Kurs pisania #15 - self-publishing – warto?

Remigiusz Mróz
19.04.2015

Pisarz to maratończyk, a maratończycy często trafiają na tak zwaną ścianę. Pojawia się ona w okolicach trzydziestego kilometra – kończą się zapasy węglowodanów, a zaczynają się problemy. Na ten temat wciąż powstają całe gigabajty tekstów, ale nikt do końca go nie zgłębił. Znacznie łatwiej jest w przypadku tej naszej, pisarskiej ściany.

Nie mam na myśli blokady twórczej, bo ona właściwie nie istnieje. Jest tylko wytworem wyobraźni, reakcją obronną umysłu na deficyt pomysłów. Mówiąc więc o ścianie, mam na myśli ten moment, kiedy skończyliśmy pisać powieść, zredagowaliśmy ją, a potem pełni nadziei wysłaliśmy ją do wydawcy.

I nic.

Przez tydzień poziom węglowodanów utrzymuje się na przyzwoitym poziomie. Czekamy spokojnie, wszak trzeba dać redaktorowi czas, by zapoznał się z tekstem. Po dwóch tygodniach czujemy już pierwsze objawy odpływających sił – pojawia się zwątpienie. Trzeci tydzień to refleksja nad tym, czy w ogóle dobrze postąpiliśmy… a potem zaczynają schody. Tak skrzętnie odkładane przez nas pokłady nadziei wyczerpują się szybciej, niż zapas węglowodanów po trzydziestym kilometrze. I niejednego najdzie wtedy ochota, by spróbować innej drogi.

Jaka to droga? Na potrzeby tego tekstu pozwolę sobie potraktować szeroko pojęcie self-publishingu. Będzie się w nim mieściło tradycyjne samopublikowanie, zlecanie publikacji (druk na żądanie) i wydawanie za współfinansowaniem. Wszystkie te formy łączy to, że musimy zapłacić, by nasza książka się ukazała.

Jak wiadomo, w niektórych takie podejście budzi abominację. Twierdzą, że to nic innego, jak zapychanie rynku niedopracowanymi pozycjami, które nie miałyby szans, by ukazać się pod szyldem klasycznego wydawnictwa. Inni podkreślają, że to nowy trend, dający autorom wolność i swobodę, jakich nie zaznają przy współpracy z oficynami. Jak jest naprawdę? Trudno powiedzieć, bo wszystko zależy. Od książki, od autora, od jego podejścia i od partnerów, z którymi współdziała. Ten tekst nie będzie ani apoteozą, ani potępieniem self-publishingu – zamiast tego zastanowimy się nad tym, nad czym zastanawia się każdy maratończyk: warto?

Ale zacznę od impulsu, który sprawił, że w ogóle pomyślałem, by o tym napisać. Jakiś czas temu zapytano mnie w wywiadzie o to, co sądzę na temat samopublikowania czy wydawania ze współfinansowaniem. Moja rozmówczyni zauważyła, że zjawiska te prowadzą do przesycenia rynku – nowe pozycje wyrastają jak grzyby po deszczu, a często ilość nie przekłada się na jakość. I rzeczywiście coś w tym jest, bo niejednokrotnie bez trudu możemy zidentyfikować w księgarni tę książkę, którą autor wydał sam. Istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że nie urzeknie nas ona okładką, bo nie projektował jej Banachowicz, Panczakiewicz czy Dark Crayon. Poziom redakcji nie zawsze będzie stał na wysokim poziomie, bo trudno, żeby autor sam zatrudnił redaktorów, którzy normalnie pracują dla największych wydawnictw w Polsce. I w końcu sama promocja nie będzie tak zawrotna, jak w przypadku pozycji, w które pompuje się ogromne środki finansowe. Tak jest co do zasady – ale ponieważ od każdej istnieją wyjątki, przyjrzymy się kilku ciekawym przykładom.

Wieść niesie, że autorzy tacy jak John Grisham czy Tom Clancy zaczynali od samopublikowania. Trzeba to jednak włożyć między legendy – Grisham szedł utartą amerykańską drogą. Wynajął agenta, który po roku sprawił, że wydawnictwo Wynwood Press wydało „Czas zabijania” w nakładzie pięciu tysięcy egzemplarzy. Z Clancym było tak samo – nawet nakład był identyczny. Niektórzy twierdzą, że Stephena Kinga należy traktować jako self-publishera, ponieważ w 1962 samodzielnie opublikował swoje pierwsze opowiadania. Zwolennicy tej teorii przymykają jednak oko na to, że King miał wtedy piętnaście lat i publikacja to w tym przypadku słowo nieco na wyrost.

