-
Artykuły
„Nasze ciało to mapa lęków, której umysł nie potrafi ukryć” – wywiad z Sebastianem Fitzkiem, autorem thrillera „Mimika”
Marcin Waincetel1 -
Artykuły
Kalafiory, czarownice i zbrodnia w rezydencji. Sprawdź, co kryje się w tych książkach Nowości pod patronatem Lubimyczytać.
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Z czego żyje pisarz?
Orbitowski21 -
Artykuły
Czytamy w weekend. Książki Roku 2025. 20 marca 2026
LubimyCzytać340
Biblioteczka
Całkiem zgrabnie napisany horrorothriller, jest w nim kilka fajnych i świeżych pomysłów. Jest jeden minus- w trakcie czytania odniosłem wrażenie, jakby książka została najpierw napisana w języku angielskim a potem przetłumaczona. Dla fanów Mortki- świetny element jego twórczości. Dla tych, którzy jeszcze jego twórczości nie znają- na pewno nie pożałują przeczytania tej powieści.
Całkiem zgrabnie napisany horrorothriller, jest w nim kilka fajnych i świeżych pomysłów. Jest jeden minus- w trakcie czytania odniosłem wrażenie, jakby książka została najpierw napisana w języku angielskim a potem przetłumaczona. Dla fanów Mortki- świetny element jego twórczości. Dla tych, którzy jeszcze jego twórczości nie znają- na pewno nie pożałują przeczytania tej...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toDawno nie trafiłem na książkę napisaną tak sprawnie. Autor ma takie wyczucie tempa narracji, że gdyby opisał wyjazd do lasu na grzyby, czytałoby się to z zapartym tchem. Autor czuje flow do tego stopnia, że wyczuwa momenty, kiedy czytelnik może się pogubić w natłoku postaci i zawsze w takiej chwili służy zręcznie wtrąconym przypomnieniem. Intryga sama w sobie ma pojedyncze, drobne niedociągnięcia, ale wyrazistość narracji nadrabia wszystkie braki. Świetne postaci, doskonały klimat. Aura powszechnych krętactw, absurdów prl-u, powszechnego dążenia do alkoholizmu i zapach extra mocnych bez filtra przesiąkający powieść stanowią dodatkowe atuty, a nienachalny humor rodem z "Misia" i "Chłopaki nie płaczą" dopełnia całości obrazu. Polecam tą pozycję z całą dostępną mi stanowczością.
Dawno nie trafiłem na książkę napisaną tak sprawnie. Autor ma takie wyczucie tempa narracji, że gdyby opisał wyjazd do lasu na grzyby, czytałoby się to z zapartym tchem. Autor czuje flow do tego stopnia, że wyczuwa momenty, kiedy czytelnik może się pogubić w natłoku postaci i zawsze w takiej chwili służy zręcznie wtrąconym przypomnieniem. Intryga sama w sobie ma pojedyncze,...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Uwaga- ta recenzja rozpocznie się anegdotą, ale obiecuję, że będzie warto.
A więc było to tak- graliśmy w zamierzchłych czasach w papierowe erpegi większą grupą osób. Po pewnym czasie grupę podzieliła schizma i szybko stała się dwoma odrębnymi podgrupami. Nowa sekcja przerabiała papierowe scenariusze pełne bitew morskich, zabójstw na zlecenie, spisków, szeroko pojętych śmierci i zniszczenia- tracąc kończyny, płonąc bezpowrotnie w magicznym ogniu itd. I oczywiście przy każdej możliwej okazji wdawała się w karczemne awantury, traktując całą sprawę z przymrużeniem oka. Po pewnym czasie doszły nas słuchy, że samozwańcza stara gwardia gra właśnie wyjątkowo ciężki scenariusz- popłakaliśmy się wszyscy ze śmiechu, jak jeden mąż, słysząc, że toczą ciężki bój właśnie z...
WIELKĄ ŚNIEŻNĄ SOWĄ CHAOSU.
Traktowali oni oczywiście sprawę ze śmiertelną powagą.
