-
Artykuły
Wakacje pełne magii - weź udział w akcji recenzenckiej i przenieś się do magicznego świata
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Czytamy w święta. 3 kwietnia 2026
LubimyCzytać377 -
Artykuły
Weź udział w konkursie i wygraj pakiet książek Callie Hart!
LubimyCzytać36 -
Artykuły
„Odpowiedź kryje się w tobie” – Katarzyna Wolwowicz zdradza, jak ją odnaleźć
LubimyCzytać1
Biblioteczka
2014-07-10
2014-07-02
Komisarz Zyga Maciejewski nie ma lekko. Na początku roku 1931 dostał przeniesienie (czyt. bolesną degradację) z wydziału śledczego do służby mundurowej. Obejmuje on kierownictwo nad II Komisariatem. Musi teraz nosić mundur, zachowywać się godnie, a o pracy w terenie może zapomnieć, bo po odwaleniu papierkowej roboty za dużo czasu mu nie zostaje. W dodatku nadkomisarz, cięty na Maciejewskiego, nie pozwala mu boksować. W końcu to nie wypada, żeby tak poważana osoba jak kierownik komisariatu miałaby chodzić z podbitym okiem. Sytuację jeszcze bardziej pogarsza fakt, że komisarz ma pod sobą rozleniwionych, mało bystrych policjantów opornie przyjmujących zmiany. Nic więc dziwnego nie jest w tym, że humor nasz bokser – hobbysta ma paskudny. Podczas ostatniego dnia urlopu będąc na strasznym kacu Maciejewski wybrał się ze swoim sąsiadem na ryby na stawy folwarczne. Tam zostaje zagadnięty przez nieznajomego w myśliwskim ubraniu przedstawiającego się jako Calin, który prosi go o zajęcie się sprawą uprowadzenia niejakiej Lilli Byoros, córki jednego ze wspólników Węgiersko-Polskiego Towarzystwa Handlowego. Calin twierdzi, że ojciec jej będąc osoba majętną i znaną nie chce interesować sprawą policji, aby nie odbiło się to na dobrym imieniu firmy, ale bardzo chętnie w hojny sposób wynagrodzi Maciejewskiego jeśli ten prywatnie będzie prowadził śledztwo. Maciejewski jednak wyczuwając w tym podstęp nadkomisarza, który ma na celu pogrążyć go całkowicie, stanowczo odmawia podjęcia się zadania przyjmując jednak zdjęcie dziewczyny wraz z opisem. Sprawa ta nie daje spokoju Maciejewskiemu i dyskretnie pcha ją torem służbowym prosząc swoich znajomych z policji aby posprawdzali dla niego kilka faktów. Maciejewski nie wie jeszcze, że pomimo tego, że nie zgodził prowadzić się tej sprawy wróci ona odbijając się na jego życiu, zarówno prywatnym jak i zawodowym, szerokim echem.
W drugiej części przygód Maciejewskiego jego błyskotliwe zdolności tajniaka przygasają pod naporem biurokracji i nieprzyjaznej atmosfery w pracy (donosy i ciągłe podsłuchiwanie rozmów). Prowadząc komisariat staje się outsiderem zarówno w „swoim” komisariacie jak i w wydziale śledczym. Może to sprawiło, że jego bystrość umysłu została przymglona powabami pewnej kobiety. Bo tak, a jakże, kobieta jest i to idealna, taka, która robi wszystko na co Zyga ma ochotę, a nawet więcej, bo wyprzedza jego zachcianki. Nie mówiąc już o tym, że gości go w willi na przedmieściach za którą sama płaci. Ale czy idealne kobiety istnieją? Zyga nie zastanawia się nad tym i bierze co życie daje nie wiedząc, że może to zniszczyć jego karierę i reputację.
W „Kinie Venus” pisarz porusza problem handlu ludźmi. Poznajemy tajniki organizacji szajki zajmującej się porywaniem i wykorzystywaniem w celach pornograficznych młodych dziewcząt. Maciejewski zajmując się rozbiciem gangu ma nadzieję na spektakularny powrót do wydziału śledczego i porzucenie nudnej i frustrującej pracy na II Komisariacie.
