-
Artykuły
Czytamy w święta. 3 kwietnia 2026
LubimyCzytać327 -
Artykuły
Weź udział w konkursie i wygraj pakiet książek Callie Hart!
LubimyCzytać24 -
Artykuły
„Odpowiedź kryje się w tobie” – Katarzyna Wolwowicz zdradza, jak ją odnaleźć
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Nowa karkonoska powieść Sławka Gortycha! „ŚWIĘTO KARKONOSZY”- już wkrótce! KONKURS
LubimyCzytać131
Biblioteczka
2026-03-31
2026-03-30
„ Tyle że kiedy głupie pomysły przynoszą efekty, stają się genialnymi pomysłami”
Jak wiadomo z duszy i ciała jestem humanistą. Miałem problemy w szkole z przedmiotami ścisłymi. Łatwiej mi było przyswajać wiedzę, gdy moja pamięć miała pole do popisu. Mało się interesowałem astronomią, ciałami obcymi oraz odwiecznym pytaniem – czy jesteśmy sami we wszechświecie? Ale moja optyka nieco się zmieniła w tej materii. Co znalazło odzwierciedlenie w docenieniu za piątym razem filmu Christophera Nolana „Interstellar”. Nie będę ukrywał, że niniejsza powieść wpadła w mi oko wraz z pojawieniem się na ekrany kinów filmu z Ryanem Goslingiem. Zachęcony pozytywnymi opiniami krytyków i czytelników sięgnąłem po powieść, która nie była oczywistym wyborem. Jakie są moje wrażenia na świeżo po lekturze? Czy świat przedstawiony mnie oczarował? Czy główny bohater powieści udźwignął ciężar gatunkowy? I jak można zinterpretować cytat wybrany przeze mnie na potrzeby recenzji? Zanim przejdę do rozważań, i analizy, chciałbym nieco przybliżyć zarys fabularny powieści.
Ryland Grace jest jedynym pozostałym przy życiu członkiem desperackiej misji ratunkowej, której celem jest ocalenie ludzkości. Problem polega na tym, że o tym nie wie. Nie ma nawet pojęcia, jak się nazywa, a co dopiero mówić o wiedzy na temat zadania, jakie przed nim stoi. Zdaje sobie sprawę tylko z tego, że właśnie obudził się z bardzo długiego snu, miliony kilometrów od domu, i że nie może liczyć na żadną pomoc – choć to akurat nie do końca okaże się prawdą…
Nie będę już trzymał w niepewności - książka autorstwa Andy’ego Weira to arcydzieło gatunkowe. Jest to mój główny faworyt, aby wygrać w moim prywatnym rankingu na najlepszą powieść 2026 roku. Jestem pod wielkim wrażeniem narracji pisarza, który trafił do mojego serca i przekonania. Jest to powieść, która liczy sobie pięćset stron, a połknąłem ją na trzech posiedzeniach. Czułem się jak małe dziecko, które dostało swój pierwszy rower. Bowiem „Projekt Hail Mary” to skarbnica atrakcji. To nie tylko rozrywka na najwyższym poziomie, ale historia o potędze przetrwania, która jest istotą i jednym z głównych motywów naszego człowieczeństwa.
Bezmiar kosmosu, gwiazdozbiory, czarna dziura. To elementy naszego wszechświata. Gdzieś tam istnieje świat, który nam, Kowalskim trudno rozumem ogarnąć. Pod względem technicznym, narracyjnym, i warsztatowym perełka literacka. Wymykająca się poza wszelkie normy, oceny i percepcje. Jako laik zostałem oczarowany technicznym podejściem do tematu. Ten aspekt został tak świetnie nakreślony i wykreowany, że nawet czytelnik, który nie interesuje się zbytnio powyższą tematyką powinien z wielkim zainteresowaniem, pasją i zaciekawieniem śledzić fabułę. Tak było ze mną. Amerykański pisarz sprawił, że przepadłem w odmętach kosmosu dosłownie i metaforycznie. Bowiem niniejsza powieść to fenomen.
