-
Artykuły
Nie żyje Wiesław Myśliwski. Autor „Kamienia na kamieniu” i „Traktatu o łuskaniu fasoli” miał 94 lata
LubimyCzytać30 -
Artykuły
Zaczęłam od tajemnicy. Reszta przyszła sama - rozmowa z Małgorzatą Rogalą
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Czytamy w weekend. 27 marca 2026
LubimyCzytać441 -
Artykuły
Przeczytaj fragment książki „Zbrodnia w rezydencji“
LubimyCzytać1
Biblioteczka
To książka-pocieszycielka dla samców, którzy myślą, że nie mają szansy zdobyć atrakcyjnej samiczki, bo są kurduplami. Chodzi mi konkretnie o gąsiory, ale jeśli ktoś uważa, że może tyczyć się i ludzi – szerokiej drogi w tej interpretacji.
A tak serio „Zagłada puka do drzwi” urzekła mnie od początku. Najpierw zaintrygowała motywem wymuszonego (magią) posłuszeństwa, potem oczarowała humorem oraz podaną w lekkiej, przystępnej formie mądrością. I gęsiami. Jak można przeczytać w opisie, to retelling baśni o gęsiareczce, a ja bym do tego nazwała ją cosy fantasy. Ale nie cosy w stylu kołderkowym, tylko – jakkolwiek to brzmi – bezpiecznym. Nie ma w treści wulgaryzmów ani scenek posuwistych, a gdybym miała celować w grupę wiekową, typowałabym od nastolatków do stulatków. To jedna z tych pozycji, która spodoba się młodzieży, ale spokojnie mogą sięgnąć po nią dorośli.
„Zagłada…” opowiada o matce i córce oraz łączącej je toksycznej relacji. Słowo „toksyczna” idealnie odzwierciedla ich więź, gdyż matka traktuje Cordelię jak niewolnicę, cały czas przy tym wmawiając, że wszystko, co robi, robi dla jej dobra. Wyjeżdżają w podróż (przypominającą bardziej ucieczkę), trafiają do domu bogatego rodzeństwa, gdzie matka zagina parol na gospodarza. Cordelia w międzyczasie zbliża się do jego siostry Hester i zaczyna powoli otwierać. Gdy zdradza, kim jest jej matka oraz jakie ma plany względem Dziedzica, kobieta prosi o wsparcie starych przyjaciół. Wspólnie obmyślają strategię uratowania przed zgubą brata – i młodziutkiej bohaterki.
Książkę czyta się szybko, bo wciąga i ma prosty styl. Miejscami bywa przewidywalna, ale jej wybaczam. Niektóre problemy rozwiązują się zbyt łatwo, ale to też mi nie przeszkadza. Poczucie humoru Hester oraz cudowne, waleczne gęsi wynagradzają wszystko. Przyznam, że spodobał mi również chowaniec Falada, piękny biały koń (czy raczej „koń”), świetnie opisany i jeżący włos na głowie. Cały czas miałam przy nim skojarzenie z koniem z filmu o braciach Grimm (z Heathem Ledgerem). Nigdy nie zapomnę sceny, w której wybiegał ze stajni z gigantycznym brzuchem, a gdy otworzył pysk, można było zobaczyć, kogo przed chwilą pożarł.
Nieco chaotyczna ta moja quazi recenzja, ale chyba wyszłam z wprawy ;) Miałam ostatnio wielki zastój pisarski i dopiero w weekend go – mam nadzieję na dobre – pokonałam. Bez względu na to „Zagładę…” mocno polecam i chętnie przeczytam inne książki autorki. Jeśli lubicie fantasy, które nie jest brutalne, za to bywa urocze i słodkie, zachęcam do testów. "Pokrzywę i Kość" też polecam, za dokładnie te same rzeczy.
To książka-pocieszycielka dla samców, którzy myślą, że nie mają szansy zdobyć atrakcyjnej samiczki, bo są kurduplami. Chodzi mi konkretnie o gąsiory, ale jeśli ktoś uważa, że może tyczyć się i ludzi – szerokiej drogi w tej interpretacji.
A tak serio „Zagłada puka do drzwi” urzekła mnie od początku. Najpierw zaintrygowała motywem wymuszonego (magią) posłuszeństwa, potem...
„Zbrodnia to niesłychana,
Pani zabija pana.”