Według mnie główną zaletą kryminałów Wrońskiego jest oczywiście postać Maciejewskiego. Cyniczny, łatwo tracący opanowanie, pełen pesymizmu, wiecznie narażający się przełożonym z facjatą nieogoloną i lekko zalatujący alkoholem, łasy na powaby kobiece jest jakby stereotypowym tajniakiem. Nie układa mu się z kobietami, życie jego ogranicza się do pracy i do picia w szemranych knajpach.Twardo broni swoich racji będąc w głębi serca uczciwym i prawym policjantem. Trochę próżny, trochę naiwny jeśli chodzi o kobiety, ciągle niepoukładany o ironicznym spojrzeniu na świat. Lepiej się czuje w swoim brudnym mieszkaniu na Rurach Jezuickich niż w przestronnej willi w dobrej części miasta.
Drugim bohaterem powieści jest pięknie odmalowany Lublin lat trzydziestych ze swoimi problemami, ciemnymi zaułkami i szemranymi interesami. Jest to porządnie napisany retro kryminał oddający ducha tamtych czasów – gwarę, stosunki żydowsko-polskie, fascynację kinem i szlagierami z radio. Dodatkowym atutem jest fakt, że problemy, którymi żyje miasto są na tyle uniwersalne, że można je również odnieść do współczesnych realiów.
Jeśli chodzi o bohaterów drugoplanowych również są oni ciekawie scharakteryzowani. Dawni współpracownicy Maciejewskiego, Zielny i Fałkniewicz, dostają swoje epizody dzięki którym poznajemy ich nowe cechy (np. ich kłótnia spowodowana nieporozumieniem, która pokazuje, ze trochę między sobą rywalizują). Również przodownik Anińska jest ciekawą, barwna postacią i pomimo początkowej do niej niechęci polubiłam ja w końcu. Cóż, ze swoją twardością charakteru, ale i szybkim wyczuciem delikatnych sytuacji świetnie nadaje się do obyczajówki.
Uwielbiam takie kryminały – w miarę lekkie, świetnie napisane, z ciekawą fabułą i tłem oraz intrygującymi bohaterami. Połknęłam w jeden dzień. Dodatkowym plusem był fakt, że czytałam wydanie w ramach serii Polityki Lato z Kryminałem 2012, która po prostu uwielbiam. Nie lubię kiedy kryminały są zbyt dobrze wydane. Wolę jak papier jest cienki, zwykły, bez niepotrzebnych ozdóbek. No i taka jest ta seria. Pomijając już, że wydawane w niej są ciekawe tytuły (w świetnej cenie!). Szkoda, że w tym roku Polityka nie zdecydowała się na jej kontynuowanie.
A na koniec smaczek w postaci mojego ulubionego cytatu z tej powieści:
Przy stolikach wciąż ktoś wstawał i krzyczał do blokujących galerię policjantów, jakby to był sejm, a nie burdel.
