katusze, ale życzliwie wypełnia wszystkie powinności, do tego otacza nowicjuszki i postulanki troskliwa opieką, radą i wsparciem. Nic zdrożnego, wszystko w zgodzie z regułą i przyzwoitością. Niestety ksieni Dorotea, surowa i jak się okaże bezwzględna do granic sadyzmu (w książce ukazana jako Emily Wordsworth, córka angielskiego poety) nie popiera po chrześcijańsku miłosiernej postawy Junoy’a, zarzucając mu tendencję do zbyt liberalnego traktowania surowej zakonnej reguły opisanej w Załączniku. Zgorzkniała Dorotea zaczyna widzieć w zakonniku wroga, głównie zagrażającego jej dominującej pozycji i oskarża o herezje i demoralizacje mniszek. A Junoy twierdzi, że jałowe umartwianie i barbarzyńska asceza nie zbliża do Boga. Po czterech latach (o dwa za póżno) Junoy samowolnie opuszcza klasztor La Rapita, wraca do Feixes. Mściwa Dorotea pamięta o dobrym zakonniku. Śle oskarżające franciszkanina listy do biskupa , który zmuszony jest wytoczyć Junoy’owi proces kanoniczny. A biskup jak to biskup. Nie potrzebuje rozgłosu i skandalu. Chce po cichu piąć się w kościelnej hierarchii. Marzy mu się kardynalska purpura. Do tego jeszcze w kurii „pałęta” się mu ten wścibski wysłannik z Rzymu. Trzeba to szybko zakończyć.
W powieści tak naprawdę mamy do czynienia z bohaterem zbiorowym, którym jest kler i konsekrowane mniszki. Cabre ukazuje trzy oblicza hiszpańskiego Kościoła katolickiego czasów przedfrankistowskich , tej nieszczęśliwej drugiej dekady XX w., gdy ojczyzna założyciela Towarzystwa Jezusowego i autora „Ćwiczeń duchowych” – inkwizytora Ignacego Loyoli po utracie posiadłości w Azji przestaje europejska potęga kolonialną i degraduje do wymiaru peryferyjnego, zamkniętego, feudalno-wyznaniowego kraiku na obrzeżach Europy. Kanoniczny dyskurs, ale również egzystencjalny konflikt i psychologiczny pojedynek toczy się pomiędzy liberalnym reprezentantem kościoła otwartego – bratem Junoy’em – piewcą chrześcijańskiego personalizmu, chwilami nawet teologii wyzwolenia, a zasadniczą, dogmatyczną i surową ksienią mniszek klauzurowych, matką przełożoną Doroteą, zwolenniczką drastycznej ascezy i pełnego odseparowania od jakichkolwiek „pokus” nie tylko świata zewnętrznego, ale i biologicznej doczesności. Praktyka ograniczania snu, pokarmu, ciepła, (również w wymiarze relacji interpersonalnych) a nawet aktów porozumiewania się budzi głęboki sprzeciw zesłanego do klasztoru spowiednika – brata Junoy’a, wg którego przytłoczenia modlitwą jest nieludzka torturą, a nie kontemplacja absolutu i miast zbliżać do Boga, tylko od niego oddala. W punkcie kulminacyjnym powieści agresywnie oskarżany przez ksienię o „wywrotowość” Junoy perswaduje: „Alez ja nie zachęcam do rozlużnienia obyczajów. Doradzam tylko to, co po ludzku uwazam za korzystne dla duszy[…] Spowiedż, modlitwa to nie są mechanicznie powtarzane akty[…] Stwierdzam fakty, matko. Rapiteńskie ubóstwo jest jałowe. Jest… jest podszyte ambicją, wyuzdaniem, bo zrobiłyście z niego cel sam w sobie, a nie środek na drodze do świętości. Co z tego, że będziemy ubodzy, jeśli ograniczenia stłamszą w nas ducha, biczowanie to tylko ból, a głód wywołuje halucynacje.” A więc Junoy zarzuca Dorotei , za co ksieni oczywiście „odpłaci się” zarzutem demoralizowania i blużnierstwa. I rozpocznie się kanoniczny proces brata, który kochał muzykę, wzbudzał wrażliwość na piękno i w tym oraz podmiotowości każdego człowieka widział narzędzie zbawienia.
