-
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać3 -
Artykuły
"Dom bestii" - jak ofiara zamienia się w kata. Akcja recenzencka do nowej książki Katarzyny Bondy!
LubimyCzytać3 -
Artykuły
Umrę, jeśli tego nie polubisz - weź udział w konkursie i wygraj wspomnienia influencerki
LubimyCzytać16 -
Artykuły
Dlaczego poziom czytelnictwa w Polsce nie rośnie? Raport Biblioteki Narodowej
Iza Sadowska82
Biblioteczka
Najsłynniejsze kryminały Agathy Christie komiksami. Książek nie czytałem, ale Poirota i Miss Marple kojarzę. Zapoznałem się z serią, więc na pierwszy ogień idzie "Morderstwo w Boże Narodzenie" i detektyw z zakręconym wąsem.
Na pewno to znacie. W wielkiej posiadłości podczas zjazdu rodzinnego ktoś zabija nestora rodu. Podejrzany jest każdy. Detektyw zbiera wszystkich w jednym pokoju i mówi – "mordercą jest…". W "Morderstwie w Boże..." ofiarą jest Scrooge, czyli Simeon Lee, stary bogacz i wielbiciel diamentów. Własną rodzinę też kocha… dręczyć. Dlatego zaprasza do angielskiej posiadłości na święta synów, ich żony, jedyną wnuczkę (dziwne, że nie miał więcej) oraz syna byłego wspólnika. W Wigilię ktoś dziada zabija. Na szczęście w okolicy jest Poirot, który sprawę rozpracuje; opadną maski, tajemnice i kłamstwa wyjdą na wierzch.
Intryga przyzwoita. Misterny plan, w którym mogło nastąpić mnóstwo komplikacji. Wątek z kulą armatnią nie miał sensu i trzeba go było pominąć. Za to pominięto sposób w jaki przekręcono klucz w zamku od zewnątrz, a chciałem wiedzieć.
Dwa ważne pytania. Pierwsze - czy to mogło się zdarzyć? Odpowiedź: tak, mogło. Drugie - jakie było tego prawdopodobieństwo? Niskie. Hipoteza - sądzę, że u Christie realizm miał znaczenie drugorzędne. Opowiadania miały bawić czytelników, zaskakiwać.
Największy plus komiksu... to bohaterowie dramatu. Odmienne charaktery, motywacje, problemy. Dużo robi rysunek Damiena Calixte. W lekko karykaturalny, ekspresyjny sposób przedstawił rodzinę Lee. No, czasem szarżował. Kolory – żywe, idealnie dobrane, oddają ducha świąt. Akcja toczy się krótko przed wybuchem wojny, ale cały czas miałem wrażenie, że później. W intrydze dużą rolę odgrywa podobieństwo fizyczne postaci, co średnio wyszło. Poirotowi umknęło uderzające podobieństwo kamerdynera do Tintina.
Klasyczny kryminał z naciąganą intrygą, ale wyrazistymi bohaterami i klimatem. Daję siedem gwiazdek.
Poza tym…
Żeby balon wydał piskliwy dźwięk trzeba palcami regulować wypływ powietrze. Wyciągniesz szybko wtyczkę i (najwyżej) usłyszysz pierdzenie. Może się mylę.
14.02.26
Najsłynniejsze kryminały Agathy Christie komiksami. Książek nie czytałem, ale Poirota i Miss Marple kojarzę. Zapoznałem się z serią, więc na pierwszy ogień idzie "Morderstwo w Boże Narodzenie" i detektyw z zakręconym wąsem.
Na pewno to znacie. W wielkiej posiadłości podczas zjazdu rodzinnego ktoś zabija nestora rodu. Podejrzany jest każdy. Detektyw zbiera wszystkich w...
Niekiedy za komiksem kryje się jedna historia, a potem wychodzi z niej druga. Jak w ruskich lalkach, matrioszkach. "Łzy Bogini" Weylanda to taka matrioszka. Dostałem ją trochę w prezencie. Stary TM-Semic na ostatnich stronach komiksów reklamował gry planszowe. Zamówiłem "Jaskinię" i "Podziemia", które okazały się dodatkami do "Magii i Miecza"; polskiej wersji gry "Talisman”. To osobna matrioszka-historia, ale do obu planszówek "Sfera" dorzuciła po egzemplarzu "Łez Bogini". Otwiera się kolejna matrioszka - pamiętam kto był przy rozpakowywaniu; osoba, której nie ma od 1993 roku, czyli miało to miejsce między 1990 (data polskiego wydania) i 1993. I tak dalej.
Do rzeczy. "Łzy…" to kontynuacja przygód Arii z tomu "Rycerze z Aquariusa" (1984) który kupiłem niedawno, a recenzję wystawiłem na LC.
Nasza dzielna Aria ostrzega władcę państwa Dragundy, że od strony magicznego jeziora nadchodzi armia pokrytych łuską potworów, dowodzona przez Glora; zbiegłego niewolnika, który zdołał zachować ludzką głowę i umysł. Opowieść dziewczyny zostaje oczywiście wyśmiana. Wkrótce słowo ciałem się staje. Ale… nawet przeciwnik odporny ciosy, silniejszy i przeważający liczebnie, musi mieć słaby punkt. Aria w tej walce nie będzie sama. Wyjaśni się, kim jest tytułowa "płacząca bogini" o której ciągle nawija niewidomy Mordom, i jaka jest geneza całego kryzysu. Przyznam, że rozwiązanie jest ciekawe. Rodzi kolejne pytania, także dotyczące świata w którym Aria żyje.
"Łzy Bogini" są lepsze od wcześniejszych "Rycerzy…". Mają lepszy rysunek, dopracowaną historię, oraz humor. Aria jest mniej naiwna, nosi więcej lekkich wdzianek, ale nie epatuje golizną, jak bohaterki "Szninkiela". Umie być seksowna bez tego. Dziwne, że "Rycerzy…" i "Łzy…" dzieli tylko rok. Zupełnie, jakby tworzyło dwóch różnych Weylandów.
Pewnie niewielu zwróciło uwagę, ale w komiksie mamy trzy imiona. TYLKO trzy. Aria, Glore i Mordom. Król to król, książę to książę, itd. O Utharze i Benji (z "Rycerzy...") Weyland zapomniał.
Osiem gwiazdek. Polecam obie części.
30.03.26
Niekiedy za komiksem kryje się jedna historia, a potem wychodzi z niej druga. Jak w ruskich lalkach, matrioszkach. "Łzy Bogini" Weylanda to taka matrioszka. Dostałem ją trochę w prezencie. Stary TM-Semic na ostatnich stronach komiksów reklamował gry planszowe. Zamówiłem "Jaskinię" i "Podziemia", które okazały się dodatkami do "Magii i Miecza"; polskiej wersji gry...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Komiks belgijskiego artysty, Michela Weylanda z 1984, wydany u nas przez Sferę w 1990. Pierwsza połowa historii. Dawno, dawno temu zapoznałem się z jej kontynuacją - "Łzy Bogini" (1985) i do dziś mi się podoba. Nostalgia? Może. Ciekawiło mnie, czy początek jest tak samo dobry. Kupione w necie. Zaczynamy.
