Morze wiary. Islam i chrześcijaństwo w świecie śródziemnomorskim doby średniowiecza

Okładka książki Morze wiary. Islam i chrześcijaństwo w świecie śródziemnomorskim doby średniowiecza
Stephen O'Shea Wydawnictwo: Rebis religia
432 str. 7 godz. 12 min.
Kategoria:
religia
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Sea of faith : Islam and Christianity in the medieval Mediterranean world
Data wydania:
2009-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2009-01-01
Liczba stron:
432
Czas czytania
7 godz. 12 min.
Język:
polski
ISBN:
978-83-7510-087-7
Tłumacz:
Radosław Kot
Średnia ocen

                7,1 7,1 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Morze wiary. Islam i chrześcijaństwo w świecie śródziemnomorskim doby średniowiecza w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Morze wiary. Islam i chrześcijaństwo w świecie śródziemnomorskim doby średniowiecza

Średnia ocen
7,1 / 10
46 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
759
288

Na półkach: , , ,

Do połowy czyta się to naprawdę świetnie. Opis podbojów arabskich i rozkwitu kultury islamu w czasach europejskich "wieków ciemnych" jest błyskotliwy. Niestety od okresu wypraw krzyżowych pojawia się coraz więcej uogólnień i zwykłych błędów rzeczowych (np. pomyłka w dacie zdobycia Askalonu przez krzyżowców, jest: 1144, powinno być: 1153). Autor nie ma za bardzo pojęcia o dziejach i roli Bizancjum. Z kolei porównywanie Al-Andalus z Imperium Osmańskim wydaje się z gruntu chybione, to jak porównanie Kartaginy z późnym Cesarstwem Rzymskim. Najbardziej razi anachronizm autora. Bardzo chciałby widzieć w niewolniczych państwach islamskich (i despotycznym królestwie Rogera II) poprzedników obecnej globalizacji i pluralizmu. Nie dostrzega jednak, że ta osławiona convivencia była zawsze przyjmowaniem stosunku podległości przez pokonanych, czy to na normańskiej Sycylii, czy w umajjadzkiej Andaluzji, czy w osmańskiej Rumelii i Anatolii. Ta książka byłaby lepsza gdyby zajęła się kulturową konwergencją. Końcowy rozdział książki tchnie ogromnym optymizmem. Na stronie 304 przy okazji oblężenia Malty w 1565 czytamy, że "żadna ze stron nie zwracała uwagi na fakt, że świat przestał już przywiązywać wielką wagę do podziałów religijnych". Akurat w Europie wojny na tle religijnym wchodziły wówczas w najkrwawszą fazę. Podsumowując: warto przeczytać, ale nie trzeba mieć.

Do połowy czyta się to naprawdę świetnie. Opis podbojów arabskich i rozkwitu kultury islamu w czasach europejskich "wieków ciemnych" jest błyskotliwy. Niestety od okresu wypraw krzyżowych pojawia się coraz więcej uogólnień i zwykłych błędów rzeczowych (np. pomyłka w dacie zdobycia Askalonu przez krzyżowców, jest: 1144, powinno być: 1153). Autor nie ma za bardzo pojęcia o...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

134 użytkowników ma tytuł Morze wiary. Islam i chrześcijaństwo w świecie śródziemnomorskim doby średniowiecza na półkach głównych
  • 68
  • 64
  • 2
49 użytkowników ma tytuł Morze wiary. Islam i chrześcijaństwo w świecie śródziemnomorskim doby średniowiecza na półkach dodatkowych
  • 28
  • 9
  • 6
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Morze wiary. Islam i chrześcijaństwo w świecie śródziemnomorskim doby średniowiecza

