-
Artykuły
Czytamy w święta. 3 kwietnia 2026
LubimyCzytać322 -
Artykuły
Weź udział w konkursie i wygraj pakiet książek Callie Hart!
LubimyCzytać24 -
Artykuły
„Odpowiedź kryje się w tobie” – Katarzyna Wolwowicz zdradza, jak ją odnaleźć
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Nowa karkonoska powieść Sławka Gortycha! „ŚWIĘTO KARKONOSZY”- już wkrótce! KONKURS
LubimyCzytać131
Biblioteczka
Tak mnie jakoś naszło, by poznać literackie pierwowzory wszystkich filmowych Bondów. Nie wiem, co z tego wyjdzie, ale pierwszy krok zaliczyłem, a było nim „Casino Royale” Iana Fleminga. Wybrałem wydanie audio z głosem Leszka Teleszyńskiego, na podstawie tłumaczenia Rafała Śmietany.
No cóż, nie jest to niestety ten Bond, którego znamy z filmów, i którego większość z nas polubiła. I różnice nie ograniczają się tylko do tych, których moglibyśmy się spodziewać na podstawie przepaści pokoleniowej pomiędzy powieścią (1953) a ekranizacją (2006). Jak podsumował to w swym prześwietnym posłowiu do książki Wojciech Orliński, „Cassino Royale” to coś dla erotomanów przedszkolaków. W dodatku te zbędne tasiemcowe wywody na temat techniki gry w bakarata stanowiące sporą część powieści…
W wydaniu, którego wysłuchałem, obcojęzyczne wstawki, których też jest zbyt dużo, były bez tłumaczenia, co jest karygodne. W dodatku lektor jest w tej interpretacji jaki taki… Audiobooka absolutnie nie polecam. Jeśli już to wersję drukiem (koniecznie ze wspomnianym posłowiem), lecz i to tylko jako ciekawostkę literacką, chęć poznania klasyki, czy co tam jeszcze. Płytkie toto, więc nie ma się co rozpisywać. Powieść nie daje niczego poza wątpliwą rozrywką. No, chyba, że jak ja, chcecie prześledzić jak, i czy, Bond literacki zmieniał się z czasem. Choć ewolucja filmowego to też ciekawe zagadnienie.
Tak mnie jakoś naszło, by poznać literackie pierwowzory wszystkich filmowych Bondów. Nie wiem, co z tego wyjdzie, ale pierwszy krok zaliczyłem, a było nim „Casino Royale” Iana Fleminga. Wybrałem wydanie audio z głosem Leszka Teleszyńskiego, na podstawie tłumaczenia Rafała Śmietany.
No cóż, nie jest to niestety ten Bond, którego znamy z filmów, i którego większość z nas...
Camilla Läckberg ze swoją "Sagą o Fjällbace" była moją ulubioną przedstawicielką (a może nawet i twórczynią) kanonu, który określiłbym jako szwedzki rodzinny kryminał społeczny. Rodzinny, gdyż jej protagoniści, wbrew obowiązującym obecnie w powieściach detektywistycznych modom, nie są ani ułomni, ani źli, ani nie tworzą dysfunkcyjnych, patologicznych związków, są po prostu normalni. Sięgając po „Złotą klatkę” otwierającą trylogię „Faye” („Faye's Revenge”) nie wiedziałem kompletnie czego się spodziewać, gdyż tradycyjnie, by nie psuć sobie zabawy, nie przeprowadziłem żadnego researchu; nie czytałem nawet blurba. Wybrałem audiobooka z głosem Joanny Jeżowskiej (tłumaczenie Ingi Sawickiej) i zacząłem słuchać.
Pierwsze wrażenie - O Mater Dei! Co ona spłodziła?! Obyczajówka, w dodatku słaba, a w dodatku lektorka, za którą nie przepadam. No, ale po pewnym czasie się zaczęło! I trzymało do końca.
Co to za książka? Nie kryminał, choć zbrodnie będą. Obyczajówka, fakt, ale jaka! Rewelacja. A o czym?
* o złych wyborach i cenie miłości ponad wszystko
* o tym jak się okazuje, czy miłość to miłość, czy tylko zauroczenie
* o tym, jak czas sprawdza, co było właściwe, prawdziwe, a co było tylko złudzeniem
Parafrazując Calka Perechodnika dzieło jest dedykowane podłym mężczyznom i głupim kobietom. „Złota klatka” to perfekcyjny obraz jakże częstej patologii błędnie branej za miłość do partnera, a polegającej na miłości do własnego wyobrażenia innej osoby i samooszukiwaniu się, by nie zauważyć, jaka ta osoba jest w rzeczywistości. Szkoda tylko, że obraz kobiety/mężczyźni jest czarno-biały, no ale i tak polecam. Świetna rzecz, nawet audiobook.
Camilla Läckberg ze swoją "Sagą o Fjällbace" była moją ulubioną przedstawicielką (a może nawet i twórczynią) kanonu, który określiłbym jako szwedzki rodzinny kryminał społeczny. Rodzinny, gdyż jej protagoniści, wbrew obowiązującym obecnie w powieściach detektywistycznych modom, nie są ani ułomni, ani źli, ani nie tworzą dysfunkcyjnych, patologicznych związków, są po prostu...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Po ostatnich lekturach, mocno dołujących, gdyż opartych w naszych rodzimych, wiernie oddanych realiach, postanowiłem odpocząć przy czymś lżejszym i sięgnąć do światowej klasyki sensacji i thrillera. Postawiłem na nazwisko znane każdemu miłośnikowi gatunku, czyli Fredericka Forsytha, angielskiego, niestety już nieżyjącego (1938-2025) pisarza. Wybrałem „Mściciela” - wydanie Zakładu Nagrań i Wydawnictw Związku Niewidomych w formie książki czytanej przez Rocha Siemianowskiego i w tłumaczeniu Witolda Nowakowskiego.
Fabuły nie będę przybliżał. Wystarczająco dużo zdradza notka wydań papierowych. Intryga nie jest może specjalnie oryginalna, ale świetne jest skrzyżowanie głównych wątków, co w tym kanonie niestety nie za często się zdarza. Klimat podobny jest po trochu do „Jasona Bourne’a”, „Uprowadzonej” i innych podobnych produkcji filmowych oraz literackich. Wyraziste postacie, odpowiedni balans zagadki, napięcia i akcji, to kolejne atuty, które zresztą u tego autora nie są żadnym zaskoczeniem.
Nie jest to jednak taki klasyczny sensacyjny thriller. Uważni znajdą na przykład ciekawostki na temat uprawnień FBI (do sprawdzenia i poszerzenia), lecz prawdziwej głębi nadają dziełu sprytnie przemycone rozważania na temat globalnej polityki i systemów wartości oraz związanych z nimi dylematów moralnych.
Bardzo celne jest spostrzeżenie autora, niestety wciąż nieodkryte przez większość polityków i mediów, iż nie należy obserwować tego, co mówią przywódcy muzułmańscy w oficjalnych mediach kierowanych do Zachodu, lecz to, co mówią w izolowanych meczetach, szkołach koranicznych, to co mówią do swoich ciemnych mas.
Interesujące są też hipotezy na temat tego, dlaczego Ameryka nie jest lubiana w świecie, nawet wśród sojuszników. Celne. Bardzo celne.
Warto zwrócić również uwagę na przemyślenia na temat przyczyn terroryzmu, ale nie w ujęciu teorii konfliktu asymetrycznego, a w odniesieniu do osób i ich motywów.
Te ukryte w tle rozważania i spostrzeżenia są pokrewne wymowie prześwietnego dyptyku Przemysława Piotrowskiego „Radykalni” napisanego w konwencji sensacyjnej fikcji militarno-politycznej. No, taka czytelnicza dygresja to była.
Jeśli koniec wieńczy dzieło, to Forsyth zafundował nam czytelniczą wisienkę na torcie. Przewrotne zakończenie pozostawiające dylemat i dysonans moralny. W dodatku umiejscowienie opowieści przed pewnym pamiętnym wydarzeniem historycznym, a zwłaszcza takie umiejscowienie jej zakończenia, nadaje tym rozważaniom, pytaniom i rozterkom, dodatkowej wagi i aktualności
Gorąco polecam. Świetny sensacyjny thriller z głębszymi treściami.
źródło: https://klub-aa.blogspot.com
Po ostatnich lekturach, mocno dołujących, gdyż opartych w naszych rodzimych, wiernie oddanych realiach, postanowiłem odpocząć przy czymś lżejszym i sięgnąć do światowej klasyki sensacji i thrillera. Postawiłem na nazwisko znane każdemu miłośnikowi gatunku, czyli Fredericka Forsytha, angielskiego, niestety już nieżyjącego (1938-2025) pisarza. Wybrałem „Mściciela” - wydanie...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Po poznaniu tetralogii „Zmierzch” („The Twilight Saga”), która narobiła sporo zamieszania w świecie, nie tylko wydawniczym, szturmem zdobywając czołowe miejsca w rankingach sprzedaży (co najmniej 160 mln sprzedanych egzemplarzy) i niemal z marszu doczekawszy się ekranizacji oraz po wielce oryginalnej powieści SF „Intruz” („The Host”) wiedziałem, że wrócę do twórczości ich autorki, czyli amerykańskiej bardzo współczesnej pisarki Stephenie Meyer (ur. 1973). Teraz, ciekaw co też Meyer znów wymyśliła, sięgnąłem, bez żadnego researchu, po „Chemika”. Wybrałem wydanie audio oficyny Edipresse Polska w interpretacji Krzysztofa Plewako-Szczerbińskiego, na podstawie tłumaczenia Ewy Nowak.
Najpierw dygresja na temat tytułu. Nasz kraj jest wybitny w wymyślaniu nowych tytułów dzieł tłumaczonych z obcych języków i niemających niczego wspólnego z tytułem oryginału. Teraz więc byłem zadziwiony przegięciem innego rodzaju – tytuł „The Chemist” przetłumaczono optycznie ze stuprocentową wiernością - jako „Chemik”, co w tym wypadku, czyli protagonistki płci pięknej, jest błędem, gdyż od dawna mamy w naszym języku słowo „chemiczka” i nie jest to żaden nowomodny feminatyw. Jak zwykle Zulu-Gula.
Główna bohaterka jest chemiczką, ale szczególnego rodzaju. Wybitny naukowiec, zarazem teoretyk i praktyk, specjalizuje się w… torturowaniu ludzi. Właściwie w momencie rozpoczęcia opowieści już czas przeszły, specjalizowała się, pracując dla rządu, ale po śmierci swego szefa i obawiając się o własne życie, stała się ciągłą uciekinierką. Do czasu…
Co i jak, nie będę jak zwykle zdradzał. Spojlerowanie to zbrodnia na przyszłych czytelnikach, lecz w przypadku sensacji, kryminałów i innych gatunków zaliczanych przez Anglosasów do kategorii MYSTERY jest szczególnie godna potępienia. Fabuła w zarysie przypomina klasyczny już schemat Jasona Bourne’a, jednak w autorskiej, dość oryginalnej wariacji wzbogaconej o rozbudowany wątek miłosny.