To jest właśnie książka spod znaku wielkiej śnieżnej sowy chaosu.
Pierwszym zarzutem, który chciałbym postawić temu tomowi jest przesycenie jego kart wszelkimi enpsisynami, abrananokadabrami, magicznymi świetlikami, złowadami, mag'mą i tym podobnymi wynalazkami. Jeśli już autor decyduje się któryś z tych tworów opisać dogłębniej- robi to w sposób tak rozwlekły, jakby tłumaczył coś kompletnemu idiocie, blokując fabułę i przywołując powiew nudy. Częściej jednak wszelkie te kompuczary i magiwszczepy służą niestety jako deus ex machinae- gdy akurat bohater wpada w najmniejsze tarapaty, zawsze wyratuje go z opresji jakiś nowy wynalazek, o którym wcześniej nie mieliśmy prawa słyszeć. Pewien szczyt niezamierzonej śmieszności osiągnięty zostaje, kiedy bohater wystrzekiwuje z markebuzu czar (pardon, enpis oczywiście), który formuje się w locie w bojowe bociany. Markebuz oczywiście pochodzi z fabryki zbrojeniowej w radomiu, bo... dobre bo polskie? Innym razem czytamy sobie o bojowych jeżach strzelających świetlistymi pociskami, i tak nam płynie właśnie z tą książką czas.
Równocześnie cała sprawa traktowana jest ze śmiertelną powagą, więc nie wiadomo, czy trafiliśmy na jadowitą parodię czy Nagą Broń.
Do tego postaci... Kajtek, główny bohater jest bohaterski. To w zasadzie tyle. To superman z listem żelaznym od hetmana. Nie ma słabości, generalnie nie posiada też żadnych motywacji. Łazi sobie po lesie i ubija potwory. A nie, przepraszam- jest w nim dramatyczna historia z przeszłości, tyle że historia tak ograna, że nawet w telewizji była 30 lat temu, nie wspominając już o dziesiątkach pozycji książkowych, w których była jeszcze wcześniej.
Elfy- są piękne i doskonałe, wieją nudą. Jedna z bardziej znaczących postaci tomu jest elfką, ubraną na biało, z białymi warkoczykami, białą tarczą itd. Należy do tajemniczego zakonu białego łabędzia (kłania się sowa chaosu). I walczy miłością (sowa chaosu po raz wtóry). Aż dziw, że elfy nie pozostwiają po sobie w wygódkach zapachu tęczy i idealnie symetrycznych kopczyków cukru pudru.
Równocześnie każda postać żeńska jest tu księżniczką w opałach- najpierw elfia wojowniczka, rzekomo zaprawiona w bojach, wymaga ratunku Kajtka. Później inna, rzekomo harda, wychowana przez dziki, wrogi step kobieta dzwoni z płaczem to naszego Kajtusia, bo jakieś szczony napisały jej na drzwiach... "suka". Kobiecie, która całe życie miała pod górę we wrogim świecie właśnie ta "suka" wycisnęła łzy z oczu, jakimś niewiadomym cudem.
Innym razem za niespodziankę służy to, że pewien naukowiec jest... kobietą!
Co też to się będą działy za dziwy w tej przyszłości, bożesztymój.
Do tego autor postanawia nas pouczać- zatrzymuje fabułę, by naopowiadać nam mądrości wszelkich o nadużywaniu portali społecznościowych, roli kobiety w społeczeństwie (o tym, że nigdy nie będą tak dobrym żołnierzem jak mężczyzna, na ten przykład), atrybutach męskości, metodach wychowawczych, złym komuniźmie, prawym katolicyźmie... proszę autora o wybaczenie, ale czytelnika raczej niewiele obchodzą autora poglądy polityczno-społeczne.
Przez chwilę, na początku ostatniego opowiadania, pojawia się kilka drobnych wstawek humorystycznych (trochę w stylu Pratchetta), które ożywiają nieco ten niejadalny bigos. Znikają jednak w podskokach, gdy na scenę wkracza nasz jednowymiarowy Kajtuś i ślad po nich ginie bezpowrotnie. Gdyby udało się utrzymać tą iskierkę jadowitego humoru trochę dłużej przy życiu, mielibyśmy kilkukrotnie lepszą pozycję w rękach, a tak...
