Lubimyczytać.pl Sp. z o.o
http://lubimyczytac.pl/aktualnosci/rozmowy/8678/opowiesc-o-zemscie-nigdy-nie-bedzie-czarno-biala

Opowieść o zemście nigdy nie będzie czarno-biała

10 wartościowy tekst

Ze współtwórcą serialu „Belfer” i autorem kultowych już książek Ślepnąc od świateł i Zrób mi jakąś krzywdę Jakubem Żulczykiem – o tym, co skrywa się pod powierzchnią: przekleństwach, używkach i przemocy, o naszej skłonności do dysfunkcji oraz o historii zemsty i rozpadającej się rodziny w nowej powieści Wzgórze psów – rozmawia Zofia Karaszewska.

Czy opinia czytelników jest dla Ciebie ważna?

Bardzo. Rozmawiamy teraz w takim newralgicznym momencie, który zawsze jest dla autora trudny, niezależnie, ile książek ma się na koncie - książka właśnie się ukazała, ale jej odbiór dopiero się zaczyna. I to jest trudne, chyba, że pisze się z nudów, z wyrachowania albo dla pieniędzy. Ja nie piszę z żadnej z tych pobudek.

Chcę zobaczyć, czy to co zrobiłem działa, czy będę zrozumiany. Czy czytelnik pójdzie za linią, którą narysowałem.

Świetna sprzedaż, zachwyty krytyków - rozdmuchują ego, narażają na pokusy? Czy wielki sukces jednej książki demotywuje do pisania kolejnej?

Miałem taki moment przy pisaniu „Wzgórza", że trudno mi było wystartować, bo czułem, że muszę dogonić to, co zrobiłem przedtem, swoją poprzednią książkę, która odniosła spory sukces, będzie jej ekranizacja. Porzuciłem jednak takie myślenie, gdybym tego nie zrobił, to bym nie skończył książki.

W efekcie napisałem dokładnie taką książkę, jaką chciałem napisać. Nie miałem momentów autocenzury, że ludzie tego nie kupią, tego nie przeczytają, uznają za nudne. Tak czy siak, sukces nie jest tak fajnym kumplem, jak się wydaje.

Twój bohater sobie z nim nie poradził, sukces jego debiutanckiej książki przytłoczył go. To jest Twój czarny scenariusz?

Miałem to szczęście w życiu, że moje pierwsze książki, owszem, były zauważone i ktoś je lubi nawet do dzisiaj, ale nie odniosły oszałamiającego sukcesu rynkowego. Ktoś je kupił, ktoś przeczytał, ktoś zauważył, ale to nie był sukces skali, nie wiem, Doroty Masłowskiej. Z perspektywy czasu, gdy na to patrzę, cieszę się, że tak było. Miałem wtedy 21 lat i cholera wie, co by się stało (śmiech).

Narkotyki są u Ciebie wszechobecne, tworzą środowisko wielkomiejskie jak w „Ślepnąc od świateł”, ale też małomiasteczkowe jak we „Wzgórzu psów”. Tak uważasz?

Bardzo dużo historii, które znam wokół tego się kręciło. Kiedy ja byłem w wieku Mikołaja, kiedy byłem nastolatkiem, narkotyki były wszechobecne na prowincji.

Z nudów?

Tak, oczywiście że z nudów. Postać Gizmo we „Wzgórzu psów”, jego opowieść, to, co mu się przydarza, zaczyna się z nudów. W ogóle wciąż jest tak, że dużo więcej ludzi bierze narkotyki, niż to się powszechnie wydaje. Albo inaczej: dużo więcej ludzi ćpa, nawet okazjonalnie, niż to się wydaje tej drugiej połowie, która nie ćpa (śmiech). Ale to nie to jest też tak, że każdy bohater w mojej książce jest ćpunem.

Dziwny mazurski pierdolnik, w którym wszyscy młodzi ludzie z braku lepszego zajęcia przedawkowują narkotyki.

Powtarzam, nie wszyscy, nie przedawkowują i nie tylko mazurski.

Czy dla Ciebie literatura jest odbiciem rzeczywistości?