Inne książki autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

1453. Upadek Konstantynopola Roger Crowley
1453. Upadek Konstantynopola
Roger Crowley
Biegu dziejów nie da się oszukać. Trąci to trochę historycznym determinizmem, ale pewne rzeczy prędzej czy później muszą nadejść. Gdy naprzeciwko siebie staje połykająca kolejne terytoria wschodząca potęga i dogorywające państewko, ograniczone praktycznie do murów jednego miasta, wynik starcia może być tylko jeden. Jak w ewolucji – silniejszy byt wypiera słabszy. Cesarstwo Bizantyńskie znikło w mrokach dziejów, by zrobić miejsce dla nowego dominatora w tej części świata – Imperium Osmańskiego. Jak doszło do tego, że po jednym z najświetniejszych organizmów państwowych średniowiecza pozostały tylko mury wiekowych świątyń i mające wybitnie pejoratywne znaczenie określenia „bizantynizm” i „bizantyński”? Musimy się cofnąć w czasie o sześć wieków, a pomoże nam w tym lektura książki Rogera Crowleya „1453. Upadek Konstantynopola”. Roger Crowley to angielski pisarz (urodzony w 1951 roku), nie historyk, ale absolwent literatury angielskiej na uniwersytecie w Cambridge. Jego dorobek jest skromny, ale każda z trzech książek tego Autora spotykała się z uznaniem środowiska. Życie, praca i podróże po krajach śródziemnomorskich określiły teren jego zainteresowań. „1453. Upadek Konstantynopola” to jego druga po „Morskich imperiach”książka, która ukazuje się w naszym kraju. Na wydanie czeka jeszcze historia Wenecji „City of Fortune”. Polski czytelnik otrzymuje do ręki „Upadek…” osiem lat po premierze. Książka Crowleya to opowieść „o odwadze i okrucieństwie, technicznej przemyślności i szczęściu, tchórzostwie, uprzedzeniach i tajemnicach”, a przede wszystkim o mieście, które muzułmanie nazywali „Czerwonym Jabłkiem”, „kością w gardle Allacha”, „miastem, którego pożąda świat”. Już Mahomet przewidywał, że przyjdzie taki dzień, że wyznawcy wiary narodzonej na arabskiej pustyni zdobędą Konstantynopol. Próbowali kilkukrotnie. Zawsze bezskutecznie. Mieszkańcy Konstantynopola – Rzymianie, jak sami siebie nazywali – liczyli na to, że i wiosną 1453 roku obronią swoje miasto. Nie bez podstaw, bo jak dotąd tylko raz udało się je zająć wrogom, i to najmniej oczekiwanym, bo członkom IV krucjaty (w 1204 roku. Bizancjum było oblegane ponad dwadzieścia razy, ale murów cesarza Teodozjusza z V wieku od strony lądu nikomu nie udało się sforsować. Zdobycie miasta przez Turków osmańskich poprzedził wiek epidemii, katastrof naturalnych, postępującej biedy. Nic więc dziwnego, że morale ludności było niskie. Ale w rodzącym się Imperium Osmańskim też nie było idealnie. Państwem wstrząsały wewnętrzne konflikty, sporo energii pochłaniały też walki z Węgrami. W końcu sułtan Murad II doszedł do wniosku, że jego państwo nie będzie bezpieczne, dopóki Konstantynopol pozostanie enklawą chrześcijaństwa na jego terytorium. W testamencie dla syna, Mehmeda II, przekazał mu, aby w końcu zdobył to miasto. Oblężenie było też starciem wybitnych osobowości – Mehmeda i cesarza Konstantyna XI Paleologa. Przyszło im jednak działać w zupełnie innych okolicznościach. Jeden rządził państwem w przeddzień szczytu potęgi; drugi praktycznie już tylko odliczał