Wszystko, co do życia potrzebne vol. I – Anielska pomoc

Jacek_Dehnel
19.11.2014

Pisanie książek ma swoje dobre strony – choćby dlatego, że po drugiej stronie książki jest niemal zawsze jakiś czytelnik, a część przynajmniej czytelników to ludzie ciekawi, życzliwi i hojni. Wspominam o hojności, bo ramotkę, o której dziś opowiem, zawdzięczam jednej z moich czytelniczek. Nie wiem, czy życzyłaby sobie, żeby upubliczniać jej nazwisko, nazwijmy ją zatem panią profesor X.

Profesor X., przeczytawszy „Młodszego księgowego” postanowiła mnie obdarować paroma tomami ze zbiorów swojego ojca, słynnego przedwojennego i powojennego bibliofila, „bo się na nich poznam”. Jak każdy, lubię dostawać prezenty, ale prezencik ze starodruków od nieznanej mi osoby jednak nieco krępujący – miło dostać od obcego stokrotkę, ale przy złotej bransolecie robi się jakoś dziwnie. Cóż jednak, profesor X. jest – jak się miałem przekonać – nie tylko niebywale urocza, ale i uparta, więc postawiła na swoim, a ja poszedłem w umówione miejsce odebrać zostawioną dla mnie reklamówkę z książkami.

Były wśród nich rzeczy poważne i niepoważne. Te poważne pięknie wydane, ze złoconymi brzegami, tłoczonymi grzbietami, z kartkami niemalże nietkniętymi, zachowane w pięknym stanie. Niepoważne zaczytane, zniszczone, z oślimi rogami, wytłuszczone, pogryzmolone. Ze wszystkich zaś najbardziej zaczytana była książeczka wielkości dużej dłoni, z grzbietem zastąpionym kawałkiem postrzępionej, czarnej szmaty, która trzyma na słowo honoru stare okładki z kartonu. Z zewnątrz nie widać żadnego napisu, tytułu – niczego. Nie wiem zresztą, jakim miałaby być opatrzona tytułem, skoro to tak naprawdę tak zwany klocek introligatorski, czyli książka-składak, która mieści kilka osobnych broszurek, jedną ciekawszą od drugiej.

Pierwsza jest Anielska pomoc na OBRONĘ i OCHRONĘ w wielkiej biedzie, za nią następuje iście barokowy tytuł SIEDEM RAZY opieczętowana księga największych tajemnic czyli magiczno-sympatyjny skarb zawierający wypróbowane środki przeciw wielu chorobom i ułomnościom ciała, wraz z cudownemi tajemnicami ku osiągnięciu przeróżnych celów. Kolejna idzie TAJNA SZKOŁA magicznego cudotwórstwa czyli książka prawdziwych praktyk odwiecznej boskiej magii, tak jak zostały objawione przez świętą Kabałę i Elohym i nazwane są boską tajemnicą Kabały, która jest siostrą boskiej mądrości, tak zwanej magii z dopiskiem Z arabskiego tłumaczone. Dalej Święta Książeczka Salesowa albo Rózga szczęścia, a także Książeczka Romanusa albo Bóg Pan niech strzeże moją duszę, mój wchód i wychód od początku aż na wszystkie wieki Amen. Alleluja z małą rycinką, przedstawiającą przemienienie Chrystusa w bardzo naiwnej przeróbce słynnego płótna Rafaela, i jeszcze jeden, szósty z kolei, druczek – tym razem już bez strony tytułowej, ale w takim samym typie, co pozostałe. W ogóle, braków tu wiele: to tu, to tam ubyło kilka stron, czasem przepadł cały arkusz, wiele kart jest luźnych, zdaje się też, że ktoś wyrwał magiczne diagramy. Może spodobały się dzieciom, w których ręce później książka się dostała (zostawiły gryzmoły)? A może jeden z właścicieli wierzących w magię sporządził z tych rysunków cenne amulety? Nie wiem.