Komisarz Zyga Maciejewski nie ma lekko. Na początku roku 1931 dostał przeniesienie (czyt. bolesną degradację) z wydziału śledczego do służby mundurowej. Obejmuje on kierownictwo nad II Komisariatem. Musi teraz nosić mundur, zachowywać się godnie, a o pracy w terenie może zapomnieć, bo po odwaleniu papierkowej roboty za dużo czasu mu nie zostaje. W dodatku nadkomisarz, cięty...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2014-07-15
Jak to się życie plecie! Ktoś kiedyś chciał piękny talerz malowany w róże lub bratki albo cukiernicę z gołąbkami. Akurat nadarzyła się okazja, bo pan Szmul Aksamit chodził po podwórkach i wołał „Fajans za gałgany! Fajans za gałgany! Za stare kapcie, za stare szmaty!”. I jak tu nie skorzystać z okazji? Szczególnie, że w kufrze leży suknia stara już i nieużywana, a buty po mężu nieboszczyku też niepotrzebne. Tak właśnie zaczyna się historia Balbiny, laleczki zrobionej z gałganków, które od pana Aksamita kupuje babcia Łatkowska. Z co lepszych materiałów szyje ona odzież, a z resztek piękne małe laleczki. Balbina udała się jej szczególnie – czarne włosy ma zaplecione w warkocze, spódniczka jest z czerwonego jedwabiu, oczka ma paciorkowe, a rumieńce z soku z buraka. Pięknie wyszła lalka, nie ma co. Niestety, babcia Łatkowska nieopatrznie zostawiła Balbisie na parapecie, a nagły podmuch wiatru zwiał ją prosto na ziemię. Tam porwał ją pies-przybłęda i myśląc, że jest to piękny czerwony kawał schabu uciekł aż na wieś, pod miasto. To jednak jest dopiero początek przeróżnych perypetii szmacianej laleczki, która będzie podróżować z gęsią, zaprzyjaźni się z chłopcem, odwiedzi pracownie malarza, zgubi się niejeden raz, a na sam koniec zasmakuje w przygodzie, wędrówce i… zostanie baletnicą. Akcja bajki, mimo tego, że dotyczy szmacianej lalki prowadzona jest dynamiczniej niż niejeden film sensacyjny. Nie ma żadnych przestojów, opisy są ograniczone do niezbędnego minimum, a cała opowieść podzielona jest na krótkie rozdziały. Autorka dodatkowo ożywiła świat przedstawiony w książce personifikując rzeczy i zwierzęta w niej występujące. Kto ma odpowiednie ucho czy swego rodzaju dar ten zrozumie mowę Balbisi czy bańki na mleko.
Głównym tematem książeczki, oprócz oczywiście przygód Balbiny, jest ciężka praca człowieka. Poznajemy rzeczywistość lat międzywojennych wypełnionych biedą i nieodłącznym jej towarzyszem – Codziennym Trudem, który
Cienkie ma i zmęczone nogi. Przygarbione i zmęczone place. Mówi zachrypniętym głosem… Ach, to coś niby nie żyje, nie je, nie pije, ale jest w każdym spracowanym człowieku. To ta jego całodzienna praca, codzienny trud, co to włazi ludziom w zmęczone ręce, w obolałe nogi, ale pracuje razem z człowiekiem i nieraz mu doradza.
Codzienny Trud, tak jak i Zysk, jest stale obecny w książce. Drugim ważnym tematem jest dobro, które wyrządzone przez nas bliźniemu wraca do nas w najbardziej nieoczekiwany sposób. Tak jest w przypadku Witka, który zostaje niejako wynagrodzony pracą u malarza za swoją uczynność.
Losy bohaterów książki splatają się ze sobą, a żaden uczynek, świadomy czy nie, nie pozostaje bez echa. Upadek Balbinki z okna wpłynął na życie wielu osób (i psa!). Początkowo spowodował wiele nieporozumień i chaosu, ale koniec końców skończył się szczęśliwie dla wszystkich zainteresowanych. Nigdy nie możemy być pewni tego czy problemy nas trapiące nie wyjdą nam na dobre. Za to zawsze warto być uczciwym i pomocnym.
Dydaktyczny wymiar historii jest podany jakby mimochodem, nie razi, a jedynie dodaje barwy opowieści.
Mała ta książeczka umiliła mi niejedno popołudnie w dzieciństwie. Z wypiekami czytałam o przygodach Balbisi i z ochotą i ciekawością zagłębiałam się w nieznany dla mnie świat sprzedawców fajansu i kataryniarzy. Dobrze pamiętam, że to właśnie z tej opowiastki dowiedziałam się co oznacza słowo fajans. No i oczywiście, moja własna osobista babcia została zaprzęgnięta do szycia gałgankowej Balbisi, która pewnie nie była tak piękna jak ta książkowa, ale kochana mocno.
Ciekawe czy ktoś jeszcze będzie się zachwycał „Historią gałgankowej Balbisi” tak jak ja kiedyś? Wiem jednak na pewno, że moja mała Mimi jak tylko podrośnie pozna przygody szmacianej laleczki.