No właśnie – chyba najczęściej podnoszony zarzut wobec „Chemika” to infantylność wątku romansowego. Absolutnie się z tym nie zgadzam. Widać tu pewną nieuczciwość drzemiącą w umysłach wielu recenzentów i recenzentek. Fakt, teksty miłosnych dialogów w sytuacjach zagrożenia chyba jednak w kilku momentach są przesłodzone i za długie, ale… „Romeo i Julia” pokazuje ten sam infantylny pierwszy etap niejednej wielkiej miłości zwany zauroczeniem lub z angielska puppy love, a mimo tego R&J są uznawani za ponadczasowe arcydzieło. Jak to jest, że gdy coś zostało przez autorytety uznane za mistrzowskie, to nie jest infantylne, ale u kogo innego to samo już jest? Podświadoma zazdrość tych, którzy nigdy czegoś podobnego nie przeżyli, a być może nawet nie są sobie w stanie tego wyobrazić? Współczuć pozostaje…
Jeśli już jesteśmy przy uczuciach, to jednym z najbardziej poruszających wątków jest świetny motyw z psami, dla mnie bardziej rozczulający niż te wszystkie sercowe rozterki międzyludzkie powielane w literaturze aż do bólu. W dodatku z ekstra plusikiem za sposób, w jaki Meyer pisze o swoim własnym czworonogu w posłowiu.
Jeśli chodzi o aspekty fabuły i akcji spod znaku szpiegów oraz innych tajnych służb, to w kilku miejscach widać, że autorka jest cywilem. Nie zna na przykład żadnych tricków do zapamiętywania nieoczywistych haseł i wyraźnie widać niedocenianie snu, który przecież jest być może najważniejszym elementem kondycji wojownika. Mimo wszystko czyta się to świetnie, nie gorzej niż najlepsze dzieła w kanonie. Logika, konsekwencja, dobra dynamika.
Wielu z nas wydaje się, że sytuacje zagrożenia życia, bycia inwigilowanym i tym podobne, nie zdarzają się w naszym, cywilnym życiu. To ułuda. Większość z nas żyje w umysłowym matrixie. Jesteśmy inwigilowani, ale póki nie wpływa to nasze życie, udajemy, że tego nie ma. Myślimy, że takie rzeczy (nagła i niespodziewana śmierć) zdarzają się tylko w powieściach. Tymczasem w Europie w grupie wiekowej 5-29 tylko jedna z odmian nagłej śmierci, wypadki drogowe, jest główną przyczyną zgonów, a są i inne. Zgony naturalne, cokolwiek to znaczy, praktycznie się w tej statystyce nie liczą. Z wiekiem zwiększa się liczba zgonów od chorób, ale nie zmniejsza liczba zejść gwałtownych, w tym zabójstw. Oczywiście, prawdopodobieństwo zabójstwa Kowalskiego jest niewielkie, ale nie jest zerowe i gwałtownie rośnie, gdy Kowalski zbliży się, świadomie lub nie, do polityki, służb lub przestępczości. Od razu mało prawdopodobne staje się znacznie bardziej realne, o czym przekonać się może każdy uważny czytelnik literatury faktu, jak na przykład dzieła Moniki Góry „Człowiek, który wiedział za dużo. Dlaczego zginęli Jaroszewiczowie”, o którym wkrótce, lub uważny czytelnik wiadomości kojarzący zadziwiająco wysoką śmiertelność wśród naszych elit w następstwie wypadków, samobójstw, itp. Warto też wspomnieć o najnowszych ustaleniach w sprawie życiorysu Hemingwaya, które każą się zastanowić, czy nienormalni są wietrzący wszędzie układy, śledzenie i spiski, czy też wręcz odwrotnie – oni są normalni, a stado jest ślepe. No, ale znów zabrnąłem w dygresje i refleksje, co prawda wywołane powieścią, ale jednak dość subiektywne.
Wracając do meritum, trzeba poruszyć sprawę tłumaczenia i redakcji tekstu. Zasadniczo jest bardzo dobrze, lecz warsztat stylistyczny tłumaczki doprasza się korekty, której wyraźnie brak. Liczne powtórzenia momentami rażą; nawet tak trywialne słowa jak dłonie jakoś nie mogą się doczekać synonimów. Nie pasuje mi też i brzmi wręcz boleśnie w audiobooku ciągle używane „skomlić”. Podobno to forma poprawna, lecz mało używana i konsekwentne trzymanie się jej wręcz mnie bolało.
Już kilka razy pisałem Wam, że coraz częściej widzę wyraźnie wyartykułowaną w książce Paula Masona „Skąd ten bunt” rosnącą przepaść między władzą (politykami i wszystkimi osobami na stanowiskach najwyższego szczebla), a zwykłymi ludźmi, czyli społeczeństwem. Na ekranie ostatnio uderzyła mnie ewolucja w wizerunku władz w serialu „Seal Team” od początkowej akceptacji i wiary, do kompletnie odwrotnych odczuć w ostatnim sezonie. I w „Chemiku” też widać, że nie tylko u nas przepaść między władzą a społeczeństwem stale się powiększa. Puentą tego wątku jest niby nic nieznaczący, ale jakże symptomatyczny dialog:
„ - Alex, jesteś republikanką czy demokratką?
– Pesymistką.”
Ta tendencja raczej nie wróży dobrze na przyszłość.
Na koniec jeszcze warto się odnieść do osnowy tej książki, czyli pomysłu wykorzystania różnorodnych związków chemicznych do „specjalnych metod przesłuchań”. Na pewno jest to interesująca propozycja, gdyż przy odpowiedniej wiedzy niesie dużo mniejsze ryzyko bezowocnej „utraty obiektu” w wyniku przesłuchania niż metody tradycyjne, czyli mniej lub bardziej wyrafinowana przemoc, i jednocześnie jest szybsza niż najczęściej obecnie stosowane nieopresyjne metody (jak deprywacja sensoryczna), czy inne metody stojące na pograniczu, w mniejszym lub większym stopniu obarczone wadami obu. Większość z nas nie zdaje sobie sprawy z potęgi i rozwoju chemii, więc warto przypomnieć, co ujawniono dopiero stosunkowo niedawno, że II wojna światowa była nie tylko wyścigiem techniki i technologii bojowej, lecz także nauki, w tym chemii. A w tej ostatniej wyścigiem dopalaczy i narkotyków. Kto czytał o zestawie, który zabierali ze sobą na lot piloci Stukasów, a który przypominał skrzyneczkę z miksturami Merlina, ten wie o czym mówię. II wojna skończyła się niemal wiek temu, a w chemii to całe epoki. Kto wie, co naprawdę jeszcze jest dziś niemożliwe… Z drugiej strony podobno najlepszy przesłuchujący w III Rzeszy, który miał najlepsze statystyki, nigdy nie stosował przemocy ani nawet niefizycznej opresji. Tylko ilu może być takich geniuszy?
To były takie wstawki przybliżające interesujące tematy na których zbudowano powieść, która poza tym jest dość klasyczna w swym, czyli Bourne’owym kanonie. No, poza ciążeniem ku miłosnemu dziełu Szekspira. Wciąga, świetnie relaksuje. Niby tylko czytadło, ale świetnie napisane i wcale niegłupie. Skoro zaś komiks już od wieków uznawany jest za sztukę, to może najwyższy czas oddać sprawiedliwość gatunkom stereotypowo nie zaliczanym do wielkiej literatury i nie ograniczać się w docenianiu tylko do dzieł trudnych w odbiorze, poważnych, głębokich, pełnych wałkowanych od wieków rozterek i literackiego onanizmu. Jeśli coś, jak „Chemik”, napisane w lekkiej formie, jest świetne, to zdecydowanie i gorąco polecam.
źródło: https://klub-aa.blogspot.com
Po poznaniu tetralogii „Zmierzch” („The Twilight Saga”), która narobiła sporo zamieszania w świecie, nie tylko wydawniczym, szturmem zdobywając czołowe miejsca w rankingach sprzedaży (co najmniej 160 mln sprzedanych egzemplarzy) i niemal z marszu doczekawszy się ekranizacji oraz po wielce oryginalnej powieści SF „Intruz” („The Host”) wiedziałem, że wrócę do twórczości ich...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Dawkując sobie dorobek literacki mojego ulubionego brytyjskiego pisarza, polityka, sportowca i barona (nie narkotykowego, a Weston-super-Mare) Jeffreya Archera tym razem sięgnąłem po powieść „Złodziejski honor”. Wybrałem wersję audio na podstawie tłumaczenia Andrzeja Szulca, której głosu użyczył Janusz Kozioł.
Dzieła, które wyszły spod pióra Archera, dotąd nigdy mnie nie zawiodły, choć to autor bardzo odważny, który nie ogranicza się w swej twórczości do jednego gatunku literackiego, jednej tematyki ani jednego okresu dziejów. Poniekąd odzwierciedla ta różnorodność jego doświadczenie życiowe; jest on jednym z tych ludzi, o których można śmiało powiedzieć, że z niejednego pieca chleb jadł. Do „Złodziejskiego honoru” podszedłem więc śmiało, bez obaw.
Od razu rozprawię się z wydaniem – jeśli macie do niego dostęp, to śmiało – lektor sprawił się bez zarzutu, podobnie jak tłumacz. A sama powieść?
Ukazała się w 1993, a więc po finalnie nieudanej agresji Iraku na Kuwejt, ale dużo, dużo wcześniej przed inwazją Zachodu na Irak. Saddam Husajn miał się jeszcze całkiem dobrze i pewnie nawet nie przypuszczał, że nie ma szans w konflikcie z USA. W powieści Archera władca Iraku postanawia upokorzyć Stany, a szczególnie amerykańskiego prezydenta, nie na drodze ataku terrorystycznego, a bardziej finezyjnie. Konkretnie zamierza wykraść, a potem publicznie spalić, Deklarację Niepodległości. Co i jak się będzie działo nie zdradzę; uważam, że blurby wszystkich wydań ujawniają zdecydowanie zbyt wiele i w pełni zasługują na miano spojlerów. Na szczęście żadnego nie poznałem przed odsłuchaniem książki czytanej, więc mi zabawy nie zepsuły.
