rozwińzwiń

1493. Świat po Kolumbie

Okładka książki 1493. Świat po Kolumbie autorstwa Charles C. Mann
Okładka książki 1493. Świat po Kolumbie autorstwa Charles C. Mann
Charles C. Mann Wydawnictwo: Rebis Seria: Historia [Rebis] historia
712 str. 11 godz. 52 min.
Kategoria:
historia
Format:
papier
Seria:
Historia [Rebis]
Tytuł oryginału:
1493. UNCOVERING the new world Columbus created
Data wydania:
2012-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2012-01-01
Liczba stron:
712
Czas czytania
11 godz. 52 min.
Język:
polski
ISBN:
9788375108705
Tłumacz:
Janusz Szczepański
Kontynuacja książki 1491. Ameryka przed Kolumbem

Co sprawiło, że dziś we Włoszech rosną pomidory, na Florydzie zaś pomarańcze; że Szwajcaria zasłynęła produkcją wyśmienitej czekolady, a do kanonu kuchni tajskiej weszły ostre papryczki chili?

Gdy przed z górą dwustu milionami lat potężne siły geologiczne rozdarły lądy naszej planety, w dwóch odizolowanych od siebie częściach świata zaczęły się rozwijać odrębne ekosystemy pełne roślin i zwierząt nieznanych na przeciwległej półkuli. Z chwilą, kiedy Krzysztof Kolumb postawił stopę na Hispanioli, ta izolacja skończyła się jak mieczem uciął. Przez ocean wraz z coraz liczniej żeglującymi między Nowym i Starym Światem statkami podróżowały - za wiedzą żeglarzy lub przypadkowo - tysiące biologicznych gatunków. To zjawisko, nazwane przez naukowców wymianą kolumbiańską, radykalnie zmieniło życie i krajobraz całego globu, co niosło czasem bardzo dramatyczne konsekwencje...

Osiemdziesiąt lat po Kolumbie doszedł do tego inny aspekt. Hiszpański konkwistador Miguel Lopez de Legazpi pożeglował dalej na zachód i nawiązał regularną wymianę handlową z Chinami. W założonej przezeń faktorii na Filipinach po raz pierwszy w dziejach towary i ludzie ze wszystkich zakątków świata spotkali się w jednym miejscu i czasie, co stworzyło zupełnie nową rzeczywistość ekonomiczną...

Charles C. Mann - autor bestsellerowej pracy 1491. Ameryka przed Kolumbem (REBIS, 2008) - w nowej książce udowadnia, że wymiana kolumbiańska legła u podstaw wielu wątków późniejszej historii ludzkości. Przedstawiając najnowsze wyniki badań ekologów, antropologów, archeologów i historyków, pokazuje, jak powstanie tej globalnej sieci wymiany biologicznej i gospodarczej stymulowało rozwój Europy, zniszczyło potęgę cesarstwa chińskiego, wstrząsnęło całą Afryką i na dwa stulecia uczyniło miasto Meksyk areną interakcji między pięcioma kontynentami. Co więcej, dowodzi, że skutki tej rewolucji odczuwamy do dzisiaj w postaci najgorętszych problemów obecnej ery: od masowych migracji przez politykę handlową aż po wojny kulturowe.
Średnia ocen
7,9 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup 1493. Świat po Kolumbie w ulubionej księgarniiPorównywarka z najlepszymi ofertami księgarń W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki 1493. Świat po Kolumbie

Średnia ocen
7,9 / 10
77 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce 1493. Świat po Kolumbie

avatar
869
141

Na półkach:

Ta forma przypisów powinna być karana śmiercią.

Ta forma przypisów powinna być karana śmiercią.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
192
107

Na półkach:

Kilka lat zabierałem się za jej przeczytanie i naprawdę było warto. Zawsze interesowało mnie, jak wyglądały próby skolonizowania Ameryki - szczególnie w kontekście mieszkających tam już indian. Książka opisuje ponadto ciekawe losy rozwoju i ekspansji na terenach Azji czy też przede wszystkim wpływu chorób, pasożytów i głodu na poszczególne nacje. Poruszane są również tak kluczowe wątki, jak: historia, niewolnictwo, rozwój rolnictwa czy sam fakt wyścigu poszczególnych państw europejskich w kolonizacji i codziennego ich życia na nowym kontynencie. Książka pod koniec momentami ciut przegadana historiami pojedynczych postaci - moim zdaniem niepotrzebnie. Solidne 8/10

Kilka lat zabierałem się za jej przeczytanie i naprawdę było warto. Zawsze interesowało mnie, jak wyglądały próby skolonizowania Ameryki - szczególnie w kontekście mieszkających tam już indian. Książka opisuje ponadto ciekawe losy rozwoju i ekspansji na terenach Azji czy też przede wszystkim wpływu chorób, pasożytów i głodu na poszczególne nacje. Poruszane są również tak...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
205
204

