Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz

Na półkach: , ,

O matko, co to była za przygoda… Całkowity rollercoaster emocji od samego początku do końca. Czekanie na 4 tom po takim zakończeniu będzie absolutnym koszmarem.

O matko, co to była za przygoda… Całkowity rollercoaster emocji od samego początku do końca. Czekanie na 4 tom po takim zakończeniu będzie absolutnym koszmarem.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Ta książka mogłaby być mailem. Waste of time.

Ta książka mogłaby być mailem. Waste of time.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Matko jedyna, ależ mnie wymęczyła ta książka... Byłam bliska porzucenia jej już w połowie.

Matko jedyna, ależ mnie wymęczyła ta książka... Byłam bliska porzucenia jej już w połowie.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Link do pełnej opinii: http://zlodziejka-ksiazek.blogspot.com/2018/07/tancerze-burzy-jay-kristoff.html

Dosyć długo zastanawiałam się co tak naprawdę powinnam napisać o tej książce, ponieważ na dobrą sprawę - gdybym tylko chciała - zmieściłabym się w jej opinii zaledwie w kilku zdaniach. Nie dlatego, iż brakuje mi słów zdolnych do opisania tej opowieści. Powodem tego jest pewnego rodzaju miałkość tej powieści, jej niczym niewyróżniający się bohaterowie, opisane w niej przygody, które tak naprawdę giną w tłumie wszechobecnych aktualnie powieści młodzieżowych z gatunku fantastyki. Nie będę ukrywać, iż po „Tancerzach Burzy” oczekiwałam czegoś znacznie bardziej nietuzinkowego.

Musiała minąć ponad połowa powieści, żebym była w stanie w wystarczająco dużym stopniu zaangażować się w tę historię, aby nie odłożyć jej na półkę. Ponad połowa - to znacznie więcej, na co moja cierpliwość co do zasady pozwala. Uważam, że jest to nie tylko wina mało angażujących moją uwagę wydarzeń, ale także ilość opisów świata przedstawionego, którym w pewnych momentach Jay Kristoff zdawał się poświęcić bez reszty. I o ile takie rozbudowane opisy są w literaturze czymś jak najbardziej przeze mnie pożądanym, tak przesadna skrupulatność już wręcz przeciwnie - nadmierne poświęcenie uwagi nad detalami sprawia, że bardzo szybko zaczynam tracić cierpliwość i odpływać myślami gdzieś bardzo daleko podczas czytania, co też kilkukrotnie miało miejsce w trakcie tej lektury. (...)

Link do pełnej opinii: http://zlodziejka-ksiazek.blogspot.com/2018/07/tancerze-burzy-jay-kristoff.html

Dosyć długo zastanawiałam się co tak naprawdę powinnam napisać o tej książce, ponieważ na dobrą sprawę - gdybym tylko chciała - zmieściłabym się w jej opinii zaledwie w kilku zdaniach. Nie dlatego, iż brakuje mi słów zdolnych do opisania tej opowieści. Powodem tego jest...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Ta książka jest tak melodramatyczna i infantylna, że czytanie jej było dosłownie drogą przez mękę. Nie mam pojęcia jakim cudem udało mi się przebrnąć przez bohaterów, których definiował tylko i wyłącznie ich smutek, przez do bólu pretensjonalny i przedramatyzowany styl, pełen płytkich, "filozoficznych" myśli oraz przez tą zabójczą wręcz szablonowość. Tak wiele osób polecało mi książki tej autorki, byłam pewna, że znajdę w tej powieści coś dla siebie. "Kochając pana Danielsa" to po prostu niesamowity gniot, bardzo żałuję straconego czasu, spędzonego z tą książką.

Ta książka jest tak melodramatyczna i infantylna, że czytanie jej było dosłownie drogą przez mękę. Nie mam pojęcia jakim cudem udało mi się przebrnąć przez bohaterów, których definiował tylko i wyłącznie ich smutek, przez do bólu pretensjonalny i przedramatyzowany styl, pełen płytkich, "filozoficznych" myśli oraz przez tą zabójczą wręcz szablonowość. Tak wiele osób polecało...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Recenzja na blogu: http://zlodziejka-ksiazek.blogspot.com/2017/08/zaklinacz-ognia-cinda-williams-chima.html

Cinda Williams Chima jest autorką, którą znam od kilku dobrych lat za sprawą dwóch innych napisanych przez nią serii - „Siedem Królestw”, której akcja toczy się na 20 lat przed wydarzeniami z „Zaklinacza ognia”, drugą natomiast są „Kroniki Dziedziców”. Obie z nich poznałam jedynie za sprawą pierwszych tomów i o ile „Dziedzic wojowników” (pierwszy tom „Kronik...”) kompletnie nie przypadł mi do gustu, tak „Król demon” naprawdę mocno mnie zachwycił. Dlatego też jestem tak bardzo zaskoczona rozczarowaniem, jakim okazał się być „Zaklinacz ognia”, ponieważ wydawało mi się, że sukces „Króla demona” automatycznie zwiastuje sukces „Zaklinacza...”. Niestety, nie mogłam być w większym błędzie.

Powieść opowiada o losach dwójki bohaterów. Adrian jest synem Wielkiego Maga, który pewnego dnia staje się świadkiem morderstwa swojego ojca. Przepełniony nienawiścią poprzysięga zemstę na mordercach i poświęca się całkowicie nauce trucizn. Jenna natomiast od lat zmuszana jest do pracy w kopalniach miasta Delphi, kiedy jednak widzi, jak żołnierze króla Ardenu mordują jej przyjaciół, postanawia przyłączyć się do buntowników i walczyć o wolność swojego miasta. Losy bohaterów splatają się w najmniej oczekiwanym momencie, kiedy Jenna jest o krok od śmierci, a Adrian coraz bliżej celu, którego za wszelką cenę pragnie osiągnąć.

Mój największy problem z „Zaklinaczem ognia” polega na tym, że powieść ta jest po prostu boleśnie nudna. Kiedy raz za razem spotykałam się z opiniami, że jest to bardzo nieciekawa książka, postanowiłam je ignorować, liczyłam na to, że moje wrażenia będą inne, że szczęśliwie nie podzielę krytyki większości osób, które miały tę książkę w rękach. Niestety jednak muszę przyznać im rację, tempo „Zaklinacza...” jest bowiem niesamowicie mozolne, a i zdecydowana większość wydarzeń nie zrobiła na mnie najmniejszego wrażenia. Nie było tutaj momentu, który choć odrobinę by mnie zaciekawił, który sprawiłby, żebym zapragnęła poznać dalszy ciąg tej historii. Co więcej, nie dobrnęłam jeszcze nawet do połowy książki, a jedyne o czym myślałam, to o tym, aby jak najszybciej odłożyć ją na półkę.

Wiąże się z tym również fakt, że – pomimo tego, iż bardzo się starałam – nie byłam w stanie wystarczająco mocno skupić się na tej książce, aby wiedzieć, co dokładnie się dzieje, strona po stronie. Wielokrotnie odpływałam myślami gdzieś daleko, pewne sceny czytałam po łebkach, a gdy docierało do mnie, że nie za bardzo kojarzę, co się właśnie wydarzyło, mimo wszystko nie kłopotałam się z czytaniem danego fragmentu ponownie. „Zaklinaczowi ognia” kompletnie nie udało się przykuć mojej uwagi, nie byłam w stanie nawet w najmniejszym stopniu zaangażować się w opisywaną przez autorkę historię, co jest nie tylko wywołane mało efektywnymi wydarzeniami.

Powodem tego są również bardzo kiepsko wykreowani bohaterowie, postacie zarysowane tak słabo i mało wyraziście, że zlewają mi się one w jedno. Autorka poskąpiła im charakterystyki, przez co mam wrażenie, jakby posiadali oni zaledwie jedną cechę charakteru, wokół której zbudowano całą resztę ich osobowości. Wezmę na przykład Gerarda, króla Ardenu – typowy czarny charakter tej powieści, postać tak przerysowana, że staje się karykaturą samego siebie. Autorka popadła w niesamowity schemat kreując tego bohatera, wyszedł jej niesamowicie kiepski villain, całkowicie pozbawiony charyzmy, który wzbudzał we mnie śmiech i politowanie, zamiast powodować niepokój.

To może się wydać dziwne, ale czytając tę książkę miałam wrażenie, że bohaterowie wcielają się w aktorów, bowiem ich zachowania były niesamowicie, do bólu wręcz teatralne. Czułam się tak, jakbym oglądała sztukę teatralną, bo naprawdę w pewnych momentach reakcje postaci były tak bardzo wystudiowane, tak nierzeczywiste i infantylne, że nie byłam w stanie wczuć się w rozgrywające się na kartach tej książki wydarzenia. Nie, kiedy bohaterowie zachowywali się tak sztucznie i niepoważnie, że będąc w trakcie czytania nie mogłam wręcz powstrzymać się od przewracania oczami.

Kiedy zabieram się za lekturę książki fantastycznej, czego najbardziej nie mogę się doczekać to kreacja świata. Niesamowicie cieszy mnie ta cudowna możliwość poznania nowych krain, nowych miast, społeczności i wątków politycznych. W „Zaklinaczu ognia” przedstawienie tych elementów jest niestety na bardzo niskim poziomie, ponieważ pomimo przeczytania tej powieści od deski do deski tak naprawdę nie jestem w stanie napisać o świecie wykreowanym przez autorkę nic konkretnego. Cinda Williams Chima dosyć powierzchownie przedstawia tylko jeden naród, jego władcę, pewne miasto, w którym dochodzi do zamieszek, wyrywkowo wspomina o uniwersytecie, na którym uczy się główny bohater, od czasu do czasu mówi również o toczącej się walce o władzę między Ardenem a Fellsmarchem. O co dokładnie chodzi? Chyba tylko sama autorka jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie, szkoda jednak, że nie raczyła podzielić się tą odpowiedzią z czytelnikami i trochę bardziej zagłębić w powyższe zagadnienia.

Jestem niesamowicie rozczarowana tą powieścią i szczerze mówiąc bardzo żałuję, że zdecydowałam się na jej przeczytanie. Niestety nie odnalazłam w niej nic, co mogłoby mnie w jakikolwiek sposób usatysfakcjonować. Nie tylko powyższe elementy okazały się być bardzo dużym rozczarowaniem, mocno zawiódł mnie również wątek miłosny w tej książce, gdyż uczucie między bohaterami rozwija się tutaj stanowczo zbyt szybko, opierając na takim typowym insta-love, gdzie postacie widząc się po raz pierwszy, od razu zaczynają pałać wobec siebie uczuciem. Naprawdę ciężko jest mi uwierzyć, że jest to powieść napisana przez doświadczoną pisarkę, a nie wyjątkowo nieudany debiut osoby, która dopiero próbuje swoich sił w pisarstwie. Jedno jest jednak pewne, po kontynuację „Zaklinacza ognia” zdecydowanie nie sięgnę.

Recenzja na blogu: http://zlodziejka-ksiazek.blogspot.com/2017/08/zaklinacz-ognia-cinda-williams-chima.html

Cinda Williams Chima jest autorką, którą znam od kilku dobrych lat za sprawą dwóch innych napisanych przez nią serii - „Siedem Królestw”, której akcja toczy się na 20 lat przed wydarzeniami z „Zaklinacza ognia”, drugą natomiast są „Kroniki Dziedziców”. Obie z nich...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Recenzja na blogu: https://zlodziejka-ksiazek.blogspot.com/2017/08/zgromadzenie-cieni-ve-schwab.html

Jeżeli czytaliście moją opinię o „Mroczniejszym odcieniu magii” to wiecie dobrze, że spodziewałam się po tej książce czegoś odrobinę więcej, zwłaszcza biorąc pod uwagę tak pozytywne recenzje zagranicznych czytelników tej powieści. Mimo wszystko pierwszą część oceniłam na plus, jednak przyznaję, że moje oczekiwania względem kontynuacji nie były już tak wysokie – po tym małym rozczarowaniu podeszłam do „Zgromadzenia cieni” z dużym dystansem i pewną nawet podejrzliwością, nie byłam bowiem pewna, czy i w przypadku drugiej części tej trylogii nie spotka mnie czasem jakiś zawód. I szczerze mówiąc naprawdę się cieszę, że powstrzymałam swój entuzjazm, bo dzięki temu odłożyłam tę powieść na półkę z bardzo dużą satysfakcją.

Minęły cztery miesiące od tragicznych wydarzeń w Czerwonym Londynie, które odcisnęły piętno na każdym z bohaterów. Rhy nie jest już tak beztroski, jak był kilka miesięcy temu, Kella nieustannie dręczą wyrzuty sumienia, Lila natomiast postanowiła ruszyć własną drogą, aby odciąć się od niedawnych wydarzeń. Czy istnieje jednak szansa powrotu do normalności? Czy są nią zbliżające się Igrzyska Żywiołów – międzynarodowy turniej mający za zadanie zachować dobre stosunki między sąsiadującymi ze sobą narodami? Kiedy ludność Czerwonego Londynu oddaje się świętowaniu, w Białym Londynie zaczyna powstawać coś bardzo niepokojącego i znacznie potężniejszego, niż śmieliby przypuszczać.

Pierwszy tom tej trylogii nie od razu mnie wciągnął, trochę mi zajęło zaznajomienie się ze światem wykreowanym przez autorkę i zaangażowaniem w rozgrywające się na kartach tej powieści wydarzenia. Pod tym względem „Zgromadzenie cieni” wypada znacznie lepiej, bowiem ta książka już od pierwszych stron niesamowicie mnie wciągnęła i pomimo tego, iż rozpoczyna się ona od wydarzeń, których główną postacią jest Lila Bard, bohaterka bardzo mnie irytująca (w dalszych akapitach wyjaśnię dlaczego), to jednak nie miałam najmniejszego problemu z tym, aby wraz z nią rzucić się w wir toczącej się akcji.

Bowiem to właśnie fabuła tej książki jest jej największym atutem – wydarzenia pełne niebezpieczeństw, sytuacje niesamowicie humorystyczne oraz momenty pełne niewiadomych, kiedy na dobrą sprawę czytelnik nie ma pojęcia, co tak właściwie za chwilę się wydarzy i w jakim stopniu odbije się to na bohaterach tej książki. Autorka naprawdę lubi zwodzić czytelnika, bo kiedy ma się wrażenie, że dana sytuacja nie będzie niosła ze sobą żadnych konsekwencji, nagle okazuje się, że ma ona niesamowite znaczenie dla przyszłych wydarzeń oraz przede wszystkim dla losów postaci, którzy z każdą przewróconą kartką zdają się stąpać ku coraz bardziej stromej krawędzi. Uwielbiam tę powieść za to, jak bardzo trzymała mnie w napięciu, z jaką łatwością pozwoliła mi na zaangażowanie się w rozgrywające się na jej kartach wydarzenia oraz z jaką przekorą zaskakiwała mnie coraz bardziej, stawiając mnie w obliczu sytuacji, których naprawdę się nie spodziewałam.

„Miał w sobie dziecinną intensywność kogoś, kto z całych sił pragnie, by świat był bardziej niezwykły, niż jest w rzeczywistości. I dlatego wierzył w magię.”