Zabawy, bowiem to niestety nie jest ten Archer, którego uwielbiam. Owszem, jest to bardzo udany miks kryminału, sensacji, fikcji politycznej i powieści szpiegowskiej, a wszystko okraszone odrobiną romansu. Równorzędna konkurencja dla Jamesa Bonda i podobnych produkcji. Gdyby napisał to ktoś inny, pewnie bym nie narzekał, jednak Jeffrey Archer przyzwyczaił mnie do tego, że nawet w typowo popularnych gatunkach widać wyczucie, doświadczenie życiowe i głęboki ogląd rzeczywistości będący podstawą powieściowej fikcji. Tutaj trochę mnie zawiódł, gdyż pójście w akcję i dynamikę rodem z „007” chyba nie było najlepszym eksperymentem. Może po prostu nie miałem na to nastroju. Inna sprawa, że słuchało się tego naprawdę dobrze, zwłaszcza do połowy. Potem, co wynikało z samej konwencji przyjętej przez autora, można się było zbyt wielu rzeczy domyślać, choć nie było to aż tak infantylne jak u Iana Fleminga.
Jeśli macie akurat zapotrzebowanie na sensacyjne szpiegowskie klimaty, to jest to powieść dla Was. Jeśli chcecie poznać coś reprezentatywnego jednego z najlepszych, nie tylko brytyjskich, piór ever, to nie sięgajcie na razie po „Złodziejski honor”. Powieść dobra w swym kanonie, nawet bardzo, ale na pewno nie jest tym, za co Archera pokochały miliony czytelników na całym świecie.
źródło: https://klub-aa.blogspot.com
Dawkując sobie dorobek literacki mojego ulubionego brytyjskiego pisarza, polityka, sportowca i barona (nie narkotykowego, a Weston-super-Mare) Jeffreya Archera tym razem sięgnąłem po powieść „Złodziejski honor”. Wybrałem wersję audio na podstawie tłumaczenia Andrzeja Szulca, której głosu użyczył Janusz Kozioł.
Dzieła, które wyszły spod pióra Archera, dotąd nigdy mnie nie...
Stanisław Herman Lem (1921 -2006) – polski pisarz science fiction, filozof, futurolog oraz krytyk literacki, a także OMC lekarz, jest jednak ikonicznie znany jako twórca SF, gdyż to twórczość w tej właśnie dziedzinie przyniosła mu sławę i stałe miejsce w światowej literaturze. I ja również zaczytywałem się od najmłodszych lat jego powieściami fantastycznymi, z których moją pierwszą, poznaną jeszcze w podstawówce, był „Eden”. Owszem, szybko się dowiedziałem, że pisał nie tylko science fiction, ale jakoś nie bardzo mnie w te rejony jego twórczości ciągnęło. W końcu nadszedł ten dzień, i postanowiłem sięgnąć po „Szpital Przemienienia” otwierający trylogię „Czas nieutracony”.
Mając do wyboru dwa wydania audio, w interpretacji Andrzeja Blumenfelda i Ryszarda Nadrowskiego, po odsłuchaniu kilku, może kilkunastu minut z każdego, wybrałem to drugie. Dlaczego, skoro w dodatku ten akurat audiobook jest starszy, zdigitalizowany jeszcze z taśmy magnetofonowej, dość mocno zużytej, co zresztą wyraźnie słychać? Otóż te początki, których wysłuchałem, wystarczyły mi, żeby mieć przeczucie, iż „Szpital Przemienienia” to nie jest lektura, którą się goni; wymaga powolnego rytmu czytania, zwłaszcza na głos, dania odbiorcy dość czasu, by w pewne rzeczy się wczuł, pewne rzeczy przetrawił. Potem okazało się, że był to dobry wybór, mimo iż miejscami jakość nagrania pozostawia wiele do życzenia.
Fabuła powieści niby jest prosta; młody lekarz Stefan Trzyniecki (w którym można się dopatrzeć cech autora), po upadku Polski w 1939, przybywa do położonego na prowincji „sanatorium” psychiatrycznego, gdzie podejmuje pracę. Opowieść obejmuje dość krótki okres, bowiem wkrótce następuje niesławna akcja Aktion T4 (E-Aktion), czyli wymordowanie wszystkich chorych przez Niemców, co w zasadzie kończy fabułę. Ten krótki okres wykorzystany został przez Lema do maksimum. Wypełniony gęsto międzyludzkimi interakcjami, drobnymi z pozoru wydarzeniami z życia szpitalnego i okupacyjnego, stał się polem do podjęcia kardynalnych problemów filozofii (również filozofii literatury i nauki), moralności, sensu życia, twórczości. Aż dziw jak wiele postaw ludzkich, jakie bogactwo postaci i charakterów Mistrz płynnie i naturalnie zmieścił w tak krótkiej opowieści. W tej powieści historycznej, psychologicznej, odnajdziemy wiele rysów charakterystycznych dla całej późniejszej twórczości Lema - nieufność wobec nauki, ekspertów i racjonalności w ich odhumanizowanej wersji oraz stawianie zasadniczych, diabolicznie brzmiących pytań o naturę świata i życia, na które nie ma prostych, nierelatywnych odpowiedzi.
Jakkolwiek formalnie nie jest to pierwsza powieść autora (wydana w 1955 wraz z pozostałymi częściami trylogii), to została ukończona w 1948, więc na pewno może być za taką uważana. Mimo cenzury PRL, którą Lem musiał przy tworzeniu brać pod uwagę, zadziwia bogactwem i głębią treści, znaczeń i refleksji, które prowokuje. Pewne wątki, a nawet całe dzieło, można odbierać jak najbardziej dosłownie i jednocześnie jako parabolę, co dodaje dodatkowych pól do przemyśleń. Mimo ciężkiej tematyki, mrocznego nastroju, okazuje się, mimo upływu czasu, jedną z lepszych powieści z podstawowymi pytaniami życia, spośród tych, które zdarzyło mi się poznać. Właśnie ze względu na głębię, wyczucie z jakim tematy zasygnalizowano w drobnych nieraz scenkach, każdy może odebrać dzieło nieco inaczej, a nawet całkiem inaczej, stosownie do własnej wrażliwości, wiedzy, doświadczenia życiowego i światopoglądu. Z tego też powodu jest „Szpital Przemienienia” idealną lekturą dla Dyskusyjnych Klubów Książki; tematyka niewesoła, ale warto - gorąco polecam.
No i na koniec perełka. Jak wyżej wspomniałem, powieść ukończona została w 1948, a mimo to odnalazłem w niej cytat jak najbardziej na czasie, który w dodatku w ostatnich dekadach wybrzmiewa coraz głośniej na całym świecie, już nie tylko w narzekaniach szarych ludzi, ale i w rozważaniach ekspertów:
„– Politycy są ludźmi nazbyt głupimi, aby można przewidywać ich postępki rozumowaniem...”
źródło: https://klub-aa.blogspot.com
Stanisław Herman Lem (1921 -2006) – polski pisarz science fiction, filozof, futurolog oraz krytyk literacki, a także OMC lekarz, jest jednak ikonicznie znany jako twórca SF, gdyż to twórczość w tej właśnie dziedzinie przyniosła mu sławę i stałe miejsce w światowej literaturze. I ja również zaczytywałem się od najmłodszych lat jego powieściami fantastycznymi, z których moją...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Dashiella Hammetta „Szklany klucz” - klasyczny hard-boiled
W ramach poznawania twórczości klasyków amerykańskiego kryminału musiałem sięgnąć w końcu, nie tylko dlatego, że tak wypadało, po jakieś dzieło mistrza czarnego kryminału (właściwie kanonu hard-boiled, a to nie to samo) Dashiella Hammetta (1894-1961), pisarza, scenarzysty i aktywisty politycznego, którego nieśmiertelnym uczyniły jego powieści detektywistyczne. Na początek pominąłem jego chyba najbardziej znane, kultowe dzieło, czyli „Sokoła maltańskiego”, a wziąłem się za „Szklany klucz”. Wybrałem książkę w tłumaczeniu Julity Wroniak-Mirkowicz czytaną przez Leszka Teleszyńskiego. Od razu powiem, żeby się nie rozwodzić, że przekład spełnił moje oczekiwania, a lektor okazał się idealnie dopasowany do dzieła, którego interpretację mu powierzono. Nie, żeby wzniósł się na jakieś wyżyny, ale sprawił się na piąteczkę, a resztę zrobił jego tembr głosu i styl czytania dopasowany do epoki, miejsca i specyfiki fabuły.
„Szklany klucz” to typowy, po naszemu, czarny kryminał, ale nazwa anglosaska tego gatunku hard-bloiled oddaje znacznie lepiej istotę tego kanonu, w którym Hammett zyskał tytuł Mistrza i którego ta powieść jest klasycznym przykładem. Główny bohater, o którym wiemy niewiele poza tym, że jest hazardzistą i zna bardzo wielu ludzi, próbuje rozwiązać zagadkę zabójstwa syna znanego amerykańskiego senatora. Protagonista wchodzi więc w rolę detektywa, ale nie jest to klasyczna powieść detektywistyczna, bowiem metoda naszego śledczego jest specyficzna. Polega ona na prowokowaniu, a często i zbieraniu łomotu, a przy okazji szukaniu informacji, typowaniu i weryfikowaniu kolejnych hipotez w ogniu sprowokowanych konfliktów, a nie na żmudnym analizowaniu stanu zastanego po zbrodni. Wiele się dzieje w szemranym towarzystwie, dużo w tym przemocy, ale bez epatowania cierpieniem, wynaturzeniami seksualnymi, czyli tym, czym do przesady próbują kusić czytelników aż zbyt liczni dzisiejsi autorzy chcący się dostać na listy przebojów. Hammet świetnie ukazał banalność zbrodni, banalność przemocy i ciemną stronę wyższych sfer. Powieść (pierwodruk 1931) ewidentnie oparła się działaniu czasu. Na podstawie jej samej nie sposób powiedzieć, czy napisał ją współczesny światu przedstawionemu, czy genialny nam współczesny stylizujący na amerykańskie retro. Gorąco polecam, choć raczej miłośnikom gatunku oraz tym, którzy chcą poznać specyficzny i nieporównywalny z niczym innym klimat hard-boiled.
źródło: https://klub-aa.blogspot.com
Dashiella Hammetta „Szklany klucz” - klasyczny hard-boiled
W ramach poznawania twórczości klasyków amerykańskiego kryminału musiałem sięgnąć w końcu, nie tylko dlatego, że tak wypadało, po jakieś dzieło mistrza czarnego kryminału (właściwie kanonu hard-boiled, a to nie to samo) Dashiella Hammetta (1894-1961), pisarza, scenarzysty i aktywisty politycznego, którego...
