Groza prawdziwej historii - „Dunkel" Jakuba Bielawskiego

LubimyCzytać
28.01.2021

Jakub Bielawski to wschodząca gwiazda polskiej literatury grozy. Autor, który należy do zespołu twórców wydawnictwa Vesper, znany jest z nieoczywistych horrorów. O jego najnowszej powieści „Dunkel" pisze Olga Kowalska znana w sieci jako WielkiBuk.

Groza prawdziwej historii - „Dunkel" Jakuba Bielawskiego

Definicje grozy i niesamowitości

Niełatwo jest być w literackim świecie gorącym zwolennikiem horroru. Co prawda literatura grozy nieustannie rozkwita, co rusz wyglądając poza swoją pieczołowicie pielęgnowaną niszę, wciąż jednak sporej liczbie odbiorców ‒ i krytyków ‒ kojarzy się wyłącznie z tanimi opowiastkami o duchach czy mumiach, które bardziej bawią niż straszą (o byciu nośnikami jakichkolwiek prawd czy wartości nie wspominając). W powszechnym odbiorze horror to historyjki, którymi pasjonuje się może jakaś tam grupa dzieci i dziwaków, które jednak nie posiadają wystarczającego osadzenia w bieżącym dyskursie kulturowym, by zrobić wrażenie na co bardziej wysublimowanych dorosłych.

To oczywiście spojrzenie tyleż nieprawdziwe, co niepomne historycznego znaczenia opowieści grozy. Wywodzący się z tradycji oralnych horror pomagał człowiekowi w okiełznaniu strachu ‒ według H.P. Lovecrafta "najstarszego i najsilniejszego uczucia znanego ludzkości" ‒ odkąd tylko w jego życiu pojawiła się kultura. Horror spełnia w niej funkcję szczególną: pozwala na doznanie katharsis, oczyszczenia, spływającego na czytelnika (jak i widza, słuchacza) w momencie przebrnięcia przez kreowany przez twórcę cierpiętniczy labirynt.

Reklama

Odbiorca zanurza się w poczuciu terroru po to, by wynurzyć się po drugiej stronie uodpornionym ‒ a przynajmniej odporniejszym ‒ na to właśnie "najstarsze i najsilniejsze uczucie". Nawet jeśli pod wpływem swej podróży najbliższą noc spędzi przy zapalonym świetle, uzyska szansę na przepracowanie zalegających w jego duszy traum. Tymczasowe zaburzenie emocjonalnej równowagi służy bowiem temu, by docenić stabilność czekającą w realnym świecie ‒ lecz także ujrzeć ją na nowo, w kontraście.

Koszmarne historie

Nikogo chyba nie zdziwi stwierdzenie, że po stylistykę grozy sięgają autorzy opowieści zaklasyfikowanych do zgoła innych gatunków (w tym powieści historycznych). Bardziej zaskakującym może być fakt, że sam gatunek horroru nie ogranicza się jedynie do mierzenia z osobistymi traumami. Opowieści odnoszące się do zagadnienia traumy zbiorowej ‒ wspólne dla rodziny, społeczności, narodu, terytorium ‒ są o tyle rzadsze, że wymagają od swych autorów nie tylko odwagi, ale i nie lada wyczucia. Granica między wywołaniem u odbiorcy uczucia katharsis bądź zniesmaczenia sprowadza się bowiem jedynie do warsztatu literackiego, jakim dysponuje pisarz. Na szczęście dla czytelników, zdarzają się autorzy zdolni dźwignąć tego typu wyzwanie ‒ do których dołączył w ostatnim czasie Jakub Bielawski, wraz ze swoim „Dunkelem".

Reklama

Saga Bielawskiego zaczyna się w 1945 roku, w czasie, w którym śląska ziemia przemienia się i przekształca, formuje na nowo, opita przelaną krwią jej mieszkańców. Ze wschodu nadchodzą przybysze, wykorzenieni i niespokojni, przesiedleni Polacy, którzy muszą osiąść na „ziemiach odzyskanych” Dolnego Śląska i ukształtować je na nowo. To czas pionierów, początek nowej epoki, który jednak zapisze się w historii tamtych rejonów nie jako czas nadziei, a wielkiego chaosu i bolesnego rozdarcia. Rozdarcia, które zrodzi z siebie wielki ból ‒ a wraz z nim: wielki strach.