Na półkach: ,

Kiedy zakończyło się średniowiecze, a rozpoczęła epoka nowożytna? Po jakim wydarzeniu świat w ciągu jednego pokolenia przestał być taki, jakim znali go współcześni? Po wynalezieniu druku przez Gutenberga? A może wraz z przybiciem do drzwi kościoła zamkowego w Wittenberdze 95 tez Marcina Lutra i zapoczątkowaniu tym samym reformacji w Kościele katolickim? Czy raczej w dniu zdobycia Konstantynopola przez osmańskich Turków? Charles C. Mann – amerykański dziennikarz i pisarz specjalizujący się w tematach naukowych – udowadnia, że największy przełom przyniosło odkrycie Ameryki przez Krzysztofa Kolumba w 1492 roku. I choć tą tezą Autor sam Ameryki nie odkrywa, jej udowadnianie okazuje się pasjonującą lekturą. Książka jest niejako uzupełnieniem poprzedniego, bestsellerowego dzieła: „1491. Ameryka przed Kolumbem”. Niejako, ponieważ nic nie stoi na przeszkodzie, aby sięgnąć po nową książkę Manna bez przeczytania poprzedniej.

Kolumb powinien znaleźć się na czarnej liście alterglobalistów. I to na jednym z pierwszych miejsc. Całe „zło” związane z globalizacją zaczęło się wraz z jego pierwszym krokiem w Nowym Świecie. Mann przekonująco udowadnia, że niemal każdy zakątek Ziemi doznał przemiany pod wpływem miejsc, które do 1492 roku były położone zbyt daleko na jakiekolwiek znaczące oddziaływanie. Ba! O większości nawet nie wiedziano, że istnieją. Wyczyn Kolumba to nie tylko początek globalizacji, ale – nie brakuje takich opinii w świecie nauki – nawet nowej ery: homogenocenu, gdy dwie dotąd rozwijające się niezależnie półkule, zlały się w świat, który znamy dzisiaj. Rozpoczęła się napędzana głównie przez handel, zwłaszcza na linii Chiny (jedwab) – hiszpańskie kolonie w Ameryce Południowej (srebro),biologiczna wymiana kolumbiańska. Zdaniem autora przeobrażenia ekologiczne ukształtowały międzykontynentalną wymianę gospodarczą, co z kolei pociągnęło ze sobą konsekwencje polityczne zauważalne jeszcze dzisiaj. Odkrycie Kolumba zapoczątkowało też – nie mające w dziejach wcześniejszego odpowiednika – gigantyczne „przetasowanie” naszego gatunku. W latach 1500–1840 do obu Ameryk przypłynęło blisko 12 milionów Afrykańczyków i 3,5 milionów Europejczyków. Ci pierwsi oczywiście nie z własnej woli… Przy okazji: rozdział poświęcony parapaństewkom zakładanym przez zbiegłych niewolników jest jednym z ciekawszych w książce. Oczywiście aparat „białej” władzy nie mógł sobie pozwolić na tolerowanie takich osad, głównie dlatego, że jednym z ulubionych „sportów” zbiegów z plantacji były napaści na szlaki handlowe. Stąd wręcz regularne wojny. Pysznie – jakkolwiek by to brzmiało – czyta się o porażce Holendrów w wojnie domowej na terenie dzisiejszego Surinamu. Przegrani, zgodnie z afrykańskim zwyczajem, musieli wypić własną krew.

Dzięki książce dowiemy się, jaki związek ma nastanie małej epoki lodowej z załamaniem demograficznym w obu Amerykach; uprawa tytoniu z narodzinami pierwszego organu przedstawicielskiego w Ameryce Północnej; malaria i żółta febra z rozwojem handlu niewolnikami; sprowadzenie do Chin południowoamerykańskich warzyw z eksplozją demograficzną Państwa Środka; czy w końcu sprowadzenie do Europy ziemniaka na jej światową dominację w latach 1750–1950. Ale krzywdzące dla Autora byłoby uproszczenie problematyki zawartej w książce do odpowiedzi na pytanie, skąd w Europie wzięły się pomidory, a w Ameryce konie. Mann pełnymi garściami czerpie ze bogatego zbioru ciekawostek, ale nie dla taniego efekciarstwa. Służą one raczej do zilustrowania wywodu podpartego bogatą bibliografią i rozmowami z naukowcami – archeologami, antropologami, biologami, ekonomistami i specjalistami z zakresu historii rolnictwa.

Książka ukazała się nakładem poznańskiego Domu Wydawniczego Rebis. Już tylko to zdanie powinno stanowić rękojmię, że mamy do czynienia z dobrze przygotowanym produktem. Autor przekładu Janusz Szczepański zadbał, aby w trakcie tłumaczenia nie utracić ducha przedstawienia skomplikowanych procesów w przystępnym języku. Książkę wydano w twardej oprawie, co ma o tyle ważne znaczenie, że otrzymujemy do rąk ponad 700-stronicową pozycję (choć właściwy tekst zajmuje niewiele ponad pięćset stron). Nie brakuje ilustracji (tym razem wszystkie czarno-białe; bez wkładki z kolorowymi zdjęciami, od której Rebis rzadko stroni) ani czytelnych map.

Zbliżają się Święta, a książka amerykańskiego dziennikarza może być dobrym prezentem pod choinkę. Bynajmniej nie tylko dlatego, że dobrze prezentuje się na półce.