Jak to się życie plecie! Ktoś kiedyś chciał piękny talerz malowany w róże lub bratki albo cukiernicę z gołąbkami. Akurat nadarzyła się okazja, bo pan Szmul Aksamit chodził po podwórkach i wołał „Fajans za gałgany! Fajans za gałgany! Za stare kapcie, za stare szmaty!”. I jak tu nie skorzystać z okazji? Szczególnie, że w kufrze leży suknia stara już i nieużywana, a buty po...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2014-07-06
2014-07-10
2014-06-25
2014-03-09
30 autorów – 60 wierszy
Jak sam tłumacz wyjaśnia we wstępie nie jest to przekrój ówczesnej poezji amerykańskiej, a subiektywny wybór wierszy poetów wywodzących się z kręgów uniwersyteckich lub znanych laureatów nagród literackich.
Ciężko mi pisać o poezji, ponieważ zazwyczaj jej nie czytam. Nie znam się na niej, męczy mnie i nic nie rozumiem. Mogę czytać wiersz co tydzień i za każdym razem wydaje mi się, że czytam go po raz pierwszy. Dlatego ewenementem jest, że tak lubię tą antologię. Lubię do niej wracać raz na jakiś czas, mam swoje ulubione wiersze.
Co mi się w nich tak podoba? Przejrzystość obrazów, łatwość w identyfikowaniu się z tematem wiersza, nawet jeśli mówi o doświadczeniach, które nie były moim udziałem. Z drugiej strony często przedstawiają one codzienne czynności, jak wiersz Roberta Bly „Jazda do miasta wieczorem na pocztę” (5 linijek, a jakie piękno!) lub „Ciało” Williama Bronka o podglądaniu sąsiadów przez okno. Jest to inteligentna proza, pełna wyrazistych emocji, a jednocześnie prosta jak rozmowa ze znajomym. Czytam i wiem o czym czytam. Nawet jeśli niektóre obrazy są jednak bardziej abstrakcyjne lub zawiłe to uczucia, które przedstawiają łatwo idzie zinterpretować. Przykładem jest „Wczoraj wieczorem” Davida Ignatova, czyli opowieść o spotkaniu z „nieżywą kobietą o zielonej twarzy”, która opowiada o swoim życiu.
Kolejną rzeczą, która mi się podoba to obrazy przyrody. Czuć tu swobodę i przestrzeń. Jak w wierszu „Spokój dzikich stworzeń” Wendella Bery’ego czy „Jesień w Kaliforni” Rexrotha Kennetha. Kiedy czytam „Dzień na wielkiej gałęzi” Howarda Nemerova to tak bliskie są te obrazy wypadu za miasto na kacu, aby odpocząć, aby się oczyścić, aby stać się lepszym, naturalnym choćby na te kilka godzin, a potem wracamy do rzeczywistości.
Klasą samą w sobie jest Charles Bukowski, którego lepiej znam z biografii niż z jego własnych utworów, ale powoli to nadrabiam. Z wierszy Bukowskiego w tym tomie najbardziej podobali mi się „Bliźniacy” o tym jak mimo wszystko jesteśmy podobni do swoich rodziców. Zamieszczony jest też sztandarowy utwór Allen Ginsberga, czyli „Ameryka”. Uwielbiam ten wiersz, czytam go na okrągło sobie i mojemu biednemu dziecku skazanemu na to czy chce tego czy nie. Ma w sobie nostalgię, gniew, rozmach i miłość. Cudo.
Dużo jest w tych wierszach rozczarowania, goryczy. Jak w „Ulicznej edukacji” Kennetha Patchena. To mocny, brutalny wiersz. Ma się wrażenie, że w wielu utworach autor mówi do nas: Tak, straciliśmy to życie, przegraliśmy je w karty i przepiliśmy wódką kupioną za pożyczone pieniądze, ale my chociaż w pełni uświadamiamy sobie jak żyjemy. Nie nadajemy mu fałszywej wartości przez posiadanie dobrej pracy, porządnej rodziny i zadbanego trawnika przed domem.