Biorąc pod uwagę rzesze self-publisherów, którzy odnieśli sukcesy, może dziwić, że wciąga się w te zastępy także autorów, którzy tam nie pasują. Wybierać w końcu jest z czego – zresztą sami zobaczcie.

Na początek weźmy K.A. Tucker. Baza Lubimy Czytać podaje, że jej książki przeczytało ponad tysiąc dwieście użytkowników, a przeczytać chce ponad trzy tysiące. Kanadyjka odniosła międzynarodowy sukces, a u nas pozycje spod jej pióra publikuje Wydawnictwo Filia. Zanim jednak zaczęto tłumaczyć jej książki na inne języki, Tucker publikowała samodzielnie poprzez Amazona. Wszystko zaczęło się od szeregu powieści z gatunku young adult, które sprawiły, że pisarka zyskała grono wiernych czytelników. Sytuacja trwała przez kilka lat, nim autorka nie zdecydowała się na napisanie powieści dla dorosłych czytelników. Książką szybko zainteresowała się jedna z największych oficyn na świecie – Simon & Schuster. K.A. Tucker podpisała kontrakt nie tylko na nią, ale także na kilka kolejnych części.

Kolejnym przykładem jest Lisa Genova, autorka bestsellerowego „Motyla”, który w tamtym roku doczekał się ekranizacji z Julianne Moore i Alekiem Baldwinem. Autorka, która może poszczycić się dyplomem z Harvardu, wydała swoją debiutancką powieść samodzielnie w 2007 roku. „Motyl” szybko zyskał taką popularność, że wydawcy nie mogli pozostać bierni – dwa lata później do Lisy Genovy zgłosił się przedstawiciel Simon & Schuster (polują na self-publisherów, czy jak?) i zaproponował współpracę. Jakie były jej owoce? Ponad dwumilionowy nakład, tłumaczenie na trzydzieści jeden języków i obecność na liście bestsellerów New York Timesa przez czterdzieści tygodni. Genova oczywiście nie osiągnęłaby tego publikując samodzielnie, ale z drugiej strony bez self-publishingu z pewnością nie trafiłaby na celownik tak dużego wydawnictwa. I może jest w tym coś symptomatycznego.

Nie inaczej było z Hugh Howeyem, który pewnego dnia zasiadł do pisania niezobowiązującego opowiadania. Stworzył je, a potem opublikował w tradycyjnej formie – odzew był jednak tak znikomy, że pisarz zwątpił w swoją pracę. Po jakimś czasie postanowił wydać opowiadanie przez platformę dla self-publisherów w Amazonie, co najpewniej wspomina teraz jako najlepszą decyzję w swoim życiu. Książka sprzedała się tak dobrze, że udało mu się nawet znaleźć brazylijskiego wydawcę, gotowego dokonać tłumaczenia i wprowadzić pozycję na swój rynek. Do Howeya zgłosiły się studia Fox i Lionsgate, by nabyć prawa do ekranizacji „Silosa”. Zaraz potem pojawili się nasi starzy znajomi – Simon & Schuster. Sam autor okazał się tak przywiązany do formy, która zapewniła mu sukces, że odrzucił siedmiocyfrową ofertę umowy w zamian za to, by zatrzymać pełne prawa do wydań elektronicznych (skończyło się więc na wynagrodzeniu sześciocyfrowym).

Na wzmiankę zasługuje także Amanda Hocking… choć nazwisko to absolutnie nic mi nie mówiło, dopóki nie zacząłem zgłębiać tematu. Okazuje się jednak, że to autorka szeregu niezwykle poczytnych książek z gatunku YA. Wydawała je samodzielnie, publikując wyłącznie jako ebooki. Nie brzmi to jak przyczynek do wielkiego sukcesu, a jednak Hocking zatrzęsła całym rynkiem wydawniczym. Jej książki sprzedały się w ponad milionowym nakładzie, a autorka zarobiła na nich dwa miliony dolarów, czyli mniej więcej siedem i pół miliona złotych. Tyle samo zapłaciło jej wydawnictwo St. Martin’s Press za podpisanie umowy na kolejne książki. Ci z Simon & Schuster tym razem chyba przysnęli.