Kiedy zakończyło się średniowiecze, a rozpoczęła epoka nowożytna? Po jakim wydarzeniu świat w ciągu jednego pokolenia przestał być taki, jakim znali go współcześni? Po wynalezieniu druku przez Gutenberga? A może wraz z przybiciem do drzwi kościoła zamkowego w Wittenberdze 95 tez Marcina Lutra i zapoczątkowaniu tym samym reformacji w Kościele katolickim? Czy raczej w dniu...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

487 użytkowników ma tytuł 1493. Świat po Kolumbie na półkach głównych
  • 389
  • 94
  • 4
76 użytkowników ma tytuł 1493. Świat po Kolumbie na półkach dodatkowych
  • 32
  • 24
  • 8
  • 4
  • 3
  • 3
  • 2

Tagi i tematy do książki 1493. Świat po Kolumbie

Inne książki autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Konkwistador Buddy Levy
Konkwistador
Buddy Levy
Życie jest za krótkie, żeby przeczytać wszystkie książki, a oni ciągle piszą nowe. ----- ( niecenzuralne ). Po przeczytaniu książki, parę dni temu, pozostał mi duży niesmak. Autor zebrał, nie przeczę, w sposób przystępny i interesujący, wszystkie dostępne informacje, a dużo ich nie ma, i przepisał to co jest w innych opracowaniach. Nie mogę się pozbyć wrażenia, że jedynym celem napisania tej książki było szerzenie lewackich teorii na temat odpowiedzialności rdzennych mieszkańców Europy za masakry, zbrodnie, zniszczenie stolicy Azteków i wszystkie inne nieszczęścia spadające na mieszkańców późniejszego obszaru Królestwa Hiszpanii. Gdzie się da, Cortez opisywany jest jako " rzeźnik ", jego wszystkie działania są zbrodnicze, okrutne, nieludzkie itp. Jego dowódcy i żołnierze są naturalnie nie lepsi. Z takim podejściem do tematu, reklamę i promocję, ma autor w lewackich mediach zapewnioną. Prawda jest inna, wszystkie działani Corteza wpisywały się w przeszłe, ówczesne i OBECNE sposoby walki, zastraszanie i terroryzowanie ludności jak również zniszczenia były naturalnym tego następstwem. Cortez ze swoimi 800 żołnierzami, 8 końmi, armatą, kilkoma falkonetami i nawet z nieznanym Meksykanom uzbrojeniem NIGDY nie byłby w stanie zwyciężyć i podbić Azteków. Ich państwo nie było jednorodne, powstało w wyniku podbojów i siłowego uzależnienia wielu plemion płacących wysokie daniny, a nawet dostarczających ludzi na ofiary. Jak Montezuma opowiadał Cortezowi kilka plemion utrzymywało niezależność, potrzebną wojownikom do treningu i jako ciągły zasób ludzkich " konserw ". Wszystkie te podbite plemiona, od razu przyłączyły się do armii Corteza, to były setki tysięcy wojowników i z jego zwycięstwami stale ich przybywało. Przebieg kampanii znamy tylko z opisów hiszpańskich, jest oczywiste, że aby nie ujmować chwały swojego zwycięstwa pisali raczej o swoich, na pewno, bohaterskich czynach, mniej akcentując udział i ilość sprzymierzeńców. Nie ulega jednak wątpliwości, że były to bitwy dwóch indiańskich przeciwników z silnym poparciem Hiszpanów dla jednej ze stron. Autor zarzuca Cortezowi zniszczenie stolicy i wymordowanie ok. 200 tyś ludzi ( co nie jest zgodne z prawdą, 13. 02. 1258 r. wódz Mongołów Hulagu zdobył Bagdad i jak podają dziejopisowie islamscy z tamtych czasów jego armia wybiła 800 tyś. mieszkańców ),ale sam sobie przeczy, dostępne dokumenty świadczą, że wyburzał tylko budynki na drogach swoich ataków, aby zapobiec ostrzałowi z dachów. Stolicę oblegał i zdobył nie sam, dokumenty wspominają o ok. 150 tyś. sprzymierzeńców ( można przyjąć, że było ich dużo więcej, bo pod koniec kampanii dołączały coraz to nowe plemiona ),rządnych krwi i zemsty na swoich dotychczasowych gnębicielach. Oni to właśnie mordowali i niszczyli miasto przez wiele dni na co Cortez nie mógł mieć wpływu, tak jak na wiele wcześniejszych podobnych sytuacji. Po zwycięstwie ostatni władca Azteków przekazał władzę Cortezowi, a wszystkie plemiona na wyścigi poszły za jego przykładem. Był to więc nie podbój, tylko siłowe przejęcie władzy za zgodą wszystkich, albo dużej części mieszkańców tego regionu. Czy wybór zawsze jest słuszny ? Idź zobacz ceny w sklepie. Cortez zrobił to co 200 lat wcześniej Aztekowie !!! Czuję do niego podziw jako dowódcy, stratega, taktyka... a największy jako niespotykanego w historii szczęściarza. Tak nawiasem mówiąc jestem ciekaw, czy autor ( sądząc po nazwisku, Żyd ) jest taki śmiały w opinii o przywódcy państwa izraelskiego i tego co robi z Palestyńczykami ? Czy w ogóle dał głos na ten temat ? Książce daję 8 gwiazdek, bo jak pominąć lewackie wstawki, dobrze się ją czyta. ODPORNYM POLECAM !!!