Kim jest Aria? Wojowniczką. Dzielną, czupurną, spragnioną przygód, ładną blondynką, która nosi lekkie stroje. W tomie pierwszym trochę naiwną. Aria żyje w typowym świecie fantasy; pseudo wieki średnie. Pewnego razu do karczmy przybywa gość w dziwnej masce. Stralabas, bo tak "trędowaty" ma na imię, opowiada Arii o cudownym jeziorze, którego wody leczą wszystko, jak Amol. Tajemnicę wyjawia w taki sposób, aby wszyscy słyszeli, nawet w okolicznych wioskach. Potem znika. Podejrzane? Zdecydowanie. Następnego dnia liczne wozy suną w stronę magicznego akwenu. Aria jedzie również, chociaż zdrowia i urody jej nie brakuje. Towarzyszy jej łobuz Uthar, o wyjątkowo chaotycznym charakterze, i narkoman ssący wisiora, Benja. Co powinno znaleźć się w historii fantasy? Potwory? Będą potwory. Pojawi się też zbiegły niewolnik w białych kozaczkach, Glore. Jeszcze go spotkamy.
Interesująca przygoda. Aria jest sympatyczna i atrakcyjna. Niektóre wątki gryzą się z drugim tomem, a im dalej w las, tutaj jezioro, tym więcej dziur logicznych. Szczególnie ucieczka Arii z łap wroga to soczysty NONSENS. Rysunek jest okej, ale w tej części słabszy, mniej "wygładzony". Stralabas bez przebrania wygląda, jakby bliżej mu było do sf, niż fantasy. Jego los jest zagadkowy. Uthara też.
Słabsze od "Łez Bogini", ale warto było poznać całość. Sześć gwiazdek.
30.03.26
Komiks belgijskiego artysty, Michela Weylanda z 1984, wydany u nas przez Sferę w 1990. Pierwsza połowa historii. Dawno, dawno temu zapoznałem się z jej kontynuacją - "Łzy Bogini" (1985) i do dziś mi się podoba. Nostalgia? Może. Ciekawiło mnie, czy początek jest tak samo dobry. Kupione w necie. Zaczynamy.
Kim jest Aria? Wojowniczką. Dzielną, czupurną, spragnioną przygód,...
Słynny(?) "Szninkiel" Van Hamme'a i jednego Polaka. Podzielony na 10 części, ukazywał się w 1986-87, we Francji. Recenzuję czarno-białą wersję z serii "Kolekcja komiksów Grzegorza Rosińskiego" z 10 rozdziałami. Bez ciężaru nostalgii. Do roboty.
Na planecie Daar od lat ścierają się armie trójki "nieśmiertelnych". Na rzeź pędzą roznegliżowane wojownicze amazonki, rycerze na plujących ogniem bestiach, włochate małpoludy i niebinarni łucznicy na latających mięsożernych roślinach. Kręcą się między nimi jeszcze pokurcze szninkiele; niby hobbici, ale trochę gryzonie – niewolnicy, mięso armatnie. Jeden z nich, J'on, budzi się na pełnym trupów pobojowisku. Ukazuje mu się O’n, czyli "Władca Stworzyciel Światów", czyli gadający monolit z "2001: Odyseja Kosmiczna". Każe szninkielowi zaprowadzić pokój na Daarze, bo inaczej zrobi armagiedon. Do pomocy w zadaniu daje małemu "wielką moc". J’on do ostatniego rozdziału będzie się głowił, co to za moc. Tak zaczyna się "mission impossible" niechętnego bohatera. Nie będzie sam. Spotka pomocnego małpoluda Bom-Boma, a potem tłumy oddanych szninkielów z ponętną G’wel na czele.
To nie komiks dla dzieci! Przemoc, okrucieństwo, golizna. Autorzy z lubością rozbierają kobiety, a ulubioną zabawką Rosińskiego jest G’wel. Poznajemy ją, gdy omal nie pada ofiarą gwałtu zbiorowego, a potem jej idealne piersi oglądają Daar równie często, jak jego dwa słońca. No i ta słynna scena u Volgi. Co Van Hamme i Grzegorz chcieli powiedzieć? Najlepszy kochanek to hojnie obdarzony murzyn, który straci panowanie, gdy zobaczy modelkę Playboya? Czy tak? To miał być żart? Dzisiaj by nie przeszedł. Oj, nie.
Jean Van Hamme czerpał garściami z innych dzieł, gdy lepił "Szninkiela". Wspomniana już "Odyseja", Tolkien, wątki mesjanistyczne, nawiązania biblijne, stwór z Lovecrafta, zrzynka z "Ciemnego Kryształu" Hensona… Komiks miał być przygodówką, opowieścią o zbawicielu, rozprawą na temat relacji człowiek-stwórca, o wybaczaniu... To za wiele srok ciągniętych za ogon. Część wątków interpretuj sobie czytelniku sam. J’on podejrzanie często wychodzi z opresji – tylko szczęście? W co grał O'n? Zakończenie jest dziwne, mało logiczne, pozostawia niedosyt.
Mimo to, "Szninkiel" zostaje w pamięci. Nie można przejść obok niego obojętnie. Ma w sobie ogromne pokłady ambicji. Do tego rysunki Rosińskiego – fantastyczne. Zachwycają pięknem i harmonią, by za chwilę oddawać ze szczegółami brzydotę. Podobno istnieje wersja kolorowana. Cieszę się, że trafiłem czarno-białą.
"Szninkiel" to wysoka liga, ale nie należy do moich ulubionych komiksów. Interesująca, słodko gorzka przygoda, rozczarowujący finał. Siedem gwiazdek to jednak za mało i nie fair. Osiem.
Wydanie zawiera wstęp Kseni Chamerskiej -trochę o autorach, więcej o roli stwórcy w opowieści. Średnio pomocne interpretacje. Dodatki na końcu - zobacz czytelniku, jak bohaterowie "Szninkiela" mogli wyglądać i co G’wel ma między nogami (jeśli cię to interesuje).
Poza tym..
Skąd się brały amazonki, ciężkozbrojni i dżender fluidy? Trójca musiała uzupełniać ich szeregi.
Zabicie J’ona stworzyłoby męczennika. I nie poprawiło sytuacji. Zły pomysł, "nieśmiertelni".
27.02.26
Słynny(?) "Szninkiel" Van Hamme'a i jednego Polaka. Podzielony na 10 części, ukazywał się w 1986-87, we Francji. Recenzuję czarno-białą wersję z serii "Kolekcja komiksów Grzegorza Rosińskiego" z 10 rozdziałami. Bez ciężaru nostalgii. Do roboty.
Na planecie Daar od lat ścierają się armie trójki "nieśmiertelnych". Na rzeź pędzą roznegliżowane wojownicze amazonki, rycerze na...
Cykada to owad z rodziny pluskwiaków, którego larwy siedzą pod ziemią do 17 lat. Potem wychodzą na powierzchnię, przechodzą wylinkę i odlatują. Na tym oparł australijski artysta, Shaun Tan, swoję historię, a za cykadą ukrył pracownika korporacji. Stoi taka larwa nisko w firmie, robi po godzinach, gnieździ się w dziurze. Nie traktuje się jej, jak człowieka, pomiata. Wreszcie, po 17 latach idzie na emeryturę - wychodzi na dach, wykluwa się owad i odlatuje do lasu. Co to odczytać? Umiera, skacze z dachu, staje się wolny?