Ale to bohaterzy i główni aktorzy widowiska to motor napędowy powieści. Z całą odpowiedzialnością oznajmiam, że kreacja Rylanda Grace nie tylko udźwignęła ciężar gatunkowy, ale jest personą, która moim zdaniem może stać się wyjątkową „figurą” we współczesnej popkulturze. Nasza postać musi się w sposób szybki zaadaptować się do warunków w jakich pozostało mu egzystować. Odczuwalna w powieści okazuje się mistrzowsko wykreowana klaustrofobia oraz psychoza strachu. Człowiek jest osobą stadną i niestworzoną do samotności. Retrospekcje z przeszłości z czasem odkrywają nagą prawdę, w jak przedmiotowy, bezlitosny i bezkompromisowy sposób można potraktować człowieka. Nawet gdy pobudki w szerszym kontekście mogły się wydawać na tle moralnym usprawiedliwione. Kiedy na scenę fabularną wchodzi Rocky czyli przedstawiciel rasy pozaziemskiej – to historia nabiera pewnej subtelności, prawdy i czułości. Relacja dwójki bohaterów na długo zapadnie mi w pamięci. Braterstwo, opiekuńczość, przyjaźń w obliczu wspólnego wroga jeszcze bardziej wzmacnia wieź między Rylandem a Rockiem. Sama fabuła trzyma w napięciu. Powiem szczerze nie jednokrotnie łapałem się na tym jak bardzo tej dwójce kibicowałem. I trzymałem kciuki za powodzenie misji. Niektóre sekwencje zapierają dech w piersiach. A przeżycia bohaterów, którzy wystawieni są nieprawdopodobną próbę bardzo dobrze działa pod względem emocjonalnym.
Jak można zinterpretować powyższy cytat? Głównym zagrożeniem dla ludzkości okazała się obco forma życia pierwotniaków – algi, które zaatakowały słońce - czyli najważniejszą gwiazdę, która niebagatelne ma znaczenie dla życia człowieka na ziemi. Nie chcę zdradzać fabuły, ale w tym jakże istotnym cytacie, jest zawarty klucz i rozwiązanie dla uratowania ludzkości. Nawet z pozoru samobójcza misja ma sens, a jej trudność i odpowiedzialność, która mogłaby przygnieść nawet najbardziej najodważniejszych i zahartowanych w boju, spadła na niepozornym nauczyciela przyrody – Rylandzie Grace - osobie najmniej predysponowanej do tej misji. Ale czasami w prostocie tkwi siła.
Reasumując, „Projekt Hail Mary” to nie tylko powieść, ale historia, która powaliła mnie na kolana. Niniejsza powieść, pokazuje, że nie tylko autentyczne fakty piszą wspaniałe i wzruszające scenariusze, ale również w umyśle pisarzy i wizjonerów, może się wykluć pomysł na historię, która, okraszona niesamowitym ładunkiem emocjonalnym, zapadnie na długo w sercu i umyśle. Pozycja obowiązkowa dla fanów autora, ale również miłośników gatunku. Pójdę krok dalej – książka powinna spodobać czytelnikom, którzy po prostu kochają literaturę wysokich lotów, podkreślających wartości, które powinny w mniejszym lub większym stopniu przyświecać nam w życiu codziennym. Gorąco Polecam!!!!!
Ps: Byłem w kinie na „Projekt Hail Mary”. Było to przeżycie bardzo intensywne i emocjonujące. Bardzo wierna ekranizacja, oddająca ducha opowieści. Również Mocno Polecam!!!!