Wiem, że napisałem wiarygodną książkę. Jestem o tym przekonany. Owszem lekko nierealistyczny może być główny wątek kryminalny, za którym idziemy i jego konkluzja, chociaż nie takie rzeczy opisywano na przykład w reportażach w Dużym Formacie. Ale cały anturaż tej książki, zawiesistość tej historii, jej cierpki smak, tło i detale - nikt nie powie mi, że to jest nierealistyczne. Można mi mówić, że napisałem książkę, która jest niedobra, ale nikt mi nie powie, że to nieprawda.

Chociaż, i chyba z każdą kolejną książką robię to bardziej świadomie, u mnie ten świat rzeczywisty przeciera się z tym innym, wyobrażeniowym, sennym, metafizycznym. Następuje ten moment pęknięcia i coś wypełza z tej opowieści, coś co jest z innego porządku. To jest jakoś posmarowane horrorem, snem.

Czy uważasz, że największe zło czai się tam, gdzie najmniej się go spodziewamy? Tuż obok, wśród bliskich?

To jest ciekawe pytanie. Mnie się bardzo często wydaje, choć nie wiem, czy akurat o tym jest ta książka, że zło to jest głupota. Lubimy wierzyć w zło demoniczne, sataniczne, inteligentne, spersonifikowane, w jakąś siłę, Hannibala Lectera, postaci, które czynią zło z premedytacją i uruchamiają w świecie taką inteligentną maszynę zła. Tymczasem zło, to jest często najzwyklejsza głupota, idiotyzm, np. ktoś, kto się najebał i wsiadł za kółko.

Zło nie jest jednorodnym bytem, może się pojawić wszędzie. Często zło może pojawić się z takiego upartego myślenia, że coś można naprawić. Tak mi się wydaje, o tym trochę jest ta książka. Bardzo usilnie się staramy, żeby świat był lepszy. Moim bohaterom wydaje się, że mają absolutną kontrolę nad sobą i światem, który ich otacza. Tacy bohaterowie mnie interesowali, takich chciałem wymyślić – nieznoszących sprzeciwu.

Twoi bohaterowie chcieli dobrze, chcieli wymierzyć sprawiedliwość.

Bez wątpienia. Oni o tym wprost mówią, byli przekonani, że trzeba posprzątać. Teraz zresztą jest moda na sprzątanie.

W jakim sensie?

Ludzie potrzebują moralnych czystek (śmiech). Na przykład internetowa beka, hejt, wszechobecny cynizm, za tym też idzie, moim zdaniem, taka potrzeba, aby rzeczywistość uprać, wyprasować. I to też jest we „Wzgórzu psów”. Wiem, że ktoś może powiedzieć, że to jest zbyt makabryczne, zbyt mroczne, ale opowieść zawsze jest metaforą, jakąś przesadą. Opowieść ubiera zawsze w pstrokate ubrania coś, co jest prostą zasadą świata. Chodziło mi o złapanie jakiegoś radykalizmu, zastanowienia się, do czego może zaprowadzić, nazwijmy to, radykalizm w słusznej sprawie.

Nie chcę „palić książki", ale wyobraź sobie, jeśli jesteś blisko osoby, którą spotkało coś takiego, jak moją bohaterkę - czego wtedy chcesz?

Zemsty?

Bardzo łatwo jest być humanistą z perspektywy komputera, bardzo łatwo tworzyć swój porządek moralny w oparciu o abstrakcyjne sytuacje. Ja jako pisarz zadaję sobie tak naprawdę bardzo proste pytania. Jednym z pytań, które mnie interesuje, jest to, jak ja bym się zachował w danej sytuacji. Często wałkuję sobie w głowie temat zemsty. Zemsta jako opowieść była zawsze dla mnie bardzo ważna, interesująca jest dla mnie literacko i z punku widzenia szeroko pojętej moralności moralności, ale też nieoczywista. Zemsta to pewna procedura, która gdy wystartuje, zamazuje wszystko dookoła. Opowieść o zemście nigdy nie będzie czarno-biała. To mnie interesuje, o tym chcę opowiedzieć. W tej książce wszystko, co robią bohaterowie, to zemsta - każdy mści się na każdym. Mikołaj mści się nawet na swoim mieście. Mści się na żonie, że go zdradzała. Żona mści się na nim, że nie spełnił jej oczekiwań. Ojciec na synach, synowie na ojcu. Nie potrafią się z tego wyrwać.

