Halo, tu Rob Halford… czyli metal, piekło i książki

Bartek Czartoryski
22.05.2021

Parafrazując radiowy hymn końcówki lat dziewięćdziesiątych – nie pokuszając się jednak o rymowanie – powiedziałbym, że gusta są różne, bo siostra zbiera aktorów, brat wycina piłkarzy, a ja czytam o metaluchach.

Halo, tu Rob Halford… czyli metal, piekło i książki lubimyczytac.pl

Nie to, żeby często, zainteresowania mam bowiem zróżnicowane, lecz pozwalam sobie na ten cokolwiek familiarny ton, gdyż Rob Halford jawi mi się nie tylko jako niekwestionowany bóg metalu, ale i równy chłop. Nie poznałem go co prawda osobiście, lecz wystarczy rzut oka na jego profil na Instagramie, żeby dojść do podobnej konkluzji, bo tam koty, sweterki z kotami, kolaże z kotami i filmiki z kotami. I ja to kupuję. Szczególnie po lekturze „Wyznania”, które dopiero co trafiło do polskich księgarń, tych materialnych i cyfrowych.

Reklama

Spośród całego mnóstwa niby-autobiografii napisanych przez trudno orzec kogo, książka Halforda wyróżnia się bezpośredniością. Oraz przyziemnością kumplowskiej relacji ze światem i życiem, jaką nawiązał jej autor. A mowa przecież o facecie, który z Judas Priest sprzedał kopę płyt, nadal nagrywa świetne rzeczy i na festiwalach zawsze wychodzi na scenę po zmroku, jako ostatni. „Wyznanie” traktuje bardziej o Halfordzie-człowieku niż Halfordzie-muzyku, choć, rzecz jasna, nie da się tych dwóch osób od siebie nijak oddzielić. Chodzi mi jednak o to, że rzeczona książka to raczej osobisty pamiętnik, nie przewodnik po paru dekadach heavy metalu.

Halford, będąc gejem, zwierza się chociażby z frustracji i lęku, które towarzyszyły funkcjonowaniu na zdecydowanie samczej scenie metalowej, lecz które ostatecznie popchnęły go do coming-outu. Bywa też niesamowicie zabawny, opisując swoje spotkania z ludźmi, których podziwia, jak Ozzy czy Madonna, sam przecież będąc gwiazdą pierwszego formatu. Będzie o tym, jak próbował poderwać Paula Di’Anno z Iron Maiden, o odjechanych pomysłach scenograficznych i kostiumowych oraz o zakulisowym spotkaniu po latach z Johnnym Deppem. Bezpretensjonalność charakteryzująca książkę Halforda nie pozwala jednak na nieco bardziej analityczne spojrzenie na samą jego twórczość, dlatego, powtórzę, kto szuka tutaj historii o Judas Priest, niech szuka gdzie indziej, bo to opowieść o chłopaku z robotniczej rodziny, który został metalowcem.

Nie chcę przez to powiedzieć, że mało tu o muzyce, bynajmniej, lecz ważniejsze są sprawy rozgrywające się poza koncertami. Halford, choć nie kryje chyba absolutnie niczego i odsłania się calutki, nie faszeruje demonstracyjnie swojej książki rockandrollowymi ekscesami, z którymi, raz słusznie, raz mniej, kojarzy się całe mnóstwo autobiografii metalowego towarzystwa.

Pamiętacie chociażby niesławny „Brud”, bodaj najgłośniejszą rockandrollową publikację, pod którą podpisali się członkowie Mötley Crüe? Parę lat temu Netflix przerobił nawet tę kronikę sybaryckiego ekscesu na film, choć cokolwiek ugrzeczniony. Była to książka ekstatycznie smutna i zabawnie ponura, bo to, co odpierdzielali Nikki Sixx i jego ekipa może przyprawić o ból głowy.

Ba, intensywność tej lektury każe się zastanowić, jak chłopaki to wszystko w ogóle przeżyły. Lecz, choć nie brak tutaj pysznienia się rockandrollowym życiem, to jednak nie pomijają też chwil, kiedy zaryli zębami o dno (polecam jako swoistą lekturę uzupełniającą „Dzienniki heroinowe” Sixxa). Spora w tym zasługa dziennikarza i, no cóż, późniejszego speca od podrywu Neila Straussa, który to wszystko spisał i wycisnął zespół jak cytrynę.