„ Tyle że kiedy głupie pomysły przynoszą efekty, stają się genialnymi pomysłami”
Jak wiadomo z duszy i ciała jestem humanistą. Miałem problemy w szkole z przedmiotami ścisłymi. Łatwiej mi było przyswajać wiedzę, gdy moja pamięć miała pole do popisu. Mało się interesowałem astronomią, ciałami obcymi oraz odwiecznym pytaniem – czy jesteśmy sami we wszechświecie? Ale moja...
2026-03-30
Remigiusz Mróz to jedno z najbardziej rozpoznawalnych literackich nazwisk w naszym kraju. Rok rocznie zostaje wyróżniany przez czytelników nagrodami, które moim zdaniem są jak najbardziej zasłużone. Można dywagować w jaki sposób udaje się autorowi w tak szybkim tempie wydawać kolejne książki. Mnogość cyklów oraz poszczególne tomy zaskakują zwrotami akcji i suspensem. Ale pisarz „romansuje” również z innymi gatunkami. Z lepszym lub gorszym skutkiem. Ale trzeba autorowi przyznać, że wyobraźnia oraz pomysł na fabułę to atrybuty Mroza, które sprawiają, że się wyróżnia na rynku wydawniczym. Moja przygoda z serią opowiadającą o nieustraszonej pani adwokat oraz jej partnerze Kordianie Oryńskim zaczęła się w 2019 roku. I trwa do dzisiaj. Czy czternasty tom pod tytułem „Egzekucja” zaskoczył mnie czymś pozytywnym? I czy to jest dobra książka? Zanim zacznę analizę utworu, chciałbym naświetlić warstwę fabularną powieści.
Minęły trzy miesiące, od kiedy Kordian Oryński zaginął. Przez ten czas Chyłka robiła wszystko, by go odnaleźć, ale nie natrafiła na żaden ślad. Prawniczka nie zamierza jednak się poddawać. Aby zapewnić sobie fundusze na dalsze poszukiwania, prowadzi biuro porad prawnych i mimo że nie może sama reprezentować klientów przed sądem, nic nie stoi na przeszkodzie, by wykorzystywała do tego kogoś innego. Jednocześnie stara się doprowadzić do uchylenia decyzji sądu dyscyplinarnego o usunięcie jej z zawodu. Nic nie wskazuje na to, by w którejkolwiek ze spraw udał się odnieść sukces – aż do momentu, kiedy zgłasza się do niej policjant oskarżony o zabójstwo cywila…
„Egzekucja” to najmniej prawniczy thriller z wszystkich tomów jakie do tej pory przeczytałem. Trzynasty tom - „Afekt” również okazał się podobnej konstrukcji. Trzeba na tą sprawę spojrzeć w szerszym kontekście. Uważam, że niniejszy zabieg wprowadzony w życie ma pewne zalety. Bowiem autor bardziej się skupia na życiu osobistym bohaterów. Mamy tu motyw amnezji, który prowadzi do walki o chwilową utraconą miłość. Dobrze rozpisane wątki przez autora płyną spokojnym nurtem. Styl Remigiusz Mroza pozwala na ekspresowe przebrnięcie przez większość wątków fabularnych. Powieść „Egzekucja” można określić jako nie zobowiązująca transakcja pomiędzy autorem, a czytelnikiem. Która ma jeden cel – dobrą zabawę. Jeżeli się przymknie oko na mielizny fabularne to można czerpać satysfakcję z lektury. „Egzekucja” to nadal solidna propozycja z uniwersum stworzonego przez Polskiego autora. Spora dawka wulgaryzmów, inwektyw i chamstwa, może trochę odrzucać czytelnika. W pewnym momencie zadałem sobie pytanie; czy niniejsza powieść nie obraża mojej inteligencji. Ale wychodzę z założenia, że czasami warto przeczytać coś rozrywkowego i niezobowiązującego. Natomiast jeśli o suspens plot twist i rozwiązanie zagadki kryminalnej to te aspekty, które jak najbardziej akceptuje. Niniejsza powieść to najkrótszy z tomów - czy to świadczy o zmęczeniu materiału? Może tak, bowiem czytałem lepsze powieści autora. Ale nie ma co zbytnio narzekać. Kolejny tom o Chyłce to sprawnie napisana pozycja. Którą summa summarum odbieram pozytywnie. Co do tytułu powieści – to moim zdaniem można go zinterpretować w dwójnasób. W tym aspekcie autor zostawił szerokie pole do interpretacji.