I tyle. Ponad trzydzieści stron z planszami, trochę tekstu, bez komiksowych dymków. Pewności nie mam, czy to w ogóle jest komiks. Rysunek ładny, nie powiem. Narracja? "Cykada nie idzie na piwo po robocie. Nigdy nie kończy praca. Tok, tok, tok!".
Jest w tym sens. Jest (dość) czytelne przesłanie. Ale bardzo mało tego. Lektura na kilka minut, więc uniknąć spoilerów nawet nie mogłem. Sześć gwiazdek.
21.03.26
Cykada to owad z rodziny pluskwiaków, którego larwy siedzą pod ziemią do 17 lat. Potem wychodzą na powierzchnię, przechodzą wylinkę i odlatują. Na tym oparł australijski artysta, Shaun Tan, swoję historię, a za cykadą ukrył pracownika korporacji. Stoi taka larwa nisko w firmie, robi po godzinach, gnieździ się w dziurze. Nie traktuje się jej, jak człowieka, pomiata....
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Jeż Jerzy to owoc związku Rafała Skarżyckiego i Tomasza Lwa Leśniaka. Antropomorficzny jeż, który żyje w Polsce lat 90-tych, jeździ na deskorolce, pije, pali, podrywa dziewczyny. Przez jakiś czas był grzeczny i pojawiał się w "Świerszczyku". Do 2007 łobuzował w magazynie "Ślizg", i ten album (czwarty tom) to składanka z tamtych przygód. Tak sądzę.
"Ścigany" zaczyna się i kończy kącikiem korespodencyjnym. Środek - historie lepsze i gorsze. Najdłuższa dotyczy ucieczki z więzienia, znanego z "Nie dla dzieci", Przemysława R. (Elvisa) oraz jego porachunków z inspektorem policji, Steinem. Między tymi dwoma znajdzie się oczywiście jeż. Taka sobie przydługa historia kryminalna. Reszta to krótsze, typowe żarty. Pojawiają się w nich m.in. ekolodzy, narodowcy Stefan i Zenek, krytyk z telewizji; stali gnębiciele Jerzego. Są politycy – Lepper i Kołodko; karykatury średnie i od dawna passe. Akcja przenosi się na Stadion X-lecia, a uciekając przed skinami, trafiamy na koncert CKoD. Młodsi czytelnicy mogą nie rozumieć.
Komiks jest wulgarny i brutalny. Skarżycki i Leśniak szydzą ze wszystkiego, również z siebie. Burzą czwartą ścianę, komentują wydarzenia, nie uznają żadnej świętości. Wielu uważa serię za chamską, mającą bawić ludzi o prymitywnym poczuciu humoru. Nie do końca. Jerzy na kolcach nosi spory ładunek nonkonformizmu. Chociaż jest jeżem, wybiera inną drogę, żyje jak lubi. Otoczenie próbuje tępić oryginała, karać, dopasować do normy. Warte zastanowienia.
Rysunek. Jest lepiej, niż w tomach złożonych z najwcześniejszych historii, ale nadal karykaturalnie brzydko. Leśniak specjalnie się nie stara. Stein i Przemysław są zbyt podobni.
Album "Ścigany" sprawia wrażenie… dodatku. Tam gdzie może być dobry, jest za krótki. Sześć gwiazdek.
Warte zapamiętania żarty?
Grzegorz K. pokazuje nożyce, którymi utnie inflację, i sportowe buty, w których spier****, jeśli mu się to nie uda.
Jerzego nie wpuszczają na imprezę. Według organizatorki to na pewno kaleka i psułby tylko normalnym zabawę.
20.03.26
Jeż Jerzy to owoc związku Rafała Skarżyckiego i Tomasza Lwa Leśniaka. Antropomorficzny jeż, który żyje w Polsce lat 90-tych, jeździ na deskorolce, pije, pali, podrywa dziewczyny. Przez jakiś czas był grzeczny i pojawiał się w "Świerszczyku". Do 2007 łobuzował w magazynie "Ślizg", i ten album (czwarty tom) to składanka z tamtych przygód. Tak sądzę.
"Ścigany" zaczyna się i...
Trzecie spotkanie z Adrianem Tomine. Tym razem autobiografia. Autor "Śmiech i Śmierć", oraz "Niedoskonałości" rysuje fragmenty własnego życia; od szkoły podstawowej po 2018 rok i decyzję o napisaniu "Samotności…". Wspomnienia orbitują wokół jego kariery komiksowej, która… no cóż – każda z historii kończy się wpadką, kompromitacją albo rozczarowaniem. Zupełnie, jakby Tomine chciał powiedzieć – "nie warto było, nie bądźcie komiksiarzami". Dziwne, jak na faceta, który sukces w branży jednak odniósł. Z drugiej strony, czy w pamięci nie zostają częściej przykre momenty, a te dobre zapominamy?
Gdy dla głównego bohatera przeżycia nie kończyły się wesoło, to na mojej twarzy pojawiał się uśmiech. Nieładnie z mojej strony, ale plus.
W finałowej (najdłuższej) scenie Adrian podsumowywał dotychczasowe życie, ja natomiast ledwo przez jego monologi przebrnąłem. Chłop strasznie nuży, ględzi, truje. Kilka razy podchodziłem do zakończenia. Minus.
Uwielbiam kreskę Tomine’a. Bez kolorów, tak prosta, a tak świetna. Po co być, jak Greg Capullo - mi wystarczyłoby to, co umie Adrian. A forma? Bomba! Komiks wygląda, jak notatnik z tasiemką. Wewnątrz ma kartki w kratkę.
Nie znalazłem nazwiska polskiego tłumacza. Wyrażeń typu "spank your ass" nie da się dobrze przełożyć na polski, ale "'tato chips" na "cipsy kartofelki"? Że co?
Trudno oceniać kogoś, kto się przed tobą otwiera, przedstawia własną rodzinę, dzieli przeżyciami, jest samokrytyczny. To zaleta, ale… Skąd mam wiedzieć, że Tomine tych akcji nie zmyślił, że to sama prawda? Przydałaby się chociaż notka od autora z potwierdzeniem; "tak było, nie ściemniałem".
Bez ostatnich męczących stron dałbym więcej. Jest 7 z dużym plusem. Tomine to nadal jeden z najciekawszych komiksiarzy, w mojej opinii. I polecam.
Poza tym…
Pizza z Nutellą? A fuj!
"The Loneliness of the Long Distance Cartoonist". Tytuł nawet podobny do tytułu brytyjskiego filmu "The Loneliness of the Long Distance Runner".
31.08.25
Trzecie spotkanie z Adrianem Tomine. Tym razem autobiografia. Autor "Śmiech i Śmierć", oraz "Niedoskonałości" rysuje fragmenty własnego życia; od szkoły podstawowej po 2018 rok i decyzję o napisaniu "Samotności…". Wspomnienia orbitują wokół jego kariery komiksowej, która… no cóż – każda z historii kończy się wpadką, kompromitacją albo rozczarowaniem. Zupełnie, jakby Tomine...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
W pierwszym tomie rudowłosa, jednooka "czarodziejka" ocaliła skórę skaldowi Thorgalowi, skazanemu na śmierć za romans z córką wikińskiego króla Gandalfa. Nasz hero przysięgał różne rzeczy, a potem łamał dane słowo.