Może powinnam napisać tu o beat generation lub o wojnie w Wietnamie. O rozczarowaniu kapitalistyczna Ameryka będącym udziałem tak wielu ludzi w tamtym czasie. O wpływie zabójstwa Kennedy’ego na społeczeństwo. Ja jednak sadzę, że to co stanowi największą wartość wierszy zebranych w tej antologii jest ich uniwersalność. Ich przekaz pozostanie równie mocny jak w czasie ich powstania teraz jak i za kolejnych 30 lub 40 lat.
30 autorów – 60 wierszy
Jak sam tłumacz wyjaśnia we wstępie nie jest to przekrój ówczesnej poezji amerykańskiej, a subiektywny wybór wierszy poetów wywodzących się z kręgów uniwersyteckich lub znanych laureatów nagród literackich.
Ciężko mi pisać o poezji, ponieważ zazwyczaj jej nie czytam. Nie znam się na niej, męczy mnie i nic nie rozumiem. Mogę czytać wiersz co...
2007-08
Jana ma dwanaście lat i mieszka razem z babką i matką w wielkim domu w Toronto w dzielnicy, która lata świetności ma już dawno za sobą. Ulica przy, której stoi dom nosi nazwę Wesołej, ale nikomu nie jest tam do śmiechu. W domu rządzi babka Jany, oschła i złośliwa, która traktuje swoją wnuczkę jako zło koniecznie i wymaga absolutnego podporządkowania się. Każdym swoim gestem pokazuje jak bardzo nie lubi Jany, nazywanej przez nią Wiktorią jedynie dlatego, że wie, że Jana nie znosi swojego pierwszego imienia. Zahukana i ciągle ośmieszana dziewczynka ucieka w fantazjowanie o życiu na Księżycu. Nie jest ona jednak typem marzycielki, jej marzenia są jak najbardziej przyziemne, ponieważ Jana najbardziej w świecie chciałaby zajmować się domem. Marzy o sprzątaniu, gotowaniu i ogrodnictwie. Oczywiście, babka Jany potępia te, jej zdaniem „gminne”, zapędy. Dziewczynka nic nie mówiąc babce gdy tylko znajduje chwilkę czasu wymyka się do kuchni, aby przyglądać się jak Marynia, pomoc domowa, prowadzi gospodarstwo. Razem z Janą i jej bezwzględną babką mieszka też matka dziewczynki – istota piękna, dobra i nie posiadająca ani grama charakteru potrzebnego w postawieniu się swojej matce. Dlatego ustępuje jej we wszystkim i rzadko kiedy ma chwilę czasu aby się zając swoją córką. Wie, że babka nie pochwala spędzania z nią czasu, wiec stara się to ograniczać. Babka jest bardzo zazdrosną o tą miłość kobiety do własnego dziecka.
Jana przez całe swoje życie pewna jest, że jej ojciec nie żyje. Kiedy dowiedziała się z plotek rozsiewanych w jej szkole, że jest to nieprawda był to dla niej prawdziwy wstrząs. Okazało się, że jej rodzice żyją w separacji, a jej ojciec, pan Andrzej Stuart, mieszka na Wyspie Księcia Edwarda. Niedługo po tej wiadomości do rezydencji przy Wesołej przychodzi list od ojca Jany. Chce on, żeby jego niewidziana od 8 lat córka spędziła z nim lato na wyspie. Cała rodzina jest zszokowana. Matka Jany bojąc się, że jej małżonek mógłby odebrać jej dziecko zgadza się na wyjazd córki. Dziewczynka mimo wielu obaw i niechęci, a wręcz nienawiści jaką zaczęła żywić do ojca dowiadując się o jego istnieniu, jedzie na Wyspę Księcia Edwarda. Oczywiście, okazuje się, że wszelkie jej obawy były płonne, a między ojcem i córka rodzi się prawdziwa przyjaźń. Razem wybierają i kupują dom na Wzgórzu Latarni, gdzie Jana wreszcie może ziścić swoje marzenia i prowadzić prawdziwe gospodarstwo. Z nieopierzonego kurczęcia, zahukanego i nieśmiałego, zmienia się w prawdziwą, zaradną gospodynię, która nie bojąc się nikogo i niczego poznaje nowych przyjaciół i przeżywa rozliczne przygody. Sielanka ta nie jest jedna idealna. Na horyzoncie czai się ciotka Irena – siostra ojca – której niejasne insynuacje o przeprowadzeniu rozwodu rodziców Jany w Stanach Zjednoczonych i ponownym ożenku ojca wprowadzają w życie dziewczynki zamęt.