Sacrum i profanum - boskie i diabelskie

Groza w „Dunkelu" nie ma podłoża religijnego, choć dotyka relacji człowieka z tym, co spoza jego świata. Bielawski by wzbudzić strach nie musi tworzyć mar i demonów, niepokój jest bowiem nieodłącznym elementem powojennej rzeczywistości. Wykorzystuje echa cudzych wspomnień ‒ mroczne, zapadające w pamięć obrazy i niemal namacalne wrażenia. Okradzeni z tożsamości ludzie snują się pośród zimnych, lepkich mgieł. Otaczająca ich po horyzont szarość podpowiada, że przed nienawiścią ‒ i jej córką, przemocą ‒ nie mają dokąd uciec. I nawet miłość zdaje się tu dziwnie bezsilna: w cieniu Gór Sowich wszelkie porywy namiętności kończą się narodzinami pokurczonych dzieci o ściśniętych twarzach. Pozostaje jedynie bierność ‒ i strach.

Jakub Bielawski, autor powieści Dunkel

Strach ‒ jak udowadnia Bielawski ‒ jest czymś więcej niż tylko emocją. Jest Ciemnością, która zostaje w człowieku, rozpycha się, potrafi przearanżować go całego, od wnętrza po samą skórę. Jego obecność wyryta zostaje na twarzach, niczym skaza. Tę skazę ‒ Ciemność, spersonalizowaną przez tytułowego Dunkela ‒ bohaterowie przekazują sobie w genach, wraz z kolorem oczu i usposobieniem, wraz z gęstością kośćca i kształtem łydki, z dziada na ojca, z ojca na syna, po nieskończoność. W dobrych czasach pozostaje uśpiona, przeniesiona do podświadomości, lecz zawsze trwa ‒ gotowa, by wyrwać się na zewnątrz. Warto zaznaczyć, że mamy tu do czynienia z „uhorrorowieniem" jak najbardziej naukowego (i ostatnimi czasy popularnego) tematu pamięci genetycznej i epigenetyki ‒ wpływu środowiska i doświadczeń na transkrypcję genów. Choć oczywiście naukowość nie jest istotą tej historii.

Rodzinne klątwy

Wielopokoleniową opowieść Bielawskiego poznajemy z oczu Dunkela, istoty nieludzkiej, pozostającej nieopodal tych, których obserwuje. Jak sam stwierdza: on był, będzie, wciąż jest. Przygląda się z cienia, obserwując wszystko: równą wagę przywiązując do wielkiej historii, jak i przyziemnej codzienności; do tych, którzy są teraz ‒ i tych, którzy już byli. Pod wieloma względami przypomina „Dracha" z powieści Szczepana Twardocha o tym samym tytule ‒ i nie przez przypadek, bo „Drach" pojawia się tu w formie cytatu, tuż po otwarciu okładki. Być może Twardoch stworzył coś, co do opowiedzenia tej historii było konieczne: nową realistyczno-magiczną konwencję pisania o Śląsku i śląskich przeżyciach historycznych; instrumentarz, bez którego Bielawski nie byłby w stanie opowiedzieć swojej historii ‒ kroniki własnej rodziny.

Bielawski opowiada o tamtych wydarzeniach po swojemu, powracając tam skąd wyszedł swoim „Słupnikiem", posługując się tym, co kontynuował w „Ćmie" ‒ z trzewi podgatunku, jakim jest weird fiction. Wydarzenia ukazane w „Dunkelu", chociaż zakotwiczone w prawdziwej historii, wydają się być koszmarnym snem, majakiem, widziadłem, któremu nie do końca można zaufać. Gatunkowa dziwność przejawia się w obranym stylu, w tym monotonnym, powtarzalnym tonie opowiadającego, który przypomina makabryczną , rytmiczną modlitwę, ciężką w znaczeniu rytualną pieśń. Postacie Bielawskiego ‒ choć poniekąd oparte na prawdziwych osobach, na wspomnieniach pradziadków i dziadków, na świadectwach z publikacji historycznych ‒ ukazane są często w groteskowy, przerysowany sposób, prawdziwie wierdfictionowski.

Reklama

Z połączenia doświadczeń pisarskich Bielawskiego z jego doświadczeniami rodzinnymi ‒ i Ciemnością, którą zdaje się rozpoznawać we własnym sercu ‒ powstało coś wartego uwagi. Realistyczna opowieść grozy, horror historyczny, który wykorzystuje niesamowity moment historii, zniekształcony nieco przez obraną gatunkową soczewkę, by mówić o ludzkiej naturze, o grozie istnienia, o nas samych... Przede wszystkim zaś o strachu. Tym, który być może żyje w nas wszystkich. Strachu odziedziczonym.

Jeśli czytelnik miałby sięgnąć po jeden tylko horror w tym roku ‒ niech spróbuje z „Dunkelem". Być może go zaskoczy, otoczy ramieniem i zabierze w ciemność ‒ na końcu dzieląc się autorskim katharsis.

Olga Kowalska z WielkiBuk.com

Materiały prasowe, wydawnictwo Vesper

Powieść „Dunkel” do kupienia w księgarniach.

Artykuł sponsorowany

Reklama

komentarze [0]

Sortuj:
zgłoś błąd