Wielka Wojna, w odróżnieniu od reszty Europy, zwłaszcza zachodniej, w świadomości Polaków praktycznie nie istnieje. Przyczyn tego jest wiele, ale jest to też, ta amputacja niezwykle ważnej części historii świata, powodem odmiennego widzenia współczesności przez ogół Polaków niż przez pozostałe narody. Z tego powodu z radością witam wszelkie dobre publikacje na temat I wojny światowej, nawet te nie będące literaturą faktu. A może, jeśli są naprawdę dobre, szczególnie te?
Michał Gołkowski, współczesny (ur.1981) rodzimy lingwista, tłumacz, autor felietonów oraz esejów, a dla mnie przede wszystkim pisarz, uwiódł mnie literacko swą serią powieściową „SybirPunk”, której akcja rozgrywa się w niedalekiej przyszłości. Z niejaką więc obawą sięgałem po pierwsze powieści z cyklu „Stalowe szczury” należącego do całkiem innej bajki, gdyż do steampunka osadzonego w czasach IWŚ, czyli do historii alternatywnej, która jest podgatunkiem szczególnie trudnym, gdyż łatwo można w nim przekroczyć granicę między akceptowalnym a infantylnym. Dwie pierwsze odsłony serii, połączone osobami bohaterów oraz ciągłością wątków i wydarzeń, ku mojemu zaskoczeniu, bardzo mi się spodobały. To chyba pierwszy przypadek, gdy steampunk naprawdę przypadł mi do gustu. Sięgając po „Königsberg”, trzeci tom „Stalowych szczurów”, myślałem, że wiem, czego się spodziewać. Wkrótce się okazało, jak bardzo się myliłem.
W nowej powieści znany z pierwszych dwóch klimat wojny okopowej Wielkiej Wojny, oddany z zadziwiającą plastycznością, bardziej przekonującą niż w niejednej powieści stricte historycznej, ustępuje czemuś całkowicie nowemu. Oto mamy opowieść szpiegowską z czasów I wojny, rozgrywającą się w Königsbergu, delikatnie tylko muśniętą steampunkiem i alternatywną wersją dziejów. Dzieło oryginalne i nowatorskie, świetna fabuła wzbogacona o wątki romansowe, niezwykle śmiało wykreowane postacie; dawno nie natrafiłem na coś tak nowego, niebanalnego i co należy również pokreślić - dopracowanego. Jeśli nigdy nie przekonaliście się do steampunka, to nic nie szkodzi – po tę powieść można sięgnąć bez uprzedniego poznawania dwóch poprzednich z cyklu, a w niej samej, jak wspomniałem, kanon jest ledwie zaznaczony.
Sposób, w jaki Gołkowski oddał klimat tamtych czasów, z tej prawdziwej wersji historii, wydaje mi się jedną z najbardziej udanych literackich prób, jakie podjęto, i udało się to pomimo specyficznej konwencji dzieła, która przecież z definicji z prawdą niewiele ma wspólnego. Opowieść wciągnęła mnie i wręcz zachwyciła. Teoretycznie nie znajdziecie w niej wielkiej głębi, aspiracji do Wielkiej Literatury, cokolwiek to jest, ale za to jest bardziej przekonująca i choć absolutnie fikcyjna, budzi wrażenie bardziej autentycznej niż niejeden przykład literatury faktu. Po „SybirPunku” wiedziałem, że autor jest zdolny do rzeczy genialnych, lecz nie wiedziałem, czy to nie przypadek pokrewny do Franka Herberta (jedna powieść kultowa, inne coraz słabsze). Po pierwszych dwóch „Stalowych szczurach” stwierdziłem, że chyba zawsze będzie można liczyć na to, co co najmniej bardzo dobre, lecz po „Königsbergu” widzę potencjalnie jedno z najlepszych polskich piór, nie tylko współczesnych.
„Königsberg” poznałem w formie audiobooka, w którym tekst czytał Filip Kosior (wydanie Fabryki Słów) i muszę przyznać, że sprawił się na piąteczkę. Śmiało można sięgać po audio jako równorzędną alternatywę dla literek.
Mam nadzieję, że jeśli kiedyś „Königsberg” zostanie zekranizowany, to Michał Gołkowski nie skusi się na współpracę z tandeciarzami. Dzieło ma potencjał na hit międzynarodowy. Tymczasem gorąco polecam powieść – jest co!
źródło: https://klub-aa.blogspot.com
Wielka Wojna, w odróżnieniu od reszty Europy, zwłaszcza zachodniej, w świadomości Polaków praktycznie nie istnieje. Przyczyn tego jest wiele, ale jest to też, ta amputacja niezwykle ważnej części historii świata, powodem odmiennego widzenia współczesności przez ogół Polaków niż przez pozostałe narody. Z tego powodu z radością witam wszelkie dobre publikacje na temat I wojny...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
No i podkusiło mnie, z nadzieją na dobrą space operę, na sięgnięcie po wersję audio „Star Carrier: Pierwsze uderzenie”, powieści pióra Iana Douglasa, amerykańskiego bardzo płodnego literacko pisarza i byłego corpsmana US Navy. Po prawdzie autor nazywa się William H. Keith Jr., a Ian Douglas to jeden z jego wielu pseudonimów literackich. Tłumaczenie zapewnił Justyn Łyżwa i jest do przyjęcia, choć mogłoby być lepsze, a głosu audiobookowi użyczył Sławomir Holland i to już do przyjęcia nie jest. Wydanie audio popełnił Storybox i powinien się wstydzić nie mniej niż lektor.
Czytacz niby profesjonalny, a są amatorzy, który wszystko robią pro publico bono sami i za własne pieniądze, tylko sto razy lepiej. Holland czyta akronimy angielskie, których w tekście jest mnóstwo, jakby je pierwszy raz w życiu na oczy widział. Zacina się na każdym niemal, zastanawia, akcentuje każdą literę osobno. Przy tym nie jest konsekwentny: część skrótowców (jak AI) czyta raz po angielsku, raz po polsku. Ma się wrażenia, że w życiu nie oglądał żadnego amerykańskiego filmu wojennego z oryginalną ścieżką dźwiękową. Chyba wypadało się jakoś do pracy przygotować? Jakby tego było mało, jego praca oddechem jest beznadziejna. Bierze wdech nie na znakach przestankowych, a gdzie popadnie, a zwłaszcza wtedy, gdy się stresuje, więc przede wszystkim przed wspomnianymi nieszczęsnymi akronimami i niektórymi nazwami. W wiejskich kościołach można spotkać lepszych lektorów.
Sprawę audiobooka chyba już załatwiłem? A sama powieść jako taka? Słabo, bardzo słabo. Duża część książki od samego początku razi pseudotechnikaliami, którymi jest przeładowana aż do przesady. Potem jest z tym trochę lepiej, ale pewne rzeczy są powtarzane jakby autor używał kopiuj-wklej i nadal jest tego za dużo. Sama fabuła jest schematyczna aż do bólu – obcy atakują, my się bronimy, protagonista bojkotowany przez kolegów z marynarki musi się wykazać w boju, by udowodnić swą wartość, itd. Ten wątek wygląda jak wzięty z podobnych pomysłów o II wojnie światowej i przerzucony w sztafaż SF. „Top Gunem” też zalatuje z daleka. Postacie kartonowe (ale nie komiksowe w pozytywnym znaczeniu), zero suspensu.
W drugiej połowie książki akcja, czyli walki myśliwców, ożywiają całość, ale miałem wrażenie, iż pisarz nigdy nie brał w żadnej udziału (i miałem rację). Zdarzają się nawet psujące zabawę momenty kompletnie od czapy - gość wylatuje myśliwcem z kosmicznego lotniskowca do walki spodziewanej za minutę lub dwie i w czasie lotu czyta sobie o składzie atmosfery i o żyjątkach, które na żyją na pobliskiej planecie, w dodatku wyświetla je na wyświetlaczu bojowym(?) w jednoosobowej kabinie swej maszyny!
Realia innych aspektów też rodzą wątpliwości, jak na przykład, gdy na powierzchni kopuły chroniącej bazę marines wybuchły „tysiące ładunków jądrowych”. Biorąc pod uwagę dane o ilości i mocy ładunków nuklearnych pocisków zabieranych tylko przez jeden mały myśliwiec Ziemian (dużo mniejszy niż najmniejsze jednostki Obcych), wydaje się dziwne nawet nie to, że kopuła chroniąca bazę wytrzymała, ale że cokolwiek na kontynencie, z nim samym włącznie, przetrwało.
Dosłuchałem do końca, ale audiobook odradzam. A wersja drukiem? Sami zdecydujcie. Moim zdaniem to jedna ze słabszych pozycji w swym gatunku. Lepiej poszukać czegoś z klasyki, a zwłaszcza sięgnąć po „Ekspansję” jeśli jeszcze jej nie poznaliście (zarówno wersja audio, jak i druk są rewelacyjne, znacznie lepsze niż ekranizacja).
„Star Carrier: Pierwsze uderzenie” jest pierwszą odsłoną cyklu „Star Carrier”, lecz jakoś nie palę się do poznania kontynuacji. A już na pewno nie w „interpretacji” Sławomira Hollanda.
źródło: klub-aa.blogspot.com
No i podkusiło mnie, z nadzieją na dobrą space operę, na sięgnięcie po wersję audio „Star Carrier: Pierwsze uderzenie”, powieści pióra Iana Douglasa, amerykańskiego bardzo płodnego literacko pisarza i byłego corpsmana US Navy. Po prawdzie autor nazywa się William H. Keith Jr., a Ian Douglas to jeden z jego wielu pseudonimów literackich. Tłumaczenie zapewnił Justyn Łyżwa i...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Sięgając po „Wyspę Camino” (pierwsze wydanie w 2017), powieść otwierającą cykl o tym samym tytule („Camino Island”) pióra Johna Grishama, współczesnego (ur. 1955) amerykańskiego prawnika i pisarza specjalizującego się w thrillerach prawniczych oraz kryminalnych, nie miałem specjalnych oczekiwań. Fakt – nazwisko znane chyba każdemu książkolubowi, ale tytuł nic niemówiący, a researchu żadnego nie przeprowadziłem poza sprawdzeniem ocen na goodreads, lecz już bez zaglądania do recenzji. Wybrałem wydanie audio z głosem Rocha Siemianowskiego, na podstawie tłumaczenia Jana Kraśko.
No i stało się. Zakochałem się w tej książce. Niemal od samego początku. Rzecz cała zaczyna się od spektakularnej kradzieży z włamaniem, której przedmiotem są białe kruki – rękopisy pięciu powieści Fitzgeralda. Wątek kryminalny jest świetny; intryga oryginalna, pomysłowo i z mistrzostwem poprowadzona, ale nie jest to jedyna warstwa fabuły. Wątki obyczajowe są niemal równoważne opowieści kryminalnej, i choć nie przepadam za romansami, to sam nie wiem, w której kategorii lepiej tę powieść umieścić – w obu kategoriach jest doskonała.