Ciąg dalszy historii. Thorgal i Gandalf zakopali topór wojenny, ślub z Aaricią coraz bliżej. Niestety, przyszła panna młoda zostaje porwana przez kogoś, kto nosi zbroję hoplity i pływa grecką galerą bez wioseł. Co to ma wspólnego z Grecją? Tego się nie dowiesz, bo ekipa ratunkowa płynie na północ, do tajemniczej wyspy wśród lodów, a głupota wikingów podąża za nimi. Powróci Slivia, zdradzi to i owo, m.in. sekret pochodzenia Thorgala. Czemu nie powiedziała tego w poprzednim tomie? Grubymi nićmi szyta intryga. Czy zdobyta wiedza coś zmieni w życiu naszego bohatera? Cholera wie.
Słynny "Thorgal", Van Hamme'a i Rosińskiego z 1980. Gdybym jego przygody poznawał w młodości, recenzja byłaby inna. Dzisiaj, po dwóch tomach, szału nie ma. Dalej czekam, aż się rozkręci.
Thorgala automatycznie porównuję do innego bohatera fantasy – Conana. Są podobni, nie licząc masy mięśniowej. Barbarzyńca ma swój honor, ale nie patyczkuje się. Wyrąbuje sobie mieczem drogę do bogactw, sławy, tronów. Thorgal jest bierny, do bólu praworządny w brutalnym świecie ludzi północy. Chce świętego spokoju. Dostatecznym wyzwaniem dla niego byłoby zmienianie pieluch dzieciom. Conan idzie ku przygodzie - przygoda idzie ku Thorgalowi.
Styl, rysunek - jest dobry, typowy Rosiński. Ładne wydanie. Szybko się czyta.
Ocena sześć plus.
19.03.26
W pierwszym tomie rudowłosa, jednooka "czarodziejka" ocaliła skórę skaldowi Thorgalowi, skazanemu na śmierć za romans z córką wikińskiego króla Gandalfa. Nasz hero przysięgał różne rzeczy, a potem łamał dane słowo.
Ciąg dalszy historii. Thorgal i Gandalf zakopali topór wojenny, ślub z Aaricią coraz bliżej. Niestety, przyszła panna młoda zostaje porwana przez kogoś, kto...
Komiks bardzo portugalski, mimo że Nicolas Barral jest Francuzem. Rok 1968, dyktator Salazar podupada na zdrowiu, system powoli słabnie. W Lizbonie mieszka doktor Fernando Pais. Ma dobrą pracę, przyjaciela, kota, romanse z mężatkami, ale czegoś mu brakuje. Z przyczyn zawodowych i osobistych odwiedza siedzibę policji politycznej PIDE, jednak stroni od polityki. Przed laty kobieta wciągnęła go w działalność opozycyjną, lecz nic z tego dobrego nie wynikło. Historia się powtarza za sprawą małego łobuza i jego zaangażowanej siostry. Wielki Brat nie śpi. Czy doktorek wyjdzie z rozgrywek tajniaków suchą nogą?
Osiem rozdziałów przyzwoitej historii. Barral tworzy wiarygodnych bohaterów. Doktor Fernando kradnie show; luz i uśmiech Cybulskiego, cięty język, papieros za papierosem. Nie podchodzi do wszystkiego śmiertelnie poważnie. Polubiłem tego gościa.
Niektóre wątki nie były dostatecznie czytelne – czy Pais był po rozwodzie, los Patricio, i czy profesora zabrało pogotowie, czy grabarze.
Rysunek nierówny. Raz jest świetnie, innym razem widać braki/pośpiech. W pierwszych rozdziałach Fernando ma podbródek na pół twarzy. Kolor - spalony brąz, zmienia się w retrospekcjach i snach. Zbliżenie na psa robiącego kupę, albo na prącie zarażonego rzeżączką oprycha – na minus.
Na końcu przepis na "Bacalhau a Bras" - dorsz po portugalsku.
Polecam. Można się czegoś dowiedzieć o kraju, będącym ciągle w cieniu większego sąsiada. Siedem gwiazdek.
Poza tym…
Tytułowe fado to portugalska pieśń wykonywana w akopaniamencie dwóch gitar.
Kolega Horacio musiał być gejem. Na weselu tańczył z facetem. Odważne, jak na Portugalię lat 50-tych.
01.04.26
Komiks bardzo portugalski, mimo że Nicolas Barral jest Francuzem. Rok 1968, dyktator Salazar podupada na zdrowiu, system powoli słabnie. W Lizbonie mieszka doktor Fernando Pais. Ma dobrą pracę, przyjaciela, kota, romanse z mężatkami, ale czegoś mu brakuje. Z przyczyn zawodowych i osobistych odwiedza siedzibę policji politycznej PIDE, jednak stroni od polityki. Przed laty...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Dawno temu przeczytałem powieść "The Road", Cormaca McCarthy’ego. Ojciec z synem wędrowali przez postapo Amerykę. Głodowali, uciekali, próbowali przeżyć w świecie, w którym lepiej nie żyć. Rozmawiali, ale nic konkretnego nie mówili. Nudy. Jedyne co z tego wyniosłem, to fragment o pstrągach; piękny i nostalgiczny. Filmu nie widziałem.
A teraz komiks francuskiego artysty, Emmanuela Larceneta. Do historii "The Road" dodano obraz. Bez narracji: ogladasz zrujnowany, spalony świat, ruiny, martwych ludzi. Czytanie idzie szybko. Nie pamiętam szczegółów oryginału, ale sądzę, że Manu trzymał się drogi McCarthy’ego. Owszem, były skróty/drobne zmiany; ucieczka przed kanibalami, znalezienie zapasów na łodzi itp.
Z "Drogą" mam ten kłopot, że podchodzenie do powieści dosłownie - szkodzi jej. Gdyby cała natura padła, bez drzew ludzkość by się udusiła. Zakończenie książki i komiksu jest na siłę optymistyczne. Czy w świecie, w którym twój zapas jedzenia jest na wagę złota, szukałbyś dodatkowej gęby do karmienia? No właśnie.
Dlatego obstawiam, że poeta miał coś innego na myśli. Nie o zagładę i jej szczegóły chodzi, ale o relacje ojciec-syn (bez nazwisk – everyman). Chłopiec jakimś cudem w tym zniszczonym świecie zachował człowieczeństwo. Dlatego musi przeżyć. To moja interpretacja, możesz odczytać "Drogę" inaczej.
Graficznie jest dobrze. Podobno istnieją dwie wersje; czarno biała i pożółkła. W moje ręce trafiła ta druga. Efekt zabrudzenia piachem robi swoje. W rysowaniu świata po katastrofie Manu jest świetny. A ludzi? Dorośli brodacze są ok. Z twarzą chłopca jest gorzej. Czasem wygląda, jak zjawa jakaś. Larcenet przemyca easter eggi; wśród śmieci leżą minionki, patyczaki z filmów o wiedźmie z Blair, Homer Simpson.
Nie pokazujcie tego dzieciom! Komiks zawiera sceny drastyczne.
Nowela graficzna bardziej przypadła mi do gustu, niż książka przed laty. Daję siedem. Z plusem.
Poza tym...
Nie kąpie się wychudzonego dzieciaka w lodowatej wodzie! Zwłaszcza, gdy nie ma lekarstw. I nie zostawia wózka z dobytkiem na drodze, bo ktoś ci go za…
02.11.25
Dawno temu przeczytałem powieść "The Road", Cormaca McCarthy’ego. Ojciec z synem wędrowali przez postapo Amerykę. Głodowali, uciekali, próbowali przeżyć w świecie, w którym lepiej nie żyć. Rozmawiali, ale nic konkretnego nie mówili. Nudy. Jedyne co z tego wyniosłem, to fragment o pstrągach; piękny i nostalgiczny. Filmu nie widziałem.