czas do końca panowania. Obaj skończyli też zupełnie inaczej: Mehmed otrzymał tytuł Fatih (Zdobywca), z kolei wypchaną słomą głowę cesarza obwożono po państwie Turków na dowód zwycięstwa nad niewiernymi. Autorów należą się pochwały za plastyczne i drobiazgowe – ale nie nużące – przedstawienie opisu oblegania stolicy cesarstwa wschodniorzymskiego. Crowley przyznaje, że „raport z oblężonego miasta” może być niedokładny, a miejscami zawierać może i błędy. Autor korzystał z nielicznych źródeł z epoki, głównie powstałych w obozie chrześcijańskim. Musiał więc odrzucić skłonność do przesady średniowiecznych kronikarzy, oddzielić fakty od legend. Udało mu się to, choć przyznaje, że nie w pełni poradził sobie z rekonstrukcją wydarzeń. Jednak te niedociągnięcia – nawet jeśli komuś uda się je uchwycić – nie zabierają przyjemności płynącej z lektury. To też interesująca nauka technik oblężniczych późnego średniowiecza i zapowiedź nowej – masowego ostrzału artyleryjskiego. Przyznam, że podczas czytania książki migały mi przed oczami obrazki z trzeciej części „Władcy Pierścieni” – scen oblegania stolicy Gondoru, Minas Tirith… „Upadek…” ukazał się nakładem Domu Wydawniczego Rebis. To rękojmia, że otrzymujemy do rąk książkę wydaną na bardzo dobrym poziomie. W tym konkretnym przypadku – w twardej oprawie, z licznymi ilustracjami, po świetnej robocie edytorskiej i redakcyjnej.
mitobrave - awatar mitobrave
ocenił na 7 2 lata temu
Alianci. Stalin, Roosevelt, Churchill. Tajne rozgrywki zwycięzców II wojny światowej Jonathan Fenby
Alianci. Stalin, Roosevelt, Churchill. Tajne rozgrywki zwycięzców II wojny światowej
Jonathan Fenby
Mam dosyć ambiwalentne wrażenia po tej książce. Z jednej strony doceniam za skrupulatne opisanie każdej z konferencji, mnóstwo szczegółów, anegdot (tej o Marshallu, który spóźnił się na spotkanie z Teheranie, bo wybrał się na wycieczkę, wcześniej nie słyszałem) i pokazanie wielu różnych punktów widzenia. Z drugiej strony jednak książka była momentami nudna... Po kilku pierwszych rozdziałach przerwałem lekturę i wróciłem do niej dopiero na późniejszych rozdziałach (Kair, Teheran, generalnie im więcej było o "sprawie polskiej" tym ciekawiej mi się czytało). Miałem też problem z tym, że autor czasem bez ładu i składu przedstawia narracje kilku osób w jednym akapicie. Tutaj jedno zdanie od kogoś, potem komentarz kogoś innego. Było to momentami męczące. Były też takie fragmenty, gdzie autor w kilka zdaniach chciał zmieścić kilka wątków i zupełnie nie mogłem zrozumieć jaki był tego cel. Z innych przemyśleń, to uważam lekturę za obowiązkową dla każdego, kto nadal myśli, że zostaliśmy w Teheranie czy Jałcie za darmo sprzedani Stalinowi. Książka jasno pokazuje, że szczególnie Churchill wysoko na agendzie stawiał sprawę polską, a jeśli ktoś był hamulcowym, to był nim Roosevelt, który zasadniczo był o wiele bardziej spolegliwy względem Stalina. Ostatecznie i tak decydowała brutalna siła. Sowieci mieli wojska w Polsce, a Anglosasi nie, dlatego trzeba było zrobić dobrą minę do złej gry i zaakceptować zapewnienia Stalina, że pozwoli w Polsce na wolne wybory. Wyżej niż 6 nie jestem jednak w stanie dać książce, której fragmenty tak mnie nudziły, że musiałem przeskakiwać rozdziały.