Podsumowując- jednowymiarowe postaci, a nawet całe rasy, przewidywalna fabuła, deus ex machinae częściej niż dialogi, ogólny banał, kobiety, do których nasz rzekomo obyty w świecie heros ślini się jak stereotypowy nolife...
Całość jest po prostu niestrawną mieszanką- lub nanomagimiksem, jak nazwano by to w tym zbiorze opowiadań.
Mógłbym jeszcze długo wbijać szpile tej pozycji (na przykład wspominając o tym, że autor twierdzi, że chlorofil powstaje ze światła), ale kończę już niemal, wstydu oszczędzę.
PS. Biorąc pod uwagę przewidywalny tok powieści, przewiduję, że w uniwersum pojawi się prędzej czy później Kaczmarski jako prorok (pewnie Wielce Światły).
Uwaga- ta recenzja rozpocznie się anegdotą, ale obiecuję, że będzie warto.
A więc było to tak- graliśmy w zamierzchłych czasach w papierowe erpegi większą grupą osób. Po pewnym czasie grupę podzieliła schizma i szybko stała się dwoma odrębnymi podgrupami. Nowa sekcja przerabiała papierowe scenariusze pełne bitew morskich, zabójstw na zlecenie, spisków, szeroko pojętych...
Najważniejszym osiągnięciem tego zbioru jest ukazanie, jak burzliwy wiatr historii zwiewa jednostki w najprzedziwniejsze miejsca i wtłacza w przedziwne, czasem absurdalne, koleje losu. Autor pokazuje jak na tle wydarzeń, które ukształtowały współczesny świat, wyrastają historie ludzi- na pierwszy rzut oka mniejsze, nawet intymne, ale jednak tym ważniejsze i tym bardziej prawdziwe.
Równocześnie jest to też książka o Śląsku i małej ojczyźnie autora, o tym jak zmieniał się na przestrzeni lat i jak radził sobie po poprzedniej przemianie ustrojowej.
Nie oczekujcie jednak rozwlekłego tomiszcza o tym, o czym napisano już wiele- nie ma tu historii o familokach, węglu w wannie itp.
Autor bardzo zręcznie operuje tłem i sztafażem, opisując dekoracje w zasadzie minimalistycznie, ale wychodzi to historii tylko na dobre- w ten sposób mamy serię opowieści, na tle których zmienia się otaczający świat, a jeszcze dalej w tle "dzieje się" świat jako całość.
Udało się w ten sposób pokazać jak wielka historia dociera do jednostki i jaki ma na nią wpływ.
Zaintrygował mnie bardzo ten zbiór opowiadań. Na tyle zaintrygował, że już oczekuję kolejnej części. W zasadzie jedyną wadą tego wydawnictwa są, w dwóch momentach, zbyt duże, moim zdaniem, przeskoki chronologiczne pomiędzy epizodami- innymi słowa jedyną wadą, jest to, że po przeczytaniu chcę czytać więcej.
Autor zaczyna opowieść w drugiej połowie dziewiętnastego wieku by zakończyć ją (chwilowo, miejmy nadzieję) na początku dwudziestego. I choć to tom krótki- można go nazwać bardzo lapidarnym. Z wielkich historii udało się wyciągnąć pewną esencję, to co naprawdę dotyka człowieka.
Warto przeczytać, z czystym sercem polecam.
Najważniejszym osiągnięciem tego zbioru jest ukazanie, jak burzliwy wiatr historii zwiewa jednostki w najprzedziwniejsze miejsca i wtłacza w przedziwne, czasem absurdalne, koleje losu. Autor pokazuje jak na tle wydarzeń, które ukształtowały współczesny świat, wyrastają historie ludzi- na pierwszy rzut oka mniejsze, nawet intymne, ale jednak tym ważniejsze i tym bardziej...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to