Podsumowując, „Egzekucja” to może nie najlepszy z tomów, ale historia o Chyłce nadal działa na poziomie emocjonalnym. Wątek prawniczy – tym razem szczątkowo wykorzystany, ale gdy się pojawia nie jest substytutem fabularnym, ale pełnoprawnym czynnikiem konstrukcji fabularnej i narracyjnej. Pozycja obowiązkowa dla miłośników i fanów autora, czytelników nie bojących wielotomowych cyklów. Dla mnie jest to pozycja, którą pomimo pewnych zastrzeżeń dobrze się czytało i pochłaniało. Polecam.
Remigiusz Mróz to jedno z najbardziej rozpoznawalnych literackich nazwisk w naszym kraju. Rok rocznie zostaje wyróżniany przez czytelników nagrodami, które moim zdaniem są jak najbardziej zasłużone. Można dywagować w jaki sposób udaje się autorowi w tak szybkim tempie wydawać kolejne książki. Mnogość cyklów oraz poszczególne tomy zaskakują zwrotami akcji i suspensem. Ale...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-03-29
„Wiatr i prawda” część druga piątego tomu Archiwum Burzowego Świata, miała domknąć, wszystkie wątki pierwszego łuku narracyjnego. Czy lektura spełniła moje oczekiwania? Czy książkę można polecić fanom gatunku? Czy zakończenie okazało się epickie? I jakie są moje spostrzeżenia na świeżo po lekturze? Zanim odpowiem na te ważkie pytania, chciałbym nieco przybliżyć warstwę fabularną powieści.
Kiedy Kaladin i Szeth walczą o ostrza Honoru w Shinovarze, a Adolin stara się obronić Azimir, Shallan, Ranarin i Rlain usiłują zrozumieć tajemnicę Niestworzonej Ba-Ado- Mishram oraz jej związków ze zniewoleniem pieśniarzy i zabiciem przez starożytnych Świetlistych Rycerzy swoich sprenów. Dalinar i Navani szukają z kolei czegoś, co da im przewagę nad czempionem Odium, a co można znaleźć jedynie w Krainie Ducha, gdzie splatają się wspomnienia i możliwości, tworząc chaos. Los całego cosmere wisi na włosku...
Nie będę ukrywał, że to zdecydowanie najgorsza pozycja z całej serii. Na taki stan rzeczy składa się wiele czynników. Przede wszystkim świat przedstawiony, stracił bardzo mi w oczach. Prawidła rządzące światem fantastycznym dla mnie zupełnie się nie zazębiały. Grubość powieści nie ułatwiła mi zadania. Cieszę, się że dobrnąłem do końca. Niestety czuję wielkie rozczarowanie. Styl Amerykańskiego pisarza przestał mnie urzekać i przyciągać swoją formą. W pewnym sensie warstwa emocjonalna, to jałowe pustkowie, które nie broni się na żadnym polu narracyjnym. Zdałem sobie sprawę, że taka odmiana i gałąź gatunku literackiego do mnie nie przemawia. Kreacja poszczególnych bohaterów stoi na przyzwoitym poziomie, ale powtarza się ta sama historia, co z warstwą fabularną. Jedynie świetnie został przedstawiony konflikt ojca z synem - Dalinarem i Adolinem. Natomiast sam pojedynek nie sprostał moim oczekiwaniom. Ponieważ warstwa moralna zakryła wątek akcji. Takiego rozwiązania nie spodziewałem się po historii, która może kiedyś mnie bawiła, urzekała i dawała frajdę, ale teraz przyprawiła mnie jedynie o ból zęba. Pozostał tylko niesmak, gorycz i żal. Miałkość fabularna zaburzyła cały koncept fabularny. Dając produkt, który estetycznie może jest ładny i atrakcyjny dla oka, ale w środku okazał się pusty, chaotyczny i niespójny. Autor mocno się skupił na aspekcie „Boskości”. Co w moim odczuciu okazało dla finału historii gwoździem do trumny. Nie będę się więcej pastwił nad książką. Mam nadzieję, że kolejne tomy znowu rozpalą w moim sercu ogień. Jestem daleki od porzucenia uniwersum Cosmere. Bowiem autor ma u mnie wielki kredyt zaufania. Wierzę, że przy kolejnej okazji, kolejna historia będzie stała na odpowiednim poziomie.