ando - awatar ando
ocenił na87 miesięcy temu
1453. Upadek Konstantynopola Roger Crowley
1453. Upadek Konstantynopola
Roger Crowley
Biegu dziejów nie da się oszukać. Trąci to trochę historycznym determinizmem, ale pewne rzeczy prędzej czy później muszą nadejść. Gdy naprzeciwko siebie staje połykająca kolejne terytoria wschodząca potęga i dogorywające państewko, ograniczone praktycznie do murów jednego miasta, wynik starcia może być tylko jeden. Jak w ewolucji – silniejszy byt wypiera słabszy. Cesarstwo Bizantyńskie znikło w mrokach dziejów, by zrobić miejsce dla nowego dominatora w tej części świata – Imperium Osmańskiego. Jak doszło do tego, że po jednym z najświetniejszych organizmów państwowych średniowiecza pozostały tylko mury wiekowych świątyń i mające wybitnie pejoratywne znaczenie określenia „bizantynizm” i „bizantyński”? Musimy się cofnąć w czasie o sześć wieków, a pomoże nam w tym lektura książki Rogera Crowleya „1453. Upadek Konstantynopola”. Roger Crowley to angielski pisarz (urodzony w 1951 roku),nie historyk, ale absolwent literatury angielskiej na uniwersytecie w Cambridge. Jego dorobek jest skromny, ale każda z trzech książek tego Autora spotykała się z uznaniem środowiska. Życie, praca i podróże po krajach śródziemnomorskich określiły teren jego zainteresowań. „1453. Upadek Konstantynopola” to jego druga po „Morskich imperiach”książka, która ukazuje się w naszym kraju. Na wydanie czeka jeszcze historia Wenecji „City of Fortune”. Polski czytelnik otrzymuje do ręki „Upadek…” osiem lat po premierze. Książka Crowleya to opowieść „o odwadze i okrucieństwie, technicznej przemyślności i szczęściu, tchórzostwie, uprzedzeniach i tajemnicach”, a przede wszystkim o mieście, które muzułmanie nazywali „Czerwonym Jabłkiem”, „kością w gardle Allacha”, „miastem, którego pożąda świat”. Już Mahomet przewidywał, że przyjdzie taki dzień, że wyznawcy wiary narodzonej na arabskiej pustyni zdobędą Konstantynopol. Próbowali kilkukrotnie. Zawsze bezskutecznie. Mieszkańcy Konstantynopola – Rzymianie, jak sami siebie nazywali – liczyli na to, że i wiosną 1453 roku obronią swoje miasto. Nie bez podstaw, bo jak dotąd tylko raz udało się je zająć wrogom, i to najmniej oczekiwanym, bo członkom IV krucjaty (w 1204 roku. Bizancjum było oblegane ponad dwadzieścia razy, ale murów cesarza Teodozjusza z V wieku od strony lądu nikomu nie udało się sforsować. Zdobycie miasta przez Turków osmańskich poprzedził wiek epidemii, katastrof naturalnych, postępującej biedy. Nic więc dziwnego, że morale ludności było niskie. Ale w rodzącym się Imperium Osmańskim też nie było idealnie. Państwem wstrząsały wewnętrzne konflikty, sporo energii pochłaniały też walki z Węgrami. W końcu sułtan Murad II doszedł do wniosku, że jego państwo nie będzie bezpieczne, dopóki Konstantynopol pozostanie enklawą chrześcijaństwa na jego terytorium. W testamencie dla syna, Mehmeda II, przekazał mu, aby w końcu zdobył to miasto. Oblężenie było też starciem wybitnych osobowości – Mehmeda i cesarza Konstantyna XI Paleologa. Przyszło im jednak działać w zupełnie innych okolicznościach. Jeden rządził państwem w przeddzień szczytu potęgi; drugi praktycznie już tylko odliczał czas do końca panowania. Obaj skończyli też zupełnie inaczej: Mehmed otrzymał tytuł Fatih (Zdobywca),z kolei wypchaną słomą głowę cesarza obwożono po państwie Turków na dowód zwycięstwa nad niewiernymi. Autorów należą się pochwały za plastyczne i drobiazgowe – ale nie nużące – przedstawienie opisu oblegania stolicy cesarstwa wschodniorzymskiego. Crowley przyznaje, że „raport z oblężonego miasta” może być niedokładny, a miejscami zawierać może i błędy. Autor korzystał z nielicznych źródeł z epoki, głównie powstałych w obozie chrześcijańskim. Musiał więc odrzucić skłonność do przesady średniowiecznych kronikarzy, oddzielić fakty od legend. Udało mu się to, choć przyznaje, że nie w pełni poradził sobie z rekonstrukcją wydarzeń. Jednak te niedociągnięcia – nawet jeśli komuś uda się je uchwycić – nie zabierają przyjemności płynącej z lektury. To też interesująca nauka technik oblężniczych późnego średniowiecza i zapowiedź nowej – masowego ostrzału artyleryjskiego. Przyznam, że podczas czytania książki migały mi przed oczami obrazki z trzeciej części „Władcy Pierścieni” – scen oblegania stolicy Gondoru, Minas Tirith… „Upadek…” ukazał się nakładem Domu Wydawniczego Rebis. To rękojmia, że otrzymujemy do rąk książkę wydaną na bardzo dobrym poziomie. W tym konkretnym przypadku – w twardej oprawie, z licznymi ilustracjami, po świetnej robocie edytorskiej i redakcyjnej.