Pomimo tego, że w „Zgromadzeniu cieni” mniej jest poruszania się między równoległymi światami, co natomiast spowodowane jest wydarzeniami z poprzedniego tomu, które odcisnęły naprawdę duże piętno na Kellu, to jednak powieść ta bogata jest w kilka innych, bardzo ciekawych elementów. Jednym z nich z pewnością jest turniej, który ma za zadanie wyłonić najbardziej utalentowanego maga spośród krain biorących udział w tzw. Igrzyskach Żywiołów. Szczerze przyznam, że motyw takich imprez występujących w literaturze chyba nigdy mi się nie znudzi, gdyż niezmiennie dostarcza mi on niesamowitej wręcz ilości rozrywki. Tak właśnie jest w przypadku tej książki, bowiem nie tylko dodaje on jeszcze większą ilość ekscytujących wydarzeń, ale także w świetny sposób pokazuje różnorodność wykreowanego przez autorkę świata, pozwala na zgłębienie nieco bardziej politycznego aspektu tej książki, uwydatnia cechy, którymi charakteryzują się inne narodowości, dzięki czemu cały ten fikcyjny świat nabiera znacznie więcej ciekawszych barw.

Kolejnym elementem jest system magiczny, który w tej części zostaje znacznie lepiej przedstawiony, autorka bardzo fajnie i wyczerpująco przedstawia zasady, które w nim panują i konsekwencje, które mogą spotkać postacie, gdy któreś z tych zasad zostaną złamane. Cieszy mnie to, że V.E. Schwab poświęciła trochę czasu na zapoznanie czytelnika z magią tego świata i że zrobiła to w tak totalnie satysfakcjonujący sposób, który nie pozostawił mi miejsca na jakiekolwiek domysły czy niedopowiedzenia.

Po przeczytaniu „Mroczniejszego odcienia magii” nie czułam się przywiązana do żadnego z bohaterów, żadna postać nie stała mi się tak naprawdę bliska, nad czym bardzo ubolewałam. W tej części uległo to dosyć drastycznej zmianie, ponieważ nie dość, że polubiłam większość ważniejszych postaci, które pojawiły się w tej książce, to jeszcze niemalże natychmiastowo pokochałam bohatera, który ledwo co pojawił się w „Zgromadzeniu cieni”, a już całkowicie skradł moje serce. Moja sympatia względem tych starszych postaci z całą pewnością spowodowana jest tym, iż ich charaktery zostały przez V.E. Schwab znacznie lepiej wyeksponowane, bohaterowie stali się bardziej wielowymiarowi, a wydarzenia mające miejsce kilka miesięcy temu sprawiły, iż ich charaktery ewoluowały i nabrały głębi. Dzięki temu dużo łatwiej mogłam się z nimi utożsamić, jak chociażby w przypadku Kella, którego sytuacja w tej książce, stosunek innych postaci względem niego dosłownie łamał mi serce, a także w przypadku Rhy'a, który od tej pory jest jednym moich ulubionych bohaterów literackich.

„Poczuł obce i zupełnie niespodziewane pragnienie wywołania awantury, dzięki czemu mógłby zobaczyć, jak na widok jego prawdziwej mocy ich rozbawienie zmienia się w strach.”

Niestety nie udało się to w przypadku Lili Bard, która jak irytowała mnie w pierwszym tomie, tak irytuje mnie teraz. O ile wcześniej było to spowodowane głównie jej niemożliwą lekkomyślnością i nierozwagą, tak tutaj doszły ku temu dwa kolejne powody, które niestety całkowicie przekreśliły dla mnie tę postać. Nie podoba mi się to, że autorka poszła w klasyczny schemat „innej niż wszystkie”, stawiając Lilę ponad wszystkimi innymi kobietami, wyróżniając ją na ich tle do tego stopnia, że postać ta wydaje się być z jakiegoś niewiadomego dla mnie powodu wyjątkowa. Z jakiego? To jest właśnie bardzo dobre pytanie, bowiem autorka wielokrotnie podkreśla, że pod pewnymi względami Lila jest lepsza niż inni ludzie, nie popierając tego żadnymi dowodami, tak jakby próbowała na siłę wcisnąć mi wyższość tej postaci nad innymi ludźmi. Bardzo nie lubię, gdy autor czy autorka postępuje w ten sposób, ponieważ naprawdę z łatwością potrafię samodzielnie ocenić wartość danej postaci i nie potrzebuję nikogo, kto będzie mnie ku temu przekonywał i usilnie próbował udowodnić, że ta konkretna postać jest w jakiś sposób inna lub lepsza niż reszta społeczeństwa – a to właśnie próbowała kilkukrotnie zrobić V.E. Schwab.

Podczas recenzowania „Mroczniejszego odcienia magii” wspomniałam, iż wielkim atutem tej książki jest dla mnie brak wątku romantycznego, co niestety w „Zgromadzeniu cieni” ulega zmianie. Przez dłuższy czas starałam się ignorować wyraźne wskazówki autorki, że taki wątek może się pojawić, szczerze mówiąc próbowałam zgrywać naiwną i wierzyć, że V.E. Schwab nie pójdzie jednak tą drogą i pozostawi relację bohaterów taką, jaka była, ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu jednak nie mogła się oprzeć, aby nie dodać tutaj odrobiny miłości. Z jakiegoś powodu wyjątkowo mocno denerwował mnie ten wątek w tej powieści, ponieważ jak dla mnie jest on tutaj kompletnie niepotrzebny, pozbawiony jakiejkolwiek chemii i dodany chyba tylko ku zadowoleniu tych czytelników, dla których pojawienie się takiego wątku determinuje to, czy dana powieść jest interesująca, czy też nie.

Pomimo tych dwóch ostatnich minusów oceniam tę książkę bardzo pozytywnie, bo na dobrą sprawę spędziłam z nią rewelacyjny czas. Co więcej, chyba wreszcie udało mi się zrozumieć, dlaczego tak wiele osób uwielbia twórczość tej autorki, bo być może nie jestem w niej zakochana tak, jak niektórzy czytelnicy, ale jednak widzę ten niesamowity potencjał i dostrzegam przede wszystkim umiejętność kreowania naprawdę porywającej akcji oraz cudownie bogatego, pełnego detali świata, którego wręcz nie chce się opuszczać. Wielkim plusem „Zgromadzenia cieni” jest też to, że kończy się ono w tak pełen niedopowiedzeń i niewiadomych sposób, że gdybym tylko miała trzecią część pod ręką, prawdopodobnie już w tej chwili zabrałabym się za jej lekturę. I jak ja mam teraz wytrzymać do premiery zakończenia tej trylogii?!

Recenzja na blogu: https://zlodziejka-ksiazek.blogspot.com/2017/08/zgromadzenie-cieni-ve-schwab.html

Jeżeli czytaliście moją opinię o „Mroczniejszym odcieniu magii” to wiecie dobrze, że spodziewałam się po tej książce czegoś odrobinę więcej, zwłaszcza biorąc pod uwagę tak pozytywne recenzje zagranicznych czytelników tej powieści. Mimo wszystko pierwszą część oceniłam na...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Recenzja na blogu: http://zlodziejka-ksiazek.blogspot.com/2017/07/gebia-challengera-neal-shusterman.html

Neal Shusterman jest autorem, którego znam już od kilku dobrych lat, jednak jedynie z dwóch opublikowanych wcześniej powieści: pierwszego tomu duologii „Podzieleni” oraz książki „Strych Tesli”, którą napisał wspólnie z Erikiem Elfmanem, a która – co podkreślałam w wielokrotnie w różnych postach – jest jedną z najciekawszych przeczytanych przeze mnie książek. Pomimo tego, że moje doświadczenie z twórczością Shustermana jest niewielkie, to jednak niesamowicie cenię sobie jego pióro i z przyjemnością obserwuję rozwój jego kariery pisarskiej, tym samym bez najmniejszego zawahania sięgnęłam po „Głębię Challengera”, powieść tak niesamowicie różną od jego wcześniej opublikowanych dzieł.

Historia opowiada o Cadenie Boshu, zdolnym nastolatku, który z jednej strony jest wrażliwym i uzdolnionym artystycznie uczniem liceum, z drugiej natomiast coraz bardziej pogrążającym się w otchłani, poszukiwaczu pragnącym zbadać tajemnicę Głębi Challengera, najgłębiej położonego punktu Rowu Mariańskiego. Z każdą chwilą coraz mocniej popadający w paranoje i halucynacje chłopak próbuje walczyć z tym, co prawdziwe, a tym, co jest jedynie ułudą, nie mającą z rzeczywistością nic wspólnego.

Przyznam szczerze, że nie od początku wgryzłam się w tę książkę, jej pierwsze kilkadziesiąt stron było dla mnie niemałym orzechem do zgryzienia, ponieważ wciągnięcie się w tą opowieść szło mi dosyć opornie. Nie wiem czy jest to spowodowane sposobem przedstawienia całej tej historii czy może tematyką tej książki, jednakże dopiero po dobrych kilkudziesięciu stronach dałam jej się porwać i ujrzałam tkwiące w niej bolesne piękno, o którym pisało przede mną bardzo wielu innych czytelników.

„Martwe dzieci stawia się na piedestale, a te chore psychicznie zamiata się pod dywan.”

„Głębia Challengera” przedstawiona jest w dwojaki sposób, bowiem co jakiś czas fragmenty z codziennego życia Cadena przeplatane są z fragmentami, w których główny bohater jest uczestnikiem morskiej podróży mającej na celu zbadanie tytułowej Głębi Challengera. Przeplatanie się tych dwóch światów powoduje, że powieść Shustermana nabiera zupełnie innego znaczenia, przepełniona jest ona cudownymi metaforami, niedopowiedzeniami oraz często bardzo krótkimi refleksjami Cadena, które sprawiły, że powieść ta uderzyła prosto w sam środek mojego serca, pozostawiając mnie po jej odłożeniu z uczuciem niesamowitego otępienia.

Co najbardziej spodobało mi się w tej powieści to fakt, że nie próbuje ona w żaden sposób pouczać czytelnika, a styl autora daleki jest od jakiegokolwiek moralizowania, którego w literaturze tak bardzo nie lubię. Shusterman w niesamowicie szczery, nieprzekoloryzowany sposób przedstawia dokładnie to, jak wygląda sytuacja osoby, która z każdym dniem coraz bardziej pogrąża się w otchłani, z której nie ma ucieczki. Autor zarysowuje bardzo realną i brutalną jednocześnie sytuację rodziny, która robi wszystko, aby pomóc ukochanej osobie, sytuację przyjaciół, którzy nie mają początkowo pojęcia, co dokładnie się dzieje, ale przede wszystkim przedstawia sytuację chorej osoby, która jest tak bardzo bezradna w obliczu niesamowicie zmieniającego się dla niej świata.

„Mimo wszystko, skoro trzeba stanąć o włos od śmierci tylko po to, żeby wołać o pomoc, to coś gdzieś jest nie tak. Albo od początku krzyczałeś za cicho, albo ludzie wokół ciebie są ślepi i głusi. Przez co wydaje mi się, że to nie tylko wołanie o pomoc – ale raczej o to, żeby być traktowanym serio. Wołanie: „Tak bardzo cierpię, że świat chociaż raz musi się dla mnie gwałtownie zatrzymać”.”

Podczas czytania „Głębi Challengera” pękało mi serce i piszę to z całkowitą szczerością – ta książka totalnie rozłożyła mnie na łopatki. Gdy w końcu po tych kilkudziesięciu stronach udało mi się w pełni wgryźć w opisywaną przez autora historię, reszta lektury była jazdą bez trzymanki. Wielokrotnie roniłam łzy nad losem głównego bohatera, wielokrotnie również miałam ochotę krzyczeć z bezsilności, gdy przypominałam sobie, jak bardzo niesprawiedliwie traktowane i spychane poza margines są osoby z zaburzeniami psychicznymi. I może nie sposób przedstawienia tej historii jest tak bardzo niesamowity, co jednak ta niemożliwa do opisania paleta emocji, którą książka dostarcza. Strach, bezsilność, obezwładniający smutek, żal, szok – to tylko niektóre z wrażeń, których doświadczyłam podczas lektury i naprawdę nie mogę uwierzyć, że musiałam czekać tak długo na książkę, która całkowicie, w 100% sprawiła, iż po jej przeczytaniu jedyne co byłam w stanie przez dłuży czas robić to patrzeć się tępo w ścianę, próbując opanować tę gamę emocji, które towarzyszyły mi podczas czytania.

Warto również wspomnieć, iż historia Cadena Bosha, chłopca żyjącego w dwóch światach, nie jest utworem fikcyjnym, o czym pod koniec książki pisze sam Shusterman. Wzorowana jest ona bowiem na losach Brandona Shustermana, syna autora, który zmagał się z takimi samymi przeszkodami, co główny bohater tej powieści. Sprawia to, że „Głębia Challengera” jest czymś niesamowicie osobistym, co zasługuje na jeszcze większy szacunek.

Recenzja na blogu: http://zlodziejka-ksiazek.blogspot.com/2017/07/gebia-challengera-neal-shusterman.html

Neal Shusterman jest autorem, którego znam już od kilku dobrych lat, jednak jedynie z dwóch opublikowanych wcześniej powieści: pierwszego tomu duologii „Podzieleni” oraz książki „Strych Tesli”, którą napisał wspólnie z Erikiem Elfmanem, a która – co podkreślałam w...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Recenzja na blogu: http://zlodziejka-ksiazek.blogspot.com/2017/07/bez-serca-marissa-meyer.html

Jeżeli jest się fanem młodzieżowej fantastyki to naprawdę ciężko jest nie usłyszeć o Marissie Meyer, autorce „Sagi Księżycowej”, która zachwyciła naprawdę wielu czytelników. Ja sama niestety nie miałam okazji jeszcze jej poznać (co na pewno nadrobię!), jednak pozytywne recenzje książki „Bez serca” sprawiły, że nie byłam w stanie przejść obok tej powieści obojętnie i to właśnie ją wybrałam jako swoją pierwszą lekturę, rozpoczynającą przygodę z twórczością tej autorki. Przygodę, która swoją drogą na tę chwilę zapowiada się fenomenalnie, gdyż „Bez serca” totalnie zawróciło mi w głowie.

W powieści tej poznajemy przeszłość Królowej Kier, postaci, która budziła postrach w praktycznie każdym mieszkańcu tej zaczarowanej krainy. Zanim jednak stała się zimna i bezwzględna, była ona najzwyklejszą nastolatką z głową pełną marzeń, pragnącą szczęścia, otwarcia uroczej cukierni wraz ze swoją najlepszą przyjaciółką oraz śniącą o prawdziwej miłości. Niestety jednak jej rodzice mają zupełnie inne plany wobec swojej jedynej córki. Jak zakończy się próba wydania Catherine za mąż za Króla Kier, kiedy dosyć niepokorna dziewczyna nie przestaje marzyć o spełnieniu swojego największego pragnienia, a na jej drodze staje Figiel – tajemniczy błazen, z każdą chwilą coraz bardziej skradający jej serce? Czym okaże się prawdziwe uczucie w obliczu rodziców Catherine, zdających się doskonale wiedzieć, jak powinna wyglądać przyszłość ich dziecka?