Reasumując, „Wiatr i prawda”, część druga, to niestety słaba powieść. Oczywiście jest to moja subiektywna ocena, więc czytelnik powinien sam się przekonać czy dana książka przypadnie mu do gustu. Sanderson stworzył książkę patetyczną i ubraną w doniosłe słowa, ale w tym wszystkim zabrakło magii. Uważam, że stracony potencjał może ciążyć autorowi. Zdaje sobie sprawę, że niektórym czytelnikom spodoba się powyższa lektura. Ale niestety ja nie znajduje się w tym gronie.
„Wiatr i prawda” część druga piątego tomu Archiwum Burzowego Świata, miała domknąć, wszystkie wątki pierwszego łuku narracyjnego. Czy lektura spełniła moje oczekiwania? Czy książkę można polecić fanom gatunku? Czy zakończenie okazało się epickie? I jakie są moje spostrzeżenia na świeżo po lekturze? Zanim odpowiem na te ważkie pytania, chciałbym nieco przybliżyć warstwę...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-03-29
Uroboros – wąż który zjada swój ogon. Oznacza nieskończoność, cykliczność życia, wieczny powrót, jasność materii i ducha i ciągłą odnowę oraz śmierć. Jest to motyw w literaturze fantastycznej użyty przez Andrzeja Sapkowskiego, nie bez przyczyny. Bowiem tylko w ten sposób można zrozumieć przesłanie oraz zakończenie wszystkich wątków. W tej nieco krótszej recenzji chciałbym uwypuklić te wszystkie momenty fabularne, które zapamiętam na długo bowiem jest to mój drugi re-read recenzowanej przeze mnie powieści. Dojrzałem literacko, aby w w pełni docenić kunszt autora i stać się zakładnikiem i oddanym fanem historii, przedstawionej w ostatnim tomie pięcio - księgu.
Mówi się, że fani wiedźmina największą estymą darzą dwa pierwsze zbiory opowiadań; „Ostatnie życzenie” oraz „Miecz przeznaczenia”. Oczywiście rozumiem ten punkt widzenia. Ale jako fan dłuższej formy („Pani Jeziora” bez mała liczy sobie sześćset stron) czułem również tą magię oraz rozmach świata przedstawionego.