mitobrave - awatar mitobrave
ocenił na72 lata temu
1491. Ameryka przed Kolumbem Charles C. Mann
1491. Ameryka przed Kolumbem
Charles C. Mann
Po przeczytaniu tej pozycji naszła mnie pewna refleksja, zdałem sobie sprawę, jak skostniałe i wymagające progresu są nauki humanistyczne. A szczególnie historia. Taka analogia z naszego podwórka - od kilku lat widzimy progres na polu badań nad religią i mitologią Słowian. Pomijając antynaukowych szurów pokroju Kosińskiego czy Bieszka (dla których narzędzie krytyki źródeł nie istnieje, jeśli tylko pasuje im do tezy wyssanej z d***),udało się wyjść poza sztywny gorset sceptycyzmu narzuconego przed laty przez Łowmiańskiego, przede wszystkim dzięki językoznawcom i etnologom (Łuczyński) oraz archeologom (Szczepanik). Jest tych nazwisk oczywiście więcej, ale konkluzja też jest oczywista - historia MUSI opierać się na interdyscyplinarności! Wszystko co miało zostać poddane analizie, zostało już dawno zweryfikowane po tysiąckroć! Kupując kolejną biografię czy syntezę dziejową nie znajdziemy w niej nic, co nie zostało już wcześniej napisane. Ba! To wszystko bez problemu znajdziemy na Wikipedii lub dowolnej innej stronie internetowej! Postęp jest możliwy tylko dzięki bardziej holistycznemu podejściu do historii jako nauki. Dlatego już na studiach powinny być zajęcia z nauk pomocniczych, a studenci historii bardzo szybko powinni podejmować się konkretnych specjalizacji – historyk ekologii, etnolog-religioznawca itd. I w tej interdyscyplinarności leży siła tej książki. Z jednej strony uczciwie argumentuje źródłami (relacje odkrywców i misjonarzy, bardzo bogata bibliografia i polemika w przypisach),daje dojść do głosu różnym rozbieżnym opcjom naukowym no i posiłkuje się wynikami badań geologów, botaników, chemików, astronomów i jeszcze wielu innych specjalistów. Co z tego wychodzi? Bardzo odważny, bynajmniej nie foliarski, obraz prekolumbijskiej Ameryki. Mann doskonale punktuje, jak bardzo badania nad historią Ameryk „ewoluowały” na przestrzeni wieków. Zadufani konserwatyści swoich szkół musieli ustąpić przed nowoczesną nauką (jak datowanie radiowęglowe) i dziś już prawie nikt nie neguje starszej metryki pierwszych „Amerykanów”, czy osiągnięć agrotechnicznych cywilizacji Nowego Świata. A jednak nadal pozostaje tyle do zbadania! Wzgórza Beni, osady typu Cahokia i kultury Missisipi czy Hopewel, kultury andyjskie i amazońskie… Co jeszcze w tej książce jest fascynujące? Że rozwija horyzonty, że wskazuje nowe ścieżki warte podążenia, daje pole nowym zainteresowaniom i uzmysławia, że nawet przy czterdziestce można się sporo nowego dowiedzieć o świecie. Dowiedziałem się z niej np. że kukurydza to pierwsze GMO w historii i nie chodzi tutaj o jakiś dobór naturalny jak było w przypadku „naszych zbóż”, nie, kukurydza to twór sztuczny! Albo że „wynalazek” Indian jakim jest terra preta (amazoński czarnoziem) może być użyteczny do walki z jałowieniem gleb i zwiększeniem areałów rolniczych na terenach z ich deficytem! I to jest dopiero niezaprzeczalny argument na potrzebę większej interdyscyplinarności nauk historycznych! Na koniec kilka wad (w większości subiektywnych). Czuć amerykański rodowód autora. Przejawia się to w jego sposobie postrzegania świata (rewolucja amerykańska dała ŚWIATU demokrację. CO? XD),ale też w samej formie książki, która jest wzorowana na reportażu. Naprawdę nie interesują mnie anegdotki z podróży autora. Tym bardziej, że większość z nich nic nie wnosi do lektury. Druga wada, to zbytnia apoteoza rdzennych Amerykanów. Ja wiem, że należy rozwiewać mit „dzikusa”, ale żeby od razu popadać w drugą skrajność? Dwa przykłady – autor usprawiedliwia rytualne mordy Azteków tym, że w Europie równie wielu ludzi wieszano lub ścinano toporem za przestępstwa. Znowu – CO XD? Albo, w przypadku wspomnianej już „demokracji” – Mann oczywiście jako „indianofil” - szuka genezy tej demokracji użyczonej światu właśnie w ludach Pn. Ameryki, a dokładnie konfederacji Irokezów. Sek w tym, że podobne, „demokratyczne”, czy protoparlamentarne formy powstawały niezależnie w różnych miejscach świata. Sorry Charles, ale taka na przykład polska demokracja ma swoje korzenie w słowiańskich wiecach i szlacheckim sejmie, a dopiero później w republikańskiej Francji czy amerykańskiej rewolucji.