#####

A teraz czas na tą, której zabraknąć nie mogło. Monarchini Erotyki. Wielki Szach BDSM. Radża Wyuzdania i Imperatorka Seksualnych Fantazji. Innymi słowy E.L. James, która nie zadała sobie nawet tyle trudu, co Hugh Howey – swoją twórczość publikowała nawet nie jako ebooki, ale jako wpisy na stronie i forum sagi „Zmierzch”. Fanfiction serii o wampirach szybko jednak rozrósł się w umyśle autorki do rozmiarów, które kazały jej sądzić, że to samodzielna, odrębna historia. Działając na kanwie tego przekonania, E.L. James zmieniła nieco historię swoich dzieł i zdecydowała się na postawienie kolejnego kroku – wydała samodzielnie ebooka i równocześnie zleciła publikację jednej z firm realizujących druk na życzenie. Raczej nie przypuszczała, że cała trylogia rozejdzie się na świecie w niebotycznym nakładzie przeszło siedemdziesięciu milionów egzemplarzy.

Ale nie tylko współcześni autorzy sięgali po taką formę publikacji. Self-publisherem był także Charles Dickens, który cierpiał na poważny deficyt pieniężny, toteż przysiadł fałdów i w sześć tygodni napisał „Opowieść wigilijną”. Spieszyło mu się tak, że nie miał czasu szukać wydawcy i negocjować z nim warunków. Zapłacił jednej z oficyn, otrzymując gwarancję, że wpływy trafią bezpośrednio do niego. Koszty okazały się dość wysokie, a dochody raczej niskie. Za pierwsze wydanie Dickens otrzymał równo sto trzydzieści siedem funtów.

Nie jest to jednak jedyne nazwisko, które w tej grupie mocno kontrastuje z E.L. James. Podobną drogę do Dickensa obrał także jeden z najwybitniejszych literatów, Marcel Proust. Jego autobiograficzne dzieło nie znalazło uznania wśród wydawców – jeden z nich, laureat nagrody Nobla, stwierdził nawet, że absurdem jest opisywanie przez trzydzieści stron, jak bohater obraca się z boku na bok przed snem. Zniechęcony Francuz był dobrze sytuowany, więc zrobił to, co kusi wielu początkujących autorów – zapłacił innemu wydawnictwu za wydanie książki. Kolejne tomy Proust opublikował już u rzeczonego noblisty.

Na koniec ktoś, kto stoi mniej więcej pośrodku przytaczanych autorów. Andy Weir, który w 2011 roku własnym sumptem wydał „Marsjanina”, nie miał łatwej drogi. Powieść zaczął pisać w 2009 roku i po jej ukończeniu wybrał kierunek, który jest standardem w anglosaskim systemie wydawniczym – rozpoczął poszukiwania agenta. Wszyscy jak jeden mąż odrzucali „Marsjanina” i Weir zwątpił, że materiał w ogóle nadaje się na książkę. Zaczął więc rozdział po rozdziale umieszczać tekst na swojej stronie i szybko przekonał się, że być może się mylił. Zebrało się grono czytelników, którzy poprosili go, by opublikował powieść jako ebooka na platformie Amazonu. Andy Weir nie miał nic przeciwko – wydał książkę z minimalną możliwą ceną dziewięćdziesięciu dziewięciu centów. W trzy miesiące sprzedało się trzydzieści pięć tysięcy kopii. Do Weira zaczęły zgłaszać się wydawnictwa, a on ostatecznie podpisał kontrakt z Crown Publishing Group, które zaoferowało mu sześciocyfrowy kontrakt. Ekranizacja z Mattem Damonem w listopadzie.

Na wszystkich tych przykładach widać jak na dłoni, że self-publishing jest immanentnie związany z tradycyjnymi formami wydawania książek. Obie przenikają się, wpływają na siebie, a nieczęsto też przepychają – i wydaje mi się, że to cokolwiek zdrowa konkurencja. Z jednej strony sprawia, że standardy w self-publishingu rosną, a z drugiej, że tradycyjni wydawcy dostrzegają potencjał debiutantów. Łatwiej jest spojrzeć przychylnie na tekst, nawet jeśli wyszedł spod pióra początkującego pisarza, jeśli ma się z tyłu głowy sukces Andy’ego Weira czy Hugh Howeya.

Ale jak to jest z punktu widzenia debiutanta w Polsce? Warto upierać się, że swoją książkę wydamy w klasyczny sposób, czy może zaryzykować i spróbować z samopublikowaniem? Wydaje mi się, że przede wszystkim warto spojrzeć chłodno na swój warsztat. Czytelnicy przeboleją niezbyt dobrą okładkę i brak promocji, ale to, co znajdą w środku, musi być odpowiednio przygotowane. Wspomniałem wcześniej, że trudno w self-publishingu o współpracę z najlepszymi redaktorami w Polsce – i to stanowi największe niebezpieczeństwo tej formy wydawania. Może być oczywiście też tak, że u tradycyjnego wydawcy spotkamy się z kimś, kto nie ma pojęcia o swoim fachu. Prawdopodobieństwo takiego zdarzenia jest jednak znacznie mniejsze.