Jest to najbardziej polityczny z tomów. Ale to nie oznacza, że można narzekać na nudę, jałowe dyskusje i przepychanki na samym szczycie władzy. Bowiem, gdy wszystkie polityczne figurki zostaną rozstawione na szachownicy to wtedy rozpoczyna się prawdziwa wojna o kontynent. Nie będę się pochylał mocno nad stylem pisarza, gdyż wiele razy podkreślałem, że jest niezwykły i magiczny. To właśnie dzięki bezbłędnej narracji w sposób niesamowicie subiektywny poniosłem się przygodzie, którą można nazwać epicką. Natomiast Sapkowski wie jak poprowadzić formułę i sekwencje batalistyczne. Ten motyw wprost zapiera dech w piersiach. To perełka fabularna, która na dłuższy czas pozostanie mi sercu i umyśle. Również na plus oceniam interakcje pomiędzy bohaterami. Zwłaszcza kompanie wiedźmińska; ich kreacja stoi na najwyższym poziomie. Sposób łatwy i naturalny czytelnik „wchodzi” w ich psychikę i strukturę emocjonalną. Dzięki czemu czuć stawkę i ciężar gatunkowy. A ostatnie akordy dziejów drużyny, łamią serce gdyż w sposób bezpardonowy, bezwzględny i dobitny autor kończy i ucina poszczególne wątki. Można odczuć, że tym razem wiedźmin znajduje się na drugim planie. Jego postać nieco rzadziej pojawiała się na kartach niniejszej książki. Ale warto poczekać na rozdziały poświęcone „personie”, która napędza strukturę fabularną i sprawia, że powieść dostaje drugiego oddechu a magia słowa pisanego jest wyczuwalna w powietrzu. Rozwiązanie wątku Ciri, uważam za satysfakcjonujący. W końcowych akordach historii dostaniemy odpowiedzi na nurtujące pytania o genezę i rodowód wiedźminki. Który stanowi fundament, na którym oparty jest świat przedstawiony. Większość fanów uniwersum narzeka na zakończenie historii Geralda. Przyznaję, że ono może trochę nieco się gryźć z całym konceptem fabularnym i drogą jaka wiedźmin przebył aż do ostatecznego finału. Ale trzeba oddać, że „Pani Jeziora”, to kawał świetnej, oryginalnej i niesamowitej literatury. Pozostawiająca w moim sercu pewien żal, że to już koniec. Niejednokrotnie będę wracał do sagi. Gdyż świat wykreowany przez Andrzeja Sapkowskiego jest magiczny, przekazujący ważne wartości.
Summa summarum, powieść oceniam bardzo wysoko. Kiedy zaakceptuje się wszystkie wątki fabularne i prawidła rządzące światem przedstawionym to łatwo porwać się w wir przygody. Pozycja obowiązkowa dla fanów cyklu jak i historii, która na wielu poziomach literackich jest epicka. Dla mnie to seria, który jest zjawiskiem oraz przykładem, że powieść fantastyczna może trafić do szerokiego grona odbiorców. „Pani Jeziora” to przykład, że Tolkienowska spuścizna, ma się dobrze. A słowiański sznyt nadaje powieści magnetyzmu, epickości i niesamowitości. Gorąco Polecam!!!
Uroboros – wąż który zjada swój ogon. Oznacza nieskończoność, cykliczność życia, wieczny powrót, jasność materii i ducha i ciągłą odnowę oraz śmierć. Jest to motyw w literaturze fantastycznej użyty przez Andrzeja Sapkowskiego, nie bez przyczyny. Bowiem tylko w ten sposób można zrozumieć przesłanie oraz zakończenie wszystkich wątków. W tej nieco krótszej recenzji chciałbym...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Coś przerażającego wydarzyło się w opuszczonej przez ludzi wiosce Królestwo Boże, ukrytej w przysypanej śniegiem dolinie w stanie Wyoming. Jej mieszkańcy dosłownie rozpłynęli się w powietrzu, porzucając domy i samochody – dwanaście identycznych domostw i nietknięte posiłki na stołach. Doktor Maura Isles, jadąca ze znajomymi na konferencję patologów w Wyoming, trafia tam przypadkiem, kiedy jej auto wypada z trasy podczas śnieżycy. I znika bez śladu. Kilka dni później odnaleziony zostaje samochód ze spalonymi ciałami. Policja uważa, że są wśród nich szczątki Maury Isles. Ale detektyw Jane Rizzoli nie wierzy w śmierć przyjaciółki i rozpoczyna śledztwo. Czy zniknięcie Maury ma związek z serią zbrodni popełnionych wcześniej w tej samej okolicy? Jakie są moje wrażenia na świeżo po lekturze? Czy suspens i plot twist to wartość dodana powieści? I czy kreacja bohaterów stoi na odpowiednim poziomie?