Przede wszystkim jednak rzadko która rodzinna Biblia jest tak zaczytana – widać, że były to strony w nieustannym użytku, ktoś je otwierał drżącą ręką i szukał odpowiednich przepisów, zaklęć, sposobów na to i owo. Bo też jest to zbiór porad, dotyczących wszystkiego, odpowiadający na wszelkie ludzkie potrzeby i pragnienia: począwszy od drobnych przepisów gospodarskich i kosmetycznych, przez medycynę ludową i magiczną, aż po magię poważną, by nie rzec: złowrogą.

*

Na początek zajmijmy się sprawami przyziemnymi. Anielska pomoc nie jest podzielona na części czy rozdziały, wszystko leci ciurkiem. Weźmy jedną tylko rozkładówkę: Zmęczenie nóg zapobiedz. Plucie krwią. Krwawienie. Aby owoce kwaśne były słodkie. Przeciw puchnieniu nóg. Gdy masła nie można zrobić. Drzazgę bez bólu wydobyć. Przeciw rozwolnieniu u bydła. Przeciw rozwolnieniu u ludzi. Aby zlęknięcie nie szkodziło kobietom ciężarnym. Jaja długo przechować. Porost włosów przyspożyć i wychodzeniu włosów zapobiedz. Angielska choroba. Groch szybko ugotować. Jakież bogactwo wiedzy! W tym sensie jest to tekst tkwiący korzeniami jeszcze w czasach przedoświeceniowych, sylwa, do której jak leci wrzucano wszystko, co do życia potrzebne, bez encyklopedycznej struktury bez podziału na dziedziny czy choćby porządku alfabetycznego.

Ale jest ta książeczka również dzieckiem swoich czasów, stoi okrakiem między XVIII i XX stuleciem. Z jednej strony poleca przepisy, które jeśli działały, to tylko na zasadzie placebo: rozmaite gusła, magiczne obrzędy; z drugiej zaś strony mamy terapie medyczne, polecane przez lekarskie autorytety (a pomiędzy tymi skrajnościami plasuje się całe spektrum medycyny „naturalnej”, która, poprzez dostarczanie rozmaitych składników chemicznych faktycznie mogła pomagać choremu). I tak pijakom na otrzeźwienie poleca się środek, na który składają się sprzedawane w aptekach esensa z kory febrycznej i Elixir Robert Whitt (Robert Whytt – osiemnastowieczny szkocki neurofizjolog); pewną tynkturę zalecił słynny radca państwowy dr. Hufeland i polecał ją w swej gazecie (chodzi zapewne o Christopha Wilhelma Hufelanda, nadwornego lekarza króla Prus, który leczył również Goethego, Schillera i innych luminarzy niemieckiego romantyzmu); przemywanie kwasem solnym ugryzienia wściekłego psa (jako dobry środek przeciwko obawie przed wodą, co oczywiście jest bzdurą, bo wodowstręt jest tylko objawem wścieklizny, a nie chorobą samą w sobie) stosować miał profesor Brunatelli w Parma (zapewne Louis Valentino Brugnatelli, włoski chemik i fizyk z przełomu XVIII i XIX wieku).

#####

Zamiast konkretnych nazwisk wybitnych naukowców (mocno, swoją drogą, zamierzchłych, bo są to wszystko postaci sprzed stulecia mniej więcej) wystarczy czasem pewien lekarz w Cheltenham lub też pewien znany lekarz i rotmistrz w Pawłowsku, a nawet Marianna Werner która jako jasnowidząca była sławną (i w związku z tym jasnowidzeniem zapewne polecała niezawodny środek kosmetyczny przeciwko krostom na czole: z osobą, która ma piegi lub krosty trzeba iść na miejsce, gdzie są stare mury; następnie trzeba dłonią trzeć mur tak długo, aż ręka zwilżeje, potem trzeba przetrzeć twarz, piersi i ręce osoby i powtórzyć to trzy razy. Potem trzeba odejść z tą osobą z tego miejsca nie oglądając się i nakazać jej nigdy na to miejsce nie wracać). Czasem gusła mieszają się z nowoczesnym marketingiem i polecane są wprost środki lecznicze zamawiane w aptece, których dystrybutorzy, być może, odpowiednio zapłacili wydawcy książeczki – choćby pigułki Oehmego, dobry środek przeciwko robakom czy zwalczające tasiemca wody Seidschutz, Sedlitz, Marienbadzkie, selterki, Bilińskie a z ich braku – rozpuszczona sól gorzka Glauberską.