Patrząc wstecz, bałbym się wydać swoją pierwszą książkę w formie samopublikowania. Może nie z ówczesnej perspektywy, ale z dzisiejszej na pewno. Co do zasady nie widzę w tej metodzie niczego złego, ale z pewnością jest ona bardziej ryzykowna niż tradycyjny sposób wydawania. Jeśli jednak ktoś uważa, że dysponuje warsztatem na wysokim poziomie i potrafi podejść do swojej książki naprawdę krytycznie, nie ma chyba przeciwskazań, by spróbował self-publishingu – jedyne ryzyko jest wówczas finansowe. Choć jak pokazują powyższe przykłady, często opłaca się je podejmować. Szczególnie, gdy po jakimś czasie to wydawcy zaczynają zgłaszać się do nas, a nie odwrotnie. I dopiero wtedy powstaje dylemat: publikować dalej samemu, czy zacząć współpracę?

Reklama

komentarze [33]

Sortuj:
162
30
13.02.2020 01:13

Czasem samopublikowanie jest rozwiązaniem, które od początku towarzyszy pisarzowi. Bo przecież powody, dla których ludzie piszą książki są różne. Inaczej podejdzie do tego ktoś, kto traktuje pisanie jako zawód, a inaczej ktoś kto po prostu odczuwa potrzebę pisania i podzielenia się tym z jakimiś czytelnikami. W dobie wszechobecnej promocji i "produkcji" bestsellerów może...

więcej

7
6
27.12.2019 21:04

"Nie mam na myśli blokady twórczej, bo ona właściwie nie istnieje. Jest tylko wytworem wyobraźni, reakcją obronną umysłu na deficyt pomysłów. "

Mam wrażenie, że autor nie bardzo rozumie, o co w ogóle chodzi w bloku twórczym. Twierdzi on, że on "nie istnieje", tylko wymyślamy go sobie, jak nie mamy już pomysłów. Ale czy to nie o to w nim chodzi? Że nie mamy pomysłów, nie...

więcej

538
198
27.12.2019 21:15

Dlaczego zagadką? Może po prostu nie chce się dzielić wszystkim? Który mistrz zdradza uczniom wszystkie tajemnice od razu? ;)


7
6
27.12.2019 21:19

Gdyż twierdzi, że popularny wśród twórców proces "nie istnieje" i jest przez nich wymyślony? Nie bardzo widzę, jak może się to łączyć z nie dzieleniem się od razu wszystkim


538
198
27.12.2019 21:23

Zwyczajnie. To po prostu gadka motywacyjna i poniekąd jest w tym trochę prawdy. To tak jak z nauką języków - wiele osób się tego boi, uważa to za coś strasznego, wmawia sobie, że "nie ma talentu" i w efekcie rzeczywiście z językami idzie im tragicznie. Z resztą dotyczy to wszystkiego. Odpowiednie nastawienie to połowa sukcesu.

Na etapie pisania amatorskiego nie ma się co...

więcej

0
0
16.02.2016 13:23

Wciąż chyba jest sporo za i przeciw, ale ja uważam, że to świetny sposób dla niezależnych autorów. Można mieć więcej do powiedzenia, na stronach jest jasno i przejrzyście ile co kosztuje, na rozpisani pl wszystko widać, do tego ma się większy wpływ nawet na okładkę, cenę... wszystko.


61
37
22.06.2015 19:55

Beremis to miłe z Twojej strony. Pięknie dziękuję. Z chęcią zapoznam się.


61
37
22.06.2015 16:35

Bardzo dobry artykuł. Ciekawy. Zgadzam się ze stwierdzeniem, że pisarzowi potrzebny chłodny osąd swojej pracy. Ten temat dobrze łączy się z zagadnieniami poruszonymi w "lekcji" 20-tej:-).
Znane mi publikacje selfy są dla mnie męczarnią. Oszczędności na korektorze oszczędnościami, ale niech pisarz się zastanowi zanim utopi w błoto kasę i pozostawi namacalny, kompromitujący...

więcej

2627
371
19.04.2015 20:20

Dla mnie znakomitym przykładem pozytywnym s-p jest książka/ebook/audiobook Krzysztofa Spadło "Skazaniec. Na pohybel całemu światu". Chciałoby się, żeby wszystkie samodzielne wydania tak wyglądały. II tom już oczywiście ma wydawcę...