Radamajkis - awatar Radamajkis
ocenił na94 miesiące temu
Za żelazną kurtyną. Ujarzmienie Europy Wschodniej 1944-1956 Anne Applebaum
Za żelazną kurtyną. Ujarzmienie Europy Wschodniej 1944-1956
Anne Applebaum
📦 Zdejmuję z półki (i z siebie kurz) 💡 🧨 Żelazko idei – Totalitaryzm S.A. wersja eksportowa 🧨 📖 Gdyby istniała instrukcja obsługi do tworzenia totalitaryzmu, Applebaum by ją napisała – i zrobiła to właśnie tutaj. Za żelazną kurtyną to nie historyczna ramotka do zaliczenia na kolokwium. To chirurgiczny reportaż z momentu, gdy społeczeństwa przestają oddychać samodzielnie, a zaczynają „żyć w kłamstwie”, jak pisał Havel. 🚫 Od Łodzi po Lipsk – nie ma tu egzotyki, jest za to znajomy chłód: radio staje się tubą ideologii, kobiety zamieniają chleb z zupą na „uświadamianie kobiet w duchu Planu Sześcioletniego”, harcerze wchodzą w marszowy krok nowego człowieka, a wolne wybory są, dopóki wynik się zgadza. 📦 Applebaum bierze pod lupę trzy kraje – Polskę, NRD i Węgry – ale pisze tak, jakby składała z nich uniwersalny mechanizm. To właśnie w tej różnorodności – religijnej, językowej, ustrojowej – widać najbardziej, jak bardzo sowiecki model był kopiuj–wklej dla każdego. 🎭 Reżim nie potrzebował wierzących. Potrzebował konformistów. Potrzebował tych, co staną w kolejce po bilet na spektakl propagandowy, nawet jeśli wiedzą, że aktor gra źle, a scenariusz jest do kitu. I to właśnie ci ludzie są bohaterami tej książki – ci, którzy musieli udawać, milczeć, patrzeć w bok. 📉 I choć totalitaryzm miał być maszyną idealną, Applebaum pokazuje, że to była maszyna rozpadająca się od początku. Mechanizm działał, bo zastraszał i rozkładał życie społeczne na atomy. Ale nie wytworzył wiary – tylko strach, poczucie absurdu i nieustannego „czy oni to naprawdę tak serio?” 🧪 Autorka nie zostawia złudzeń: to nie była spontaniczna rewolucja ludu. To był eksperyment laboratoryjny z centralnym planowaniem emocji, myśli i lojalności. Nie wyszedł. Ale odcisnął piętno – na strukturach, pamięci i języku. 🔊 I jeszcze jedno: Applebaum nie pisze o przeszłości jak o zamkniętym rozdziale. Każe się przyglądać, jakim językiem dziś mówi władza, kto pisze podręczniki i jak łatwo „dobro ludu” zamienia się w kontrolę, a „wolność słowa” w lojalność wobec linii. 📈 Dla mnie: 9/10 - książka, która pokazuje, że totalitaryzm nie spada z nieba. Wchodzi drzwiami, przez radio, przez szkołę, przez związki zawodowe – a potem siedzi przy twoim stole i pyta: czy jesteś z nami, obywatelu? 👁 Kilka spojrzeń w lekturę 👁 🧵 Społeczeństwo obywatelskie: najpierw Liga Kobiet szyje koce, pięć lat później szyje nowego człowieka. 📻 Media: nie potrzebujesz karabinu, jeśli masz mikrofon. 🔎 Służby bezpieczeństwa: katalogują lojalność szybciej niż dane w Excelu. 👩‍👦 Organizacje młodzieżowe: dzieci przestają się bawić – zaczynają manifestować. 🛠 Rewolucja odgórna: fasadowe wybory, fasadowe partie, prawdziwa kontrola. 🗺 Czystki etniczne: przesuwanie ludzi jak mebli – bo tak wygodniej urzędowi. 🧠 Indoktrynacja: nie chodzi o to, co myślisz. Chodzi o to, żebyś myślał tak, jak trzeba. 🧱 Równanie w dół: Berlin, Warszawa, Budapeszt – szarość ma ten sam odcień, bo projektują ją ci sami architekci w Moskwie.
Endryou Poczopko - awatar Endryou Poczopko
ocenił na911 miesięcy temu
Samobójstwo Europy. Wielka wojna 1914-1918 Andrzej Chwalba
Samobójstwo Europy. Wielka wojna 1914-1918
Andrzej Chwalba