Można podnosić różne ważkie elementy, które odnajdujemy w i tak interesującym dziele. Ja zwróciłem uwagę na przykład na błąd aproksymacji pięknie pokazany w działaniu prywatnej agencji detektywistycznej, którego powszechność oraz waga zostały już w USA zauważone i uwzględnione w programach szkoleń (FBI na przykład), a w Polsce mimo epidemicznych rozmiarów nic się w jego sprawie nie robi.
Akurat czytam „Skąd ten bunt?” Paula Masona, więc oczywiście zwróciłem uwagę też na wyraźnie uwypuklony problem narastający nie tylko w USA, ale i w całym zachodnim świecie, a będący jednym z najważniejszych źródeł obecnych i przyszłych napięć społecznych, a być może i upadku kapitalizmu oraz demokracji w jej dotychczasowej formie, czyli przytłaczająca wielkość obciążeń kredytów studenckich i podobnych, które stają się dla młodych pułapką finansową niejednokrotnie bez wyjścia i na całe życie.
Ogólnie można powiedzieć, że zarówno w tle, jak i bliżej pierwszego planu, uważny odbiorca wychwyci wiele interesujących aspektów dzisiejszej Ameryki. Jednak tym, co mnie naprawdę w „Wyspie Camino” tak urzekło, nie jest ani fabuła obyczajowa, ani intryga kryminalna, choć poprowadzone ze znawstwem i wyczuciem, ale lekkość pióra Grishama. Piękno języka, jego plastyczność i obrazowość oraz, co nie mniej ważne, cudowny sposób, w jaki pisze o książkach. A pisze tak, że zamierzam sięgnąć i po wersję z literkami, gdyż w audiobooku nie sposób wychwycić wszystkich nazwisk wspomnianych w powieści literatów, które warto zanotować, by poszukać ich dzieł.
No i wreszcie Grisham to pierwszy autor, który nie boi się wsadzić kija w literackie mrowisko; śmiało rzuca to samo stwierdzenie, które ja już od dawna powtarzam – jest tyle dobrych książek, że na czytanie słabych szkoda czasu. DNF nie jest żadnym wstydem dla czytelnika; jeśli już, to dla pisarza.
W jednym momencie lektor wysypał się niestety – Panie Rochu, nie ma czegoś takiego jak ekspresso. W kilku miejscach dykcja też mogłaby być lepsza, ale i tak przyjemnie się tego słuchało. Audiobooka w tej interpretacji śmiało polecam nie tylko tym, którzy mają problem ze wzrokiem. „Wyspa Camino” tak mi się spodobała, że aż się boję, czy dalszy ciąg opowieści o niej utrzyma poziom...
źródło: https://klub-aa.blogspot.com
Sięgając po „Wyspę Camino” (pierwsze wydanie w 2017), powieść otwierającą cykl o tym samym tytule („Camino Island”) pióra Johna Grishama, współczesnego (ur. 1955) amerykańskiego prawnika i pisarza specjalizującego się w thrillerach prawniczych oraz kryminalnych, nie miałem specjalnych oczekiwań. Fakt – nazwisko znane chyba każdemu książkolubowi, ale tytuł nic niemówiący, a...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
No, za mną „Chwała”, druga część serii powieściowej w konwencji steampunka, rozgrywającej się w klimatach I Wojny Światowej, „Stalowe szczury” pióra współczesnego polskiego autora Michała Gołkowskiego. Poznałem ją dzięki wydaniu w formie audiobooka z głosem Filipa Kosiora. Pierwsza powieść cyklu, „Błoto”, bardzo mi przypasowała, nie aż tak jak seria „CyberPunk”, ale jednak bardzo. A druga?
Ponieważ to druga część, nie ma się co rozpisywać. Gołkowski trzyma poziom, „Chwała” zachowuje wszystkie atuty części pierwszej, więc jeśli się Wam podobało wtedy, to i teraz nie będzie inaczej. A jeśli nie poznaliście jeszcze początku, to do niego najpierw odsyłam. Żeby być dokładnym muszę przyznać, że minimalnie, ale to minimalnie, mniej mi się podobała niż „Błoto”, choć nadal bardzo. Może sprawił to fakt, że tym razem więcej było już klasycznego steampunka niż wojny okopowej? Może nie miałem nastroju… No i zdarzyło się autorowi ewidentne potknięcie – w scenie spotkania protagonisty z tajniakiem rewolwer tego ostatniego od pewnego momentu zmienia się w pistolet. Lektor też mógłby mieć momentami lepszą dykcję – kilka razy nawet się chyba przejęzyczył. Niby nic w tej „Chwale” nie ma, ale nie do końca. Mamy różnorodne motywy i postawy wojenne, mamy klimat bardziej autentyczny niż można by się spodziewać. W ogólnym odczuciu, nadal było świetnie i już planuję sięgnąć po część następną.
źródło: https://klub-aa.blogspot.com
No, za mną „Chwała”, druga część serii powieściowej w konwencji steampunka, rozgrywającej się w klimatach I Wojny Światowej, „Stalowe szczury” pióra współczesnego polskiego autora Michała Gołkowskiego. Poznałem ją dzięki wydaniu w formie audiobooka z głosem Filipa Kosiora. Pierwsza powieść cyklu, „Błoto”, bardzo mi przypasowała, nie aż tak jak seria „CyberPunk”, ale jednak...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Nele Neuhaus, właściwie Cornelia Neuhaus; z domu Löwenberg (ur. 1967), niemiecka pisarka, autorka kryminałów i książek dla młodzieży, to postać bardzo ciekawa. Jest prawdziwym self-made manem, jeśli tak można powiedzieć o kobiecie – pierwszą książkę wydała własnym sumptem i po pozytywnym przyjęciu przez czytelników napisała pierwszą powieść kryminalną z cyklu „Bodenstein & Kirchhoff” zatytułowaną „Nielubiana” („Eine unbeliebte Frau”), co przyniosło jej początki międzynarodowej sławy. Wspomnianą serię powieściową o niemieckiej policyjnej parze przetłumaczono już na co najmniej 20 języków. Od początku jednak przyświecały jej również wyższe cele i już za pierwsze honorarium założyła fundację pomagającą w rozwoju umiejętności czytania, pisania i mówienia u dzieci i młodzieży oraz wspierającą czytelnictwo.
O wszystkim tym oczywiście bym się nie dowiedział, gdyby nie to, że wspomniana już „Nielubiana” bardzo mi się podobała, podobnie jak i druga część cyklu – „Przyjaciele po grób”. Teraz sięgnąłem po trzecią zatytułowaną „Głębokie rany”. Wybrałem wersję audio, której głosu użyczyła Maja Ostaszewska i zacząłem słuchać.
Opowieść zaczyna się od zabójstwa milionera Davida Goldberga, Żyda, który przeżył Oświęcim, dokonanego przez nieznanych sprawców w podfrankfurckiej willi ofiary. Co dalej oczywiście nie będę zdradzał, poza tym, że jak łatwo się domyślić sprawą zajmą się Bodenstein & Kirchhoff.
Jeśli lubicie wielowątkowe intrygi, które sprawiają, że śledczy muszą się miotać pomiędzy wieloma potencjalnymi podejrzanymi i prawdopodobnymi motywami, to jest to powieść dla Was. Akcja nabiera tempa z czasem, tak jak lubię, a przekonujące psychologicznie postacie wykreowane przez Neuhaus są wielkim atutem.
Zaletą, szczególnie dla polskiego czytelnika, jest poruszenie tematów praktycznie nieistniejących w naszej społecznej świadomości historycznej, jak historia Prus Wschodnich i Wypędzonych. W dodatku uczynione tak, iż nie rani naszych uczuć, lecz ułatwia zrozumienie stosunku Niemców do tych terenów i ich historii. Interesujących drobiazgów jest więcej – mnie lektura skłoniła między innymi do zwrócenia uwagi na dwóch nieznanych mi dotąd niemieckich pisarzy i do zainteresowania się początkami Bundesnachrichtendienst. To jednak tylko takie drobiazgi. „Głębokie rany” to po prostu świetny kryminał z oryginalną, rozbudowaną intrygą, perfekcyjnie wpasowany w interesujące tło społeczne i dopracowany w szczegółach. Sprawił mi prawdziwą czytelniczą frajdę
Co się tyczy wydania w formie audiobooka, to wielość postaci będących potencjalnymi bohaterami pierwszoplanowymi (poza protagonistami cyklu), która może sprawiać trudność niektórym czytelnikom, może być tym większym wyzwaniem w wersji audio – w końcu większość z nas jest zdecydowanymi wzrokowcami. Ja jednak nie miałem z tym problemów - Nele Neuhaus, co nie każdy pisarz potrafi, wprowadza do akcji kolejne osoby w taki sposób, że nawet słuchając nie miałem problemu z pamiętaniem kto jest kto. Gorzej, że lektorka nie do końca się sprawdziła. Zdarzają się jej różne błędy; kobieta mówi w trybie męskoosobowym, policjanci a pacjenci to nie to samo. Mogłaby bardziej koncentrować się na dykcji i czytaniu bez błędów oraz ze zrozumieniem niż na aktorzeniu. Swoją drogą - co jest z tymi kobietami? Lektorzy mężczyźni nie mają z tym jakoś problemu… Na szczęście nie przesadza z tym aż tak bardzo, jak jej niektóre koleżanki po fachu. Audiobook może być, ale bardziej polecam wydania z literkami. No, chyba, że jak ja, macie też na uwadze inne względy (jak kłopoty z oczami czy multizadaniowość). Wtedy książka czytana, uwzględniając za i przeciw, też może być dobrym wyborem.
Nele Neuhaus, właściwie Cornelia Neuhaus; z domu Löwenberg (ur. 1967), niemiecka pisarka, autorka kryminałów i książek dla młodzieży, to postać bardzo ciekawa. Jest prawdziwym self-made manem, jeśli tak można powiedzieć o kobiecie – pierwszą książkę wydała własnym sumptem i po pozytywnym przyjęciu przez czytelników napisała pierwszą powieść kryminalną z cyklu „Bodenstein...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Dotąd byłem nie tyle fanem Michała Gołkowskiego, współczesnego (ur. 1981) polskiego pisarza i tłumacza, co jego cyklu powieściowego „SybirPunk”, gdyż tylko to z jego twórczości poznałem. Nie mogąc się doczekać czegoś pokrewnego, co by wyszło spod jego pióra, sięgnąłem po „Błoto” otwierające serię powieściową „Stalowe szczury”. Powstrzymałem się, jak to u mnie najczęściej, od jakiegokolwiek researchu na temat dzieła z zamiarem pozwolenia, by przemówiło samo za siebie. Pewne obawy były, no bo gdzie future SF, a gdzie pierwsza wojna światowa, a tego ostatniego się spodziewałem na podstawie grafiki zdobiącej okładkę. No, ale raz kozie śmierć. Wybrałem formę audio w interpretacji Filipa Kosiora i zacząłem słuchać.