A teraz komiks francuskiego artysty,...
Paul Tobin, autorem tej historii. Panie Tobin, pan masz braki w warsztacie pisarskim. Żaden ze mnie ekspert, ale słyszę, kiedy coś w maszynie zgrzyta. „Wiedźmin. Klątwa Kruków” jest bardzo słaby. Dziury logiczne i błędy. Nic, co angażowałoby czytającego.
Wątki przedłużają, prowadzą donikąd, są na siłę. Geralt i Ciri uwalniają jakąś laskę, która potem okazuje się brzydalem z kryminalną przeszłością. Oddają go w ręce prawa. Koniec wątku i kłesta.
W nocy wielki wilkołak atakuje naszych bohaterów. Małe piwo. Ciężko potem uwierzyć, że cokolwiek może im zagrozić. Moce mają lepsze, niż Jedi.
Główny kłest. Właścicielka łaźni, Merwina, wynajmuje jasnowłosych do ubicia strzygi i wyjaśnienia, dlaczego jej syn zamienia się w kruka. Ona wie co i kto, ale nie powie, bo byłby to koniec historii. Logiczne. Pojawia się Yennefer, ponieważ… boi się o przyjaciół. Jasne.
Dostajemy trochę retrospekcji oraz wspomnień z dawnych przygód Geralta. Tak naprawdę to jedyna interesująca część komiksu. Reszta to kąpiele w łaźni. Oj, czytelniku, nie zdawałeś sobie sprawy ile czasu wiedźmini spędzają w wannie. Nie miałeś pojęcia.
Ciekawszych interakcji między bohaterami - brak. Ciri jest zajebista. Co chwilę spuszcza łomot męskim świntuchom. I NICZEGO SIĘ NIE BOI. A stary, poczciwy Geralt? Jest gdzieś z tyłu. Nie przeszkadza paniom. Nerwowa czarodziejka każe mu wyp… z pokoju – on wychodzi bez słowa. Ot, Kukold z Rivii, jakiego wszyscy kochamy.
Teraz rysowanie. Bez szału, panie Kowalski. Dziewczyny mają tyle seksapilu, co manekiny sklepowe. Geralt w szmacianych gatkach, wchodzący do wanny budzi współczucie.
Nie polecam. 4/10.
Poza tym...
Stylizowanie mowy na dawną polszczyznę(?) mocno drażni.
29.03.25
Paul Tobin, autorem tej historii. Panie Tobin, pan masz braki w warsztacie pisarskim. Żaden ze mnie ekspert, ale słyszę, kiedy coś w maszynie zgrzyta. „Wiedźmin. Klątwa Kruków” jest bardzo słaby. Dziury logiczne i błędy. Nic, co angażowałoby czytającego.
Wątki przedłużają, prowadzą donikąd, są na siłę. Geralt i Ciri uwalniają jakąś laskę, która potem okazuje się brzydalem...
Paco Roca po raz trzeci. Nadal jest bardzo dobrze. Nie tak dobrze, jak po "Domu" albo "Powrocie do Edenu", ale do rzeczy. Komiks dotyka starości i jej konsekwencji. Emilio zostaje oddany do domu opieki dla starszych. Rodzina nie radziła sobie z dziadkiem chorym na "Ajzenhałera". Nowe miejsce, nowi znajomi, nowa rzeczywistość.
Emilio, jako bohater historii jest średni. Powiedziałbym, że główne skrzypce gra Miguel, dzielący z nim pokój. Ów dziadek zachował trzeźwy umysł, szuka sobie rozrywek, skubie z kasy innych chorych. Lekkoduch próbuje razem z Emiliem spowalniać jego postępującą chorobę. To Miguel przechodzi prawdziwą przemianę.
Czytelnik zapoznaje się z tym, co wyprawia z człowiekiem chory, degenerujący się umysł; zapominanie podstawowych czynności, dziwne nawyki, fobie. Paco nie narzuca grobowego nastroju. Bywa wesoło. Tylko… śmiech trwa krótko. To przygnębia. I głównie dlatego dałem 8, nie 9.
Ej, ty! Tak, ty. Czytający. Może jesteś w tym komiksie. Może ktoś z twojej rodziny. Nie uciekniemy.
Znajomy rysunek - prosty, czytelny. Tu detale są wrecz zbędne. Paco Roca trafia idealnie w punkt. Pomysłowo narysował zacieranie się pamięci. Wiecie czym jest "kiłpa"?
Ponieważ w domu spokojnej starości nie ma wielu rozrywek, a spanie zajmuje większość dnia, Roca specjalnie nie wiedział, co robić ze staruszkami. Komiks nie jest długi. Docenić należy, że autor wziął na plecy trudny temat. I obronił. Polecam.
Poza tym...
W opowiadaniu pojawia się staruszka o imieniu Antonia. Na pewno zbieżność imion. To nie Antonia z "Powrotu…".
A pomysł z psem? Nie da się trzymać szczeniaka w pokoju tak, by nikt nie zauważył. I nie daje się dziadkom piesków do skutku. Brr.
I czym zawinił dziadek medalista? Te rzeczy były dla niego święte! Brzydko, panie Emilio.
27.04.25
Paco Roca po raz trzeci. Nadal jest bardzo dobrze. Nie tak dobrze, jak po "Domu" albo "Powrocie do Edenu", ale do rzeczy. Komiks dotyka starości i jej konsekwencji. Emilio zostaje oddany do domu opieki dla starszych. Rodzina nie radziła sobie z dziadkiem chorym na "Ajzenhałera". Nowe miejsce, nowi znajomi, nowa rzeczywistość.
Emilio, jako bohater historii jest średni....
"Czarna Orchidea", komiks Gaimana, mocno oryginalny, z końca lat 80-tych, trzyczęściowy, osadzony w świecie DC. Poprzedza "Sandmana", chociaż czuć, że piaskowy dziadek jest blisko.
Orchidea jest o Susan Linden… Nie, w sumie nie o niej. Nie da się wytłumaczyć o co chodzi, bez spojlerów. Susan Linden zamordował mąż, niezły świr. Przyjaciel użył jej DNA, aby stworzyć hybrydę człowieka i rośliny. Istota odziedziczyła wspomnienia Susan i postanowiła walczyć z przestępczością Metropolis. Komiks zaczyna się, gdy bohaterka wpada w pułapkę i ginie. Bliźniaczych kwiatów-sióstr było jednak więcej. Dojrzewały sobie w szklarni, ale tylko Bójka z Bajką przetrwały najazd złych mężczyzn na laboratorium profesora. Nowa Susan oraz mała Suzy (ok. 8 lat) nie pragnęły zemsty. Wolały szukać informacji o sobie, celu istnienia itp. Wymówka, aby pojawił się tłum bohaterów i łotrów świata DC – od Batsa po Jozina z bazin. Potem dzieci kwiaty uciekły przed złymi facetami w głąb Ameryki Południowej. Ale...
...Lexcorp ma ludzi nawet w głębi Amazonii! Nie ukryjesz się przed łysym.