Niech nie zmyli Was opis tej książki - „Bez serca” nie jest klasyczną opowieścią o niespełnionej miłości czy złamanych sercach. W powieści tej miłość oczywiście odgrywa bardzo dużą rolę, w końcu to jej tropem podąża czytelnik, krok po kroku odkrywając, dlaczego i jak właściwie Królowa Kier stała się tym, kim była w powieści Lewisa Carolla. Niemniej jednak drugie dno tej powieści zdecydowanie wysuwa się tutaj na pierwszy plan, już po odłożeniu książki brutalnie pozostawiając mnie w stanie dziwnego zawieszenia, przez co potrzebowałam dłuższej chwili, aby pozbierać myśli, zanim mogłam sięgnąć po następną książkę. „Bez serca” jest bowiem powieścią, którą przeżywa się naprawdę mocno, bo chociaż nie jest to powieść wysokich lotów, to jednak odciska ona na czytelniku bardzo silne piętno.

Bo tak naprawdę dla mnie jest to przede wszystkim opowieść o podążaniu za marzeniami, o próbie spełnienia ich za wszelką cenę, pomimo tego, iż często im bardziej zaciskamy na nich dłonie, tym bardziej wymykają nam się one przez palce. To historia o tym, aby być tym, kim naprawdę chcemy być i kim się czujemy, a nie tym, kim inne osobą chcą, byśmy się stali. To powieść o podążaniu wybraną przez siebie ścieżką ku bardzo niepewnej przyszłości, pełnej zakrętów i ślepych uliczek. „Bez serca” to powieść dosyć brutalna pod tym względem, iż bez skrępowania pokazuje czytelnikowi rzeczywistość, z jaką boryka się bardzo wiele osób – rzeczywistość bez happy endu, w której prawdopodobne dojście do celu to nieustanna droga pod górę. Szczerze mówiąc po odłożeniu tej książki na półkę czułam dziwną pustkę w sercu, z jaką jeszcze dawno się nie spotkałam.

Przez bardzo długi czas myślałam, że „Bez serca” niczym mnie nie zaskoczy, że doskonale potrafię przewidzieć, w jakim kierunku potoczy się akcja, co wydarzy się w kolejnych rozdziałach, bo na dobrą sprawę jeżeli znacie „Alicję w Krainie Czarów” Lewisa Carolla to także i Wy nie powinniście być tą historią zbyt mocno zaskoczeni. Autorce jednak mimo wszystko wielokrotnie udało się sprawić mi bardzo miłą niespodziankę w postaci dosyć nieprzewidywalnych wydarzeń, po których jedyne co mogłam robić to głośno krzyknąć, że „to przecież nie tak miało wyglądać!”. Jestem pod dużym wrażeniem tego, jaki obrót w pewnym momencie przybiera akcja i naprawdę cieszy mnie to, że „Bez serca” okazało się być dalekie od tak typowej, przewidywalnej powieści z gatunku fantastyki młodzieżowej.

Bardzo polubiłam bohaterów tej książki, niemalże wszyscy są naprawdę cudownymi postaciami, do których bardzo szybko zapałałam sympatią, jednak do główna bohaterka najbardziej zapadła mi w pamięć. Niesamowicie spodobało mi się to, że różni się ona od tak wielu w ostatnim czasie spotykanych przeze mnie postaci literackich (jeżeli chodzi o młodzieżówki oczywiście). Catherine to postać bardzo pewna siebie, pewna tego, co chce osiągnąć w życiu i do czego chce dążyć, co szczerze mówiąc bardzo mocno mi zaimponowało. Zachwyciła mnie jej gotowość do działania, do niesienia pomocy, do walki o swoją odrobinę lepszą przyszłość, niż ta, którą proponują jej rodzice, choć z drugiej strony zdecydowanie nie jest to postać pozbawiona wad. Catherine często bywała ślepa na uczucia innych osób, kilkakrotnie bezlitośnie krytykowała ich z różnych powodów, co nie raz naprawdę mocno mnie irytowało. Doceniam jednak kreację tej postaci, przedstawienie jej w tak rzeczywisty i naturalny sposób, bo choć Catherine chwilami naprawdę zachodziła mi za skórę, to jednak zdecydowanie bardziej wolę bohaterów, którzy nie są w 100% idealni i od czasu do czasu pokazują swoją gorszą stronę.

Powieść Marissy Meyer czytało mi się fenomenalnie – pod względem językowym i dzięki atmosferze panującej w tej książce jest to kawał naprawdę genialnej lektury. Dialogi między postaciami, opisywanie ich cudacznych zachowań, gestów, pełnych absurdu sytuacji – to wszystko wydało mi się być tak cudownie w klimacie książki Lewisa Carolla, że czytanie tej książki było naprawdę samą przyjemnością. Jej cudaczność i niesamowita urokliwość sprawiła, że w pewnym momencie zapragnęłam aż choć na chwilę znaleźć się w tej niesamowitej krainie, pełnej magii i czarów, która choć bywała bezwzględna, to jednak posiada w sobie coś, czemu zdecydowanie nie można się oprzeć.

Jeżeli tylko macie okazję to jak najbardziej zachęcam Was do sięgnięcia po tę książkę, która – mam nadzieję – oczaruje Was, porwie Was do swojego świata oraz skradnie Wam serce równie mocno, jak stało się to w moim przypadku. Sięgając po „Bez serca” naprawdę nie spodziewałam się tak udanej powieści, tak dobrze napisanej historii, zachwycającej akcji i cudownie wykreowanych postaci, myślałam raczej, że książka przejdzie obok mnie bez większego echa. Tak się na szczęście nie stało, przez co teraz dosłownie przebieram nogami w pełnym niecierpliwości oczekiwaniu na wydanie „Sagi Księżycowej” przez wydawnictwo Papierowy Księżyc, co mam nadzieję, że nastąpi jak najszybciej.

Recenzja na blogu: http://zlodziejka-ksiazek.blogspot.com/2017/07/bez-serca-marissa-meyer.html

Jeżeli jest się fanem młodzieżowej fantastyki to naprawdę ciężko jest nie usłyszeć o Marissie Meyer, autorce „Sagi Księżycowej”, która zachwyciła naprawdę wielu czytelników. Ja sama niestety nie miałam okazji jeszcze jej poznać (co na pewno nadrobię!), jednak pozytywne recenzje...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Link recenzji na blogu: http://zlodziejka-ksiazek.blogspot.com/2017/07/bad-mommy-tarryn-fisher.html

Jeszcze nawet nie było premiery tej książki, a „Bad Mommy” zbierała już – delikatnie to ujmując – tak pozytywne opinie, że obojętnie przejście obok niej wydawało się wręcz niemożliwe. Ja sama spojrzałam na tę powieść z naprawdę dużą dawką entuzjazmu, pomimo tego, że pierwsze spotkanie z twórczością tej autorki w postaci książki „Never Never” wypadło u mnie bardzo słabo, drugie natomiast tak tragicznie (po przeczytaniu powieści „Mimo moich win”), że – nie ukrywam – zaczęłam się tej książki trochę obawiać. Pomyślałam jednak, że być może w thrillerach autorka ta spisuje się nieco lepiej, że trzecie podejście do twórczości Tarryn Fisher okaże się być nieco bardziej udane. Fakt faktem „Bad Mommy” wypada znacznie lepiej niż wspomniane wyżej powieści, ale zdecydowanie nie jest to coś, czego oczekiwałam po tak ogromnym wychwalaniu tej książki, jakie miało miejsce w okolicach jej premiery.

Książka opowiada o losach Fig Coxbury, kobiety, która pragnie idealnego życia, idealnego domu oraz idealnego dziecka. Tak się składa, że wszystko to posiada rodzina mieszkająca w sądziedztwie, która nawet nie przypuszcza, jak wiele zmian nastąpi w ich z pozoru perfekcyjnym życiu po wpuszczeniu do niego Fig. Kobieta stanie się ich przyjaciółką, powierniczką, opiekunką, aż posiądzie to, czego pragnie najbardziej, a co posiadają jej nowi sąsiedzi.

Jako thriller „Bad Mommy” wypada niestety żałośnie słabo, nie posiada tych podstawowych elementów, które dobry (albo przynajmniej poprawny) thriller powinien posiadać, żeby utrzymać moje zainteresowanie. Nie czułam żadnego napięcia towarzyszącego tej historii, od samego początku do końca czytałam tę książkę bez żadnych większych emocji, a chwilami wręcz byłam tak zirytowana brakiem jakichś głębszych wrażeń, iż nie mogłam się doczekać, aż w końcu odłożę tę powieść na półkę. Zabrakło mi tutaj wydarzeń, które wywołałyby u mnie gęsią skórkę, nie towarzyszyła mi ani odrobina niepokoju wywołana tym, co na kartach tej książki wyprawiali jej bohaterowie – a przecież właśnie tego poszukiwałam, gdy zdecydowałam się na sięgnięcie po tę lekturę.

„Mój umysł jest jak komputer, na którym ktoś otworzył zbyt wiele programów. Jestem też po prostu bardzo inteligentna, a bardzo inteligentni ludzie mają dużo myśli, ale to są wszystko genialne myśli.”

Wyżej napisałam, że chwilami nie mogłam się doczekać, aż odłożę tę książkę na półkę – i faktycznie tak było, jednak nie z tego względu, że losy Fig, Jolene i Dariusa zaczęły mnie nudzić. Bo o ile „Bad Mommy” zbyt porywającą powieścią zdecydowanie nie jest, to jednak nie ukrywam, że czytało mi się ją całkiem przyjemnie. Z zaciekawieniem obserwowałam to, jak losy trójki głównych bohaterów splatały się coraz bardziej, jak bardzo toksyczne i szkodliwe stawały się łączące ich relacje, jednak było to jedynie uprzejme zainteresowanie, nic, co mogłoby sprawić, aby krew zaczęła szybciej krążyć w moich żyłach, a serce bić jak szalone w beznadziejnej próbie pogoni za tym, co działo się na kartach tej powieści.

Bo tempo akcji na dobrą sprawę nie jest zbyt zabójcze, cały czas miałam wrażenie, jakby autorka dążyła do jakiejś puenty, jakby wreszcie miało wydarzyć się coś, co będzie gwoździem do trumny bohaterów tej książki, a nic takiego ostatecznie nie miało miejsca. Koniec końców zmuszona byłam odłożyć tę książkę z uczuciem dużego rozczarowania nad brakiem porywających wydarzeń czy sytuacji, które sprawiłyby, abym nie mogła się od tej książki oderwać czy nawet przyklasnąć autorce i zachwycić się jej geniuszem, który spowodował, że powieść ta wydałaby się mi tak cudownie hipnotyzująca. Ani hipnotyzmu, ani porywającej akcji niestety tutaj nie było.

Mam dosyć mieszane uczucia jeżeli chodzi o bohaterów tej powieści, bo o ile aspekt psychologiczny „Bad Mommy” bardzo przypadł mi do gustu, tak ogólna kreacja postaci już nie bardzo. Mam na myśli to, że naprawdę spodobało mi się przedstawienie Fig, Jolene oraz Dariusa jako bohaterów negatywnych, pełnych wad, przeróżnych fiksacji czy obsesji, co sprawiło, że absolutnie niemożliwym było nawet drobne polubienie któregoś z tych bohaterów. Zwłaszcza w przypadku Fig, w przypadku której manipulacje, notoryczne kłamstwa, a przede wszystkim jawna homofobia sprawiły, że zaskakująco łatwo i szybko znienawidziłam tę postać. Pomimo ogromnej niechęci do każdego z nich naprawdę zachwyciło mnie to, że ich charaktery składały się z tak wielu wad i niedoskonałości, różniąc się znacznie od postaci najczęściej przeze mnie spotykanych w literaturze.

„Widzę, że dostajesz więcej, niż Ci się należy. Nie mogę na to patrzeć. Boli mnie to, bo zasługuję na więcej niż ty. Rzecz w tym, że mogłabym być lepszą tobą.”

Z drugiej jednak strony podczas czytania tej książki odnosiłam wrażenie, jakby te obsesje poszczególnych postaci były wszystkim, co na dobrą sprawę składało się na ich charaktery, a to moim zdaniem było natomiast bardzo ograniczające. Zdecydowanie zabrakło mi głębi w tych bohaterach, czegoś niemalże namacalnego, powołującego ich do życia, a jednocześnie sprawiającego, aby byli oni czymś więcej niż tak boleśnie jednowymiarowymi charakterami, jak wykreowała ich Tarryn Fisher.

Moje rozczarowanie tą pozycją nie jest spowodowane wbrew pozorom tym, że ta powieść okazała się być zła. Wywołane jest ono przede wszystkim tym, że w moim przypadku wszystkie wychwalające „Bad Mommy” recenzje okazały się być kompletnie nieprawdziwe, mijające się z prawdą. A tego bardzo żałuję, ponieważ liczyłam na naprawdę porządny, ciekawy thriller psychologiczny. Żałuję tego, że książka Tarryn Fisher okazała się być bardziej obyczajówką z motywem psychologicznym, aniżeli dobrym thrillerem, tego, że nie udało się wykreować autorce bohaterów, którzy stwarzaliby realne zagrożenie oraz wywoływali w czytelniku pewien niepokój, a także i tego, że zignorowała ona kompletnie postacie poboczne i nie ukazała tego, w jakim stopniu zachowania Fig, Jolene oraz Dariusa miały na nich wpływ. Mogłoby to być naprawdę ciekawie ukazanym tłem, które niestety zostało przez autorkę pominięte.

Link recenzji na blogu: http://zlodziejka-ksiazek.blogspot.com/2017/07/bad-mommy-tarryn-fisher.html

Jeszcze nawet nie było premiery tej książki, a „Bad Mommy” zbierała już – delikatnie to ujmując – tak pozytywne opinie, że obojętnie przejście obok niej wydawało się wręcz niemożliwe. Ja sama spojrzałam na tę powieść z naprawdę dużą dawką entuzjazmu, pomimo tego, że...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Długo zastanawiałam się nad tym, czy „Tysiąc pocałunków” jest książką, którą chciałabym przeczytać, ponieważ nie byłam pewna, czy mam ochotę na tak łzawą powieść, jak zapewniali mnie niektórzy czytelnicy. Z każdą napotkaną opinią dowiadywałam się, jak ogromnym wyciskaczem łez jest książka Tillie Cole, jak bardzo smutna i wzruszająca jest to lektura – a ja, szczerze mówiąc, obecnie jestem w nastroju na raczej radosne książki z dużą ilością akcji. Postanowiłam jednak dać szansę „Tysiącowi pocałunków” i przekonać się na własnej skórze, co w tej lekturze jest tak bardzo niesamowitego. Przyznaję – w pewien sposób udało mi się to odkryć.

Rune, w wieku pięciu lat, po przeprowadzce z Norwegii do małego miasteczka Blossom Grove w stanie Georgia poznaje Poppy, z którą natychmiastowo się zaprzyjaźnia. Łącząca ich relacja z biegiem lat zaczyna coraz bardziej się zmieniać, aż w końcu pomiędzy bohaterami rozkwita miłość – miłość tak wielka, że absolutnie nic nie jest w stanie jej powstrzymać. A przynajmniej tak im się wydaje, bo kiedy Rune zmuszony jest opuścić Blossom Grove i powrócić do Norwegii, jego kontakt z Poppy bardzo szybko się urywa. Dziewczyna przestaje odpisywać na jego wiadomości, nie odbiera telefonów... Jaki jest tego powód? Dlaczego osoba, która przyrzekła czekać na jego powrót, tak szybko złamała swoją obietnicę? Czy Rune i Poppy mają jakąkolwiek szansę na odbudowanie swojego związku?