Strauss usiadł też swojego czasu do pisania z Marilyn Mansonem, a owocem owych spotkań jest „Trudna droga z piekła”, którą dzisiaj, po poważnych oskarżeniach, jakie ciążą na muzyku, czyta się niełatwo. Bo Manson bez skrępowania pisze o narkotykach, przemocy i seksie, z rzadka wyciągając jakiekolwiek refleksje, lecz i taki specyficzny urok tej książki. Niewątpliwie była ona bardziej narzędziem marketingowym będącego wtedy u szczytu chwały Mansona niż autobiografią spisaną z potrzeby serca. Jestem ciekawy, czy dzisiaj, kiedy na głowę zwalają mu się kolejne zarzuty, wystosowywane zarówno przez jego partnerki życiowe, jak i współpracowniczki, facet żałuje, co wtedy powypisywał. Ale pod koniec lat dziewięćdziesiątych papier przyjmował wszystko.

Reklama

Nie chciałbym ograniczać się tylko i wyłącznie do autobiografii, lecz zanim przejdę dalej, napomknę jeszcze o paru pozycjach, które wypada zgarnąć. Pierwsze dwie to „Slash” oraz „Duff McKagan. Sex, drugs & rock n’ roll i inne kłamstwa”, czyli – odpowiednio – autobiografia gitarzysty i autobiografia basisty Guns N’ Roses, które znakomicie się uzupełniają. Dalej mamy, że tak wymienię z głowy, przypominając sobie na szybko ofertę rodzimego rynku wydawniczego, „Bruce Dickinson. Do czego służy ten przycisk?”, książkę lidera Iron Maiden, „Ja, Ozzy”, autobiografię legendarnego muzyka Black Sabbath, oraz „Białą gorączkę” Lemmy’ego z Motorhead.

Mógłbym pewnie jeszcze wypisać coś więcej, ale nie chcę robić tutaj wyliczanki, poza tym nie samymi autobiografiami człowiek żyje. Po polsku można bowiem dostać jeszcze co najmniej kilka pozycji traktujących o metalu ogółem, nie o konkretnych muzykach czy nawet kapelach.

Z pewnością lekturą obowiązkową są słynni „Władcy chaosu”, również stosunkowo niedawno przekuci na film (niezbyt dobry), o mówiącym sporo podtytule „Krwawe powstanie satanistycznego metalowego podziemia”. To rzecz analizująca wykuwanie się skandynawskiej stali, będąca kroniką nie tylko narodzin blackmetalowej rewolucji, ale i zapisem tego, jak wyglądała norweska scena lat dziewięćdziesiątych. Jest tu, oczywiście, o paleniu kościołów i o morderstwach, o muzyce (mniej) i o społeczeństwie (więcej). Tradycyjnie Varg Vikernes, który odsiedział piętnaście lat za kratami, pieklił się, że to wszystko kłamstwa, lecz według niemieckiej gazety „Die Tageszeitung” mamy do czynienia z „najbardziej ekscytującą literaturą faktu od czasu Starego Testamentu”. Rozsądźcie sami.

Na sam koniec napomknę jeszcze o „Dla dobra metalu. Historii Metal Blade Records”, napisanej przez producenta Briana Slagela, który jako pierwszy na świecie poznał się na Metallice czy Ratt i wydał Slayerowi „Show No Mercy”. Do tej pory przez jego Metal Blade przewinęły się bandy takie jak King Diamond, Amon Amarth i Behemoth, dlatego historia labelu Slagela to też historia kawału światowego metalu, a polskie wydanie uatrakcyjniają recenzje polskich dziennikarzy muzycznych (tych dobrych). Aż szkoda, że Judas Priest nigdy niczego pod tą banderą nie wydali, bo miałbym świetną klamrę na zakończenie. A tak nie będzie żadnej. Po prostu nastawcie głośno jakiś metal.

Reklama

komentarze [6]

Sortuj:
Aby napisać wiadomość zaloguj się
Befta 23.05.2021 13:35
Czytelnik

Będzie czytane. Uwielbiam rockowe i metalowe biografie. Póki co u mnie numer 1 to Brud i autobiografia Stevena Tylera.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
czytamcałyczas 22.05.2021 13:11
Czytelnik

No ,to ja taką muzykę rozumiem.Nie jestem wybitnym znawcą .Ale czasem słucham.Lubię black metal.Folk,pagan .Lubię klimaty NSBM.
Jak mówię,nie jestem znawcą.Ta muza ,daję mi siłę i radość.Lubię Kataxu ,czy Leśne Licho.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Dante 22.05.2021 18:13
Czytelnik

NSBM?

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
PanKracy 22.05.2021 22:59
Czytelnik

Kataxu?
Daje siłę , do czego?

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
wurkut 22.05.2021 23:17
Czytelnik

Przecież Halford to LGBT, jak możesz słuchać? xD

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Aby napisać wiadomość zaloguj się
Bartek Czartoryski 21.05.2021 08:35
Czytelnik

Zapraszam do dyskusji.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Reklama
zgłoś błąd