Początek bardzo mi się spodobał – pierwsza wojna światowa widziana oczami Niemców, głównie eks-oficera dowodzącego szturmową karną kompanią na froncie zachodnim. Potem, gdy zauważyłem, że zmierza to w kierunku steampunka, prawie się się przeraziłem. Do końca chyba życia będzie mnie prześladować wspomnienie grafomańskiego wybryku „Orzeł bielszy niż gołębica” popełnionego przez Konrada T. Lewandowskiego, który od lat jest w rawskim Dyskusyjnym Klubie Książki synonimem literackiej beznadziei. Owszem, cyberpunk, a właściwie sybirpunk, wyszedł Gołkowskiemu genialnie, no ale gdzie cyber, a gdzie steam… Słuchałem jednak dalej…
No i okazało się, że rzecz, która na początku mnie wciągnęła, jednak nie puściła, i nie tylko dotrwałem do końca, lecz się wręcz rozsmakowałem. A to zakończenie! – niezwykle zaskakujące. Nawet, jak na tę odmianę science fiction, mistrzowsko zaskakujące.
Fabuły nie będę zdradzał, zakończenia tym bardziej. Oczywiście, podobnie jak w „SybirPunku”, opowieść ta to przede wszystkim akcja, ale tyma razem nie tylko. Autorowi udało się genialnie wczuć w klimat, który jak sądzę, jest przekonującym literackim odbiciem atmosfery Wielkiej Wojny, szczególnie zaś rzeczywistości niemieckich oddziałów szturmowych i wojny pozycyjnej. Emocje okopowej nędzy, panicznego strachu, bezsensu wojny, ale przeplatających się z momentami dumy, chwały i bohaterstwa. „Jak pięknie jest umierać za ojczyznę”. Książka wiernie oddaje też rzeczywisty przeskok od wcześniejszych wojen, do pierwszej wojny stechnicyzowanej, przemysłowej. Mamy tu więcej z prawdziwego obrazu I wojny niż w niejednym „poważnym” dziele.
Podobnie,w moim odczuciu, wykreowana przez Gołkowskiego postać protagonisty jest celnym odzwierciedleniem pewnego typu człowieka objawiającego szczególne cechy drzemiące w bliżej niekreślonej liczbie ludzi, ale ujawniające się tylko w określonych okolicznościach.
Oczywiście, taki sukces, w postaci udanego dzieła w bardzo trudnym gatunku, nie bierze się znikąd. Podobnie jak w przypadku „SybirPunka” tak przekonujące oddanie realnych elementów nie byłoby możliwe bez tytanicznej pracy przy researchu, którą pisarz musiał wykonać. Tym bardziej, że „Błoto” to całkowicie odmienny czas i rejon kulturowy niż Rosja przyszłości z „SybirPunka”.
Narracja jest tak dynamiczna i plastyczna, że bez problemu przeniosłem się w świat przedstawiony i audiobooka wręcz połknąłem. Filip Kosior dał radę! Jedyne, czego żałuję, to że głównym bohaterem nie jest Polak. W końcu po obu stronach Wielkiej Wojny nasi brali czynny udział, co niemal nie ma odbicia w naszej świadomości historycznej. Polecam na przykład historię drugiego i trzeciego w dziejach niemieckiego wojska szturmu z użyciem masowego ataku gazowego, jakie miały miejsce niedaleko Skierniewic, w których jak zwykle, i po stronie zwycięzców, i ofiar, byli Polacy. No, ale z założeń fabuły powieści, a jeszcze bardziej cyklu powieściowego, wynikało, że protagonistą musiał być Niemiec. Może to i dobrze…
Oczywiście, nie jest to powieść dla każdego. Steampunk to specyficzny kanon, więc jeśli nie jesteście jego fanem, nie polecałbym od „Błota” zaczynać poznawania dorobku Michała Gołkowskiego. Dla mnie jednak była to bomba, chociaż za tym podgatunkiem fantastyki nie przepadam. I choć „SybirPunka” oceniam wyżej; w końcu steampunk to nie cyperpunk, a ja w SF wolę więcej science niż fiction, to już nie mogę się doczekać drugiej części „Stalowych szczurów”. Polecam gorąco.
Dotąd byłem nie tyle fanem Michała Gołkowskiego, współczesnego (ur. 1981) polskiego pisarza i tłumacza, co jego cyklu powieściowego „SybirPunk”, gdyż tylko to z jego twórczości poznałem. Nie mogąc się doczekać czegoś pokrewnego, co by wyszło spod jego pióra, sięgnąłem po „Błoto” otwierające serię powieściową „Stalowe szczury”. Powstrzymałem się, jak to u mnie najczęściej,...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Lekturą kwietnia 2025 roku Dyskusyjnego Klubu Książki w Rawie Mazowieckiej była „oparta na faktach” powieść Macieja Siembiedy „Gambit”. Dyskusja na temat wrażeń z lektury sprowadziła się głównie do wytykania błędów wszelkiej maści, od braków warsztatu pisarskiego poczynając, a na realizmie kończąc, przy czym padały i takie określenia jak grafomański wybryk czy karykatura rzeczywistości. Pozytywne i niezdecydowane głosy koncentrowały się nieśmiało na tym, że dla części czytelników była to nowa, interesująca tematyka.
Głosy w klubie rozłożyły się następująco: nikt nie był zachwycony, książka nikomu się bardzo nie podobała, trzem osobom się podobała, dwie uznały ją za OK, a cztery były zdecydowanie na nie.
W moim odczuciu „dzieło” Siembiedy jest nie tylko słabe, ale wręcz złe i szkodliwe. Konkretne mniej lub bardziej żenujące wpadki można wymieniać długo (zajęło to większość klubowego spotkania), więc skoncentruję się na tym, co mi najbardziej w „Gambicie” przeszkadzało.
Powieść Siembiedy wpisuje się jak mało która w moje powiedzenie, że „Czterej pancerni” też byli oparci na faktach. Tylko, że o ile dzieło Janusza Przymanowskiego czyta się z przyjemnością, a serial telewizyjny kochają niezliczone pokolenia rodaków, to „Gambit” znajduje się na przeciwnym końcu skali ocen i mam nadzieję, że nigdy nie zostanie sfilmowany. Napisać książkę opartą na faktach, która brzmi aż do przesady fałszywie i nierealnie, to naprawdę jest coś…
Szkodliwość książki polega na tym przede wszystkim, że gdyby jej wierzyć, to działalność AK zawierała się głównie w romansowaniu, chodzeniu po kawiarniach i jedzeniu ciastek. W założeniu fabuły też jest kardynalny błąd, gdyż autor nie zauważył specyfiki układu Polacy-Niemcy, który sprawiał, iż te dwa narody były niemal hermetyczne względem siebie, co uniemożliwiało wzajemną infiltrację. Praktycznie jedyną drogą dla Polaków by dotrzeć do Niemców było pozyskanie kogoś z nich i odwrotnie. Niemieckim szpiegiem w polskich szeregach najczęściej był Polak, a polskim w niemieckich Niemiec.
Najgorsze jednak, co całkowicie odbierało mi przyjemność z lektury, było to, że z powodu nierealności wykreowanych postaci i interakcji między nimi, dialogów i tła, nie mogłem się w wyobraźni przenieść w świat przedstawiony. Autor też chyba nie mógł, gdyż jest nawet taka scena, gdy jeden z bohaterów opowiada o swoim stajennym i zamiast powiedzieć „nasz” (mojej rodziny) mówi „stajenny Ostrowskich”.
Nie upiększają też powieści zapędy Siembiedy w kierunku pseudoartyzmu literackiego i jego pseudomądrości jak ta, że „w Monachium ludziom o małym wzroście odzywają się chore ambicje” (tak jakby Francuzi i inni mieli inaczej).
W trakcie lektury „Gambitu” przypominała mi się literatura faktu o podobnej tematyce, jak na przykład genialny „Reportaż z tamtych dni” Cezarego Chlebowskiego, którą czytało się z zapartym tchem, niczym najlepszą powieść. Dwa światy, dwa przeciwne bieguny skali ocen.
Na zakończenie muszę Maciejowi Siembiedzie przyznać, że trzyma poziom. Kiedyś czytałem inną jego powieść „Katharsis” i też dałem jej jak najgorszą ocenę (LOL).
Lekturą kwietnia 2025 roku Dyskusyjnego Klubu Książki w Rawie Mazowieckiej była „oparta na faktach” powieść Macieja Siembiedy „Gambit”. Dyskusja na temat wrażeń z lektury sprowadziła się głównie do wytykania błędów wszelkiej maści, od braków warsztatu pisarskiego poczynając, a na realizmie kończąc, przy czym padały i takie określenia jak grafomański wybryk czy karykatura...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Cykl powieściowy „Derrick Storm” jest dziełem amerykańskiego autora Richarda Castle, który jest postacią fikcyjną znaną z serialu „Castle” stacji ABC. W Polsce jako trylogię wydano 0.25 „A Brewing Storm”, 0.50 „A Raging Storm” i 0.75 „A Bloody Storm” (odpowiednio pod tytułami 1 „Nadchodzący sztorm”, 2 „Wściekły sztorm” i 3 „Krwawy sztorm”). No i tu polska mania nadawania tytułów innych niż wszyscy odbiła się czkawką. Bohater nazywa się Storm więc tytuł oryginalny jest logiczny. W polskim wydaniu nazwisko protagonisty pozostawiono (Storm), ale tytuł przetłumaczono i teraz nijak ma się do powieści.
W mojej ocenie, właściwie, biorąc pod uwagę konstrukcję fabuły, nie jest to trylogia, cykl powieściowy, lecz powieść w trzech odcinkach (tomach), w dodatku niezbyt długich. To jednak tylko taka dygresja formalna.
Jeśli lubicie klimaty kryminalne i sensacyjne w których dominuje akcja, to jest to rzecz dla Was. Mnie się podobało, nawet bardzo, choć nieco brakowało mi głębi tła i interesującego drugiego planu z ukrytymi w nim ciekawymi tematami, które można wypatrzyć w dobrych nowoczesnych dziełach z tego i podobnych gatunków. Jestem pewien, że szybko zapomnę o „Derricku Stormie” (już teraz fabułę niemal zapomniałem). Na czym polega intryga nie będę zdradzać, ale trzeba przyznać, że choć szybko znika z pamięci, w momencie czytania (lub słuchania) jest spójna, logiczna, w miarę realistyczna. Wyraźnie jednak zaznaczam, że pomimo jednorazowości skutkującej tym, że o tej lekturze pewnie każdy szybko zapomni, słucha się tego (wybrałem wersję audio w interpretacji Filipa Kosiora) bardzo fajnie. To takie coś pomiędzy Kennem Folletem i Ianem Lancasterem Flemingiem, ale na szczęście bez bondowskich gadżetów i całej tej bajery. Jeśli lubicie kryminały, sensację oraz klimaty CIA i macie chęć na lżejszą, bardziej dynamiczną odmianę gatunku, to jest to pozycja, którą mogę gorąco polecić.