Książka wzrusza i to całkiem porządnie, to muszę przyznać. Nie dotarłam jeszcze nawet do 70 strony, a już zaczęłam zalewać się łzami do tego stopnia, że musiałam zrobić sobie chwilę przerwy od czytania, bo po prostu miałam tak bardzo rozmazany wzrok, że nie byłam w stanie odczytać ani jednego zdania znajdującego się na kartach tej powieści. A to był zaledwie początek! Bałam się tego, co wydarzy się dalej, ale jednocześnie nie mogłam się tego doczekać – bardzo dawno nie płakałam na żadnej książce, dawno też nie spotkałam lektury, która złamałaby mi serce, miałam więc nadzieję, że to będzie ta książka, która wywoła gulę w gardle i rozpaczliwe pociąganie nosem przez najbliższe dni, nawet już po odłożeniu jej na półkę. Nie do końca tak się stało, aczkolwiek w pewien sposób serducho zatrzepotało mi z rozpaczy nad tą tak bardzo smutną, a jednak przynoszącą nadzieję historią.

„Dlaczego trzeba stanąć w obliczu śmierci, by nauczyć się doceniać każdy dzień? Dlaczego musimy czekać, aż niemal skończy nam się czas? Dopiero wtedy zaczynamy spełniać marzenia, które mielibyśmy, gdy wydawało nam się, że jesteśmy nieśmiertelni. Dlaczego nie patrzymy na ukochaną osobę, jakbyśmy mieli jej już nigdy nie zobaczyć? Gdybyśmy to robili, nasze życie byłoby cudowne. Byłoby prawdziwe i pełne.”

„Tysiąc pocałunków” uczy – czy tego chcemy, czy nie – kilku bardzo wielu ważnych rzeczy, o których na co dzień zapewne nawet nie myślimy. Przede wszystkim uczy wybaczać, pokazuje, że droga ku temu bywa często bardzo długa, pełna cierpienia i wątpliwości oraz to, jak bardzo raz dane przebaczenie potrafi ukoić niegdyś skrzywdzone, popękane serce. Tillie Cole przepięknie opowiada o kruchości ludzkiego życia, o jego niesamowitej ulotności, a także o tym, aby żyć jego pełnią, póki mamy jeszcze ku temu możliwość. „Tysiąc pocałunków” mówi, aby chwytać dzień, garściami sięgać po to, co najpiękniejsze i najbardziej zachwycające. Jestem absolutnie oczarowana tym, jak wielka głębia kryje się w tej powieści, dzięki której ta – z pozoru dosyć banalna – opowieść o miłości dwójki nastolatków nabiera całkowicie innego wymiaru. Sprawia ona, że czytelnik żyje tą opowieścią, przeżywa ją w większym stopniu, niż można by się tego spodziewać.

Przyznam szczerze, że miłość opisana w tej książce w pewnym momencie zaparła mi dech w piersi. Dawno nie spotkałam się w żadnej książce z podobnym wątkiem miłosnym, z emocjami tak silnymi, tak ogromnymi, że relację między bohaterami nie dało się poddać jakimkolwiek wątpliwościom. Uczucie, jakim darzyli się Rune i Poppy było naprawdę szczerze zachwycające, choć z drugiej strony natomiast stanowczo zbyt wyidealizowane i nierealne. „Tysiąc pocałunków” bowiem składa się na dobrą sprawę jedynie z wyznań miłosnych między dwójką głównych bohaterów, z zapewnień tego, jak bardzo się kochają i jak wiele dla siebie znaczą, okazjonalnie okraszono to szczyptą niesamowitego wręcz dramatu. Uczucie między postaciami jest piękne, to prawda, ale co z tego, skoro brakuje mu nawet tej odrobiny autentyczności?

Ta powieść zdecydowanie mogłaby być niesamowicie urzekająca i pouczająca, mogłaby na długo zapaść mi w pamięć oraz sprawić, że pokochałabym ją całym sercem – gdyby tylko nie była tak boleśnie przedramatyzowana. Źle się czuję, pisząc o tak smutnej historii w ten sposób, bo z drugiej strony staram się to usprawiedliwiać sytuacją, w jakiej znaleźli się bohaterowie, dramatem, który ich dosięgnął, ale także i ich wiekiem, bo nie oszukujmy się – pierwsza miłość, wiek nastoletni – wszystko jest wówczas znacznie bardziej wybujałe, a także wszystko przybiera znacznie większe rozmiary. I naprawdę chciałam przymknąć na to oko, planowałam zignorować ten nadmiar dramatu, ale po prostu nie jestem w stanie nie napisać o czymś, co w tak oczywisty sposób przeszkadzało mi w czerpaniu radości z tej lektury.

„Była inna, niż reszta koleżanek w jej klasie. Wyróżniała się, ponieważ nie zabiegała o uwagę pozostałych. Nie przejmowała się tym, co o niej myślano. Nigdy. Grała na wiolonczeli, ponieważ kochała muzykę. Uczyła się i czytała dla zabawy. Budziła się o świcie, by móc obejrzeć wschód słońca. Właśnie dlatego była całym moim światem. Moja na wieki wieków. Niezwykła.”

Bo cały problem sprowadza się w gruncie rzeczy do zachowań głównych bohaterów, sposobu, w jaki się wypowiadali, co tak naprawdę mówili, ich sposobu bycia, a niekiedy nawet i drobnych gestów. Pod tymi względami dramatyzmu w tej powieści było dla mnie niestety stanowczo zbyt dużo, co bardzo przeszkadzało mi w odbiorze, odbierając tej książce autentyczności i naturalności, sprawiając, że stawała się ona znacznie mniej rzeczywista. Często zamiast uronić łzę czy zachwycić się pięknem jakiejś sceny krzywiłam się i z niesmakiem przewracałam kartkę, a to skutecznie odbierało mi przyjemność z czytania tej powieści.

Przeglądam właśnie oceny tej książki, widzę niemalże same maksymalne noty, co jest dla mnie czymś niesamowitym i trochę żałuję, że nie udało mi się docenić tej powieści w takim stopniu, w jakim docenili ją inni czytelnicy. Niestety jednak pewne jej elementy zbyt mocno dawały mi się we znaki, abym mogła je zignorować. Dla mnie ta powieść była stanowczo zbyt ckliwa i mdła, przez co im głębiej brnęłam w tę książkę, tym bardziej chciałam jak najszybciej ją zakończyć. „Tysiąc pocałunków” ma w sobie jednak pewien potencjał, nie wątpię więc, że znajdzie się jeszcze wiele osób, które go odnajdą.

Długo zastanawiałam się nad tym, czy „Tysiąc pocałunków” jest książką, którą chciałabym przeczytać, ponieważ nie byłam pewna, czy mam ochotę na tak łzawą powieść, jak zapewniali mnie niektórzy czytelnicy. Z każdą napotkaną opinią dowiadywałam się, jak ogromnym wyciskaczem łez jest książka Tillie Cole, jak bardzo smutna i wzruszająca jest to lektura – a ja, szczerze mówiąc,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Mam naprawdę bardzo mieszane uczucia jeżeli chodzi o bohaterów tej książki, ponieważ z jednej strony nie spodobała mi się ich kreacja, szczególnie w przypadku dwójki głównych postaci, a z drugiej jednak posiadali oni pewne cechy charakteru, które przypadły mi do gustu. Pisząc o kreacji jednak, mam tutaj na myśli to, że byli oni raczej jednowymiarowi, zabrakło mi głębi ich charakterów, jakiejś drugiej perspektywy, z której mogłabym na nich spojrzeć i dzięki której ujrzałabym ich w innym świetle. Przez ich dosyć kiepskie przedstawienie nie potrafiłam się z nimi zżyć czy zapałać wobec nich cieplejszym uczuciem.

Przez to właśnie Alex wydała mi się być raczej głupiutką, zapatrzoną w siebie trzpiotką, bardzo powtarzalną jeżeli chodzi o w pewnym momencie pojawiający się obiekt jej westchnień – nieustanne czytanie o tym „jaki on jest fajny!” oraz „jaki on jest słodki!” powoli, aczkolwiek skutecznie zaczynało mnie irytować. Emely to natomiast klasyczny przykład „innej niż wszystkie” (nawet nie potraficie sobie wyobrazić, jak bardzo nienawidzę tego motywu, który tak chamsko wrzuca wszystkie kobiety do jednego worka) – jest oczywiście „uroczo” niezdarna, posiada raczej przeciętny wygląd, zdecydowanie nie jest wybitną pięknością, jest mądrzejsza niż „reszta” dziewczyn oraz standardowo ma różniące się od nich zainteresowania. Nie trzeba nawet zbytnio się przyglądać, aby zauważyć, że jest to prawie idealny klon Belli Swan, z jedną różnicą – Emely cechuje zaskakująco duża ilość sarkazmu we krwi. Elyas natomiast jest trochę takim badboyem, bezczelny, niemiły, arogancki (facet idealny, co nie?), jednak – jak się pewnie domyślacie – pod tą bardzo twardą skorupą znajduje się cudowne, wrażliwe wnętrze niczym u pluszowego misia, którego aż pragnie się przytulić. Poważnie, bohaterowie tej książki to mieszanka wybuchowa, która doprowadzała mnie do nieziemskiej frustracji.

„A przecież książki to jeden z najcenniejszych darów na ziemi. Kunsztownie zestawione słowa, które zmieniały się w melodię, a potem w obrazy. Białe, puste kartki, na których powstawały światy większe od wszechświata. Przestrzenie, które wciągały ludzi i kazały im zapominać o wszystkim wokół. Literatura była magicznym zaklęciem, któremu całkowicie uległam.”

Moje starania, aby doszukać się jakiejkolwiek logiki w zachowaniu głównej bohaterki spełzły na niczym, dlatego cały czas nie potrafię zrozumieć, dlaczego Emely zachowywała się w tak pokrętny sposób. Mówiła jedno, robiła drugie (czasami myślała też trzecie), a przez to ja sama nie wiedziałam, jak powinnam się wobec niej ustosunkować. Jej niezdecydowanie bardzo mieszało mi w głowie, a hipokryzja doprowadzała do szewskiej pasji. Oczywiście, aby zagęścić i skomplikować sytuację, bohaterka raz czy dwa musiała wyciągnąć fałszywe wnioski, aby później wykorzystać ten moment (w którym, to muszę dodać, niesamowicie ucierpiała pewna osoba z tragiczną przeszłością, dla której zdrowia ta konkretna sytuacja mogła okazać się bardzo niebezpieczna) do swoich własnych celów, nie interesując się nawet przez chwilę tym, w jakim stanie jest jej nowa koleżanka. Przyznaję szczerze, że bezmyślność Emely nieustannie mnie zadziwiała, a w związku z wspomnianą wyżej sytuacją, której szczegółów oczywiście nie zdradzę, mogłabym posądzić ją nawet o brutalny brak skrupułów.

Nie bardzo rozumiem niechęć głównej bohaterki w stosunku do innych dziewczyn, przewijających się przez tę powieść, a kilka razy naprawdę udało mi się odczuć wydawane przez nią negatywne wibracje wobec innych przedstawicielek jej własnej płci. Było to coś, co udało mi się wyczytać między wierszami, nic wprost napisanego przez autorkę, mimo wszystko jednak dziwię się, skąd ten dystans jeżeli chodzi o inne kobiety pojawiające się w jej towarzystwie. Kompletnie bezpodstawne uczucie zagrożenia? Poczucie wyższości? W pewnym stopniu na pewno, tak wywnioskowałam z myśli Emely i zdecydowanie było to coś, co bardzo negatywnie wpłynęło na moją ocenę jej charakteru.

Niektórzy mówią, że stara miłość nie rdzewieje i to właśnie na tym powiedzeniu Carina Bartsch postanowiła oprzeć swoją powieść. Emely i Elyas darzą się ogromną niechęcią, jednak gdzieś głęboko pod tymi pozorami nienawiści kryje się jeszcze nie tak bardzo wygasłe uczucie, ta iskra, która sprawia, że coś wciąż ich do siebie przyciąga... a przynajmniej tak wydaje się Elyasowi, który nie daje Emely wytchnienia i postanawia utorować sobie drogę do jej serca. Oczywiście to wszystko tylko tak pięknie brzmi, bo w rzeczywistości zachowanie Elyasa jest nieco inne. Chłopak kompletnie nie respektował przestrzeni osobistej głównej bohaterki, bez pytania ją naruszając, grzebał w jej rzeczach osobistych oraz zachowywał się w stosunku do niej w bardzo nachalny sposób, gdy Emyly wyraźnie sobie tego nie życzyła. Nie mogę uwierzyć, że autorka nazywała takie zachowanie podrywem czy flirtowaniem – było to coś niesamowicie natrętnego i szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie uważać takiego zachowania za atrakcyjne.

„Moja teoria, że mężczyźni przychodzą na świat z wadą mózgu, potwierdzała się z każdym dniem.”

W wielu recenzjach czytałam, że „Lato koloru wiśni” to niesamowicie zabawna książka, z bardzo dowcipnymi dialogami, przy których niektórzy czasami pękali wręcz ze śmiechu. Faktycznie, humoru w tej książce jest sporo, jednak w większości przypadków ten dowcip wcale nie był zabawny, a wręcz przeciwnie – mocno mnie męczył i zmuszał do wywracania oczami. Rozmowy między Emely i Elyasem to nieustanne odbijanie piłeczki, próba sprawdzenia, kto komu dogryzie najmocniej, a wyglądało to tak, jakby Emely i Elyas nie potrafili komunikować się ze sobą w żaden inny sposób, niż poprzez uszczypliwe, niemiłe komentarze. Było to naprawdę bardzo frustrujące i, szczerze mówiąc, dosyć zaskakujące, bo przecież mówimy tutaj o dwójce dorosłych ludzi, którzy co do zasady powinni potrafić komunikować się ze sobą jak na dwójkę normalnych osób przystało.

W „Lecie koloru wiśni” nie dzieje się na dobrą sprawę dużo, w dodatku jest to historia dosyć przewidywalna, jednak mimo wszystko czerpałam z jej czytania jakąś nieuzasadnioną przyjemność. Naprawdę byłam ciekawa tego, w jakim kierunku potoczy się ta historia, czy bohaterowie w końcu przestaną porozumiewać się jak kilkunastoletnie dzieciaki oraz czy ich charaktery w jakiś sposób ewoluują. Nie wszystkim jestem usatysfakcjonowana, jak możecie przeczytać powyżej, jednak „Lato koloru wiśni” czytało mi się naprawdę szybko, była to stosunkowo odprężająca lektura, po której sięgnięcia absolutnie nie żałuję. Poza tym, co jak co, ale zakończenie – choć z jednej strony bardzo irytujące – naprawdę zachęciło mnie do sięgnięcia po kontynuację tej powieści.