O ile jednak za obiema skonfliktowanymi stronami kryją się jakieś głębsze motywacje (franciszkański ewangelizm Junoya; dogmatyzm fałszywie pojętej troski o integralność wspólnoty, było nie było jednak mniszek klauzurowych Zakonu Cysterskiego Ściślejszej Obserwancji w Całkowitym Ubóstwie), o tyle druzgocącej krytyce poddał Cabre przedstawicieli biskupstwa z Feixes z samym monsiniorem Maurycym na czele. On sam, jak i jego sekretarz ksiądz Rubinats, sędzia ks. dr Canyameres, oskarżyciel – ks.Fabre oraz obrońca – ks.Rovira to oportuniści zupełnie zobojętniali na wydarzenia w La Rapita, działający schematycznie, niezdolni do refleksji, nie mówiąc już o obiektywnym osądzie i dbający jedynie o własne ego oraz dygnitarskie posady.
Dlatego wynik tego procesu jest z góry ustalony. Retoryka odwróconych znaków i opresyjna „moralność” nie postulująca zrozumienia, a jedynie wymagająca bezrefleksyjnego, mechanicznego posłuszeństwa archaicznemu dogmatowi wspierane koniunkturalizmem zwierzchników – biskupich karierowiczów zatriumfują nad duchem Ewangelii i bezstronnością procesu.
To dlatego Junoy zupełnie nie jest zainteresowany udziałem w takiej farsie . W czasie mechanicznego odczytywania donosu Dorotei woli przenosić się w świat dżwięków i kontemplować muzykę, która stała się jego jedynym wyzwoleniem.
Cabre przyznaje ludzką, ale i kanoniczną rację Junoy’owi.
Zbawienie bardziej możliwe jest przez obcowanie z pięknem sztuki (notabene wszystkie mniszki okropnie fałszują) niż na gruncie dyktatu barbarzyńskiej ascezy. Patrząc na fanatyczną matkę Dorotheę, ale też narcystycznego oportunistę monsiniora trudno oprzeć się wrażeniu, że wg Cabre Bóg już na stałe wyemigrował z Kościoła. Kto go tam szuka, znajdzie tylko gorycz, cierpienie, ból i w efekcie zło. Nie absolutne, ontologiczne, ale o zupełnie pospolitej, przyziemnej wręcz etiologii. Zło wynikające z resentymentu, dogmatyzmu, doktrynerstwa, obojętności i megalomanii. A przede wszystkim pogardy dla człowieka uzasadnianej miłością do i wyższością dogmatu.
W sferze powieściowej symboliki nie jest przypadkiem, że Brama Piekieł sąsiaduje z klasztorem La Rapita. Jest naprzeciwko. Patrzy.
I wcale nie klasztorna reduta jej pilnuje. To brama diabła czuwa nad klasztorem.
Pilnuje „ładu” odwróconych znaków.
Niestety powieść Cabre ma też wady. O ile niechronologiczna kompozycja splatająca trzy równoległe wątki wydaje się bez zarzutu, o tyle lekturze pozostaje wrażenie niepotrzebnego pośpiechu. 340 stron to zdecydowanie za mało na dopięcie fabuły, stąd momentami dominuje wrażenie pospiesznej skrótowości. A już na zupełne mielizny wyprowadzają te narrację kompletnie, moim zdaniem, zbędne motywy okultystyczne, niczym z taniej powieści gotyckiej ( inie ma tu ironii, dystansu – wszystko na poważnie). Samozapalające się świece, dziwne i straszne, złowieszcze dżwięki nieznanego pochodzenia, stotrzydziestoletnia siostra żyjąca w zupełnej izolacji, lecz znająca wszystkie sekrety mniszek i tajemnice bractwa – wszystko to eksplikowane działaniem „złego”. I w końcu sam diabeł, który tuz przed finałem ucina sobie dydaktyczną pogawędkę z wiejącym z La Rapita Junoy’em.