PrzeBirn - awatar PrzeBirn
ocenił na 6 3 miesiące temu
Perski ogień: Pierwsze starcie Wschodu z Zachodem Tom Holland
Perski ogień: Pierwsze starcie Wschodu z Zachodem
Tom Holland
Świetnie się czyta. A ponieważ czytam dla przyjemności, więc to dla mnie zaleta. Nie jest to publikacją naukowa i moje oczekiwania były inne, zresztą wolę rozważania historyczne w formie podręcznikowej niż naukowej. Zastrzeżenia mam raczej do tego, że autor niewiele miejsca poświęca tytułowej problematyce. Należy jednak uściślić, że raczej najwięcej niejsca poświęca analizie niż syntezie. Tego, czego bardzo brak w tej książce to solidna porcja porządnie wyprowadzonych wniosków, a trzeba przyznać, że jest z czego je wyprowadzać. Ma to także dobra stronę, bo skłania czytelnika do własnych przemyśleń nadaje też publikacji wymiar uniwersalny, ponieważ nie przypisuje jej do epoki, w której powstała. Mino tych niewarpliwych plusów o pierwszym starciu Wschodu z Zachodem jest niedużo, co absolutnie nie znaczy, że jest źle, tyle że jest to raczej historia wojen perski greckich poprzedzona szerokim wprowadzeniem w konflikt. Właśnie to wprowadzenie moim zdaniem jest najlepsza częścią Perskiego ognia. Książka jest wręcz epicka, przy czym autor obie wojujące strony przedstawia obiektywnie bez upiększania, ale i nie nazbyt krytycznie. Starą się być obiektywny. Dostajemy analizę systemów politycznych, obyczajowych, sposobów walki, organizacji społecznej. Odpowiedzi na to jakim cudem mały, wiecznie zwaśnionymiedzy sobą naród, niezbyt zaawansowany kulturowo i technologicznie z potęgą króla Persji wygrał nie do staniemy już prawdopodobnie nigdy. Być może to jest jeszcze jedna przyczyną, dla której autor ostrożnie i skąpo formułuje wnioski, choc stara sie wyjasnić, dlaczego senny, zapyzialy atenski zascianek postawil sie imperatorowi Kserksesowi. Dlaczego oni a nie inne, starsze i pogatsze panstwa basenu morza Sródziemnego?Czy sprawiło to wybujale greckie ego? Przeswiadczenie o wladnej wyjatkowości czy raczej poczucie, ze nie ma sie nic do stracenia? Grecy byli bitni i niezbyt podporzadkowani. Odpowiedź, ze walczyli w obronie wolnosci i demokracji jest zbyt prosta i zbyt naiwna, no i brzmi jakby swieżo wyszla z ust wyjątkowo tępego współczesnego polityka. Holland pod tym kątem przedstawia wady i zalety ateńskiej demokracji. Mozliwe, że czym innym była walka o o wlasnosc wielkiego pana a czym innym o polis, ktorym sie współrzadziło. Może wiec rzeczywiscie Grecy z Aten, Sparty i Peloponezu czuli się w swoich państwach sobą, u siebie i na swoim a co najwazniejsze chcieli sby tak pozostało. Atenski obywatel mógł cxuc sie wolny i chcial zeby tak pozostało. Ludzie Wschodu tego nie rozumieli i nie rozumieją nadal. Persowie ze swej strony w myśl swojej religii oraz w ramach podbojów niesli z pełnym przekonaniem podbitym narodom pokój i dobrobyt. No cóż, Kserksesowi nie udalo się wyplenić zła lęgnącego się na Zachodzie, ale trzeba mu przyznać, że się starał. Oczywiście wschodnim zwyczajem nie odnotowano jego porażki: wladcy Wschodu z zasady ich nie ponosząna, jedynie wycofują się ze swymi wojskami na z góry upatrzone pozycje zostawiajac strategicznie rozmiszczone garnizony. Moze rzeczywiscie na tle światowych podbojów wojna z Grekami była z perskiego punktu widzenia jedynie malo znaczącą potyczką. Grecy odnieśli zwycięstwo a to oraz spiśob w jaki się w jaki sposób się nim chwalili ukształtowało tożsamość kulturową i polityczną Zachodu, zainicjowało jego istnienie. Książkę czytało mi się bardzo przyjemnie. Lekko I sprawnie. Niewątpliwie pomaga w tym wspaniały styl i lekkość pisania Toma Hollanda. Podobał mi się jego ironiczny styl pozwalający na dystansowanie się od wypowiedzi I porywająca narracja. Jest to wprawdzie pozycja sprzed dwudziestu lat , niemniej historia starożytna specjalnie się już nie zmieni wiec warto ją przeczytać. Nie miała to być w zamierzeniu autora przełomowa praca naukowa , a jedynie popularyzatorska, ale z przyczyn od autora niezależnych jest lepszym wyjaśnieniem sytuacji międzynarodowej niż była dwadzieścia lat temu. Między innymi dlatego warto ją przeczytać.