Znacznie jednak ciekawsza wydaje mi się prehistoria mentalna, czyli te przepisy, w które około roku 1900 należały zdecydowanie do lamusa, niektóre (jak metoda ustrzeżenia się przed pijaństwem: nosi się w około ciała sznur z ametystów) sięgające jeszcze średniowiecza. Niekiedy podawane są równolegle przepisy staromodne i nowe; oddech cuchnący zwalcza się płukaniem i czyszczeniem zębów, ale anonimowy autor dodaje, nieco się jednak dystansując: obrzydliwym jest środek używany przez lud, oto trzeba otworzyć usta nad wychodkiem i odory wydobywające się z ekskremów w siebie wciągać. Czasami uwagę zwracają nie tylko procedury, ale i dziwne składniki, które trudno pozyskać – skąd wziąć dużą ilość wronich oczu, tak potrzebną do chwytania ptaków drapieżnych rękoma? Na szczęście dowiadujemy się, że małe kawałki zdechłego psa (konieczne do powstrzymania dziczyzny przed nachodzeniem pól i łąk) dostać można u każdego rakarza. Kto z kolei mokszu nie może utrzymać, zamiast polować na jeża, żeby ugotować na nim rosół (środek niezawodny), może po prostu przez miotłę mokszyć albo natrzeć pępek oliwą.

Zachodzę w głowę, kiedy ktoś po raz ostatni sięgnął do tych przepisów? Gdzie ktoś zapragnął koniowi odjąć siłę i przeszczepić ją na człowieka (trzeba wziąć nasienie ogra, które nabyć można w stajniach płodnych i miesza się je z drobną ziemią. W tę ziemię wsadza się czarną korzeń jarzębiny i da się jej rosnąć; siła przechodzi dzięki jedzeniu owoców tej jarzębiny a także spaniu w stajni, w której stoją silne konie)? Kto taki – piśmienny przecież! – próbował wyhodować raki i węgorze w wielkiej ilości poprzez wlewanie do wody resztek zwierzęcych (raki utłuczone żywcem w moździerzu wrzuca się do beczki z deszczówką – po kilku dniach ukażą się małe robaczki w tym płynie, które skrapia się krwią wołową i tak żywi), i czy zdziwił się, że urosły mu tylko dorodne komary? Jaka dziewczyna stosowała niekonwencjonalną antykoncepcję i połykała pszczołę? Albo gotowała klejnoty w mokszu chłopięcym, żeby przywrócić blask jakiejś sztrasowej bransoletce czy pierścionkowi ze szklanym oczkiem? Czy ostatnia próba wyleczenia żółtaczki poprzez noszenie na szyi na żółtej jedwabnej nitce łupiny z orzecha z ukrytym wewnątrz dużym pająkiem krzyżakiem (złapać go trzeba przy wschodzie słońca, a po trzech dniach wrzucić w ogień i spalić) przeprowadzona została przed pierwszą wojną światową, czy już po niej? A może i po drugiej, skoro książka taka wysłużona? Kto był ostatnim naiwnym?

Cóż, rozmawialiśmy niedawno o – znakomitych skądinąd – „Gugułach” Grzegorzewskiej, dziwując się nieco, że recenzent uznał wzmiankę o wiązaniu czerwonej nitki na dziecięcej rączce za fantazję, bo to przecież XIX-wieczny przesąd i niemożliwe, by dotrwał, nawet na wsi, do lat siedemdziesiątych. „Moja matka – mówię – też mi taką nitkę wiązała. W osiemdziesiątych. W mieście.” Na co odzywa się znany autor kryminałów: „No pewnie. Ja swojemu synkowi też wiążę.” Ostatecznie bowiem z tradycyjnymi przepisami jest jak w tej anegdocie o Nielsie Bohrze. Gość, widząc u niego przybitą nad drzwiami podkowę, zapytał: „Pan wierzy, że to działa?” „Nie – odparł wielki fizyk – ale podobno działa niezależnie od tego, czy się wierzy, czy nie.”

