Literackie ulotki reklamowe, czyli powieściowe tie-iny

Bartek Czartoryski
20.06.2019

Miałem zacząć ten tekst jakąś rzuconą luźno uwagą na temat tego, że mało komu będzie się chciało sięgnąć po książkę, skoro przed godziną przeszedł kolejny wysokobudżetowy hit na konsolę albo skończył oglądać nowy sezon popularnego serialu, ale zreflektowałem się, kto gości mnie na swoich łamach. Przemyślałem jednak sprawę i myśl tę podtrzymuję. Czym prędzej jednak zaznaczając, że chodzi mi o dość specyficzny rodzaj książek, od początku obudowanych wysokimi popkulturowymi palisadami. A przeskoczą je tylko ci, którzy mają za sobą rzeczoną grę czy serial.

Razem, ale osobno

Bo chodzi o tak zwane tie-iny, czyli, posługując się niezbyt przyjemnym dla ucha dialektem merkantylnym, produkty powiązane z istniejącą franczyzą. Proszę mi wybaczyć ten skądinąd niepoprawny makaronizm, ale jest to bodaj jedyne pojęcie dość pojemne, aby objąć prawdziwy popkulturowy fenomen wypluwający z siebie całe mnóstwo takich rzeczy, najczęściej obliczonych na szybki zysk. Tie-in to praktycznie wszystko, co powstaje naokoło, dajmy na to, blockbustera bijącego rekordy box office'u. Ba, sam pamiętam, jak w tygodniku z programem telewizyjnym zobaczyłem zegarek z „Dnia niepodległości” i gorąco pragnąłem go mieć. Póki nie zobaczyłem filmu. Jeszcze przed nastaniem epoki internetu praktycznie każda wysokobudżetowa produkcja miała swoją kreskówkę i grę wideo, a dzieciaki za oceanem, o czym można było dowiedzieć się z reklam z satelity, mogły nabyć zabawki, płatki kukurydziane i inne pierdółki z czym dusza zapragnęła, od Godzilli do Batmana. Dzisiaj sporą część podobnych kampanii promocyjnych pochłonął internet, lecz niegdyś umowy licencyjne zawierano na kopy. Powróćmy jednak do książek, a może raczej książek powiązanych tudzież towarzyszących, bo literatura szybciutko została zaprzęgnięta do roboty na rzecz Hollywood. Tyle że u zarania tego procederu wydawała się służyć innym celom niż obecnie. Znaczy się cel nadrzędny cały czas pozostaje ten sam – sprzedawać i reklamować – lecz odłóżmy sarkazm na bok.

Pionier George

Powieściowe adaptacje materiału filmowego to żadne novum, ale wydaje się, że dopiero początek ery nowoczesnego blockbustera, który datujemy roboczo, lecz całkiem trafnie, na końcówkę lat siedemdziesiątych, kiedy to swoją premierę miały między innymi „Gwiezdne wojny”, dał przyczynek do rozrysowania prawdziwie skoordynowanych działań marketingowych. George Lucas okazał się bowiem nie tylko wizjonerem, ale i specem od sprzedaży, a jego pomysł obejmował również wydanie książki. Kupiło ją jakieś pół miliona obywateli amerykańskich. Nic dziwnego, przecież chodzi o ogromny hit kinowy, prawda? Otóż nie. Lucas książkę wypuścił pół roku przed premierą filmu. Bodaj na miesiąc przed owym wydarzeniem wydano też komiksy. To materiał na zupełnie osobny artykuł, bo przecież z czasem czarodziej George stworzył całe literackie uniwersum niezależne i równe temu kinowemu, ale przywołuję to wszystko na dowód, że przykład „Gwiezdnych wojen” uzmysłowił studiom filmowym pewną rzecz: na tie-inach da się nie tylko zarobić, ale i podtrzymać dzięki nim żywotność produktu.

Przeczytać film

Świetnie rozeszły się także książki bazujące na scenariuszach „Obcego” czy „Star Treka”. U nas, jak mi się wydaje, podobne rzeczy nigdy specjalnie popularne nie były (interludium: sam nie przeczytałem nigdy powieści na podstawie „Batmana” Tima Burtona, która przestała na mojej półce całe czasy szkolne), lecz da się wyjaśnić ich powodzenie. Chodziło nie tylko o rozwinięcie charakterystyki postaci poprzez, dajmy na to, introspekcje albo wyjaśnienie tej czy owej niejasności, lecz także powtórne przeżycie kinowego seansu. Mówimy przecież o czasach sprzed streamingu, płyt DVD i kaset VHS. I gdy kina żegnały dany film, powtórzyć pożądane doświadczenie można było jedynie poprzez rozmowę z kumplami, wysłuchanie ścieżki dźwiękowej albo przeczytanie książki tudzież kupno innego tie-ina. I wydaje się, że dzisiaj, kiedy zdarza mi się oglądać świeżą kinową premierę na samolotowym ekraniku jeszcze za czasu jej repertuarowej bytności, podobne adaptacje nie mają już racji bytu. Bynajmniej. Powieściowa „Godzilla” z 2014 roku trafiła nawet na osiemnaste miejsce lipcowego notowania bestsellerów „New York Timesa”.