Mysza - awatar Mysza
oceniła na 6 6 miesięcy temu
1491. Ameryka przed Kolumbem Charles C. Mann
1491. Ameryka przed Kolumbem
Charles C. Mann
Po przeczytaniu tej pozycji naszła mnie pewna refleksja, zdałem sobie sprawę, jak skostniałe i wymagające progresu są nauki humanistyczne. A szczególnie historia. Taka analogia z naszego podwórka - od kilku lat widzimy progres na polu badań nad religią i mitologią Słowian. Pomijając antynaukowych szurów pokroju Kosińskiego czy Bieszka (dla których narzędzie krytyki źródeł nie istnieje, jeśli tylko pasuje im do tezy wyssanej z d***), udało się wyjść poza sztywny gorset sceptycyzmu narzuconego przed laty przez Łowmiańskiego, przede wszystkim dzięki językoznawcom i etnologom (Łuczyński) oraz archeologom (Szczepanik). Jest tych nazwisk oczywiście więcej, ale konkluzja też jest oczywista - historia MUSI opierać się na interdyscyplinarności! Wszystko co miało zostać poddane analizie, zostało już dawno zweryfikowane po tysiąckroć! Kupując kolejną biografię czy syntezę dziejową nie znajdziemy w niej nic, co nie zostało już wcześniej napisane. Ba! To wszystko bez problemu znajdziemy na Wikipedii lub dowolnej innej stronie internetowej! Postęp jest możliwy tylko dzięki bardziej holistycznemu podejściu do historii jako nauki. Dlatego już na studiach powinny być zajęcia z nauk pomocniczych, a studenci historii bardzo szybko powinni podejmować się konkretnych specjalizacji – historyk ekologii, etnolog-religioznawca itd. I w tej interdyscyplinarności leży siła tej książki. Z jednej strony uczciwie argumentuje źródłami (relacje odkrywców i misjonarzy, bardzo bogata bibliografia i polemika w przypisach), daje dojść do głosu różnym rozbieżnym opcjom naukowym no i posiłkuje się wynikami badań geologów, botaników, chemików, astronomów i jeszcze wielu innych specjalistów. Co z tego wychodzi? Bardzo odważny, bynajmniej nie foliarski, obraz prekolumbijskiej Ameryki. Mann doskonale punktuje, jak bardzo badania nad historią Ameryk „ewoluowały” na przestrzeni wieków. Zadufani konserwatyści swoich szkół musieli ustąpić przed nowoczesną nauką (jak datowanie radiowęglowe) i dziś już prawie nikt nie neguje starszej metryki pierwszych „Amerykanów”, czy osiągnięć agrotechnicznych cywilizacji Nowego Świata. A jednak nadal pozostaje tyle do zbadania! Wzgórza Beni, osady typu Cahokia i kultury Missisipi czy Hopewel, kultury andyjskie i amazońskie… Co jeszcze w tej książce jest fascynujące? Że rozwija horyzonty, że wskazuje nowe ścieżki warte podążenia, daje pole nowym zainteresowaniom i uzmysławia, że nawet przy czterdziestce można się sporo nowego dowiedzieć o świecie. Dowiedziałem się z niej np. że kukurydza to pierwsze GMO w historii i nie chodzi tutaj o jakiś dobór naturalny jak było w przypadku „naszych zbóż”, nie, kukurydza to twór sztuczny! Albo że „wynalazek” Indian jakim jest terra preta (amazoński czarnoziem) może być użyteczny do walki z jałowieniem gleb i zwiększeniem areałów rolniczych na terenach z ich deficytem! I to jest dopiero niezaprzeczalny argument na potrzebę większej interdyscyplinarności nauk historycznych! Na koniec kilka wad (w większości subiektywnych). Czuć amerykański rodowód autora. Przejawia się to w jego sposobie postrzegania świata (rewolucja amerykańska dała ŚWIATU