Taki stworzyłeś świat, że każdy się na każdym mści. Czy to wynika z Twojej obserwacji rzeczywistości? Czy to jest społeczny problem?

Nie chcę stawiać takich diagnoz, rozliczać społeczeństwo. Jako autor pochylam się zawsze nad poszczególnym człowiekiem, chcę, żeby on był jak najbardziej żywą osobą. Żeby można było w niego uwierzyć, jak się go czyta. Bardzo staram się przypatrywać poszczególnym ludziom. Dla mnie społeczeństwo polskie to jest 40 mln osobnych historii, a nie jedna historia.

Gdyby to było dla mnie kilka współbrzmiących narracji, to byłbym publicystą czy eseistą, a jestem opowiadaczem historii. Tematem tych historii są dla mnie emocje, które są w człowieku. Gniew, pragnienie zemsty to uczucia, które każdy z nas ma. Pytanie, co się dzieje, gdy właśnie to się staje główną siłą do działania.

Czy ta książka jest odreagowaniem - ponad 850 storn, po tym jak musiałeś trzymać się ograniczeń serialowych odcinków?

Ja lubię pisać bardzo długie sceny, lubię, kiedy wybrzmiewają dramaturgicznie. Lubię wkręcać w te sceny czytelnika. Lubię powiedzieć dużo na przestrzeni jednej sekwencji wydarzeń. Ktoś może powiedzieć, że moje książki są przegadane. Może są. Może film „12 gniewnych ludzi", który uwielbiam, i który składa się z jednej sceny, też jest przegadany.

Właśnie, piszesz według planu, czy dajesz się ponieść rozwijającej się fabule?

Daję się prowadzić. Wiem, do czego chcę dojść, znam finał. Natomiast mam coś takiego, kiedy zaczynam pisać książkę - a piszę równocześnie scenariusze, gdzie mam wszystko rygorystycznie rozpisane scena po scenie, strukturalnie, prawie matematycznie – że mogę sobie pozwolić na to, żeby iść za opowieścią, zobaczyć w którą stronę ona skręci, jak się rozrośnie itd. Tak pisałem „Ślepnąc od świateł” i tak piałem „Wzgórze psów”, w ten sam sposób.

Normalność nigdy nie zrobi się sama; trzeba o nią walczyć, wydrapać ją z betonu. Tak uważasz?

Często wkładam w usta moich bohaterów różne złote myśli, które moim zdaniem nie są jakieś specjalnie prawdziwe.

A czym dla Ciebie jest normalność?

Dla mnie to jest niebezpieczne puste słowo. Jeśli używamy słowa normalny jako pozytywnego opisu jakiegoś zjawiska, np. że ktoś jest zdrowy psychicznie. W użytym w ten sposób słowie „normalny" zawiera się pozytywna ocena kogoś lub czegoś z samego faktu, że ten ktoś lub coś należy do matematycznej większości.

Wydaje mi się, że głównemu bohaterowi chodzi w tych słowach o coś takiego, kiedy mówi te słowa, że ogromny wysiłek trzeba poświęcić na to, aby zbudować jakiś habitat, sytuację międzyludzką, która jest zdrowa: otwarta, klarowna, oparta na komunikacji. To zawsze wymaga ogromnego wysiłku. Wydaje mi się, że ludzie mają naturalną skłonność do dysfunkcji. Chyba, że całe życie otaczałem się ludźmi dysfunkcyjnymi, ale nie sądzę. To jest taka ludzka niedoskonałość, że człowiek bardzo często wybiera złe wyjście.

Dla wygody czy dla przyjemności?

Nie, nie zawsze, dlatego czasami, że nie widzi. Czasami dlatego, że ma zły ogląd sytuacji, jest zaczadzony przez emocje, albo się boi, nie wyobraża sobie, że to dobre wyjście istnieje. Też taki jestem. Wszyscy tacy jesteśmy. Poruszamy się trochę po omacku po tym świecie. Trochę bredzę teraz jak Paulo Coelho dla hipsterów, ale wydaje mi się, że ta normalność jest trochę pułapką, którą włożyłem w usta swojego bohatera.