Mam naprawdę bardzo mieszane uczucia jeżeli chodzi o bohaterów tej książki, ponieważ z jednej strony nie spodobała mi się ich kreacja, szczególnie w przypadku dwójki głównych postaci, a z drugiej jednak posiadali oni pewne cechy charakteru, które przypadły mi do gustu. Pisząc o kreacji jednak, mam tutaj na myśli to, że byli oni raczej jednowymiarowi, zabrakło mi głębi ich...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Przyznam szczerze, że spodziewałam się po tej książce czegoś zupełnie innego. I wcale nie mam tutaj niczego złego na myśli! Wydawało mi się bowiem, że będzie to jedynie dosyć urocza opowieść o zakochanej dziewczynie, gdzie wątek miłosny będzie odgrywał bardzo dużą rolę. I choć poniekąd tak było, to jednak „Jedyne wspomnienie Flory Banks” jest czymś znacznie więcej niż ckliwą historią o miłości. Wątek miłosny zdecydowanie nie jest motywem przewodnim tej powieści, a sama książka ma w sobie do zaoferowania znacznie więcej, niż śmiałabym przypuszczać.

Główna bohaterka tej książki cechuje się zupełnie innym rodzajem odwagi niż znamy ją w przypadku postaci w powieściach chociażby fantastycznych. Flora w żaden sposób nie pozwala, aby jej ograniczenie w jakikolwiek sposób przeszkodziło jej w rzuceniu się w wir przygody i poznawaniu nowych osób, co jest naprawdę fantastyczne. To, jak bardzo otwarta i pewna siebie jest ta postać całkowicie mnie zachwyciło. Autorka cudownie przedstawiła charakter dziewczyny, która z podniesionym czołem prze przed siebie, pokonując wszelkie przeciwności losu stawiane na jej drodze, przeżywając przygodę, o jakiej jedynie pomarzyć mogą nawet osoby, które są w pełni sprawne nie tylko fizycznie, ale również umysłowo. Flora jest postacią tak szalenie sympatyczną, tak uroczą, że czytanie tej powieści i poznawanie losów tak niesamowitej bohaterki (w pełnym tego słowa znaczeniu) było samą przyjemnością.

Z powodu usunięcia guza dziewczyna pamięta tak naprawdę tylko to, co wydarzyło się do jej dziesiątego roku życia, w związku z czym doskonale wie, kim są jej rodzice czy najlepsza przyjaciółka, Paige, którą poznała, gdy była jeszcze bardzo mała. W pewnym sensie jednak utknęła ona w umyśle swojej kilkuletniej „ja”, gdzie powraca w chwilach wyjątkowo mocnego zagubienia. Naprawdę niesamowite jest to, jak ciekawie autorka przedstawia te momenty, jak fenomenalnie kreuje portret kilkuletniego dziecka w ciele siedemnastolatki, które czasami ukazuje się na kartach tej powieści. Nawet nie jestem w stanie opisać, jak wyjątkowe i jednocześnie łamiące serce było to doświadczenie, gdy czytałam właśnie te fragmenty.

„Jedyne wspomnienie Flory Banks” jest przede wszystkim niesamowicie mądrą powieścią o pokonywaniu przeciwności losu i poszukiwaniu własnej tożsamości. To piękna historia o spełnianiu własnych, skrytych marzeń, do których droga bywa niekiedy naprawdę banalnie prosta – wystarczy pozbyć się tej odrobiny strachu, która tkwi w nas gdzieś głęboko, odkryć ukrytą gdzieś odwagę i po prostu iść przed siebie. Naprawdę wiele rzeczy jest w zasięgu naszych rąk, jeżeli tylko damy sobie szansę na to, aby zrobić ten pierwszy krok, aby pozbyć się niepokoju przed tym, co może, ale nie musi się wydarzyć.

Powieść Emily Barr jest również fantastyczną historią o przyjaźni, o niesamowitej, silnej przyjaźni, która jednakże zostaje wystawiona na ogromną próbę. Czy więź między Florą a Paige ulegnie przeciwnościom losu i problemom, które pojawiły się na jej drodze, czy może wręcz przeciwnie, wyjdzie z tego całego doświadczenia znacznie silniejsza, niż była na początku? Z drugiej strony jest to także fenomenalna opowieść o rodzicielskiej miłości – o miłości dosyć duszącej, nieco zbyt troskliwej, nieco zbyt ograniczającej, a jednakże wciąż o szalenie pięknej miłości, której nic, absolutnie nic nie jest w stanie pokonać. Jestem ogromnie zaskoczona tym, do jak wielu cudownych refleksji zmusiła mnie ta książka – jestem pewna, że chociażby z ich powodu na bardzo długi czas zamieszka ona w mojej pamięci.

Autorka bardzo wyraziście przedstawia czytelnikowi emocje targające Florą w danych momentach, jej smutek, absolutne uniesienie i zagubienie, od którego pęka serce. Fantastycznie zaskakuje czytelnika na niemalże każdym kroku – już od samego początku miałam wrażenie, że za tą całą historią kryje się coś znacznie więcej, niż napisano na kartach tej powieści, czułam, że gdzieś głęboko ukryte jest drugie dno, wciąż jednak pozostające poza zasięgiem mojego wzroku. I miałam rację, w przygodach Flory jest coś znacznie większego, niż mogłoby się wydawać, jednak co to takiego? Zachęcam Was, żebyście sami spróbowali odnaleźć odpowiedź na to pytanie, gwarantuję, że nie będziecie tą powieścią rozczarowani.

Przyznam szczerze, że spodziewałam się po tej książce czegoś zupełnie innego. I wcale nie mam tutaj niczego złego na myśli! Wydawało mi się bowiem, że będzie to jedynie dosyć urocza opowieść o zakochanej dziewczynie, gdzie wątek miłosny będzie odgrywał bardzo dużą rolę. I choć poniekąd tak było, to jednak „Jedyne wspomnienie Flory Banks” jest czymś znacznie więcej niż...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Dałam autorce naprawdę ogromny kredyt zaufania, gdy zdecydowałam się na przeczytanie tej książki i z przykrością muszę uznać, że kredyt ten nie został niestety wykorzystany. O ile fanką „Zmierzchu” zdecydowanie nie mogę się nazwać, tak „Intruz” naprawdę mocno mnie zachwycił, spodobał mi się do tego stopnia, że powiedziałam „tak” innym powieściom Stephenie Meyer, o ile jakieś wyjdą spod jej pióra. „Chemik” zapowiadał się bardzo obiecująco i niestety poza tą jakkolwiek pustą obietnicą nie otrzymałam od tej książki nic, co mogłoby mnie usatysfakcjonować.

Powieść opowiada o Alex, kobiecie z genialnym umysłem chemika, która pracowała niegdyś dla tajemnej agencji rządowej, przygotowując dla niej substancje „wspomagające” wydobywanie zeznań z podejrzanych. Po nieudanym zamachu na życie Alex, w którym ginie jej mentor, kobieta zmuszona jest się ukrywać, będąc nieustannie na celowniku osób pragnących dopaść ją w swoje ręce. Kiedy jednak kontaktuje się z nią dawny znajomy z departamentu, prosząc o wykonanie pewnego zadania, od którego powodzenia zależy życie mnóstwa niewinnych ludzi, Alex zgadza się i zgodnie z poleceniem porywa mężczyznę, którego w brutalny sposób przesłuchuje. Kobieta bardzo szybko jednak zaczyna podejrzewać, że jej ofiara może być niewinna, a ona sama została umyślnie wprowadzona w błąd. O co chodzi w tej całej sytuacji? Czy to możliwe, aby groziło jej znacznie gorsze niebezpieczeństwo, niż śmiałaby przypuszczać?

Bardzo doceniam Stephenie Meyer za próbę sprawdzenia się na tak różnym polu od młodzieżowych romansów dla nastolatek z gatunku fantastyki, w którym do tej pory się poruszała. Doceniam ją za to, że nie spoczęła na laurach po sukcesie „Zmierzchu”, a także za to, że postanowiła nie przeciągać jego fenomenu, że zostawiła zakończoną historię Belli i Edwarda w spokoju, podejmując próbę stworzenia całkowicie innej opowieści, w zupełnie innym klimacie, z nowymi bohaterami. Niemniej jednak na tym moje docenianie się kończy, bowiem „Chemik” jest powieścią, która mnie naprawdę boleśnie rozczarowała.

Sięgając po tę książkę liczyłam na naprawdę dobry thriller, z dynamiczną akcją, który będzie trzymał mnie w napięciu do ostatniej strony, jedynie od czasu do czasu pozwalając na złapanie oddechu. Otrzymałam niestety książkę, w którą naprawdę ciężko było mi się wgryźć, pierwsze sto stron stało się dla mnie nie lada wyzwaniem i szczerze przyznaję, że gdyby nie to, iż otrzymałam tę książkę specjalnie na potrzeby napisania recenzji, wówczas zdecydowanie dałabym sobie spokój z jej czytaniem i już po tych stu, może dwustu stronach, gdybym wyjątkowo się uparła, odłożyłabym „Chemika” na półkę, nigdy więcej do niego nie powracając.

Akcja tej książki jest, szczerze mówiąc, bardzo nużąca, są w niej momenty, w których przez długi czas nie dzieje się absolutnie nic, co mogłoby przykuć moją uwagę, autorka bowiem skupia się na przedstawianiu scen, w których bohaterowie przemieszczają się z miejsca na miejsce, poszukują schronienia czy są w trakcie ucieczki. I z tego na dobrą sprawę składa się co najmniej 60% tej książki, na scenach, które na dobrą sprawę wnoszą bardzo niewiele do całej tej historii. Bardzo brakowało mi w niej momentów, w których działaby się jakaś konkretna akcja, które trzymałyby mnie w nieustannym napięciu, sprawiając, że drżałabym na myśl o losach bohaterów. Brakowało mi drobnych choć zwrotów akcji, nieoczekiwanych, zaskakujących rozwiązań, które nie byłyby przewidywalne, które sprawiłyby, że „Chemik” wydałby mi się mniej infantylny, niż jest w rzeczywistości. Najzwyczajniej w świecie zabrakło mi scen, które napędzałyby akcję i nie zmuszały mnie do nieustannego odliczania ilości stron, które zostały mi do końca tej powieści.

Bardzo mocno widać w tej książce to, jak silnie autorka wciąż tkwi w tym świecie ckliwych romansów, bo niestety „Chemikowi” nie udało się uciec od kliszowych scen, którymi przepełniona jest ta powieść. Romans odgrywa w niej niestety bardzo dużą, a wręcz najważniejszą, rolę, całkowicie pochłaniając uwagę czytelnika, co jest moim największym powodem irytacji w przypadku tej książki. Sięgając po „Chemika” chciałam thrillera, pełnokrwistego, porządnego thrillera, a nie romansu z pościgami w tle – bo to tak naprawdę otrzymałam.

Pół biedy, gdyby ów wątek nie został rzucony na pierwszy plan, bo naprawdę byłabym w stanie czerpać radość z lektury, gdyby romans ten został zmarginalizowany do mniej istotnej roli, rozgrywając się gdzieś daleko w tle. W „Chemiku” zajmuje on jednak stanowczo zbyt dużo miejsca, w dodatku relacja między Alex a jej partnerem pozbawiona jest jakiejkolwiek chemii, nie ma między nimi nawet odrobiny iskry, która mogłaby sprawić, że kibicowałabym bohaterom lub chociażby z zainteresowaniem obserwowała rodzące się między nimi uczucie. Autorka nie przedstawiła między nimi żadnych emocji, a sytuacji zdecydowanie nie poprawiał fakt, że Alex sprawiała wrażenie kompletnie obojętnej na to, czy związek ten ma jakąkolwiek przyszłość. Skoro ją to nie obchodziło, to dlaczego ja miałabym się tym przejmować?

Bohaterowie tej książki są do bólu jednowymiarowi, przez co kompletnie nie potrafiłam zaangażować się w ich losy, nie potrafiłam przeżywać tego, co im się przytrafiało, ani drżeć na myśl o kłodach rzucanych im pod nogi. Co gorsza – było mi kompletnie obojętne to, czy wyjdą z tej całej przygody żywi, czy ktoś z nich ucierpi, czy może jednak jakimś cudem wyjdą z tego bez szwanku. Autorka przedstawiła totalnie niewiarygodne postacie, których reakcje na pewne zdarzenia powodowały, że załamywałam ręce i wewnętrznie roniłam łzy nad ich naiwnością.

Gdybym musiała opisać „Chemika” jednym słowem, bez wahania uznałabym, że jest to powieść po prostu niesamowicie męcząca. Wymęczyła mnie kreacja totalnie płaskich, pozbawionych charakteru postaci, wymęczyła mnie akcja tocząca się w do bólu ślimaczym tempie, wymęczył mnie ckliwy, tandetny romans, wymęczyły mnie także konwersacje między bohaterami, przede wszystkim z powodu języka, jakim posługuje się Stephenie Meyer. „Chemik” jest książką bardzo nijaką, w którą kompletnie nie potrafiłam się zaangażować, w której zabrakło mi dynamizmu, napięcia, nieprzewidywalności, a także lepszego zarysowania pewnych jej elementów (chociażby „ciemnej strony” tej całej opowieści, która stała za problemami Alex i jej znajomych). Nieczęsto to przyznaję, ale naprawdę żałuję sięgnięcia po tę książkę, brnęłam przez nią dosyć długo, a w tym czasie mogłam przecież sięgnąć po inną, znacznie ciekawszą powieść.

Dałam autorce naprawdę ogromny kredyt zaufania, gdy zdecydowałam się na przeczytanie tej książki i z przykrością muszę uznać, że kredyt ten nie został niestety wykorzystany. O ile fanką „Zmierzchu” zdecydowanie nie mogę się nazwać, tak „Intruz” naprawdę mocno mnie zachwycił, spodobał mi się do tego stopnia, że powiedziałam „tak” innym powieściom Stephenie Meyer, o ile...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Muszę przyznać, że trochę się obawiałam sięgnięcia po tę książkę, ponieważ ostatnimi czasy bardzo popularne powieści, uwielbiane przez większość czytelników z reguły nie przypadają mi do gustu i zbierają u mnie zaskakująco negatywne opinie. Nie mam pojęcia czym tak naprawdę jest to spowodowane, niemniej jednak w jakiś dziwny sposób zależało mi na tym, aby „Oddam ci słońce” nie dołączyło do tego grona i znalazło się wśród książek, które będę bardzo miło wspominać. I tak się o dziwo stało – powieść Jandy Nelson jeszcze długo pozostanie w mojej pamięci.

„Oddam ci słońce” opowiada o losach bliźniaków – Noah i Jude – na przestrzeni zaledwie kilku lat. To historia przede wszystkim o ogromnej miłości, ale także o relacjach między rodzeństwem i rodzicami, o zagubieniu i poszukiwaniu swojej własnej tożsamości. Jest to lektura opowiadająca o próbie znalezienia porozumienia między dwójką osób, które kiedyś były sobie bliższe, niż można byłoby przypuszczać.

Przelewając swoje wrażenia na klawiaturę boję się, że nie oddam sprawiedliwości temu, jak fantastyczna jest to powieść i jak zadziwiający ogrom emocji ona we mnie wywołała. Chyba żadne słowa nie będą w stanie przedstawić tego, co dokładnie czułam, czytając tę książkę i choćbym nie wiem jak bardzo się starała, to i tak nie będę potrafiła pokazać wam tego, jak wielkie wrażenie wywarła na mnie historia Noah i Jude. Czasami, w przypadku bardzo wyjątkowych książek, recenzowanie ich jest znacznie trudniejsze, niż mogłoby się wydawać. „Oddam ci słońce” jest jedną z tych powieści, przy której naprawdę nie mogę znaleźć odpowiednich słów, aby pokazać choć ułamek tego, co czułam czytając tę książkę.