Moja przygoda z twórczością amerykańskiej pisarki liczy sobie dwadzieścia lat. Przez ten czas wiele się zmieniło, ale nie sympatia do thrillerów medycznych wychodzących spod pióra autorki. Powieść pomimo paru niedociągnięć czytało mi się sprawnie i szybko. Fabuła ciekawa i frapująca. Moje oczekiwania jeśli chodzi o dawkę rozrywki na dobrym poziomie zostały zaspokojone. Uważam, że „Dolina umarłych” to solidna propozycja z uniwersum stworzonego przez Tess Gerritsen.
Jeśli chodzi o suspens, czyli znak rozpoznawczy autorki, to jestem trochę zaskoczony, że tego elementu było tak niewiele. Przyzwyczajony do mrożących krew żyłach opisów i mrocznej tonacji, tym razem dostałem powieść, która bardziej skupia się na innych elementach rzemiosła literackiego. Nie mówię, że ten aspekt nie był wyczuwalny w niniejszej powieści, ale zaskakująco mało było mocniejszych momentów, kiedy włosy by stawały dęba. Natomiast wątek sekty dobrze rozpisany. Nadający powieści powagi, lęku i niepokoju. Natomiast plot twist to element fabularny, który dobrze pracuje na poziomie emocjonalnym, narracyjnym i fabularnym. W pewnym momencie można było się domyślić rozwiązania zagadki kryminalnej, ale na tyle została przedstawiona i naszkicowana, że każdy miłośnik szarad i łamigłówek powinien czuć się usatysfakcjonowany. „Dolina umarłych” to pozycja, którą można nazwać rasowym thrillerem. Bowiem wszystkie składowe niniejsza powieść posiada. Nawet gdy dawka mroku nie jest tak przytłaczająca, a suspens sugestywny.
Ale tym razem największą siłą tej mrocznej opowieści są jej bohaterzy. Nie dosadne opisy miejsca zbrodni, ale stadium wszechobecnego strachu, lęku i niepokoju w sytuacji zagrożenia. Autorka również porusza temat nieszczęśliwej miłości. Ten motyw mocno rozbrzmiewa stając się solidnym fundamentem na którym opiera się fabuła. Jest to również opowieść o prawdziwej przyjaźni, która nie jedno przetrwała. Ale tym razem okoliczności są mocno niesprzyjające. A wróg nie śpi. Czy tym razem dwója bohaterek wyjdzie cało z opresji? Po odpowiedzi odsyłam do lektury. Również bardzo mi się podobał wątek opowiadający o pragnieniu bycia kochanym. Pisarka świetnie ten aspekt rozpisała. Dając fanom finał, który bardzo dobrze współgra z całym konceptem fabularnym.
Podsumowując, „Dolina umarłych”, może to nie dreszczowiec, w którym uświadczymy krwawej łaźni, ale i tak podskórnie wyczuwalne było napięcie. Bowiem zagrożenie i niesprzyjające okoliczności spadające lawinowo na barki bohaterów, mogą niejednego złamać. Pozycja obowiązkowa dla fanów serii, ale również miłośników kryminałów o spokojniejszej warstwie fabularnej z świetnie rozpisanymi postaciami. Niniejsza powieść to świetny przykład jak budować historię o wielkim ładunku emocjonalnym. Gorąco Polecam.
Coś przerażającego wydarzyło się w opuszczonej przez ludzi wiosce Królestwo Boże, ukrytej w przysypanej śniegiem dolinie w stanie Wyoming. Jej mieszkańcy dosłownie rozpłynęli się w powietrzu, porzucając domy i samochody – dwanaście identycznych domostw i nietknięte posiłki na stołach. Doktor Maura Isles, jadąca ze znajomymi na konferencję patologów w Wyoming, trafia tam...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to