Najpierw plusy. Kreska i atmosfera snu. Rysunek przypomina przerobione komputerowo zdjęcia. Na szczęście Dave McKean nie pojechał ostro, jak z "Batman: Azyl Arkham". Niebanalne, odważne podejście do tematu – plus dla Neila. I za poetycki nastrój. Przedmowę napisał Mikal Gilmore. Na końcu dużo materiałów dot. powstania komiksu. Zbędny dodatek imo.
Minusy. Denerwuje pacyfizm/bierność dziewczyn. Wściekłego psa się usypia. Dajcie mu odejść, bo wyrządzi więcej szkód.
Feminizm - bad men, bad!
Czasem twarze są do siebie zbyt podobne.
Jeśli pierwszy i drugi rozdział miały senną atmosferę, to należało obudzić się przed trzecim. Sen wariata - gang wędruje po dżungli, jak po Central Parku, i szuka fioletowych igieł w stogu siana. Eliminuje ich szalony, śpiewający Rambo. Absurd goni absurd.
7/10.
Poza tym...
Dlaczego "Czarna Orchidea"? Dziewczyny fioletowe były.
Orchidee latały, zmieniały wygląd, miały wielką siłę... i kto wie, co jeszcze mogły.
14.05.25
"Czarna Orchidea", komiks Gaimana, mocno oryginalny, z końca lat 80-tych, trzyczęściowy, osadzony w świecie DC. Poprzedza "Sandmana", chociaż czuć, że piaskowy dziadek jest blisko.
Orchidea jest o Susan Linden… Nie, w sumie nie o niej. Nie da się wytłumaczyć o co chodzi, bez spojlerów. Susan Linden zamordował mąż, niezły świr. Przyjaciel użył jej DNA, aby stworzyć hybrydę...
"Maski"; historia szaleństwa w dwóch częściach. Nie wiem, czy crossover "Inferno" dobiegł końca, ale jest mrocznie, jak diabli. Co prawda, życie Petera Parkera i MJ jest sielankowe, lecz gdy tylko Spider wyrusza w bój, wszystko staje się brudne i złe. Hobgoblin dostał świra. Wygląda potwornie i robi potworne rzeczy - krzywdzi mamy, oszpeca dzieci. Na trop lunatyka wpada, oprócz Pająka, Ghost Rider. Upiorny motocyklista się nie cacka. Podczas ognistego starcia demonów, nasz bohater będzie musiał wykonać sporo akrobatycznych póz, aby uratować życie uprowadzonego chłopca. Przesłanie historii – bohaterowie chronią niewinnych za wszelką cenę, nie narażają ich życia. Niby oczywiste, a jednak…
McFarlane jest tutaj rysownikiem i autorem historii. Czuć klimat "Torment’u". To nie są kolorowe przygody Człowieka Pajaka. Jest brutalnie. Ludzie są mordowani, a dzieci okaleczane(?). Zdecydowanie dla STARSZEGO czytelnika. Nawet ramki między kadrami są czarne. To musi być późny Spider Todda, gdyż w jednej scenie siedzi on na antenie nadawczej (Spider, nie Todd) i chyba słucha wiadomości (ale jak?) - a my widzimy okienka dziennikarzy czytających newsy. Pachnie to bardzo kolejnym, zbliżającym się "bohaterem" świata komiksu. Ciekawi mnie los uratowanego chłopca. Czy zmiany na jego twarzy były trwałe? I co dalej z Hobbym?
"Maski" są trudne do oceny. Dobry rysunek, dobra historia, ale czerń bijąca od tej historii mnie odpycha. Mocne 7.
7/10.
"Maski"; historia szaleństwa w dwóch częściach. Nie wiem, czy crossover "Inferno" dobiegł końca, ale jest mrocznie, jak diabli. Co prawda, życie Petera Parkera i MJ jest sielankowe, lecz gdy tylko Spider wyrusza w bój, wszystko staje się brudne i złe. Hobgoblin dostał świra. Wygląda potwornie i robi potworne rzeczy - krzywdzi mamy, oszpeca dzieci. Na trop lunatyka wpada,...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Dwie nastolatki komentują świat. Zwykle krytykują wszystko i wszystkich, ale dziwactwa je fascynują. Pierwsze skrzypce gra Enid Coleslaw (Daniel Clowes). Taka przemądrzała, zbuntowana Velma od Scooby Doo. Druga laska to spokojniejsza, mniej lotna, blondyna Becky. Akcja kręci się głównie wokół pokręconych przygód przyjaciółek. Potem pojawia się chłopak, którego nie traktują poważnie, chociaż obie chcą mu wskoczyć do łóżka (jemu wszystko jedno). W dalszej części "Ghost World" żarty schodzą na dalszy plan, a zaczynają się dramaty; problemy dorastania, kryzys, emocje, rozstania itp. Czy przyjaźń przetrwa?
"Ghost World" ukazywał się w częściach w czasopiśmie "Eightball", więc ten tom jest zbiorem wszystkich(?) ośmiu części (mamy osiem rozdziałów). Widać postępującą zmianę narracji i stylu. Fragmenty, gdy Enid Coleslaw dziwi się światu, są najlepsze i wywołują uśmiech, chociaż to babskie pierdoły. Clowes (pojawia się też w komiksie) co chwilę szepce zza rogu – "Enid tak naprawdę jest inteligentną, wrażliwą dziewczyną". Pod koniec wszystko przyspiesza, jakby autor chciał streścić finał na kilku stronach i zamknąć sklep. Komiks ma świetnych bohaterów trzecioplanowych; Bob Skeetes, para satanistów i Natalie Larios.
Rysunek spoko. Czerń i biel z niebiesko-zielonym podkładem imitują klimat lat 50-tych, czas kojarzący się z młodością. Na początku Enid jest gadającą głową; jedna mina, półotwarte usta, potem rysownik rozwija warsztat. Z jakiegoś powodu Melorra i Naomi wydają się dużo starsze od głównych bohaterek i łudząco do siebie podobne. Przytyk do dziewczyn żydowskiego pochodzenia, panie Clowes? Tłumacz W. Góralczyk dał ciała. JAP tłumaczy jako "liga amerykańskich skośnych". Ręce opadają. Jewish American Princess, chłopie! Na końcu są przypisy, czyli sprawdzał różne rzeczy, a i tak walnął byka.
Porządna siódemka. 7/10
Filmu nie widziałem.
Poza tym.
"Ghost World" pojawia się w komiksie m.in. jako napis na murze. Nie istnieje jednoznaczne wyjaśnienie, co oznacza.
19.03.26
Dwie nastolatki komentują świat. Zwykle krytykują wszystko i wszystkich, ale dziwactwa je fascynują. Pierwsze skrzypce gra Enid Coleslaw (Daniel Clowes). Taka przemądrzała, zbuntowana Velma od Scooby Doo. Druga laska to spokojniejsza, mniej lotna, blondyna Becky. Akcja kręci się głównie wokół pokręconych przygód przyjaciółek. Potem pojawia się chłopak, którego nie traktują...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
W magazynie "The New Yorker" w 1948 roku (26 czerwca) ukazało się krótkie, ale głośne, opowiadanie Shirley Jackson – "The Lottery". Kilka razy ekranizowane, zasiało grunt pod różne "Rytuały", "Wicker Many" i im podobne. Autorem komiksowej adaptacji jest Miles Hyman, wnuk pisarki.
W przedmowie pisze o pewnym bezkrwawym rodzinnym rytuale, ale głównie wspomina babkę i intelektualne, artystyczne środowisko, które ją otaczało.