Historia opisana jest z dwóch perspektyw – z punktu widzenia Noah, gdy ma on 13/13,5 lat oraz z punktu widzenia 16-letniej Jude. Relacja łącząca tę dwójkę jest naprawdę niesamowicie przedstawiona – dwójka ludzi kochająca się najbardziej na całym świecie, z pozoru sprawiająca wrażenie, jakby dzielili między sobą jeden wspólny umysł, z biegiem czasu i z powodu przeróżnych zawirowań losu zaczyna się coraz bardziej od siebie oddalać. Niedopowiedzenia, niewyjaśnione sytuacje, sekrety i tajemnice sprawiają, że Noah i Jude coraz bardziej się od siebie odsuwają oraz zaczynają kroczyć indywidualnymi, niezależnymi od siebie ścieżkami. I pomimo ogromnego poczucia winy ciążącego na obojgu z nich, pomimo żalu, wciąż, niczym dobre duszki troszczą się o siebie i w jakiś drobny sposób starają się być dla siebie oparciem, chociaż dla każdego z nich jest to zadanie bardzo trudne do wykonania. Wszystkie emocje przepełniające bohaterów, wszystkie przytłaczające ich uczucia autorka przedstawiła tak namacalnie, że podczas czytania tej książki czułam dosłownie wszystko – cały ten żal, cały smutek, całe rozczarowanie i złość, dzięki którym znikome chwile radości stawały się jeszcze bardziej cenne. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak barwnych autorka stworzyła bohaterów, jak rzeczywiści i prawdziwi się oni wydawali – nie tylko bliźniacy, także postacie drugoplanowe. Jedyną rzeczą, której mi tutaj brakowało, była perspektywa 16-letniego Noah, której brak wywołał we mnie uczucie ogromnego niedosytu. Cały czas miałam wrażenie takiej dziwnej pustki, i choć narracje Noah i Jude bardzo fajnie się uzupełniały, chociaż oboje z nich udało mi się poznać w równie dużym stopniu, to jednak brak tej perspektywy starszego Noah bardzo mi doskwierał.

Elementem, który najbardziej mnie zachwycił w przypadku tej książki jest zdecydowanie język autorki. Język tak plastyczny, tak szalenie barwny, że czytanie tej powieści było doznaniem, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Cudownie poetycki, pełen metafor styl Jandy Nelson sprawiał, że tworzone przez nią zdania trafiały prosto w głąb mojej duszy i choć zdaję sobie sprawę z tego, że brzmi to aż do bólu banalnie, to inaczej niestety nie potrafię opisać tego, jaki wpływ na mnie miał sposób pisania tej historii. Autorka nie pisze tej książki, ona ją maluje niczym najznakomitsza artystka w taki sposób, że podczas jej czytania przed moimi oczami rozgrywał się taniec tak oszałamiającej feeri najpiękniejszych barw, że brudna szarość rzeczywistości znikała w mgnieniu oka, gdy tylko brałam „Oddam ci słońce” do ręki. Cudowna lekkość języka Jandy Nelson sprawiała, że przez jej powieść dosłownie płynęłam i najchętniej płynęłabym znacznie dłużej, gdyby nie to, że ta opowieść – jak wszystko inne – musiała się kiedyś skończyć.

„Oddam ci słońce” jest tak naprawdę powieścią o trudach codziennego życia, o poszukiwaniu swojej własnej tożsamości, o popełnianych błędach i dokonywanych wyborach, które mają niesamowicie duży wpływ na naszą przyszłość. O podejmowanych decyzjach, których zaczynamy żałować, a które w pewien sposób bardzo silnie kształtują nasz charakter, o godzeniu się z rzeczywistością i stawaniu naprzeciw przeciwnościom losu i kłodom rzucanym pod nogi. Jest to niesamowicie ekscytująca opowieść o silnych i szalenie skomplikowanych relacjach przeplatających się między rodzeństwem a rodzicami, a także przede wszystkim „Oddam ci słońce” jest zaskakująco dojrzałą i przemyślaną powieścią o miłości i przyjaźni, która ma wiele różnych nazw i odcieni.

Jeszcze długo będę żyła tą powieścią, tego jestem pewna. Długo będę wspominała pięknie wykreowanych bohaterów, szczególnie Noah, którego losy wydały mi się zaskakująco bliskie. Za każdym razem, gdy przymknę oczy i pomyślę o tej książce przypomnę sobie, jak cudownym doznaniem było czytanie tej powieści, jak niesamowicie wiele barw wprowadziła ona do mojego życia – chociaż na tę krótką chwilę. Myśląc o tej książce nieustannie będę zastanawiała się nad tym, jak czasami rozpacz i strata paradoksalnie stają się jedyną szansą na podtrzymanie tonącej rodziny, ale przede wszystkim pomyślę o tym, jak szalenie intensywną i zaskakującą mieszankę tworzy smutek przeplatający się z radością, którego ulotne wrażenie – pomimo odłożenia książki na półkę – będzie mnie dręczyć jeszcze przez wiele długich miesięcy.

Muszę przyznać, że trochę się obawiałam sięgnięcia po tę książkę, ponieważ ostatnimi czasy bardzo popularne powieści, uwielbiane przez większość czytelników z reguły nie przypadają mi do gustu i zbierają u mnie zaskakująco negatywne opinie. Nie mam pojęcia czym tak naprawdę jest to spowodowane, niemniej jednak w jakiś dziwny sposób zależało mi na tym, aby „Oddam ci słońce”...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

„Szóstka Wron” to historia solidnie osadzona w świecie znanym niektórym z was już z Trylogii Grisza – jej akcja dzieje się w poznanych wcześniej (mniej lub więcej) miejscach, z tą różnicą jedynie, że wysunięta jest ona o kilka lat w przód po zakończeniu „Ruiny i Rewolty”. Zdecydowanie zatem proponuję przeczytanie jej dopiero po zapoznaniu się z poprzednimi powieściami tej autorki, ponieważ bardzo łatwo można zaspoilerować sobie zakończenie napisanej przez nią trylogii (jak stało się w moim przypadku, jednak nie zależy mi na byciu bardzo zaskoczoną podczas czytania trzeciego tomu, dlatego nie jest to dla mnie żadnym problemem). Jednakże decyzja o kolejności czytania tych książek należy oczywiście tylko i wyłącznie do was.

W książce tej dzieje się sporo i temu absolutnie nie jestem w stanie zaprzeczyć, z drugiej jednak strony mam wrażenie, jakby nie działo się tak naprawdę nic istotnego. Nic, co przykułoby moją uwagę, nic, co sprawiłoby, żebym chłonęła każde kolejne słowo napisane przez autorkę, nic wybitnie zachwycającego. Co w gruncie rzeczy zakrawa trochę na ironię – nieustannie czekałam na to, aż wydarzy się coś, co wbije mnie w fotel, co sprawi, że resztę książki pochłonę w jednym kawałku i że pomyślę sobie: „tak! W reszcie wiem, czym zachwyca się tak wielu czytelników!”. Prawda jest taka, że wydarzenia w tej powieści w żaden sposób na mnie nie oddziaływały, nie dostarczały mi żadnych emocji, poza jedynie chwilami solidnego znużenia.

I właśnie tym jestem najbardziej rozczarowana – brakiem doświadczania jakichkolwiek emocji podczas lektury. Brakowało mi ekscytacji, pewnej nerwowości towarzyszącej nieustannym tarapatom, w które wpadali bohaterowie. Brakowało mi podniecenia na myśl o tym, co jeszcze może się wydarzyć, szybszego bicia serca i otwierania ust w niedowierzaniu na niespodzianki, które przygotowała Leigh Bardugo oraz przede wszystkim adrenaliny, która spowodowana byłaby niemożliwymi wręcz czynami, których dokonywali bohaterowie tej powieści. „Szóstkę Wron” czytałam zaskakująco beznamiętnie, a nad tym ubolewam najbardziej, ponieważ naprawdę uważam, że książka ta miała ogromny potencjał na to, aby zrzucić mnie z fotela i bezczelnie wepchnąć się na półkę z ulubionymi powieściami. Potencjał, niestety, całkowicie niewykorzystany.

Wykreowane przez autorkę postacie są dla mnie niemałą zagwozdką, ponieważ mam wobec nich bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony jestem niesamowicie zadowolona ze sposobu, w jaki autorka starała się ich przedstawić – jako bohaterów nie do końca złych i nie do końca dobrych, znajdujących się gdzieś pomiędzy, których moralność można skutecznie zakwestionować. Z drugiej jednak strony, pomimo tych wszystkich paskudnych czynów, których się dopuszczali, brutalnych i bezlitosnych niekiedy morderstw, ja wciąż miałam wrażenie, że gdzieś głęboko tli się w nich taka ilość dobra, która sprawia, że mimo wszystko w jakiś sposób można jednak uznać ich za tych dobrych bohaterów, znajdujących się po „jasnej stronie”. Doskonale wiem, że brzmi to absurdalnie i w ani jednym momencie nie próbowałam nawet usprawiedliwiać tego, czego bohaterowie dopuszczali się na kartach tej powieści, jednak takie uczucie towarzyszyło mi praktycznie do ostatniej strony. Zabieg kreowania „wątpliwego moralnie” bohatera zdecydowanie lepiej udał się Marie Lu w ostatnio czytanym przeze mnie „Mrocznym piętnie”, w którym główna bohaterka zachwyciła mnie swoją nieobliczalnością, wielowarstwowością i niejednoznacznością, której bohaterom Leigh Bardugo zdecydowanie brakuje.

Postacie te, na dobrą sprawę, były mi bardzo obojętne, co w sumie bardziej mnie zasmuciło niż rozczarowało. Przy tak szerokiej palecie różniących się od siebie bohaterów, z różnymi charakterami, z przeszłością, która ukształtowała ich na różny od siebie sposób powinnam bez problemu nie tylko znaleźć sobie ulubieńca (którego mam w praktycznie każdej przeczytanej książce), ale również poczuć więź z przynajmniej większością wykreowanych postaci. Tak się niestety nie stało i nawet w momentach zagrożenia życia, gdy niektórzy bohaterowie znajdowali się jedną nogą w grobie ja mogłam zmusić się jedynie na nieco bezczelne „no dobra, przejdźmy dalej”. W przekonaniu się do nich kompletnie nie pomagał mi fakt, iż zachowywali się oni zdecydowanie zbyt dojrzale jak na tych siedemnasto- i szesnastolatków, jak przedstawiła ich autorka. Sprawiali oni wrażenie co najmniej dwudziestoczteroletnich ludzi i właśnie dlatego wydali mi się oni zbyt nienaturalni i nierzeczywiści, żebym mogła w jakikolwiek sposób się do nich przywiązać. Różnica między ich wiekiem a zachowaniem była dla mnie niestety zbyt rzucająca się w oczy.

Piękne wydanie to zdecydowanie nie wszystko, co książka musi posiadać, aby przypaść mi do gustu. Co więcej, jest to dla mnie najmniej istotna kwestia, a zdaje się, jedyny atut, jaki posiada „Szóstka Wron”. Nie twierdzę jednakże, że jest ona od A do Z zła, nudna i nieciekawa – przyznaję, że zdarzały się nieliczne momenty, które przykuły moją uwagę (mogę policzyć je jednak na palcach jednej ręki) oraz, co najważniejsze, nie męczyłam się z jej czytaniem jak w przypadku książek, które potrafią wykończyć mnie emocjonalnie, jak i – o dziwo – fizycznie. Mimo wszystko jestem nią rozczarowana, autorka zdecydowanie nie wykorzystała potencjału, jaki tkwił w tej historii, w świecie, w bohaterach, czym w sumie po przygodzie z Trylogią Grisza nie powinnam być zaskoczona. Niemniej jednak naprawdę chciałam dołączyć do grona zachwyconych tą powieścią osób, chciałam poczuć wobec „Szóstki Wron” to uwielbienie, którego doświadczyło tak wielu czytelników przede mną. Bardzo żałuję, że nie było mi to dane.

„Szóstka Wron” to historia solidnie osadzona w świecie znanym niektórym z was już z Trylogii Grisza – jej akcja dzieje się w poznanych wcześniej (mniej lub więcej) miejscach, z tą różnicą jedynie, że wysunięta jest ona o kilka lat w przód po zakończeniu „Ruiny i Rewolty”. Zdecydowanie zatem proponuję przeczytanie jej dopiero po zapoznaniu się z poprzednimi powieściami tej...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Wyobraźcie sobie, że budzicie się nagle w całkowicie obcym miejscu, które pierwszy raz widzicie na oczy. Brakuje wam wspomnień z poprzedniej nocy, nie macie zielonego pojęcia, jak się w tym miejscu znaleźliście, nie ma przy was żadnej bliskiej osoby, która mogłaby być dla was najdrobniejszym chociaż oparciem. Co najgorsze – nie ma żadnego sposobu na to, aby wydostać się z opuszczonego budynku. Jesteście tylko wy i kilka innych osób w podobnej sytuacji, którym nawet nie wiecie, czy możecie zaufać. Jak zareagujecie? Jak szybko poddacie się i postanowicie czekać na to, co przygotował dla was los?

Mniej więcej w takiej sytuacji znajduje się główna bohaterka tej książki – Emily. W pewnym momencie budzi się w podziemiach szpitala psychiatrycznego, nie pamiętając kompletnie nic z poprzedniej nocy. Jak Emily się tutaj dostała? Kto właściwie za to odpowiada? Jak się okazuje – nie ona jedna znajduje się w takiej sytuacji, w szpitalu oprócz niej jest jeszcze siódemka całkowicie obcych jej ludzi. Komu z nich można ufać? Co jest rzeczywistością, a co jedynie iluzją w tym brutalnym eksperymencie, którego bohaterowie stali się ofiarami?

Podczas czytania tej książki zdecydowanie polecam uzbroić się w odrobinę cierpliwości, ponieważ jej akcja nie toczy się raczej w zbyt zawrotnym tempie. Dla osób takich jak ja, które lubią wartko toczącą się akcję oraz jej ekscytujące zwroty, które sprawiają, że nie można się od danej powieści oderwać, dosyć powolne tempo „Projektu Królowa” może być troszkę zniechęcające do kontynuowania lektury i szczerze mówiąc ja sama w pewnym momencie pomyślałam sobie, że nie do końca tego się spodziewałam. Liczyłam bowiem na to, że te zwroty akcji zaserwowane przez autorkę będą trochę bardziej niespodziewane, że trochę bardziej mnie zaskoczą i przede wszystkim zaostrzą apetyt na to, aby poznać resztę tej historii. Liczyłam również na to, że to stopniowe odkrywanie kart, a także uzyskanie odpowiedzi na pytanie „o co dokładnie tutaj chodzi?” odbywać się będzie mimo wszystko odrobinę szybciej, a tak niestety nie było.

Nie wiem czy to z tego powodu, że w pewnym momencie zdarzyło mi się na sekundę przysnąć (co wcale nie znaczy, że książka jest nudna!) i gdzieś ten element mi umknął, czy po prostu faktycznie odpowiedź na pytania „w jakim celu zorganizowano ten eksperyment?”, „na czym on dokładnie polega?”, „o co w nim konkretnie chodzi?” pojawia się bardzo późno, bo dopiero gdzieś pod koniec powieści, jednak fakt faktem długo musiałam czekać, aby dowiedzieć się w czym tak naprawdę tkwi sedno tej książki. Gdyby odpowiedź na powyższe pytania przyszła trochę wcześniej, wówczas nie czułabym się tak zniechęcona do kontynuowania lektury, jak czułam się już w połowie książki, ponieważ zdecydowanie nie lubię pozostawać w niewiedzy przez tak długi czas.