Zybork to niemiecka nazwa miejscowości Jeziorany? Dlaczego więc mówisz, że piszesz o fikcyjnym miejscu?

Nazwa jest zaczerpnięta, ale to jest miasto ulepione z różnych miejscowości, z którymi byłem związany jako młody człowiek, który tam mieszkał. W mojej głowie jest to samoistny jednorodny świat.

Nad tym miejscem ciąży klątwa?

Rzeczywiście, może to miejsce jest tak biblijnie przeklęte. Ciąży na nim klątwa jako wieczna kara według starotestamentowego widzenia świata; rodzina Głowackich przeklęta jest swoją dysfunkcją, ale jest to też zwykłe polskie miasto.

Interesowało mnie to, co pod powierzchnią. Pod chodnikami, pod ulicami, to co jest pod ziemią. „Wzgórze psów” to cmentarz – miejsce przeszłości. Interesowała mnie ta metafora chodzenia po przeszłości, po tym co było.

Chcesz się rozliczyć z miejscem pochodzenia?

Nie, nie chcę się rozliczać. To mój bohater chciał się rozliczyć, ja nie mam za co.

Oczywiście, że zaczerpnąłem dużo ze swojego doświadczenie, bo całą swoją drogę pisarską dojrzewałem do tego, żeby napisać o swoich stronach. Dorastałem do tego. Jakąś też przymiarką był scenariusz do „Belfra”, który był jednak bardziej podporządkowany rygorom opowieści. Natomiast tutaj poszedłem na całość. Jest tu wątek kryminalny, ale dla mnie jest użyty instrumentalnie.

Ja nie wystawiam rachunków za żadne krzywdy, ale są takie momenty w tej książce, że sam się zastanawiam, co by było gdyby. Gdyby moje życie potoczyło się tak czy siak, a gdybym musiał skonfrontować się z tą rzeczywistością w inny sposób? Co w takiej rzeczywistości jest ukryte? Próbuję zadawać pytania. Bo tak naprawdę tylko to mogę robić, pisząc - zadawać pytania.

Wierzysz w przeznaczenie? (bo Twój bohater tak)

Jestem strasznie przesądny. Wierzę, że są rzeczy, które determinują nasz los, aczkolwiek wierzę również w to, że można iść im na przekór i je pokonać. Tylko nie można od nich uciekać, bo one zawsze cię dogonią; trzeba stanąć im naprzeciw, rozbroić je swoją odwagę.

Trudno było Ci się wyrwać z małego miasteczka?

Mnie było bardzo łatwo, bo miałem duże wsparcie rodziców. Wyprowadziłem się z domu, kiedy miałem 14 lat, przeprowadziłem się do Olsztyna, mieszkałem tam w internacie, gdy chodziłem do liceum. To zasługa moich rodziców, że oni się na to zgodzili, chociaż w Nidzicy też była szkoła średnia, tylko ja nie chciałem do niej chodzić, bo wiedziałem od starszych, że nauczyciele są tam średnio sympatyczni. Potem chciałem studiować w Krakowie i również się zgodzili. Moi rodzice bardzo mi pomagali.

Mikołaj ma 33 lata, Ty też. To wiek przełomowy? Początek świadomego życia czy może początek końca?

Oczywiście, że to jest przełom. Wydaje mi się, że u mężczyzny jak masz 33 lata i niewiele zrobiłeś, to wydaje Ci się, że już więcej nic nie zrobisz, że przegapiłeś ten moment największego rozpędu. To jest nieprawda, mi się wydaje, że najlepszy wiek dla mężczyzny to jest właśnie od 30 od 50 roku życia. Ale teraz tak myślę może dlatego, że po prostu sam mam 33 lata.

Mojemu bohaterowi wiele rzeczy nie ujdzie na sucho, nie może zwalić pewnych rzeczy na karb swojej młodości. Ten wiek to już nie jest początek, i to jest ważna zmiana w myśleniu. To reorganizuje mocno w głowie poczucie czasu. Na pewno trochę tego chciałem oddać mojemu bohaterowi.