Zdziwniej i zdziwniej

Przyznaję, że nie potrafię tego fenomenu ogarnąć rozumem, bo takowe publikacje są raczej redundantne, to przecież ewidentne chałtury, każące autorowi podążać koleinami wyżłobionymi przez studio filmowe, które nie pozwoli nikomu zabrać wychuchanego dzieciątka nawet na huśtawkę. Lecz tie-iny to nie tylko przerobione scenariusze. Napomknąłem już o utkanym przez Lucasa całym książkowym uniwersum i takowe przez cały czas się wykluwają, tylko na mniejszą skalę, co chyba oczywiste, bo trudno dorównać rozmachowi „Gwiezdnym wojnom”. Nawet myśląc o nowościach wydawniczych z naszego rynku, wystarczy spojrzeć, że rychła premiera trzeciego sezonu „Stranger Things”, serialu Netflixa unurzanego przecież w popkulturze, zachęciła parę oficyn do kupna odpowiedniej licencji i wydrukowania paru(nastu?) tysięcy egzemplarzy powieści rozwijających telewizyjny świat i przeznaczonych bezpośrednio dla grona fanowskiego. Poradnia K na początek lipca szykuje już drugą powieść o Jedenastce i jej przyjaciołach z Hawkins, nie próżnuje też Ulitmate Comics. Mniej lub bardziej obszernych literackich rozszerzeń doczekały się też gry, jak „Gears of War” „Mass Effect” czy „Assassin's Creed”, i zdaje się, że owe światy są bardziej pojemne niż te filmowe, bo nie są związane z nimi aż tak rygorystyczne ograniczenia. Oczywiście licentia poetica zawsze ma swoje granice, bo nie można naruszyć fabularnego szkieletu budowanego przez kolejne odsłony danej serii. Czasem może dojść też do sytuacji cokolwiek kuriozalnych, bo kiedy ogłoszono prace nad reaktywacją „Z archiwum X”, cała budowana latami komiksowa seria, której polską edycję zacząłem tłumaczyć, okazała się… do wyrzucenia.

Tie-iny traktuję jako świecką tradycję, z którą nie wypada zerwać, bo koszta produkcji są tak naprawdę nieduże, a stopa zwrotu całkiem spora. Nawet jak ktoś książki nie kupi, to czasem wystarczy, że rzuci okiem na księgarnianą półkę i przypomni sobie o filmie. Ot, taka kolorowa ulotka reklamowa: dla czytelnika raczej bezwartościowa, dla kolekcjonera jednak może być cenna.

Reklama

komentarze [8]

Sortuj:
Dodaj wypowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

40
0
19.06.2019 13:20

Zapraszam do dyskusji.


1253
126
20.06.2019 14:39

No w porządku ale nie wiem za bardzo jaka jest pointa tego artykułu.


3718
3480
20.06.2019 17:48

Pierwsza Miłość jako książka,czemu nie.


560
128
24.06.2019 22:03

Mnie przeraża już oryginał, a co dopiero jego nowelizacja. Tego horroru bym nie przetrwał. Strach się bać!!!


Dodaj odpowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

73
0
22.06.2019 23:07

Szkoda że kwestia książek w świecie, ale nie na podstawie filmów została tylko poruszona. A przecież np. Trylogia Thawna Timothy Zahn wprowadza rasy, światy, wątki, które pojawiają się w filmach, animacjach z serii Star Wars. Niby takie książeczki przy okazji, a potrafią zmienić całą serię.
Że swojej strony mogę polecić książki na...

więcej

1253
126
23.06.2019 13:03

To prawda. Nowelizacje często pozwalają doprecyzować bądź rzucić nowe światło na rzeczy których w filmie nie da się przekazać używając jedynie obrazu i dialogu.


Dodaj odpowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

560
128
24.06.2019 22:34

Przypadek "Z Archiwum X" nie jest niestety osamotniony. Cóż uczynił Disney po zakupieniu od Lucasa praw do Gwiezdnych Wojen? Ogłosił, iż wszystko poza dwoma filmowymi trylogiami (i bodajże jakimiś serialami animowanymi) jest "niekanoniczne" i zwać się będzie "legendami". Krótkim oświadczeniem pozamiatali całe Expanded Universe przygotowując sobie czyściutkie poletko do...

więcej

511
164
25.06.2019 08:10

Wrota Baldura! Nie mogłem skojarzyć tytułu z książką, tylko Forgotten Realms pamiętałem - zrobiłeś mi dzień, dzięki :D


Dodaj odpowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

zgłoś błąd