14/2026 Pierwsza wojna światowa znajduje się w cieniu swojej następczyni. I nie można się temu dziwić. W latach 1939-1945 wszystko było niestety największe i najbardziej krwawe. Jednakże nie można zrozumieć II wojny światowej bez zapoznania się z historią Wielkiej Wojny, bo dwadzieścia lat, które je dzielą to tak naprawdę pauza, która dzieli jeden długi konflikt na dwie części. Zresztą w 1919 po konferencji pokojowej w Paryżu Ferdinand Foch, marszałek Francji podczas I wojny światowej popisał się wielką przenikliwością i stwierdził, że: „To nie pokój, lecz zawieszenie broni na dwadzieścia lat”. „Trafił” wręcz idealnie. Osobnym aspektem jest, iż wojna z lat 1914-1918 położyła podwaliny pod wiele wynalazków, które miały kluczowy skutek dla biegu nie tylko wojen, ale cywilizacji ogólnie. Czy to jeśli chodzi o medycynę, politykę czy gospodarkę wiele zjawisk, które nas otacza było stworzone na potrzeby prowadzenia wojny totalnej, nieznanej jeszcze do początków XX wieku. Tytuł książki uważam za o tyle adekwatny, bo po zamachu w Sarajewie na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda Habsburga, tak naprawdę Europa popełniła samobójstwo i już nigdy później nie była tak wielka, jak na początku 1914 roku... *** Książka Andrzeja Chwalby jest kompleksowym opisem wszystkich aspektów Wielkiej Wojny. Od zmagań na wszystkich frontach wojny na lądzie, przez raczkujące lotnictwo, marynarkę wojenną, wojnę wywiadów aż po skutki dla społeczeństw poszczególnych państw. Wszystkie te historie są okraszone świetnym piórem Autora i bardzo przyjemne w odbiorze. Jest to jedno z lepszych opracowań podejmujących tematykę I wojny światowej na naszym rynku wydawniczym, zarówno jeśli chodzi o treść, jak i sposób podania informacji.
Ahura Mazda - awatar Ahura Mazda
oceniła na813 dni temu
Wyspy. Historia Norman Davies
Wyspy. Historia
Norman Davies
Odnoszę wrażenie, że bardziej niż pisanie historii wysp brytyjskich interesowały autora różne koncepcje historiozoficzne i politologiczne i dzielenie się z czytelnikami swoimi opiniami i mniemaniami, dotyczącymi często tak naprawdę sytuacji obecnej Wielkiej Brytanii (mimo innych deklaracji autora. Np. Irlandia poza okresem kiedy była częścią Brytanii, czyli po 1946, a tak naprawdę po 1922, właściwie w książce nie istnieje),z implikacjami. Z punktu widzenia historyka brytyjskiego, skoro tradycyjnych historii Anglii powstały może setki, taki zabieg ma sens, ale dla polskiego czytelnika, chcącego poznać historię Zjednoczonego Królestwa (rozróżnienie od Anglii bardzo podkreślane przez autora) oznacza to, że chyba lepiej poszukać innego źródła. Jak któryś z poprzednio oceniających napisał, "koniec historii" ma u Daviesa miejsce gdzieś na początku XVIII wieku, potem następują już bardziej rozważania i eseje na temat (chociaż i wcześniej np. czasy elżbietańskie zostały potraktowane po macoszemu). Przy czym niektóre, jak szerokie omówienie pozycji z dziedziny historiografii brytyjskiej, raczej nie będą interesujące dla niefachowca. Natomiast zrozumiałem, że historia wysp brytyjskich jest na tyle obszerna i zawiła, że, o ile nie ma być potraktowana po łebkach, jeden, nawet gruby tom to może być za mało. O dziwo, historia Polski prostsza. No i różnica między Zjednoczonym Królestwem, Anglią, Wielką Brytanią, Brytanią itp, nie mówiąc o Szkocji, jakoś lepiej do mnie przemówiła.
tam - awatar tam
ocenił na62 lata temu
Lata wojen Peter Englund
Lata wojen
Peter Englund
Modelowa historyczna książka popularnonaukowa. Autor przedstawia kluczowy okres w historii Szwecji, czyli lata 1625 – 1656, wybierając sobie za bohatera Erika Jönssona Dahlberga, późniejszą ważną postać z historii tego kraju. Nie jest to przy tym biografia czy podręcznik historii politycznej, czy nawet esej bądź publicystyka historyczna. Najlepszą definicją byłoby określenie tej pozycji, jako popularnonaukowej monografii XVII-wiecznej wojny, sposobów jej prowadzenia i konsekwencji. Pokazując losy bohatera, Erika - na razie Jönssona, autor wyjaśniając tło wydarzeń omawia genezę i przyczyny wojny trzydziestoletniej, jej przebieg, główne bitwy, rokowania pokojowe, a przede wszystkim wojenne realia, z lubością pomijane przez historyków. Gdy Erik lub inne postacie bądź wydarzenia historyczne stykają się z jakimś problemem, autor opisuje jak sobie radzono z nim w XVII wieku (np. edukacja dzieci, ówczesne zwyczaje żywieniowe, stroje, działanie poczty, logistyka transportów wojskowych etc.). Zasadniczo kulisy treści ograniczają się do basenu Morza Śródziemnego oraz krajów zaangażowanych w wojnę trzydziestoletnią (i Rzeczpospolitej Obojga Narodów),ale są krótkie wypady do Nowego Świata, Stambułu czy wybrzeży Afryki. Książka rozpoczyna się odpisu bitwy pod Warszawą, niezbyt miłego oczom czytelników przyzwyczajonych do bogoojczyźnianego stylu pisania o wojnach naszych przodków (ani