„Jana ze Wzgórza Latarni” podejmuje kontrowersyjny jak na tamte czasy temat. Rozwody nie były wówczas tak szeroko praktykowane jak teraz, a jeśli już do nich doszło było to hańbą na honorze rodziny i wzbudzało ogólną sensację. Jeśli małżonkowie nie mogli się ze sobą dogadać to najczęściej żyli osobno, ale nie rozwodząc się, niejako w wiecznej separacji. Częściej jednak zostawali ze sobą mimo obopólnej niechęci zachowując pozory (albo i kłócąc się cały czas), bo nawet to było lepsze niż popsucie sobie opinii separacją i rozwodem. Wiele rodzin wręcz chwaliło się tym, że w ich historii nie było żadnego rozwodu.
Jana jest osóbką twardo stąpającą po ziemi, której wrodzona rezolutność została stłamszona przez surową babkę i słaby charakter matki. Lato z ojcem, które zapewniło jej zdrową atmosferę rozwoju oraz zawieranie nowych przyjaźni z ludźmi prostymi, naturalnymi i dobrymi, którym brak było arystokratycznej, skostniałej sztuczności domu w Toronto pozwoliły Janie na odkrycie samej siebie. Dodatkowo, miłość i przyjaźń jaką zaznała na i którą była otoczona na Wyspie Księcia Edwarda dały jej siłę do dalszego rozwoju charakteru. Po powrocie z pierwszego lata spędzonego na Wyspie Księcia Edwarda Jana jest na tyle silna, że nie daje się podporządkować babce. Zaczyna też widzieć wady swojej niegdyś ubóstwianej i idealizowanej matki. Niejako dokonuje wyboru między swoimi rodzicami i mimo całej miłości do matki to z ojcem woli żyć i mieszkać.
Historia rodziców Jany pokazuje jakie są konsekwencje wtrącania się osób postronnych w Zycie małżeńskie pary. W zepsuciu ich związku równa rolę odgrywała apodyktyczna babka, jak i ciotka Irena i jej udające słodkości złośliwe drobne komentarze rzucane mimochodem. Może gdyby
nie słaby charakter matki Jany nie miałaby one takiej siły rażenia?
Abstrahując od poważnych zagadnień poruszonych w tej powieści jest ona wypełniona taką ilością ciepła, ze rozgrzewa jak herbata w zimowy dzień. Opisy codziennych zmagań Jany z prowadzeniem domu (pożar na dachu!), nauka gotowania, którą Jana posiadła w stopniu zadziwiającym i opis rytmu życia dostosowanym do zmieniających się pór roku sprawiają, że wracam do tej książki jak do starego, dobrego przyjaciela. To dzięki niej zapragnęłam piec i gotować, a zrobienie dżemu z poziomek pozostaje moim marzeniem aż do teraz (czy ktoś mi powie skąd mam wziąć tyle poziomek?).
Lucy Maud Montgomery będę wielbić zawsze za Anię, Emilkę i Pat, ale to „Janie ze Wzgórza Latarni” rezerwuje specjalne miejsce w moim sercu.
Jana ma dwanaście lat i mieszka razem z babką i matką w wielkim domu w Toronto w dzielnicy, która lata świetności ma już dawno za sobą. Ulica przy, której stoi dom nosi nazwę Wesołej, ale nikomu nie jest tam do śmiechu. W domu rządzi babka Jany, oschła i złośliwa, która traktuje swoją wnuczkę jako zło koniecznie i wymaga absolutnego podporządkowania się. Każdym swoim gestem...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to