1023
394
20.04.2015 08:43

No właśnie, w całym tekście zabrakło mi polskich przykładów. Te podane przez autora wałkowane są już miliony razy. Coraz bardziej je odbieram jak zachwyt nad Michael Phelps i stwierdzeniem, że każdy może zdobyć tyle medali co on. No niby tak. Ale w Polsce? Jeśli w stanach odsetek odnoszących sukces SP jest tak niski, to jaki będzie w Polsce?
Nie jestem pewien, czy dobrze...

więcej

61
37
22.06.2015 17:03

No a gdzie taką "perełkę" można znaleźć?


1023
394
22.06.2015 19:29

To chyba ta książka była tak popularna:
http://www.rw2010.pl/go.live.php/PL-H6/przegladaj/SMzk%3D/nieznajomi-z-parku.html?title=Nieznajomi%20z%20parku

a o tym sukcesie można poczytać między innymi tutaj:
http://www.gloswielkopolski.pl/artykul/954029,pisarka-z-poznania-przebila-ksiazkowe-bestsellery,id,t.html?cookie=1

ale moment w którym był wyżej od greya - to nie mogę...

więcej

443
216
19.04.2015 18:43

Ten chomik nie jest zupełnie wyssany z palca, polska autorka Agnieszka Lingas-Łoniewska swoje pierwsze teksty publikowała właśnie tam. Mam pewne wątpliwości...czy tekst nie trafia wtedy w próżnię.
PS. Świetny kurs!


3079
1
19.04.2015 14:33

Jeśli chodzi o pisarzy sprawdzonych i uznanych, to s-p jest doskonałym sposobem na niezależność, zwłaszcza na rynku ebooków - zrobienie sklepu internetowego to niski koszt a sprzedaż książek tym sposobem może być bardzo opłacalna, nawet jeśli będzie to cena "co łaska". Book Rage pokazał jaki potencjał ma ta forma sprzedaży.

Teraz "ciemna strona mocy":
Niedawno w Polityce...

więcej

61
37
22.06.2015 17:01

No tak:-). Autor sam sobie pisze na okładce coś w stylu: "Wspaniały pisarz, autor znamienity, człowiek wielkiej rangi, niezliczonych orderów i medali. Wydał już tak niebotycznie cudowne dzieła jak >>123<<<, >>>213<<<, czy boskie >>>321<<<." Ale nawet już po takiej okładce ( tekście) można wyczuć, czy zsyłamy się na...

więcej

4095
757
02.11.2017 17:25

Trochę spóźnione, ale wypowiem się...

Czytałam kilka książek z wydawnictw S-P i większość z nich ciężko było skończyć, beznadziejna redakcja, błędy logiczne, koszmarny język, o fabule nawet nie wspominając... Rozumiem, że dla części osób taki typ wydawania jest szansą, ale ja podchodzę do tego sceptycznie.


443
216
19.04.2015 14:14

Zastanawia mnie tylko, czy "self-publishing" nie oznacza przypadkiem, że tym samym niejako sami pozbywamy się praw autorskich do tekstu? Mam na myśli przede wszystkim teksty publikowane on-line. Słyszałam o autorkach polskich, które swoje książki publikowały początkowo na chomiku. Czy nie jest to równoznaczne z tym, że nie wiemy, co dalej dzieje się z naszym tekstem?


584
0
19.04.2015 18:02

Co do zasady wszystko publikowane online podlega takim samym zasadom prawa autorskiego, jak to, co jest na papierze. Chyba że ktoś umieszcza fragmenty np. na Facebooku - wtedy warto wziąć pod uwagę, że zaakceptowało się regulamin, w myśl którego Facebook może dysponować zamieszczanym przez nas materiałem. :) Jak to było w przypadku publikowania na chomiku, nie mam pojęcia.


61
37
22.06.2015 16:54

Zdarzył mi się niemiły przypadek. Pisałam bezpłatnie bloga, usunęłam wpisy zanim deaktywowałam konto. Po dwóch latach odnalazłam je przypadkowo. Wcześniej tworząc konto zaakceptowałam warunki umowy. Okazało się, że zgodnie z nią zgadzam się na utratę praw autorskich, serwis może dowolnie dysponować moimi treściami. A czy w związku z utratą praw autorskich mogłam je powielać...

więcej

50
24
19.04.2015 12:31

Rachel3: Nie no jasne, rozumiem, o czym mówisz. Jednak denerwuje mnie to, że większość czytelników w Polsce z góry zakłada, że skoro wydane przez self-publishing, to na 100% dlatego, że żaden wydawca tego nie docenił. Nie wrzucajmy wszystkich do jednego worka.


zgłoś błąd