Przedstawienie postaci dramatu, i zaczynamy.
Co roku, 27 czerwca, w małym miasteczku na amerykańskim zadupiu, odbywa się loteria. Nie podano miejsca i czasu; tutaj przypuszczalnie dzieje się przed wojną. Mieszkańcy wyciągają stare, drewniane pudło, pełne białych kartek. Jedna jest oznaczona. W tej loterii każdy coś wygrywa - spokój przez najbliższy rok, czasem też urodzaj na polu, a komuś trafi się stos kamieni, zebrany na tę okazję. Tradycja rzecz święta. Tak robi się od lat, więc mamy czyste ręce. Fikcja, oczywiście. USA na początku XX wieku to nie był bantustan. Ktoś z zewnątrz zauważyłby ubywanie ludzi.
Brzydka strona tradycji. Coraz więcej okolicznych miejscowości porzuca dziwny zwyczaj. Większość zebranych chce szybko mieć to za sobą i wrócić do normalnych zajęć. Loteria łączy, ale na zasadzie współudziału w zbrodni. Tak naprawdę DZIELI ludzi. Zabija empatię. Wylosowana rodzina nie broni siebie nawzajem. Jedyna protestująca osoba czyni to ze strachu. Milczałaby, gdyby padło na sąsiadów. W "Loterii" są sami przegrani.
Rysunek. Hyman wybrał właściwy styl - "twarda kreska, mocne kolory". Skojarzenia? Ludzie przypominają posągi z antycznego dramatu. Mało słów, pełne napięcia, kamienne twarze. Sporo Granta Wooda.
Zawodzi tłumaczenie Michałowskiej i Wróbla. Tessie i Jane stają się "Tesią" i "Janką". "Czy młody Watson ciągnie w tym roku?" – śmieszy, a wystarczyło użyć „losuje”.
Krótkie bio autora i podziękowania na końcu. Należą się one przede wszystkim babci Jackson. Miles dostał gotowca i trzymał się go, nie zmieniał bardzo. Ładna laurka od wnuczka. Warto "Loterię" przeczytać, daje do myślenia. Podniosę ocenę do ośmiu gwiazdek. Z minusem.
Poza tym...
Loteria była dobrowolna? Szerokie pole do rozważań.
25.03.26
W magazynie "The New Yorker" w 1948 roku (26 czerwca) ukazało się krótkie, ale głośne, opowiadanie Shirley Jackson – "The Lottery". Kilka razy ekranizowane, zasiało grunt pod różne "Rytuały", "Wicker Many" i im podobne. Autorem komiksowej adaptacji jest Miles Hyman, wnuk pisarki.
W przedmowie pisze o pewnym bezkrwawym rodzinnym rytuale, ale głównie wspomina babkę i...
Trzeci sandmanowski zbiór opowiadań, a mój pierwszy. Zaczynamy - cztery historie.
"Kaliope". Madoc, młody pisarz cierpiący na uwiąd twórczy, wchodzi w posiadanie muzy Kaliope. Patronka poezji, filozofii i retoryki, jako niewolnica spełnia oczekiwania literatów, dając im wenę (i nie tylko). Madoc nie zamierza wypuścić kury znoszącej złote jajka z rąk, ale może będzie musiał, bo Kaliope to była laska Morfeusza.
"Sen Tysiąca Kotów". Rasowa kotka puściła się z dzikim kocurem, toteż właściciele pozbyli się nieprawego miotu. Zrozpaczona matka wędruje do królestwa Władcy Snów (wielki kot), by zapytać dlaczego jest, jak jest. Odpowiedź zaskakuje. Najlepsza historia w tym tomie, imo. Dowodzi, jak naprawdę potężne są sny, co mogą czynić ze światami, i że jesteśmy bezsilni przez naszą naturę.
"Sen Nocy Letniej". XVI wiek. William Shakespeare wraz trupą teatralną jedzie odstawić sztukę na polach i wzgórzach. To część umowy, jaką zawarł z "tajemniczym szlachcicem". Widzami okażą się baśniowe istoty, a pewien złośliwy stworek narobi zamieszania i będzie odgrywał sam siebie. To opowiadanie zdobyło nagrodę "World Fantasy Award" w 1991. Jest ono, moim zdaniem, trudne w odbiorze. Wiedza na temat Shakespeare’a i "Snu…" wydaje się istotna dla zrozumienia treści. Dużo niedopowiedzeń.
"Fasada". Elemental Girl – superbohaterka na emeryturze. Nie jest szczęśliwa. Rzadko wychodzi z mieszkania, a nigdy bez maski. Chciałaby umrzeć, ale jest praktycznie niezniszczalna. Jej jęki słyszy Śmierć, siostra Sandmana. Czy atrakcyjna Nieskończona pomoże?
Za narysowanie pierwszej i drugiej części odpowiada Kelley Jones. Nie podoba mi się jego robota. "Kaliope" aż odpycha. W "Śnie Tysiąca…" nie ma prawie ludzi, więc jeszcze ujdzie. Za "Sen Nocy…" odpowiada Charles Vess - jest lepiej. "Fasada" to ponowny skok w brzydotę za sprawą Coleen Doran. I tylko Śmierć wygląda tam bosko. Może taki był zamysł. Przedmowę do "Krainy Snów" napisał Steve Erickson.
Opowiadania mądrze napisane, które mogły zostać ładniej narysowane. Aż tak mocno w głowę nie biją, jak wczesne Sandmany.
7/10.
29.03.25
Trzeci sandmanowski zbiór opowiadań, a mój pierwszy. Zaczynamy - cztery historie.
"Kaliope". Madoc, młody pisarz cierpiący na uwiąd twórczy, wchodzi w posiadanie muzy Kaliope. Patronka poezji, filozofii i retoryki, jako niewolnica spełnia oczekiwania literatów, dając im wenę (i nie tylko). Madoc nie zamierza wypuścić kury znoszącej złote jajka z rąk, ale może będzie...
Po nagłej śmierci rodziców, dwie siostry opiekują się trzecią, nieuleczalnie chorą. Dominika leży, nie ma z nią kontaktu, umrzeć może w każdej chwili. Jej opiekunki podchodzą do sytuacji nieco inaczej. Jedna jest jak Japończyk, który za cesarzową Domihito skoczyłby w ogień. Całe życie podporządkować Dominice; Domi, Domi, Domi. Sprzedajmy dom, mieszkajmy w komórce odległej kliniki, byle tylko Domi miała lepiej. Drugiej siostrze jest żal siostry zelotki i zdaje sobie sprawę, że właśnie tracą najlepsze lata życia. A społeczeństwo… gawiedź widzi tylko dwa kolory, nic poza nimi.
O ile się nie mylę, to debiut Anny Poszepczyńskiej. I bardzo dobra historia. Nie ma jednej poprawnej wersji; czytelnik może całość różnie interpretować. Na przykład: Domi to wampir wysysający życie z sióstr, albo – może warto rozmawiać o eutanazji, albo – zapomnij o imprezach i chłopaku, pomóż siostrze przewinąć chorą. To jest piekielnie trudny temat.
A jak wygląda rysunek? Dobrze, chociaż… Zbyt mangowo. Czy autorka nie mogła wypracować własnego stylu? Tu nawet wyrazy dźwiękonaśladowcze są, jak w jakimś "Berserku". Szur, szur, szur. Dziewczyna obraca głowę – "zwrot". Może komiks powinien być czarno-biały? Jest róż i jego odcienie.