Zwroty akcji w tej powieści, szczerze mówiąc, nie są niestety zbyt zaskakujące. Tak naprawdę większość z nich byłam w stanie przewidzieć z dużym wyprzedzeniem, w większości przypadków zdecydowanie wiedziałam, czego mogę się spodziewać, chociaż nie ukrywam, że pojawiły się dwie-trzy sytuacje, które lekko mnie zaskoczyły. Niemniej jednak nie będę ukrywać, że spodziewałam się trochę większych niespodzianek, liczyłam na to, że ujawnione sekrety będą trochę większych rozmiarów, ponieważ w efekcie czytałam tę książkę bez większej ekscytacji.

W kwestii bohaterów mam trochę mieszane uczucia, ponieważ przez znaczną część powieści nie byłam w stanie większości z nich polubić. Główna bohaterka, Emily, wydawała mi się zbyt bierna i wycofana, jak na narratorkę, która ma atrakcyjnie przedstawić całą historię. Katia sprawiała wrażenie, jakby jej jedynym zadaniem w tej książce było sianie niezgody, doprowadzanie do kłótni i wzajemnych oskarżeń – jedynym uczuciem, którym obdarzyłam tę bohaterkę, była czysta niechęć. George bardzo szybko dał mi się poznać od tej negatywnej strony, ponieważ jedną z pierwszych jego wypowiedzi był dosyć seksistowski komentarz, którego mimo wszystko nie potrafiłam wyrzucić z pamięci, sprawiając, że w pewien sposób ta postać z miejsca została przeze mnie skreślona. Niesamowicie tajemniczy Alex był dla mnie, prawdę mówiąc, bardzo dużą zagadką, przez długi czas sama nie wiedziałam, co o nim myśleć, chociaż jedno było pewne: za grosz nie byłam w stanie mu zaufać. Matthew sprawiał dla mnie chwilowo zbyt silne wrażenie cwaniaczka (szczególnie w stosunku do Emily), co bardzo mocno mnie irytowało. Żałuję jednak, że niezbyt wiele dowiedziałam się tak naprawdę o Jianie, Britcie i Olafie, ponieważ są to bohaterowie, którzy bardzo mnie zaintrygowali i których naprawdę chciałabym lepiej poznać (szczególnie Brittę i Olafa, ich więź bardzo mnie zainteresowała, zdecydowanie brakuje mi w literaturze tak pięknie przedstawionych, silnych relacji między rodzeństwem).

Co jest jednak w tej książce najpiękniejsze? To, jak bardzo zmieniają się ci bohaterowie, a wraz z nimi moja opinia o poszczególnych postaciach. Wyraźnie widać, jak ciężką drogę pokonują wszystkie te osoby, jak mocny wpływ na ich charaktery mają traumatyczne wydarzenia, których stali się ofiarami i jak bardzo zmieniają się pod ich wpływem. Chociażby wycofana, zamknięta w sobie Emily w pewien sposób rozkwita, nieśmiała Britta staje się trochę bardziej odważna, Jian udowadnia, że ma do zaprezentowania coś znacznie więcej niż tylko oszałamiającą inteligencję, a George przestaje być niezbyt rozgarniętym osiłkiem, nieustannie przechwalającym się swoimi mięśniami. Sprawiło to, że podczas czytania ostatnich stron tej książki doszłam ostatecznie do wniosku, że w gruncie rzeczy udało mi się zapałać sympatią do tych bohaterów (a przynajmniej do większości z nich), że udało mi się w jakiś sposób ich polubić, a także zżyć z częścią z tych postaci. Co prawda zajęło mi to sporo czasu, ale zdecydowanie opłacało się na to czekać. Nie wiem, czy ma to sens, ale to trochę tak, jakby proces formowania się tych bohaterów w pełne, rzeczywiste postacie literackie rozpoczął się wraz z pierwszą stroną powieści i trwał aż do samego końca, do momentu uzyskania wspaniałego efektu charakterów tak barwnych, że po odłożeniu książki naprawdę zaczęłam za nimi tęsknić.

Spodobała mi się skrajność charakterów wszystkich postaci, to, jak bardzo różnili się od siebie osobowościami czy zachowaniem, przez co pożądana współpraca między nimi bardzo często stawała się niemożliwa do zrealizowania. Tak różniące się od siebie charaktery były powodem bardzo wielu kłótni, nieporozumień, wątpliwości, a świadomość tego, że nie każdemu można ufać, że niektórzy grają w swoją własną, osobistą grę sprawiała, że relacje między bohaterami były bardzo skomplikowane i rozwijały się stosunkowo powoli. Bardzo spodobało mi się to subtelne zacieśnianie więzi między postaciami, pomimo tak skrajnych charakterów.

Czego niestety nie mogę powiedzieć o wątku romantycznym, który niestety nie przedstawia się zbyt atrakcyjnie. Jak na mój gust relacja miłosna między pewnymi bohaterami rozwija się tutaj stanowczo zbyt szybko, przez co wypada ona bardzo nienaturalnie, a to jest natomiast powodem mojej dosyć dużej niechęci w stosunku do tego romansu. W związku z sytuacją, w jakiej znaleźli się bohaterowie doskonale rozumiem potrzebę bliskości, jednak równie dobrze wątek miłosny można było zastąpić najzwyczajniej w świecie przyjaźnią – powieść ta zdecydowanie by na tym nie ucierpiała, a wręcz przeciwnie, znacznie by na tym zyskała. Romans mógłby nawet rozwijać się gdzieś w tle albo powoli powstawać z tej przyjaźni, dzięki czemu wypadłby znacznie bardziej naturalnie i wiarygodnie. Najbardziej jednak pod względem tego wątku romantycznego nie spodobał mi się trójkąt miłosny, który w pewnym momencie zaczął się tutaj wyłaniać. Nie był on tak nachalny jak w przypadku niektórych młodzieżowych powieści, niemniej jednak związane z nim niezdecydowanie bohaterki (jednak w sumie nie tylko w związku z trójkątem, Emily ogólnie w kwestii wątku romantycznego wykazywała niesamowite niezdecydowanie, przez długi czas sama nie wiedziała, czego/kogo tak naprawdę chce, co było szalenie denerwujące) bardzo mnie irytowało. Mam wielką nadzieję, że autorka nie pójdzie tym tropem w drugiej części swojej trylogii i żadnego trójkąta miłosnego nie doświadczę już w kontynuacji.

Miłośnicy psychologii z całą pewnością znajdą w tej książce coś dla siebie, ponieważ cały ten motyw psychologii odgrywa w tej powieści bardzo dużą rolę. Mogę wręcz powiedzieć, że to właśnie na nim opiera się całość historii, na chorobach psychicznych, wielu zagadnieniach tej natury, o których wcześniej nie miałam pojęcia i jestem bardzo wdzięczna tej książce za zainteresowanie mnie niektórymi tematami. Podczas czytania tej lektury mimowolnie googlowałam niektóre kwestie, o których wcześniej nie za wiele wiedziałam, aby zapoznać się z tematem – pod tym względem „Projekt Królowa” bardzo intryguje czytelnika, sprawia, że chcąc, nie chcąc zaczyna się on interesować danym tematem i szukać odpowiedzi na pytania, aby zaspokoić narastający dzięki tej powieści głód wiedzy. I chyba to w tej książce spodobało mi się najbardziej – to, że nienachalnie zachęca ona do zgłębiania pewnych zagadnień, dowiadywania się rzeczy, którymi w innej sytuacji być może aż tak bym się nie zainteresowała.

Styl, którym posługuje się Dominika Rosik – jak kilka innych elementów tej książki – wzbudził we mnie bardzo mieszane uczucia. Sama nie wiem jaki stosunek powinnam mieć wobec języka autorki, ponieważ o ile początkowo byłam zachwycona barwnymi i „kwiecistymi” opisami, to na dłuższą metę zaczęłam czuć się bardzo zirytowana ilością dramatu zawartą w zdaniach. Początkowo również byłam zachwycona wplataniem w tę historię co jakiś czas mądrzejszych fragmentów, zmuszających do przemyśleń na tematy relacji międzyludzkich czy naszego miejsca na tym świecie. W pewnym momencie jednak te fragmenty zaczęły odstawać na tle innych, szczególnie w chwilach, gdy między bohaterami doszło do jakiegoś zdarzenia, które następnie zostało przez autorkę „podsumowane” pewnym tego rodzaju cytatem, kompletnie nie pasującym do sytuacji i bardzo odstającym na jej tle. Znacznie bardziej doceniłabym styl autorki, gdyby niektóre momenty nie były tak pompatyczne i wyniosłe, jak niestety były w rzeczywistości, a język nie był aż tak przedramatyzowany. Bardzo żałuję, że nie pozaznaczałam sobie konkretnych fragmentów podczas czytania książki, chętnie bym je wam teraz przytoczyła.

Nie spodziewałam się, że opinia tej książki będzie miała aż taką długość, jest to zdecydowanie jedna z najdłuższych kiedykolwiek napisanych przeze mnie recenzji, mam jednak nadzieję, że uzbroiliście się w cierpliwość i dotrwaliście do końca. Podsumowując jednak – książkę „Projekt Królowa” oceniam dobrze, pomimo mojego narzekania na pewne elementy czuję duży potencjał w tej historii, szczególnie teraz, gdy końcówka powieści sprawiła, że bardzo polubiłam większość bohaterów i nabrałam ogromnego apetytu na przeczytanie kontynuacji. Żałuję tylko tego, że tak długo musiałam czekać na to, aż coś konkretnego wreszcie się wydarzy, bo szczerze mówiąc dopiero od połowy akcja tej książki zaczyna się troszkę ruszać, ale tak naprawdę to dopiero ostatnie 150 stron sprawiło, że nie mogłam się od tej powieści oderwać i przeczytałam je z prawdziwą przyjemnością. Żałuję również tego, że niektórych bohaterów (Olaf, Britta, Jian czy nawet Katia, choć za nią nie przepadam) nie udało mi się poznać w wystarczającym dla mnie stopniu – narracja prowadzona jest z trzech punktów widzenia (Emily, Alex, Matthew), więc niestety z oczywistych względów reszta bohaterów jest delikatnie zepchnięta na bok. Chętnie jednak sięgnę po drugi tom tej trylogii, jestem bardzo ciekawa w jakim kierunku potoczy się akcja w kontynuacji i jak na tle pierwszego tomu wypadnie druga część.

Wyobraźcie sobie, że budzicie się nagle w całkowicie obcym miejscu, które pierwszy raz widzicie na oczy. Brakuje wam wspomnień z poprzedniej nocy, nie macie zielonego pojęcia, jak się w tym miejscu znaleźliście, nie ma przy was żadnej bliskiej osoby, która mogłaby być dla was najdrobniejszym chociaż oparciem. Co najgorsze – nie ma żadnego sposobu na to, aby wydostać się z...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Życie potrafi zaskakiwać i niestety często bywa tak, że nasze oczekiwania znacznie różnią się od tego, co podane jest na talerzu. Wydaje nam się, że ustalonej przez nas wizji przyszłości nie da się w żaden sposób naruszyć, że nasze marzenia, gdy mieliśmy to naście lat spełnią się jedynie przy odrobinie chęci, jednak ta szara rzeczywistość niekiedy dopada nas szybciej, niż się tego spodziewaliśmy. Nie wszystko układa się tak, jak byśmy tego chcieli i naszym jedynym zadaniem w takiej sytuacji jest się do tego dostosować lub spróbować w jakiś sposób zmienić to, co przygotował dla nas los.

Główną bohaterką tej powieści jest Jackie, kobieta, której życie miało wyglądać zupełnie inaczej. Pomimo tego, że swojej rodziny nie zamieniłaby na nic innego, to jednak od jakiegoś czasu nawiedzają ją myśli o szkolnej miłości, z którą planowała spędzić resztę swojego pięknego życia, a tęsknota za tym, co utraciła, zdaje się nasilać z każdym kolejnym dniem. Kiedy jej najstarsza córka, Martha, zostaje przyjęta na uniwersytet, Jackie ma wrażenie, że może jednak wszystko jest tak, jak być powinno... ale czy jej obecne życie na pewno jest tym, o czym marzyła?

Bardzo spodobało mi się to, co ta powieść chciała sobą przekazać. Jak już wspomniałam na wstępie – życie często bardzo nieprzyjemnie nas zaskakuje, co jest absolutną normalnością, jednak mimo wszystko gorycz porażki i rozczarowania ciągnie się za nami czasami przez wiele, wiele lat. Rzeczywistość okazuje się być znacznie inna od naszych marzeń, jednak czy zawsze jest ona aż tak straszna, żeby na siłę próbować ją zmienić? Ku naszemu zaskoczeniu może okazać się, że droga, która kiedyś wydała się dla nas spełnieniem marzeń wcale nie przyniosłaby nam szczęścia. Ku naszemu zaskoczeniu szczęście mamy tuż pod naszymi nosami, zbyt mocno jednak obejrzeliśmy się za siebie, aby móc to dostrzec.

I o ile morał tej powieści naprawdę mocno do mnie trafił i pozwolił mi nawet na chwilę zastanowienia się nad własnym życiem, własnymi wyborami, to jednak sposób przedstawienia tej historii pozostawia po sobie wiele do życzenia. Kompletnie nie przypadł mi do gustu styl autorki, ponieważ znajduje się on na bardzo, bardzo niskim poziomie. Bardzo wiele dialogów w tej powieści brzmiało niesamowicie drętwo i sztucznie, a równie wiele fragmentów zostało opisane w stanowczo zbyt przedramatyzowany sposób, wywołując we mnie tylko i wyłącznie irytację. Niektóre sceny pozbawione były jakichkolwiek emocji, pomimo tego, że miały być z założenia wzruszające lub nawet wywołujące pewne refleksje, a część z nich miała w sobie natomiast tak wiele dramatu, że na jakiekolwiek inne uczucia poza frustracją nie było już we mnie miejsca.

Główna bohaterka jest postacią, której mimo wszelkich chęci nie byłam w stanie polubić. Doskonale rozumiem jej chęć zmiany swojego życia w jakiś sposób oraz tęsknotę za tym, co utracone – takie uczucia nie są przecież obce wielu innym osobom, co sprawia, że postać Jackie wydała mi się początkowo bardzo autentyczna i godna sympatii, co jednak szybko uległo zmianie. Bardzo denerwowało mnie to, jak bardzo bohaterka ta chciała narzucić swojej córce sposób, w jaki ma ona żyć, drogę, którą ma podążać, aby Martha dotarła tam, gdzie ona sama nie była w stanie. Nie rozumiała tego, że moment, w którym znalazła się nastolatka powinien należeć tylko i wyłącznie do niej, że to ona powinna podjąć decyzję o studiowaniu w taki sposób, aby nie obwiniać jej (i siebie samej) przez resztę życia. Nie podobał mi się stosunek Jackie do swojej córki i to, jak bardzo chciała narzucić jej swój własny sposób myślenia.