Pierwszy tom jest niemal genialny (w swoim kanonie oczywiście), ale potem widać minimalny spadek, aż do wtop w tomie trzecim. Kilka kwiatków:
♦ Komando Storma udaje się w góry, w dzikie rejony SUV-em. Sorry, na takie zabawy bierze się terenówkę – SUV to całkiem co innego.
♦ Kula z glocka podrywa faceta do góry – malina za takie bzdury.
♦ W trzecim tomie niezręczności gramatyczne.
♦ „Kropki z broni laserowej” – ta fraza chyba się przekleiła z powieści SF (LOL).
No, ale całość, zwłaszcza w formie audiobooka z głosem Filipa Kosiora, super. Gorąco polecam
Cykl powieściowy „Derrick Storm” jest dziełem amerykańskiego autora Richarda Castle, który jest postacią fikcyjną znaną z serialu „Castle” stacji ABC. W Polsce jako trylogię wydano 0.25 „A Brewing Storm”, 0.50 „A Raging Storm” i 0.75 „A Bloody Storm” (odpowiednio pod tytułami 1 „Nadchodzący sztorm”, 2 „Wściekły sztorm” i 3 „Krwawy sztorm”). No i tu polska mania nadawania...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Cykl powieściowy „Derrick Storm” jest dziełem amerykańskiego autora Richarda Castle, który jest postacią fikcyjną znaną z serialu „Castle” stacji ABC. W Polsce jako trylogię wydano 0.25 „A Brewing Storm”, 0.50 „A Raging Storm” i 0.75 „A Bloody Storm” (odpowiednio pod tytułami 1 „Nadchodzący sztorm”, 2 „Wściekły sztorm” i 3 „Krwawy sztorm”). No i tu polska mania nadawania tytułów innych niż wszyscy odbiła się czkawką. Bohater nazywa się Storm więc tytuł oryginalny jest logiczny. W polskim wydaniu nazwisko protagonisty pozostawiono (Storm), ale tytuł przetłumaczono i teraz nijak ma się do powieści.
W mojej ocenie, właściwie, biorąc pod uwagę konstrukcję fabuły, nie jest to trylogia, cykl powieściowy, lecz powieść w trzech odcinkach (tomach), w dodatku niezbyt długich. To jednak tylko taka dygresja formalna.
Jeśli lubicie klimaty kryminalne i sensacyjne w których dominuje akcja, to jest to rzecz dla Was. Mnie się podobało, nawet bardzo, choć nieco brakowało mi głębi tła i interesującego drugiego planu z ukrytymi w nim ciekawymi tematami, które można wypatrzyć w dobrych nowoczesnych dziełach z tego i podobnych gatunków. Jestem pewien, że szybko zapomnę o „Derricku Stormie” (już teraz fabułę niemal zapomniałem). Na czym polega intryga nie będę zdradzać, ale trzeba przyznać, że choć szybko znika z pamięci, w momencie czytania (lub słuchania) jest spójna, logiczna, w miarę realistyczna. Wyraźnie jednak zaznaczam, że pomimo jednorazowości skutkującej tym, że o tej lekturze pewnie każdy szybko zapomni, słucha się tego (wybrałem wersję audio w interpretacji Filipa Kosiora) bardzo fajnie. To takie coś pomiędzy Kennem Folletem i Ianem Lancasterem Flemingiem, ale na szczęście bez bondowskich gadżetów i całej tej bajery. Jeśli lubicie kryminały, sensację oraz klimaty CIA i macie chęć na lżejszą, bardziej dynamiczną odmianę gatunku, to jest to pozycja, którą mogę gorąco polecić.
Pierwszy tom jest niemal genialny (w swoim kanonie oczywiście), ale potem widać minimalny spadek, aż do wtop w tomie trzecim. Kilka kwiatków:
♦ Komando Storma udaje się w góry, w dzikie rejony SUV-em. Sorry, na takie zabawy bierze się terenówkę – SUV to całkiem co innego.
♦ Kula z glocka podrywa faceta do góry – malina za takie bzdury.
♦ W trzecim tomie niezręczności gramatyczne.
♦ „Kropki z broni laserowej” – ta fraza chyba się przekleiła z powieści SF (LOL).
No, ale całość, zwłaszcza w formie audiobooka z głosem Filipa Kosiora, super. Gorąco polecam
Cykl powieściowy „Derrick Storm” jest dziełem amerykańskiego autora Richarda Castle, który jest postacią fikcyjną znaną z serialu „Castle” stacji ABC. W Polsce jako trylogię wydano 0.25 „A Brewing Storm”, 0.50 „A Raging Storm” i 0.75 „A Bloody Storm” (odpowiednio pod tytułami 1 „Nadchodzący sztorm”, 2 „Wściekły sztorm” i 3 „Krwawy sztorm”). No i tu polska mania nadawania...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
„Zły” Leopolda Tyrmanda (1920-1985) to jedna z tych książek, o których coś słyszał chyba każdy, kto lubi czytać. Nie należę do ludzi, którzy czytają to, co znać wypada, ale jednak gdzieś tam ten Tyrmand się zapamiętał i przyszedł czas na „Złego”, chyba najbardziej znane jego dzieło.
Ta powieść ujrzała światło dzienne w 1955, nieco po fikcyjnych wydarzeniach w niej opisanych, które przypadają na początek lat 50-tych. Dzieło klasyfikowane jest jako kryminał, romans brukowy (raczej mafijny), a ja dodałbym jeszcze powieść obyczajową i łotrzykowską (dokładniej chuligańską). Tytułowy Zły to warszawski odpowiednik Zorro walczący z chuligaństwem, ale wielowątkowa fabuła z równą uwagą pozwala przyjrzeć się spojrzeniu autora nie tylko na tę patologię, ale na zorganizowaną przestępczość i inne problemy nie tylko ówczesnej i nie tylko Stolicy. Dlaczego zwracam uwagę na to, że ujrzymy perspektywę autora, a nie samo odbicie realnej Warszawy w świecie przedstawionym? O tym za chwilę.
„Zły” to ten rodzaj prozy, który jest prawdziwą ucztą dla czytelnika. Styl, tempo, fabuła, postacie. Wielość, barwność, różnorodność i oryginalność tych ostatnich zadziwia nawet na tle największych mistrzów pióra, podobnie jak sposób ich ukazania – zarazem komiksowy, a jednocześnie pełen głębi. Opowieść Tyrmanda wciąga jak najlepsze bestsellery, rozwija się nieprzewidywalnie i zaskakująco, choć jednocześnie finału w pewien sposób możemy się domyślać. Wynika to jednak z wyraźnie dydaktycznej, narzucającej określone elementy konwencji, a nie z braku umiejętności w zakresie operowania suspensem. „Złego” poznawałem równolegle i naprzemiennie z książką noblistki Alice Munro „Za kogo ty się uważasz”. Fakt, to różne gatunki, różne rodzaje prozy, ale to „Zły” był tą opowieścią, która wciągnęła i od której za każdym razem trudno się było oderwać, która dawała czytelnicze spełnienie pod każdym względem. Przy piórze Tyrmanda noblistka wypadła słabiutko.
Smaczki i perełki „Złego” można wymieniać długo. Genialnie autor ukazał na przykład narodziny miejskiej legendy, a sceny batalistyczne w realiach półświatka i klimatach rozrywek apaszowskich to rewelacja. Aż dziw, że prześwietne powiedzonka w stylu: „ile czasu traci się w życiu na niepicie wódki” nie weszły na stałe do popkultury. I ciekawostka – w „Złym” po raz pierwszy chyba pojawia się znany dziś chyba każdemu „13 posterunek”.
Mimo, iż książka wciąga niczym najlepszy kryminał nastawiony na akcję i stworzenie bestsellera, to daje impuls do rozważań o wielu problemach społecznych, a nawet filozoficznych. Ogólnych, jak walka dobra ze złem, granice dozwolonej samoobrony i cele kary, oraz szczególnych, jak funkcjonowanie przestępczości i szarej strefy. Ciekawy na przykład jest obraz ówczesnej mafii, która kontrolowała raczej strefę czarną i szarą, nawet haracze ściągano raczej z nielegalnych lub półlegalnych działalności, co najwyżej sabotując przedsiębiorstwa prywatne, ale nie łącząc się z nimi na sposób dzisiejszy.
Tutaj jednak wracamy do wspomnianej na początku perspektywy pisarza. Nie wiem jak wytłumaczyć, że facet urodzony w 1920, który dorastał w okresie królującego kultu ułaństwa i militaryzmu zwanego patriotyzmem, polskiego odpowiednika macho, który potem przeżył wojnę, nie odróżnia rewolweru od pistoletu i konsekwentnie się na tym wykłada. Pozwala to jednak przypuszczać, że nie był bystrym obserwatorem rzeczywistości oraz że nie miał na tyle samokrytycyzmu, by dostrzec granice swej wiedzy oraz obszar jej braku, że był na tyle zadufany w sobie, iż przed przystąpieniem do pracy nad „Złym” nie sięgnął nawet do encyklopedii, nie zasięgnął rady żadnego konsultanta. Wszystko to nakazuje traktować powieść zdecydowanie bardziej jako fikcję totalną, niż obraz realiów ówczesnej Warszawy, chyba że ma się odpowiednią podbudowę, by odróżnić jedno od drugiego.
Jeśli jednak nie traktujemy „Złego” jako dokumentu z epoki, to nawet z uwzględnieniem błędów merytorycznych, które mogą denerwować, lektura jest przednia, rewelacyjna. Trudno się od tego oderwać nawet, gdy zauważamy wszystkie wspomniane wady.
Na koniec jeszcze dwie refleksje ogólniejszej natury.
Pierwsza dotyczy końcowej rozmowy dydaktycznej między Złym a Dziarskim (porucznikiem milicji) na temat chuligaństwa i brutalnej, bezcelowej, bezrefleksyjnej i bezsensownej przemocy. Scenka ta przypomniała mi rewelacyjne wyniki badań socjologicznych na afrykańskich słoniach, które jednoznacznie wykazały, jaka jest przyczyna i rozwiązanie tego problemu. Tyrmand nie mógł o tym wiedzieć, więc miał prawo błądzić, ale rozprawiający o tym dzisiejsi socjologowie, pedagodzy i inni inteligenci, aż za często budzą litość przedstawiając swoje teorie i zalecenia, gdy jednocześnie widać, że nie mają żadnej ściśle naukowej, podpartej eksperymentami, podbudowy do swych dyskusji. Inna sprawa, że najtrudniej jest z prawdą, gdy jest politycznie niepoprawna.