naszym wikipedystom, którzy nie chcą się przyznać do przegranej w tej batalii). Pokazuje archaiczność ówczesnego modelu polskiej wojskowości, w tym husarii, wielbionej przez fanów polityki historycznej. Autor trafnie zauważył, że zarówno ta formacja,jak i reszta polskiej kawalerii sprawdzała się w walkach z wrogami ze wschodu (Tatarzy, Turcy, Moskwa),ale już nie z zachodnimi (i istotnie, poza Kircholmem i małą bitwą pod Trzcianą nasza konnica nie radziła sobie ze Szwedami). Wbrew niektórym opiniom Englund nie oszczędza swoich rodaków. System polityczno-ekonomiczny Szwecji był delikatnie mówiąc daleki od ideału. Armia wcale tak dobrze nie wyekwipowana ani zorganizowana (aczkolwiek lepiej od naszej oraz habsburskiej),a jej dowódcy byli przede wszystkim pazerni na łupy. Opis wygranych bitew nie pokazuje „chwały szwedzkiego oręża”, tylko „krew pot i łzy” na polu walki oraz ogromną niekompetencję dowódców stron przeciwnych. Zamiast zalewu nazw i nazwisk mnóstwo łatwo przyswajanych informacji – np. o tym, że większość strat wśród żołnierzy była spowodowana chorobami i dezercjami, a nie śmiercią na polu bitwy, trupy były odzierane z odzieży i wszystkiego co wartościowe, w szwedzkiej armii tylko 1 na 12 żołnierzy pochodził z terenu tego kraju (w którym nota bene nie było pańszczyzny),a w riksdagu swoje przedstawicielstwo mieli nawet chłopi, królowa Krystyna nie była ani ładna ani romantyczna, ani cnotliwa, geneza szwedzkiego pieczywa chrupkiego miała bardzo przyziemny charakter, zdobyte armaty często były bezwartościowe z uwagi na inny kaliber kul, a Wiedeń był wówczas dużo mniejszy od Pragi. Natomiast, o czym autor nie pisze wprost, jednym w czym ówczesna Szwecja górowała nad resztą krajów europejskich był stosunkowo łatwy awans do elity. I dla ludzi wywodzących się z chłopstwa, jak bohater książki jak i dla obcych oficerów (głównie Niemców),kupców i przemysłowców (głównie Holendrów),później przeważnie uszlachcanych. I te różnice w kompetencjach m.in. dowódców czy organizatorów funkcjonowania armii były tak naprawdę siłą ówczesnego kraju Trzech Koron. To wszystko pokazuje bardzo dobre rozłożenie akcentów pomiędzy historię elit, a całej reszty ówczesnych społeczeństw. Ale w beczce miodu jest i łyżka dziegciu. Przekład tragiczny pod względem kulturowym i fatalna redakcja. Tłumacz nie wiedział, a wydawca nie sprawdził, że m.in. Brünn to nic innego jak morawskie Brno. Trier to Trewir, a Regensburg to Ratyzbona. Lewobrzeżna Praga to Mala Strana, a nie Małe Miejsce, a "Dyna" to po polsku Dźwina, uchodząca do Bałtyku w Rydze (i bitwa nad Dźwiną a nie pod Dyną). Źle wygląda nie stosowanie imion i nazwisk części panujących zgodnie z obowiązująca u nas tradycją. Czyli jest jeszcze cesarz Ferdynand II i III, ale zamiast Jerzego Rakoczego pojawia się … Georg (jeśli już to powinien występować jako György) Rakoczi, zamiast elektora saskiego Jana Jerzego – Johan Georg von Sachsen, a w miejsce elektora brandenburskiego Jerzego Wilhelma – Georg Wilhelm von Brandenburg. Książęta Kolonii i Moguncji byli arcybiskupami tych archidiecezji, a nie władcami. W husarii służyli husarze, a nie huzarzy, którzy posługiwali się nie lancami, a znacznie dłuższymi kopiami itd. Nie wystarczy znać język, trzeba bardzo dobrze rozumieć treść tłumaczonego dzieła. Brakuje też objaśnień wielu terminów czy wyjaśnień związanych z nazwami geograficznymi czy poszczególnymi postaciami historycznymi. To wszystko wpływa niestety na ocenę całości. Tym niemniej książkę, mimo jej solidnej objętości (800 storn) pochłania się szybko i z dużą satysfakcją. Tym bardziej, że odbrązawia dawne „sztuki” – zarówno wojenną, jak i dyplomatyczną.
Aguirre - awatar Aguirre
ocenił na83 lata temu

Cytaty z książki 1493. Świat po Kolumbie

Więcej

Nawykłe do późnego wstawania arystokratki sypiały z głowami uniesionymi na specjalnych podpórkach, żeby służące mogły je umalować i uczesać we śnie - skracało to bowiem wydatnie czas od obudzenia się do pierwszego porannego dymka.

Nawykłe do późnego wstawania arystokratki sypiały z głowami uniesionymi na specjalnych podpórkach, żeby służące mogły je umalować i uczesać we śnie - skracało to bowiem wydatnie czas od obudzenia się do pierwszego porannego dymka.

Charles C. Mann 1493. Świat po Kolumbie Zobacz więcej
Więcej

Ciekawostki historyczne