Ufff!
Tyle krystalicznego rozsądku i nagle taki folklor?
Panie Cabre, to się nie godzi.
Eco w „Imieniu róży” pokazał, jak rozprawić się z zabobonem.
Książką i wiedzą.
Pan powinieneś zostać przy sercu i muzyce.
Przy dżwiękach.
Nawet jeśli umierają, jak La Rapita i cały Kościół.

To jedna z pierwszych powieści katalońskiego mistrza słowa, w Hiszpanii po raz pierwszy wydana w 1984 roku, więc wcześniejsza od magnum opus, czyli konfesyjnego monumentalnego „Wyznaję” (2011) i świetnych, wstrząsających, rozrachunkowych, antyfrankistowskich „Głosów Pamano”(2004). I choć rodzimy wydawca „uparł się”, by kolejne powieści Cabre wydawać w kolejności odwrotnej...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Krótko, bo ta lektura odbiera..., jest głębokim, egzystencjalnym, niemal ontologicznym doświadczeniem straty, rozpadu więzi pomiędzy najbliższymi wtłoczonymi w uniwersum powszechnej alienacji i atomizacji społeczeństwa ery ponowoczesności.
Po debiutanckim, intrygującym "Pomieszkaniu", które może stanowić specyficzny prequel, pora na magnum opus Baxtera - "Lotnisko w Monachium".
Syntezę tej książki najpełniej wyraża cytat z Cage'a:
"Zmierzam ku przemocy, a nie czułości, ku piekłu, a nie niebu, ku brzydocie, a nie pięknu, ku nieczystości, a nie czystości, a robiąc to, przekształcam to wszystko i przekształcam nas".
Porywająca i druzgocąca jednocześnie hipnotyczna narracja, wyprawa do wnętrza osobowości udręczonej brakiem zakorzenienia, pytania o sens i cel istnienia, rozkład więzi międzyludzkich oraz obezwładniająca świadomość fragmentaryczności pamięci współkonstruują przejmujący obraz kryzysu tożsamości.
Czy możliwy jest reset życia.
Jeden, dwa, pięć, ile razy?
Dlaczego żyjąc razem, żyjemy obok, bez nadziei na porozumienie, bez szans na zbawienie?
Dlaczego egzystencja odziera nas ze złudzeń, kawałek po kawałku, dzień po dniu?
Z jakiej przyczyny nie sposób zrozumieć, uporządkować życia i świata?
Więcej tu Conrada niż Hemingwaya.
Do tego nad całością unosi się wszechobecny duch biblijnego vanitas, choć paradoksalnie religia nie odrywa w zyciu bohaterów żadnej istotnej roli.
I jeszcze takie echo, coś niby cień Kafkowskiej bezradności.
Taka jest ta książka.
Fascynuje i przeraża jednocześnie.
Podkreśla horror vacui każdej ludzkiej aktywności, każdego przedsięwzięcia skazanego najpierw na kryzys, później na klęskę.
Najpełniej zrozumie ten, kto wszedł już w Conradowską "smugę cienia", ten, któremu niewiele już pozostało do "jądra ciemności".
Dla mnie bez wątpienia najlepsza książka dekady.
Może kiedyś rozszerzę opis.
Ale później, dużo później...
Kto ma jeszcze nadzieję, niech sobie odpuści tę lekturę.
Bo "życie to jednak strata jest...".

Krótko, bo ta lektura odbiera..., jest głębokim, egzystencjalnym, niemal ontologicznym doświadczeniem straty, rozpadu więzi pomiędzy najbliższymi wtłoczonymi w uniwersum powszechnej alienacji i atomizacji społeczeństwa ery ponowoczesności.
Po debiutanckim, intrygującym "Pomieszkaniu", które może stanowić specyficzny prequel, pora na magnum opus Baxtera - "Lotnisko w...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to