demokrację. CO? XD), ale też w samej formie książki, która jest wzorowana na reportażu. Naprawdę nie interesują mnie anegdotki z podróży autora. Tym bardziej, że większość z nich nic nie wnosi do lektury. Druga wada, to zbytnia apoteoza rdzennych Amerykanów. Ja wiem, że należy rozwiewać mit „dzikusa”, ale żeby od razu popadać w drugą skrajność? Dwa przykłady – autor usprawiedliwia rytualne mordy Azteków tym, że w Europie równie wielu ludzi wieszano lub ścinano toporem za przestępstwa. Znowu – CO XD? Albo, w przypadku wspomnianej już „demokracji” – Mann oczywiście jako „indianofil” - szuka genezy tej demokracji użyczonej światu właśnie w ludach Pn. Ameryki, a dokładnie konfederacji Irokezów. Sek w tym, że podobne, „demokratyczne”, czy protoparlamentarne formy powstawały niezależnie w różnych miejscach świata. Sorry Charles, ale taka na przykład polska demokracja ma swoje korzenie w słowiańskich wiecach i szlacheckim sejmie, a dopiero później w republikańskiej Francji czy amerykańskiej rewolucji.
Radamajkis - awatar Radamajkis
ocenił na 9 3 miesiące temu
Barbarzyńska Europa Karol Modzelewski
Barbarzyńska Europa
Karol Modzelewski
Na wstępie krótkie Ad vocem do niektórych przeczytanych poniżej opinii, jeśli ktoś po lekturze tej książki stwierdza, że autor podaje tylko kto ile i za co musi konkretną ilość solidów zapłacić to zdecydowanie nie załapał przesłania książki. Średniowiecze, a szczególnie to wczesne przez wiele lat uważane było za epokę ciemną, zacofaną, bez praw i reguł, gdzie wygrywał ten Pan, który najlepiej oddzielał mieczem głowę od tułowia swojego oponenta. Karol Modzelewski pokazuje, że wczesnośredniowieczna, barbarzyńska europa budowana była na silnej wspólnocie (nazywanej przez niego krewniaczą), ukazuje rozbudowane "barbarzyńskie" prawa i obowiązujące w tych wspólnotach zasady. Praktycznie każdy z większych barbarzyńskich ludów posiadał swoje prawo zwyczajowe, które później zostało również spisane na pergamin jak Lex Salica, Lex Ripuaria, Lex Burgundionum, Lex Longobardorum itd. K. Modzelewski w ciekawy sposób przedstawia jak kształtowała się sytuacja społeczna w określonych barbarzyńskich społecznościach/plemionach. Autor pokazuje przy okazji ogromny rozgardiasz jaki tam momentami panował pod względem tego, że w danym plemieniu możemy mieć "kilku królów, książąt, wodzów itp." Fakt, autor bardzo ciekawie to opisuje, korzystając z dokładnie znanych mu źródeł historycznych, natomiast brakowało mi pewnego usystematyzowania, może zachowania chronologii w tym momencie. Brakło ewentualnego odwołania do wcześniej ukształtowanych koncepcji/przemian (niektórych już przestarzałych co prawda ale ich wspomnienie zawsze pokazuje kierunki rozwoju badań) w systemach rządów barbarzyńskich społeczności: Volkskönigtum, Sakralkönigtum, Heerkönigtum. Generalnie autor w dobry sposób obrazuje, że nawet w tej "barbarzyńskiej" społeczności nikt nie mógł sobie pozwolić na wszystko, gdyż w tej krewniaczej wspólnocie krwii panują określone zasady, a ich złamanie będzie kosztowne nie tylko dla samego złoczyńcy ale i dla jego wspólnego kręgu. Pozycja na pewno potrzebna, bo zwraca uwagę nie tylko na germańskie plemiona i ich zasady, ale również na nasze społeczności słowiańskie oraz ich zasady i obyczaje. Książkę serdecznie polecam.