Wydawać by się mogło, że w dużym skrócie i w jeszcze większym uproszczeniu o tym właśnie opowiada „Podejrzany X”. Tymczasem nie do końca, bo zbrodnia może mieć drugie dno, a zabójca – dwa oblicza. Brzmi tajemniczo? I prawidłowo, gdyż sporo tu łamigłówek. Początkowo czytamy tylko po to, żeby zobaczyć, kiedy detektywi wpadną na właściwy trop. Przecież my znamy już fakty, prawda? Prawda?
Keigo Higashino poznałam dzięki „Złej woli”*, która zachwyciła mnie po stokroć. Między innymi tym, jak gładko autor mnie zwiódł na manowce. O „Podejrzanym X” czytałam mnóstwo pozytywnych opinii i nastawiłam się na to, że będzie co najmniej tak samo dobrze. I było dobrze, ale bez oczarowania. „Zła wola” jednak lepsza, nie dała się zrzucić z piedestału.
Nie wiem, czy to ze mną coś nie tak, czy z książkami, na które trafiam, ale nie kojarzę żadnej z Kraju Kwitnącej Wiśni, w której polubiłabym jakiegokolwiek bohatera. Wszyscy jacyś tacy zimni, wyrachowani, niby coś czują, ale ich nie rozumiem. Tutaj miałam podobnie – nie sympatyzowałam z żadną osobą. No, może ewentualnie z córką głównej bohaterki, ale pewnie dlatego, że było jej niewiele. O ironio, od niej wszystko się rozpoczęło.
Po skończeniu lektury zastanawiałam się, co nie zagrało. Fabuła w „Złej woli” (co rusz do niej wracam, ale nie da się nie porównywać) też turlała się wolno, mimo to fascynowała. Tym razem fascynacji nie było, w trakcie pojawiało się znużenie, a miejscami brak chęci powrotu do czytania. Po długim tentegowaniu w głowie doszłam do wniosku, że „Podejrzany X. Pochodna zbrodni” okazał się zbyt rozwlekły, za powolny i za bardzo matematyczny. W roli jednego z bohaterów autor obsadził matematyka geniusza. Co za tym idzie, wplótł w treść sporo matematycznych rozważań i dygresji. Doceniam, ale mnie nudziły.
Żeby nie było, uważam, że to całkiem dobra pozycja. Finał mnie zaskoczył, choć myślałam, że nie będzie na to miejsca. Po prostu... No nie zagrało. Gdybym zaczęła od tego tytułu, pewnie nie szukałabym innych dzieł pana Higashino, ale że poznałam „Złą wolę” (znowu!), na pewno dam mu kolejną szansę.
* Ciągle zapominam, że poznałam autora wcześniej, dzięki przeuroczej książce "Cuda za rogiem".
„Zbrodnia to niesłychana,
Pani zabija pana.”
Wydawać by się mogło, że w dużym skrócie i w jeszcze większym uproszczeniu o tym właśnie opowiada „Podejrzany X”. Tymczasem nie do końca, bo zbrodnia może mieć drugie dno, a zabójca – dwa oblicza. Brzmi tajemniczo? I prawidłowo, gdyż sporo tu łamigłówek. Początkowo czytamy tylko po to, żeby zobaczyć, kiedy detektywi wpadną na...
„Jak to jest ukraść duszę? Odebrać komuś nieszczęście i uczynić je... nieszkodliwym? Uleczyć ranę tylko po to, aby można ją było znów zadać po raz pierwszy?”
„Księgi zapomnianych żyć” kupiłam z dwóch powodów. Pierwszy to wydanie – cudne, z barwionymi brzegami, przypominające drogocenną szkatułkę z miejscem na klucz. Po otwarciu (symbolicznym przekręceniu tegoż klucza) czytelnicy poznają historię młodego mężczyzny, który ma zostać oprawiaczem. Ma zmieniać wspomnienia w książki, czyścić głowy z bolesnych przeżyć, usuwać koszmary, zostawiając białą plamę, która z czasem zarasta niczym blizna. To książka o świecie, w którym książki są świadectwami traum. Oprawcy prowadzą swoje ofiary do oprawiaczy, a potem... Wszystko zaczyna się od nowa.