B. dobra pozycja.
8/10.
Poza tym...
Jest takie imię "Olża"?
27.04.25
Po nagłej śmierci rodziców, dwie siostry opiekują się trzecią, nieuleczalnie chorą. Dominika leży, nie ma z nią kontaktu, umrzeć może w każdej chwili. Jej opiekunki podchodzą do sytuacji nieco inaczej. Jedna jest jak Japończyk, który za cesarzową Domihito skoczyłby w ogień. Całe życie podporządkować Dominice; Domi, Domi, Domi. Sprzedajmy dom, mieszkajmy w komórce odległej...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Najbardziej ambitny komiks duetu Brubaker-Phillips, jaki przeczytałem. Podróż do powojennego Hollywood, do fabryki snów, złotej klatki. Głównym bohaterem opowieści jest Charlie Parish, scenarzysta cierpiący na PTSD, alkoholik i nałogowy zdrajca. Budzi się pewnego razu w wannie w mieszkaniu koleżanki; Valerii Sommers, gwiazdy filmowej. Znajduje ją martwą – morderstwo. Studio filmowe zacznie zacierać ślady i pozorować samobójstwo, a Parrish przez całą historię będzie próbował sobie przypomnieć, co zaszło tamtej nocy. Czy zdradzi zamordowaną przyjaciółkę i będzie grał w grę narzuconą z góry? Ta intryga to kabriolet wiozący czytelnika przez plan filmowy roku 1948. Spotykamy po drodze m.in. Gil’a; ofiarę polowania na komunistów, scenarzystę odrzuconego przez branżę i dzielącego pewien sekret z Charliem, poznamy następczynię Valerii; Mayę Silver, zobaczymy filmowego amanta łudząco podobnego do Errola Flynna, Dottie; specjalistkę od pr i iluzjonistkę, diabolicznego Brodsky’ego; pijnującego, aby filmowe ptaki nie wyleciały z klatki. Mignie w szybie również Bogart, Gable, nawet Reagan.
Kto widział wcześniejsze prace Phillipsa, ten wie czego oczekiwać. Elizabeth Breitweiser nałożyła kolory mające chyba oddawać klimat tamtych lat. Tego akurat nie czułem. Może gdyby postawić na czerń i biel? Historia najpierw wychodziła w częściach - te 12 zeszytów miało świetne okładki. Autorzy NAPRAWDĘ przyłożyli się do pracy i z pomocą konsultantów wpletli historię w realia roku 1948. MNÓSTWO smaczków i nawiązań. W zbiorczym wydaniu mamy na końcu opis m.in. wojennych dokonań Jamesa Stewarta, oraz tragedii Peg Entwistle. Polskie tłumaczenie czasem zaskakuje; Teensie - "Maciupa".
Niektórzy poczuli się zawiedzeni, że w finale nie ma wielkiego big bang. Nie ja. Największym dramatem bywa fakt, że nie możesz nic zrobić, a on dalej trwa. Kto widział "Chinatown", ten zrozumie. Nie oczekujcie jasnych odpowiedzi, co najwyżej; "może było tak". Nie poznacie motywów złoli. Uwaga - w komiksie leje się strumieniami gorzała, a papieros jest odpalany od drugiego. Mocno polecam.
9/10.
29.03.25
Najbardziej ambitny komiks duetu Brubaker-Phillips, jaki przeczytałem. Podróż do powojennego Hollywood, do fabryki snów, złotej klatki. Głównym bohaterem opowieści jest Charlie Parish, scenarzysta cierpiący na PTSD, alkoholik i nałogowy zdrajca. Budzi się pewnego razu w wannie w mieszkaniu koleżanki; Valerii Sommers, gwiazdy filmowej. Znajduje ją martwą – morderstwo. Studio...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Gdy zabrakło Gościnnego i Uderzo, to galijskiej kury znoszącej złote jaja nie posłano na emeryturę. Pałeczkę przejęli Jean-Yves Ferri i Didier Conrad. Oto "Asteriks i Gryf"; pierwszy przeczytany przez mnie "Asteriks" tych panów. Album 39 z 2013 roku. Ile Asteriksa zostało w "Asteriksie"?
Czas i miejsce. Zima, obszary Barbaricum zamieszkane przez Sarmatów. Gdzie konkretnie, nie wiadomo. Jak nam Ferri przedstawił Sarmatów? Ich kobiety to wojowniczki, mężczyźni siedzą w domach. Prześmieszne. Jedzą sery i piją fermentujące kobyle mleko. Przykładowe imiona; Kałasznikova, Maroszkamalina. To o TĘ stronę świata chodziło? Odwrócone "E" w dialogach nie utrudnia czytania i jest ledwo zauważalne. Ile w tym wszystkim prawdy historycznej, ile zmyśleń? Przeciętny czytelnik raczej nie wie. Może Sarmacja to nie był najlepszy pomysł. W komiksie pojawiają się również Scytowie, przypominający sprzedawców z kebabudy.
Samo zahaczenie o wiarę Rzymian w żyjące na terenie Barbaricum dziwne stwory nie było złym pomysłem. Cezar wysyła ekspedycję w celu schwytania legendarnego gryfa - krzyżówki orła z lwem. Sarmaci czczą stwora, więc ich szaman wzywa na pomoc Panoramiksa i dwóch (wszystkim znanych) Galów. Druida mogło wcale w historii nie być, tak marginalną rolę odgrywa. Magiczny wywar również. Rzymian bez przeszkód lać nie można, bo biorą zakładników. Szanse wyrównane, zaczyna się wyścig do gryfa.
Historia średnia. Humor, jak Polsilver. Wielka Sarmatka leci na Obeliksa, on marudzi, bo Idefiks włóczy się z wilkami... A tytułowy gryf? Nie ma sensu. Nie dla starszego czytelnika. We wcześniejszych albumach legioniści dostawali srogi łomot, ale żyli. W "Asteriks i Gryf" chyba część zginęła, np. w rzece. Wątek z zakładniczką i jej strażnikami był dziwny.
Conrada mogę pochwalić. Sprawnie wszedł w buty Uderzo. Trochę trąci Disney’em, ale jest ładnie. Dużo szczegółów. Najlepsze rysunki to te na pół strony. Jednak w scenie z rwącym potokiem perspektywę sknocił okrutnie.
Wygląda na to, że rysownika udało się zastąpić, ale Gościnnego nie. Słabszy album. Zostawia posmak mleka sfermentowanej kobyły. Pięć gwiazdek z plusem za szatę graficzną. Od komiksu z Asteriksem w tytule oczekuję więcej.
Poza tym…
Czy Rzymianie nie nosili zimą butów? W sandałach przez śniegi! Straszne.
Wioskowy serowar to raz Nabiała, raz Chlorokina.
20.03.26
Gdy zabrakło Gościnnego i Uderzo, to galijskiej kury znoszącej złote jaja nie posłano na emeryturę. Pałeczkę przejęli Jean-Yves Ferri i Didier Conrad. Oto "Asteriks i Gryf"; pierwszy przeczytany przez mnie "Asteriks" tych panów. Album 39 z 2013 roku. Ile Asteriksa zostało w "Asteriksie"?
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCzas i miejsce. Zima, obszary Barbaricum zamieszkane przez Sarmatów. Gdzie...