Daniel Janusz - awatar Daniel Janusz
ocenił na 9 3 miesiące temu
Robespierre. Terror w imię cnoty Ruth Scurr
Robespierre. Terror w imię cnoty
Ruth Scurr
Wobec postaci Maksymiliana Robespierre'a trudno przejść obojętnie, dla jednych krwawy tyran, dla innych niezłomny i nieskazitelny obrońca pokrzywdzonych. Stąd większość dostępnych w języku polskim biografii zajmuje dość zdecydowane stanowisko za lub przeciw „Nieprzekupnemu” (jak nazywano Robespierre'a). Jako przykład służyć może najbardziej chyba rozpowszechniona praca J. Baszkiewicza „Robespierre” z 1976 r., w której Autor sympatyzuje z bohaterem, stara się uzasadnić jego postępowanie oraz wytłumaczyć zastosowanie terroru. Cóż, monografia ta powstała w epoce PRL-u... Skądinąd to pozycja wartościowa, szeroko i systematycznie naświetlająca przebieg rewolucji francuskiej, zbyt jednak przy tym sucha i skupiona wyłącznie na wydarzeniach politycznych. Przykładowo, życiu Robespierre'a przed początkiem rewolucji poświęcono zaledwie kilka stron. R. Scurr przeciwnie, starając się zachować obiektywizm badacza, ukazuje jednak okrucieństwo zaprowadzonego przez Robespierra systemu i ostatecznie nie jest w stanie przejść wobec tej kwestii obojętnie (jest to zresztą w pełni zrozumiałe). Wskazuje też niekoniecznie korzystne cechy charakteru bohatera, z uwidaczniającą się coraz wyraźniej manią prześladowczą, ocierającą się wręcz o zaburzenia psychiczne (obsesyjne doszukiwanie się wszechobecnych wrogów rewolucji, niezdolność do jakiegokolwiek kompromisu, trudności w kontaktach międzyludzkich). Korzysta przy tym z wielu relacji osób znających dobrze „Nieprzekupnego”, przyznając zresztą, iż część z nich powstała w znacznym oddaleniu czasowym i nie zawsze musi być w pełni wiarygodna w odniesieniu do wszystkich szczegółów. Autorka stara się ukazać portret psychologiczny Robespierre'a, sporo miejsca poświęca kolejom jego losów przed 1789 r., a także z trudem uchwytnym okruchom życia osobistego. Wypełnia w ten sposób istotną lukę występującą we wspomnianej wyżej biografii pióra J. Baszkiewicza. Słabo wypada natomiast u R. Scurr naświetlenie tła ogólnego, czyli przyczyn oraz przebiegu rewolucji francuskiej. Autorka czyni to w sposób skrótowy, wybiórczy i chaotyczny. Osoba niezorientowana w temacie nieuchronnie pogubi się w natłoku szybko następujących po sobie, dramatycznych wydarzeń czy zmiennych jak w kalejdoskopie układach klubów i stronnictw politycznych. Tym bardziej, że trafiają się omyłki i niekonsekwencje (zwłaszcza chronologiczne). W przypadku postaci takiej jak Robespierre, który osobiście utożsamiał się z rewolucją i dosłownie żył (a w końcu zginął) za jej sprawą, to poważny mankament. Praca z całą pewnością warta lektury, w ciekawy sposób oświetla bardzo kontrowersyjną postać w dziejach Francji i świata, podaje liczne, intrygujące szczegóły, wymaga jednak pewnego przygotowania i wiedzy na temat wydarzeń epoki
Nefer - awatar Nefer
ocenił na 7 3 lata temu
Katarzy  Malcolm Barber
Katarzy
Malcolm Barber