Druga dotyczy stereotypu, że google wie wszystko, a AI wszystko umie. W powieści kilkakrotnie występuje przymiotnik "polsterowany". Fajna zabawa znaleźć w necie znaczenie tego słowa, choć nie jest to przecież żadna staropolszczyzna.
No, to były takie luźne uwagi, bowiem „Zły” jest jedną z tych powieści, które wciągają, nie puszczają, wzbudzają żywe uczucia, a jednocześnie pomimo doskonałej warstwy rozrywkowej i wyraźnego aspektu dydaktycznego, moralizatorskiego, dają asumpt do wielu refleksji i spostrzeżeń, niejednokrotnie na tematy, o których się Tyrmandowi na pewno nie śniło. Książka, paradoksalnie, zarazem trąci myszką, i zarazem jest jak najbardziej jest aktualna. I pewnie będzie tak nadal. Niestety…
Z dwóch dostępnych na rynku interpretacji audio wybrałem tę, której głosu użyczył Adam Ferency i byłem bardzo zadowolony – to godna alternatywa dla wersji z literkami. Gorąco i z pełnym przekonaniem polecam
„Zły” Leopolda Tyrmanda (1920-1985) to jedna z tych książek, o których coś słyszał chyba każdy, kto lubi czytać. Nie należę do ludzi, którzy czytają to, co znać wypada, ale jednak gdzieś tam ten Tyrmand się zapamiętał i przyszedł czas na „Złego”, chyba najbardziej znane jego dzieło.
Ta powieść ujrzała światło dzienne w 1955, nieco po fikcyjnych wydarzeniach w niej...
Nooo! - po prostu genialne to było. Nie myślałem, że w kategorii sensacji szpiegowskiej aż tak zachwyci mnie coś pióra polskiego autora i coś, co dzieje się w naszych służbach. Wynika to również z kalibru polskich współczesnych pisarzy, ale przede wszystkim z rodzimych realiów. Trudno napisać przekonującą powieść w kraju Zulu Gula, w którym rozbieżność między rzeczywistością i jej odbiciem w świadomości społecznej, między rzeczywistością deklarowaną przez władze i media, a stanem faktycznym, osiągnęła rozmiary nie do ogarnięcia. Oczywiście, taki rozdźwięk istnieje wszędzie (polecam na przykład „Kulawe konie” Micka Herrona), ale inaczej to wygląda w krajach, które prowadzą choć trochę samodzielną politykę i choć trochę racjonalnie podejmują decyzje, a inaczej w kraju, który sami jego rządzący określają „państwem na niby”. To, co ujdzie powieściach akcji usytuowanych w imperiach lub innych państwach z tradycjami albo uzsadnionymi ambicjami, u nas brzmiałoby dla każdego myślącego co najmniej infantylnie. James Bond ujdzie w UK, ale Polsce byłby po prostu żenujący.
„Zamęt” otwierający cykl „Sekcja” nie jest moim pierwszym czytelniczym podejściem pdo Severskiego. Zaczynałem od „Nielegalnych” i byłem zachwycony, ale ponieważ „Niewierni”, następna książka z cyklu „Nielegalni” aż tak mi się nie podobała, odczekałem i sięgnąłem po „Sekcję”. No i było wystrzałowo. Klimat może nie tak oryginalny jak u Le Carre, postacie nie aż tak wycyzelowane jak u innych mistrzów gatunku, może nawet nieco komiksowe, ale akurat w tej konwencji, którą obrał Vincent V. Severski, to chyba zaleta, bowiem siłą jego książki jest inryga, akcja i realizm. Widać, że pisał to ktoś, kto wie, o czym pisze. Napięcie i dynamika w idealnie wyważonych proporcjach też są mocnymi atutami. Można nawet dorzucić etykietkę thriller. Warsztat pisarski doskonały - mogą mu pozazdrościć nawet pisarze zajmujący się tym od zawsze. No i wielki plus za jasność, jednoznaczność i dokładność języka - na przykład za odróżnianie bluzgów od bluźnierstw. Wielu polskim pisarzom i tłumaczom coraz częściej, jak widać z kontekstu, przydarza się używać słów bez znajomości ich znaczenia.
Fabuły nie będę zdradzał, spojlerowanie w powieści szpiegowskiej jest zbrodnią na przyszłych czytelnikach książki. Powiem tylko, że Severski perfekcyjnie jak mało kto oddał tę specyficzną sytuację polowania na zdrajcę, gdy nie wiadomo kto jest kim, komu można wierzyć i czy w ogóle komuś. W dodatku wszystko świetnie wyważone i wciśnięte w realia polskiej politycznej niemocy i militarnej fikcji. To już naprawdę wyższa szkoła jazdy.
Oczywiście, dużo w tym wszystkim totalnej fikcji, zarówno w tle, jak i w szczegółach, ale Severskiemu udała się sztuka napisania wszystkiego tak, że trudno powiedzieć, gdzie przebiega granica między realiami i fantazją. No, a jeśli chodzi o realizm tła, to nie sądzę by polski czytelnik był gotów na rodzimą wersję „Kulawych koni”.
Polecam gorąco, a w szczególności miłośnikom wspomnianych gatunków. Dodam, że wersja audio mająca formę słuchowiska, której słuchałem, jest bardzo udana i można śmiało brać ją pod uwagę jako alternatywę dla literek.
Nooo! - po prostu genialne to było. Nie myślałem, że w kategorii sensacji szpiegowskiej aż tak zachwyci mnie coś pióra polskiego autora i coś, co dzieje się w naszych służbach. Wynika to również z kalibru polskich współczesnych pisarzy, ale przede wszystkim z rodzimych realiów. Trudno napisać przekonującą powieść w kraju Zulu Gula, w którym rozbieżność między...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
No i dorwałem się do piątej już odsłony przygód Jacka Reachera pióra Lee Childa. Oczekiwałem świetnej rozrywki, ale...
Na początek rzeczy, które mnie wnerwiły:
♦ Słaba scena likwidacji obserwatorów - współpracujący strzelcy w takim ustawieniu ryzykują wzajemne postrzelenie się z bardzo dużym prawdopodobieństwem nawet jeśli ich strzały są celne.
♦ Ewidentne błędy w scenie szkolenia strzeleckiego - instruktor Reacher najpierw wprowadza nabój do komory, a potem przeładowuje (!sic). Dla niekumatych - przeładowanie to właśnie jest wprowadzenie naboju do komory.
♦ powtórzenia inne usterki stylistyczne
Zwłaszcza dwie pierwsze sprawy to poważne zarzuty, które nie powinny się znaleźć w powieści akcji, kryminale ani sensacji, i których na tłumacza ani polskiego wydawcę raczej zrzucić nie można. A jednak... Może akurat byłem w odpowiednim nastroju, lecz słuchało mi się tego rewelacyjnie. Świetna dynamika, czytelna narracja, plastyczne opisy, mocne dialogi. Postacie odpowiednie do gatunku, w pozytywnym rozumieniu tego słowa. No i kryminalna intryga zaskakująco dobrze skonstruowana jak na książkę raczej z półki akcja niż powieść detektywistyczna. Gdyby nie wspomniane wpadki, dałbym maksa, ale i tak polecam, a sam już szukam następnej odsłony przygód Reachera.
No i dorwałem się do piątej już odsłony przygód Jacka Reachera pióra Lee Childa. Oczekiwałem świetnej rozrywki, ale...
Na początek rzeczy, które mnie wnerwiły:
♦ Słaba scena likwidacji obserwatorów - współpracujący strzelcy w takim ustawieniu ryzykują wzajemne postrzelenie się z bardzo dużym prawdopodobieństwem nawet jeśli ich strzały są celne.
♦ Ewidentne błędy w scenie...
Powieść "Shall we Tell the President?" pióra brytyjskiego autora Jeffreya Archera, jednego z najlepszych powieściopisarzy ever, jest zarazem dowodem na to, że Polak potrafi, i tego, że jak nikt inny potrafi wprowadzić wszędzie bałagan (delikatnie mówiąc).
Pierwotne polskie tłumaczenie Stefana Wilkosza nosiło tytuł "Czy powiemy prezydentowi?" i poznałem je w formie audio z głosem Leszka Teleszyńskiego. I jest super.
Potem, w związku z konfliktem między fabułą powieści i faktycznym przebiegiem historii, w ponownym tłumaczeniu i za zgodą Archera, Wilkosz zmienił protagonistę (Edward Kennedy) na protagonistkę (Florentyna Kane). Zmieniono więc i tytuł na "Czy powiemy pani prezydent?" No i na pierwszy rzut oka super, bo po pierwsze historia zawarta w powieściowej fabule przestała zgrzytać z rzeczywistą historią, a po drugie w tej wersji książka stała się trzecią częścią cyklu "Kane i Abel". Polak potrafi? Potrafi, tylko że nie do końca... Jak zawsze...
Drugą wersję poznałem w wersji audio z tym samym lektorem i niestety widać, że wszyscy tak się zachłysnęli genialnością swej wersji, że nikomu, począwszy od tłumacza, przez redaktorów, koretkę, dźwiękowców i na samym lektorze kończąc, nie chciało się poprawić pozostałości z pierwotnego tłumaczenia. No i mamy kwiatki typu "prezydent powiedział" w tekście, w którym prezydent już nie jest mężczyzną. Żenada. Mało tego. Popatrzcie na blurby i zajawki pod wydaniami opatrzonymi jeszcze tytułem "Czy powiemy prezydentowi". Nie wiem jak na papierze, ale w necie stare wydania, dalej z męskim tytułem i protagonistą są opatrzone tekstami od wersji z Florentyną. Żenada.
No, ale w kraju Zulu-Gula porządek i logika za bardzo by dziwiły. A sama powieść? Obie wersje świetne, choć oczywiście Florentynowa lepsza.
Archer jak zawsze super. Każdemu, komu spodobały się poprzednie części "Kane i Abel" ta też się spodoba. Gorąco polecam.
źródło: https://klub-aa.blogspot.com
Powieść "Shall we Tell the President?" pióra brytyjskiego autora Jeffreya Archera, jednego z najlepszych powieściopisarzy ever, jest zarazem dowodem na to, że Polak potrafi, i tego, że jak nikt inny potrafi wprowadzić wszędzie bałagan (delikatnie mówiąc).
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPierwotne polskie tłumaczenie Stefana Wilkosza nosiło tytuł "Czy powiemy prezydentowi?" i poznałem je w formie audio z...