Pisarz to samotny zawód, jak łączysz je ze scenopisarstwem, które wymaga współpracy z ludźmi?

Pisanie to bardzo samotnicze zajęcie. Człowiek dziwaczeje, gada do siebie. Dlatego cieszę się, że mam tę pracę scenopisarską, która w dużej mierze polega na spotykaniu się z ludźmi. To mi ratuje głowę. Gdybym pracował tylko sam przy komputerze, to bym kompletnie stracił kontakt z rzeczywistością.

Wyobraź sobie, że większość życia siedzisz sama przed komputerem i żyjesz w świecie, który wytworzyłaś sobie sama. Spędzasz czas z ludźmi, którzy nie istnieją, bo mieszkają w twojej głowie. Rozmawiasz z nimi i obserwujesz, jak się zachowują. Czy to samo w sobie nie brzmi jak choroba psychiczna?

Ale trzymasz się jeszcze?

Jestem w kawiarni, wiedziałem, jak tu przyjść (śmiech). Rozmawiamy. Mam nadzieję, że sprawiam wrażanie osoby względnie normalnej. Natomiast mam już odruchy zdziwaczałego gościa, gdy nikt nie słyszy, głośno gadam do siebie (śmiech). No ale nie egzaltuję się tym, po prostu tak jest. Takie są uboczne efekty pracy. Górnik ma pylicę, nauczyciel nerwicę, a ja mam to.

Myślisz już o kolejnej powieści?

Muszę o niej trochę myśleć, bo już podpisałem umowę. Cały czas coś się dzieje, zaraz będą kolejne dwa seriale, przy których pracowałem („Belfer 2” i „Ślepnąc od świateł”), ale teraz chcę się przyjrzeć nowej książce, zobaczyć jak ona żyje.

Ta książka bardzo dużo mnie kosztowała. Najtrudniej mi się ją pisało, bo ten świat jest najbardziej złożony z tych, które do tej pory wymyśliłem. Trochę mi to krwi napsuło. Zdecydowanie muszę trochę odpocząć przed kolejną powieścią.


Pokaż wszystkie rozmowy
Komentarze
Autor:  Zofia |  wypowiedzi: 4  [pokaż ostatnią] Odpowiedź
książek: 170
Zofia
09-05-2017 15:05
Zapraszam do dyskusji.
książek: 0
basia
23-05-2017 19:09
Jestem zdumiona jezykiem pani jak tez autora ksiazki w tym wywiadzie. Myslalam, ze autor uzywa wulgaryzmow wylacznie na potrzeby powiesci, ale widze, ze i on i pani nie przebieraja w slowach i na wlasny rachunek.
Pani polszczyzna pozostawia takze wiele do zyczenia.
podaje przyklad z powyzszego tekstu:"... bo ten świat jest najbardziej złożony z tych, które do tej pory wymyśliłem", a powinno...
Jestem zdumiona jezykiem pani jak tez autora ksiazki w tym wywiadzie. Myslalam, ze autor uzywa wulgaryzmow wylacznie na potrzeby powiesci, ale widze, ze i on i pani nie przebieraja w slowach i na wlasny rachunek.
Pani polszczyzna pozostawia takze wiele do zyczenia.
podaje przyklad z powyzszego tekstu:"... bo ten świat jest najbardziej złożony z tych, które do tej pory wymyśliłem", a powinno byc np.:"ze swiatow, ktore do tej pory wymyśliłem, ten jest najbardziej złożony. Ciekawam pani wyksztalcenia. Ja od 40 lat mieszkam poza Polska i nie jestem fililogiem, ot dbam o swoj jezyk.
pokaż więcej
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 648
dasio72
10-05-2017 01:14
Przeczytałem połowę i powiem szczerze, wciąga, cholernie wciąga.
Tak jak mówi autor, istnieje Polska podobna do tej opisywanej, to wstrząsające, ale prawdziwe.
Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany. Logowanie

Opinie czytelników


O książce:
Ułańska legenda

Dosyć naiwna, mało wnosząca książka.Dla kogoś kto się interesuje żołnierzami gen. Maczka czy kawalerią nic ciekawego w niej nie znajdzie.

zgłoś błąd zgłoś błąd