Bardzo interesująca monografia brytyjskiego historyka, poświęcona chyba najsłynniejszej średniowiecznej nonkonformistycznej grupie religijnej, kontestującej stanowisko ówczesnego kościoła rzymskokatolickiego. Katarzy, zwani też albigensami, zaliczani byli ze względu na swą doktrynę do manichejczyków tudzież paulicjan, czyli tzw. herezji dualistycznych (nota bene greckie αἵρεσις (hairesis) znaczy tyle co wybierać), a więc zakładających istnienie dwóch bóstw – Boga – jako twórcy dobra i Szatana bądź jego odpowiednika, jako twórcy zła. Autor omawia zatem historię kształtowania się ruchu katarskiego (sami siebie nazywali chrześcijanami, wierzącymi lub dobrymi ludźmi), jego doktrynę (nigdy nie ustaloną w sposób ostateczny i wiążący), strukturę, rozwój, prześladowania i upadek. Jak każdy historyk badający to zjawisko Barber ma problem ze źródłami, pochodzą one bowiem niemal wyłącznie ze środowiska zwalczającego albigensów, czyli kościoła katolickiego, a przede wszystkim inkwizycji. Praktycznie nie zachowały się pisma „heretyków”. Według ocen Barbera katarzy w szczytowym okresie – na początku XIII wieku, stanowili co najwyżej między 10 a 20 % ogółu ludności Langwedocji. Mimo to cieszyli się dużą wolnością i szacunkiem bowiem, w odróżnieniu od kleru katolickiego, sami przestrzegali tego, czego nauczali innych a ponadto nie byli pazerni na dobra materialne. Uważali też (jak donatyści), że niegodni duchowni powinni utracić swój status, albowiem nie są uprawnieni do świadczenia posług religijnych. Stali zatem wyżej moralnie od ówczesnego kościoła katolickiego, czym przyciągali wiernych, z których przytłaczająca większość w owych czasach była niepiśmienna. Z opisu krucjaty wynika też, że tolerancja władców langwedockich wobec katarów była tylko pretekstem agresji. W 75% miejscowości, zdobytych przez pochodzących z północnej Francji krzyżowców, katarów nie było w ogóle, zaś większość ich małych ośrodków nie była zdobywana przez krzyżowców (zwanych przez miejscową ludność, wtedy mówiącą językiem okcytańskim … Francuzami). Chodziło o ziemie dla zdobywców i podporządkowanie tych terenów królowi Francji. Sam opis krucjaty nie przytłacza całej pracy. Przedstawione są wydarzenia przykładowe (praktyczne ludobójstwo na ofiarach krzyżowców), a całą chronologia jest przeniesiona do tabel. W jednym z ostatnich rozdziałów pojawiają się ostatni katarzy z początku XIV wieku, znani z „Montaillou – wioski heretyków” bracia Authie, Piotr Maury i inni. Wreszcie końcowy rozdział pokazuje kształtowanie się mitu katarsko-langwedockiego, prób nawiązania do ich legendy (Simone Weil, niektórzy protestanci na początku Reformacji) czy XX-wieczni pisarze. Szkoda, że autor nie mógł przytoczyć Zbigniewa Herberta, który w „Barbarzyńcy w ogrodzie” przedstawił romantyczną wizję walki ludności Langwedocji z krucjatą. Bardzo dobrze napisana i zredagowana książka.
Aguirre - awatar Aguirre
ocenił na 8 3 lata temu

Cytaty z książki Morze wiary. Islam i chrześcijaństwo w świecie śródziemnomorskim doby średniowiecza