Reklama

komentarze [16]

Sortuj:
108
58
23.11.2014 00:02

Szkoda. Obejrzałabym chętnie tu, w Dublinie :)


165
2
20.11.2014 11:19

:) good one :D


0
0
20.11.2014 07:40

"Święta Kabała' - uśmiałam się szczerze. Bardzo ciekawa książeczka, dla antropologa folklorysty amatora, za jakiego się uważam. Z chęcią przeczytałabym to.


1352
74
19.11.2014 23:25

Świat zabobonów jest tyleż odstręczający, co barwny i ciekawy :)
A to, co w nich jest ciekawe, to nie tylko niewiarygodna niedorzeczność, ale też w jakich proporcjach ta niedorzeczność występuje w stosunku do praktycznej wiedzy (bo nie zawsze to jest 1:0). Na przykład owo "gotowanie klejnotów w mokszu chłopięcym, żeby przywrócić blask" spokojnie mogło przynieść oczekiwany...

więcej

62
0
20.11.2014 14:02

Jasne, w wielu tych przepisach można - zwłaszcza jeśli ktoś się zna na chemii i farmacji - znaleźć odbicie konkretnych rozwiązań, ubranych tylko w magiczne ozdóbki.


108
58
19.11.2014 23:21

Ma pan jakieś zdjęcie tej książeczki? Chętnie zobaczyłabym, jak to wygląda, w jakim jest formacie - A5 czy większe? Prezent piękny, godny pozazdroszczenia.


62
0
20.11.2014 14:01

Mogę zrobić i wkleić, jeśli da się tutaj publikować zdjęcia. Tyle, że dziś jestem w Greifswaldzie, a książeczkę mam w Wiedniu, więc zrobię to na dniach.


62
0
22.11.2014 21:16

No, niestety, próbuję wstawić zdjęcia, ale jakoś mi to nie idzie...


108
58
23.11.2014 00:33

Nic nie szkodzi, choć oczywiście chętnie bym obejrzała, tym bardziej, że wiadomość idzie labiryntem po Europie. Pozdrawiam z Irlandii :)


62
0
23.11.2014 03:50

Zakładam, że jakiś sposób na to jest, ale osobie niepełnosprawnej informatycznie, takiej jak ja, na ogół z takimi sprawami pod górkę.


176
1
19.11.2014 17:32

Strasznie ciekawe rzeczy w tej "książce" się znajdują. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby takie dzieło dostało się w moje ręce. Bo nie tylko posiada jakąś wartość historyczną, ale powiedzmy sobie szczerze czasem można nieźle się ubawić czytając w co wierzyli ludzie - na prawdę dawno jak i nie tak dawno temu :)


62
0
20.11.2014 14:01

Cieszę się. To rzeczywiście prawdziwa kopalnia, będą jeszcze ze dwa felietony o szpargałach z tego klocka introligatorskiego, bo tam wielkie bogactwo absurdów i dziwności.


1147
49
19.11.2014 17:14

Nasienie ogra najlepsze, w pierwszej chwili nie załapałem, że chodzi o ogiera ;)

Mój pradziadek w swoich wspomnieniach opisuje jak znachorka wyleczyła go z lęku przed burzą: kazała mu jeść spleśniały chleb. Chyba nawet zjadł mały kawałek, stwierdził wtedy, że woli bać się burzy i resztę wyrzucił. A po tym wszystkim lęk minął jak ręką odjął.


62
0
20.11.2014 14:05

Tak, tam są rozliczne problemy z językiem - nie chodzi o archaizmy, ale o to, że tłumacz, pracujący zapewne na miejscu, w Berlinie, znał polszczyznę tak sobie. Stąd mnóstwo błędów, czasem prowadzących do zabawnych sytuacji, o czym jeszcze będę pisał.


2843
683
19.11.2014 16:06

Takie właśnie książeczki są najlepsze, ile człowiek może się dowiedzieć i przy ty pośmiać. Mam książkę do nabożeństwa wydaną pod koniec XIX wieku i jest tam wykaz odpustów oraz jaka część grzechów zostanie odpuszczona po wykonaniu. Jak się wszystko zliczy i wszystko wykona to mamy już odpuszczone przyszłe grzechy, gdyż wychodzi ponad 100%.


62
0
19.11.2014 15:48

Zapraszamy do dyskusji.


zgłoś błąd