Książek w stylu „Córki doskonałej”, opisujących zmęczone własnym życiem kobiety jest na rynku całkiem sporo i w przeciwieństwie do powieści Amandy Prowse są one napisane w znacznie lepszy pod względem warsztatowym sposób. Ta lektura nie wzbudziła we mnie niestety żadnych pozytywnych emocji, a niedająca się polubić, irytująca i niesamowicie płaczliwa (szczególnie pod koniec powieści) bohaterka sprawiła, że pomimo interesującego przesłania nie potrafię myśleć o tej powieści z jakimikolwiek cieplejszymi uczuciami. Wiem, że więcej nie sięgnę po twórczość tej autorki, oczywiście jednak nie odradzam przeczytania tej książki. Kto wie, może znajdziecie w niej coś dla siebie?

Życie potrafi zaskakiwać i niestety często bywa tak, że nasze oczekiwania znacznie różnią się od tego, co podane jest na talerzu. Wydaje nam się, że ustalonej przez nas wizji przyszłości nie da się w żaden sposób naruszyć, że nasze marzenia, gdy mieliśmy to naście lat spełnią się jedynie przy odrobinie chęci, jednak ta szara rzeczywistość niekiedy dopada nas szybciej, niż...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Jestem pod ogromnym wrażeniem świata, jaki wykreowała autorka, ponieważ przedstawiono go w tak dokładny, pełen detali sposób, że nie ma tutaj miejsca na żadne domysły w celu wypełnienia jakichkolwiek możliwych luk. Już od pierwszych stron nie sposób zauważyć, jak doskonale Samantha Shannon przemyślała sobie wszelkie drobiazgi mające umożliwić czytelnikowi dokładne wyobrażenie sobie świata, w jakim przyszło żyć głównej bohaterce i rządzącymi się nim praw. Mix nieco steampunkowego klimatu, totalitaryzmu, państwa policyjnego i obozów pracy sprawia, że otrzymujemy mieszankę niemalże wybuchową, która hipnotyzuje czytelnika już od pierwszej strony.

O ile kreacja tego świata zaparła mi dech w piersi, to jednak nadmiar informacji, którymi zostałam praktycznie zbombardowana przez pierwsze strony sprawił, że poczułam pewnego rodzaju irytytację. Irytację na chaos, który zapanował na samym początku, irytację na małą przystępność tych informacji, co było powodem czytania tej powieści w bardzo wolnym tempie (przynajmniej właśnie przez te pierwsze strony) oraz przede wszystkim irytację na samą siebie, że nie potrafiłam błyskawicznie tego wszystkiego pojąć, przez co do pewnego momentu jedynie 3/4 książki było dla mnie w stu procentach zrozumiałe. Chociaż... może to nie jest moja wina, tylko wina autorki?

„Czas żniw” liczy sobie prawie 500 stron i jak na tak bogatą objętościowo książkę jej akcja toczy się w zaskakująco powolnym tempie. Zabrakło mi w niej pewnego dynamizmu, który sprawiłby, że podczas czytania podskiwałabym w podekscytowaniu, oczekując na to, co dopiero miałoby nadejść. Zdecydowanie również zabrakło mi napięcia towarzyszącego akcji, a także tej cudownej niepewności, dzięki której mogłabym dosłownie pożreć tę książkę bez połykania. Spodziewałam się po prostu, że akcja w tej powieści będzie trochę bardziej intensywna i ekscytująca, nic takiego niestety nie otrzymałam i jest to największy powód mojego rozczarowania w przypadku tej lektury.

Co nie znaczy wcale, że nudziłam się podczas jej czytania! Pojawił się bowiem taki moment, który naprawdę przykuł moją uwagę, który sprawił, że zaczęłam mieć nadzieję na to, iż mnie również dosięgnie zachwyt panujący wokół tej powieści. Bardzo polubiłam główną bohaterkę tej książki, zaimponował mi jej charakter, samodzielność, świadomość podejmowanych decyzji i godzenie się z ich konsekwencjami oraz przede wszystkim lojalność wobec najbliższych. Spodobało mi się również jej częste powracanie do wspomnień z przeszłości, dzięki czemu mogłam poznać początki jej jasnowidztwa oraz pracę w kryminalnym światku. W pewnym momencie jednak cała moja ciekawość zdawała się powoli ulatywać, przez co czytanie tej książki z prawdziwym pragnieniem poznania dalszych losów Paige i jej walki o wolność stało się po prostu biernym, uprzejmym zainteresowaniem, niczym więcej.

Doskonale wiedziałam, że w tej książce pojawia się jakiś wątek romantyczny, jednak nie miałam pojęcia kiedy dokładnie i między kim będzie on się rozwijał. Dlatego też byłam szczerze zachwycona tym, że zdecydowana większość tej powieści pozbawiona jest tego romantycznego aspektu oraz skupia się tylko i wyłącznie na przeżyciach głównej postaci. Romans pojawia się dopiero tak naprawdę pod sam koniec powieści i szczerze mówiąc to ostatnie 50 stron czytałam już bardzo sfrustrowana, nie mogąc się doczekać, aż będę mogła wreszcie odłożyć tę książkę na półkę. Powodem mojego zirytowania (delikatnie mówiąc) jest właśnie ten nieszczęsny romans, z dwóch głównych względów. Po pierwsze, miałam wrażenie, jakby pojawił się on ni stąd, ni zowąd. Wcześniejsze relacje między Paige a Naczelnikiem w ani jednym momencie nie zwiastowały możliwego między nimi uczucia (ciężko się dziwić, biorąc pod uwagę okoliczności znalezienia się Paige pod władzą Naczelnika), a sama główna bohaterka nigdy wcześniej nie wspomniała chociażby drobną sugestią, że mogłaby darzyć tę postać jakimikolwiek cieplejszymi uczuciami poza nienawiścią, niechęcią i pogardą. Po drugie, jestem bardzo zniesmaczona tym, że autorka postanowiła wepchnąć bohaterkę w związek z jej oprawcą, który ją więził, zniewolił, nadużywał wobec niej swojej władzy oraz odurzał, aby wykorzystać ją do swoich własnych celów (i na całe szczęście nie mam tutaj na myśli gwałtu, chociaż i te elementy w jakimś stopniu pojawiają się niestety w tej książce), a na dodatek usprawiedliwiał swoje działania pobudkami, które na dobrą sprawę nie mają w tej sytuacji żadnego znaczenia. Faktem jest, że kreowanie tak niezdrowego, odpychającego wręcz związku w książce, po którą sięgają głównie nastoletni czytelnicy jest czymś, czemu absolutnie zawsze będę przeciwna.

Przyznaję otwarcie, że oczekiwałam po tej powieści czegoś znacznie więcej. Może nie liczyłam na nie wiadomo jakie zachwyty skutkujące ocenieniem tej książki na pięć gwiazdek, ale chciałam otrzymać chociażby tak dobrą lekturę, abym nie wahała się przed sięgnięciem po jej kontynuację. Niestety jednak mało interesujące wydarzenia, niezbyt wartka akcja i utrata szacunku wobec tej powieści, spowodowana tego rodzaju wątkiem romantycznym sprawiają, że obok „Zakonu mimów” przejdę raczej obojętnie.

Jestem pod ogromnym wrażeniem świata, jaki wykreowała autorka, ponieważ przedstawiono go w tak dokładny, pełen detali sposób, że nie ma tutaj miejsca na żadne domysły w celu wypełnienia jakichkolwiek możliwych luk. Już od pierwszych stron nie sposób zauważyć, jak doskonale Samantha Shannon przemyślała sobie wszelkie drobiazgi mające umożliwić czytelnikowi dokładne...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Poniżej skusiłam się na ogólną recenzję wszystkich trzech części tej trylogii, jednak bez obaw - nie ma w niej żadnych spoilerów.

Cieszę się, że mam szansę opowiedzieć wam trochę o trylogii „Zła krew” Sally Green, ponieważ są to moim zdaniem zdecydowanie zbyt niedoceniane książki. Dopiero kilka tygodni temu spotkałam się z pierwszą ich recenzją, nigdy wcześniej nie zauważyłam, żeby ktokolwiek o nich mówił, choć nie są to książki bardzo stare – pierwsza część pojawiła się na naszym rynku 3 lata temu, w 2014 roku. Często dziwię się książkom zyskującym rozgłos, ponieważ zdecydowana większość jest moim zdaniem stanowczo zbyt przereklamowana, dlatego też teraz przedstawię wam książki, które takiego rozgłosu nie otrzymały – a szkoda, bo powinny.

Trylogia „Zła krew” opowiada o współczesnym świecie, gdzie obok ludzi żyją także osoby o magicznych zdolnościach – dobrzy czarodzieje i czarodziejki określani są jako biali, natomiast źli jako czarni, będąc ich skrajnym przeciwieństwem. Jest to historia o losach nastoletniego Nathana, będącego magiem półkrwi, któremu nie ufa żadna ze zwaśnionych grup. Aby przetrwać, będzie musiał popełnić rzeczy, o jakie nigdy by się nawet nie podejrzewał.

Cały sęk w moim zachwycie nad tą trylogią polega na tym, że ja doskonale zdaję sobie sprawę z jej niedoskonałości. Dobrze wiem, że pewne elementy mogłyby zostać bardziej dopracowane, lepiej skonstruowane, wiem, że, gdyby tylko Sally Green poświęciła im nieco więcej czasu i uwagi, wówczas mogłabym nazwać te książki niemalże idealnie wpadającymi w mój czytelniczy gust. Podrasowania wymaga nie tylko świat wykreowany przez autorkę (magowie żyjący we współczesnym świecie na równi z ludźmi amagicznymi to temat, który zdecydowanie zasłużył na to, aby poświęcić mu trochę więcej czasu i miejsca w tych książkach), ale również bohaterowie przez nią wykreowani, a także sam język, którym Sally Green się posługuję. Nie twierdzę, że jest to trylogia idealna, niemniej jednak jest w niej coś tak niesamowitego, że jestem nią do głębi zachwycona.

Autorka przedstawia czytelnikowi świat, w którym aż roi się od brutalności. To, ile przeżywa główny bohater, jak wiele cierpienia i niesprawiedliwości doznaje wykracza aż poza moje rozumienie. Od pierwszych stron „Złej krwi” byłam w nieustannym szoku nad tym, z jakim okropieństwem musiał spotkać się główny bohater, jak wiele musiał przejść i jak wiele okrucieństw doświadczyć, żeby... Właśnie, żeby co? Żeby uzyskać upragniony spokój? Żeby otrzymać tak zasłużony (czy na pewno?) happy ending? To nie jest trylogia z rodzaju tych, w których bohaterowie po ciężkich walkach spotykają się z należnym im odpoczynkiem. To trylogia, po której czytelnik czuje się wykończony od nadmiaru emocji, których mu dostarczyła. To trylogia, po której łzy nie chcą przestać płynąć, a na uleczenie złamanego serca potrzeba będzie znacznie więcej niż to, co zazwyczaj poprawia wam humor.

Zbyt często spotykam się w książkach z brakiem jakiegokolwiek rozwoju wykreowanych postaci, co niestety sprawia, że przez ich papierowość nie potrafię się z nimi w żaden sposób zżyć. Sally Green udało się utworzyć postacie naprawdę barwne i różnorodne, a przy tym przez to, jak wiele cierpienia doświadczają wydają się być one jednocześnie zdecydowanie bardziej ludzkie. Przez te trzy części doskonale widać drogę, jaką ci bohaterowie przebyli oraz to, jak bardzo się zmienili podczas swojej wędrówki. Niekiedy naprawdę idealnie udawało mi się wczuć w tych bohaterów, chociaż z drugiej strony ciężko jest mi mówić o jakimkolwiek utożsamianiu się z tymi postaciami, ponieważ ich moralność każdy logicznie myślący czytelnik podda pod ogromną wątpliwość.

Właśnie, to jest w tej książce tak szalenie interesujące. Naprawdę bardzo dawno nie spotkałam się z książką, w której bohaterowie nie znajdowaliby się na dwóch przeciwstawnych biegunach. Zazwyczaj w książkach fantasy mamy bohaterów dobrych, z których punktu widzenia co do zasady poznajemy opisywaną historię, oraz bohaterów złych, którzy próbują pokrzyżować plany protagonistów. W tej trylogii jest inaczej. Nie mamy tutaj typowej walki dobra ze złem, ponieważ tak naprawdę nie mamy bohaterów typowo dobrych lub typowo złych. Wszyscy z nich znajdują się gdzieś pomiędzy, dokonują czynów, o których mi samej ciężko jest nawet pomyśleć, popełniają zbrodnie, które zasługują na najsurowszą karę – a czasami popełniają je nie tylko po to, żeby przetrwać. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że ja doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że działania tych bohaterów są złe i szczerze je potępiałam, ale jednocześnie nie potrafiłam tych bohaterów znienawidzić. Posiadają oni w sobie bowiem pewnego rodzaju magnetyzm, który sprawił, że ich osobowości wydały mi się niezwykle hipnotyzujące, skutecznie uniemożliwiając mi pozbycie się wobec nich choć odrobiny sympatii.

Miłośnicy wątków miłosnych w literaturze z pewnością nie będą tą trylogią zawiedzeni, tym bardziej, że nie jest to taki typowy, klasyczny romans spotykany w literaturze Young Adult. I całe szczęście! Największe zaskoczenie (i jednocześnie najbardziej satysfakcjonujące) spotkało mnie właśnie w związku z tym romansem i szczerze mówiąc gdyby sytuacja nie rozwinęła się w taki sposób (wybaczcie za te ogólniki, ale sami rozumiecie, nie chcę wam niczego spoilerować) to nie jestem pewna, czy byłabym z tej trylogii aż tak zadowolona. Bardzo doceniam autorkę za pewnego rodzaju łamanie schematów, którymi – szczerze mówiąc – jestem już mocno znudzona, a jednocześnie z pewnego powodu mam do niej ogromny żal za to, w jaki sposób ten wątek został zakończony.

Gorąco was zachęcam do sięgnięcia po tę trylogię i do dania jej szansy. Jak już wyżej wspomniałam – nie są to książki idealne, ale po raz pierwszy te drobne mankamenty nie sprawiły, że byłabym lekturą znużona czy nieusatysfakcjonowana. O znużeniu jak najbardziej nie może być mowy, ponieważ wydarzenia opisywane przez autorkę toczą się w naprawdę wartkim tempie, a poza tym potrafią być rozkosznie zaskakujące. Satysfakcję z lektury skutecznie natomiast zapewniło mi łamanie przez autorkę schematów i postępowanie momentami w dosyć niekonwencjonalny sposób. Jeżeli zdecydujecie się – mam nadzieję – sięgnąć po tę trylogię, wówczas proponuję z góry przygotować się na potok łez, bowiem zakończenie jest czymś, przy czym chusteczki stają się zdecydowanie elementem niezbędnym.

Poniżej skusiłam się na ogólną recenzję wszystkich trzech części tej trylogii, jednak bez obaw - nie ma w niej żadnych spoilerów.

Cieszę się, że mam szansę opowiedzieć wam trochę o trylogii „Zła krew” Sally Green, ponieważ są to moim zdaniem zdecydowanie zbyt niedoceniane książki. Dopiero kilka tygodni temu spotkałam się z pierwszą ich recenzją, nigdy wcześniej nie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to