Pierwszy powód to przepiękne wydanie, drugim są negatywne opinie. Tak, to jedna z tych książek, które zrażą i zniesmaczą gusta przyzwyczajone do jedynej słusznej wersji prowadzenia powieści. To, co odstaje od normy, wytrąca ze strefy komfortu, bo „czytałoby się lepiej, gdyby” i „czemu wydawnictwo nie ostrzegło”. Ja mogę jedynie wzruszyć ramionami, rzucić malkontentom: „Nie zesrajcie się!” i wystawić tej historii zasłużoną wysoką notę.
I bez czytania opinii szybko bym się domyśliła, jaki sekret ukrywa główny bohater. Gdy słyszy rozgoryczone: „Nie masz pojęcia, kim jestem”, na co odpowiada: „Nie, nie mam”, średnio rozgarnięty odbiorca zacznie łączyć kropki. Mimo tej wiedzy czytałam dalej, bo chciałam się dowiedzieć nie „co”, ale „jak”. Długo się zastanawiałam, ile zdradzić Wam z fabuły; czy mówić wprost, czy ominąć temat, jakby w ogóle nie istniał (jak zrobił to wydawca). Może faktycznie wystarczy podać, że to opowieść o świecie, w którym książki są wspomnieniami (krzywd), a oprawiacze są potrzebni i niewygodni zarazem. Zepchnięci na margines jak znachorki czy szeptuchy, które spędzały płody i warzyły mikstury miłosne, ale chodziło się do nich ukradkiem.
Baśniowość jest tu mroczna, a mrok pochodzi od ludzi, nie od wymyślonych potworów. To ludzie krzywdzą, wykorzystują, a później zmuszają ofiary do zapominania. Niby do oprawienia niezbędna jest zgoda, ale nikt nie wnika, czy udzielono jej szczerze. Co więcej, chociaż książki są zakazane, za odpowiednią kwotę trafiają do rąk kolekcjonerów. Albo oprawcy, który może delektować się tym, co zrobił. I wciąż to powtarzać.
Bridget Collins stworzyła dzieło, które przy czytaniu boli i wprawia w gniew. W „Księgach...” nie brakuje przykładów ludzkiej podłości, obłudy, ciemnoty i nietolerancji. Są pochodnie i groźby, lęk i poczucie bezkarności. Ale „Księgi...” to również jedna z najpiękniejszych historii miłosnych, jakie było mi dane poznać. Bardzo się cieszę, że ją mam, bo jest cudowna na zewnątrz i w środku. Stawiam ją na półce obok „Bezgwiezdnego morza” i nie oddam nikomu.
„Nie wiedziałem, że szczęście jest takie proste”.
„Jak to jest ukraść duszę? Odebrać komuś nieszczęście i uczynić je... nieszkodliwym? Uleczyć ranę tylko po to, aby można ją było znów zadać po raz pierwszy?”
„Księgi zapomnianych żyć” kupiłam z dwóch powodów. Pierwszy to wydanie – cudne, z barwionymi brzegami, przypominające drogocenną szkatułkę z miejscem na klucz. Po otwarciu (symbolicznym przekręceniu tegoż klucza)...
Nigdy specjalnie nie interesowałam się sudoku. Nie ciągnie mnie do gier, które polegają na zabawie cyframi; nie umiem grać w szachy ani warcaby. Nawet Monopoly, niegdyś lubiane, dziś kurzy się na półce. Mimo to „Murdoku” mnie zaintrygowało i pomyślałam, że wreszcie mogę sprawdzić, czy tego rodzaju rozrywka przypadnie mi do gustu. I wiecie co? Przypadła.
Zacznę od tego, że książka jest naprawdę ładnie wydana. Plansze są estetyczne, czytelne i bardzo przyjemne dla oka. Myślę, że to istotne, zwłaszcza gdy przyjdzie się w nie wgapiać, żeby odkryć owo konkretne niepasujące pole. No i przede wszystkim nie jest standardowym „cyferkowym” sudoku, tylko znacznie ciekawszą alternatywą. Przyznam szczerze, że skreślanie kolumn z cyferkami w ogóle nie przyciągnęłoby mojej uwagi, a tutaj? Kto zabił? Gdzie się ukrył? Siedziałam i główkowałam z ołówkiem w ręku, a potem przechodziłam do kolejnej planszy. I do kolejnej, i do kolejnej.
Tym razem krótko i konkretnie, bo cóż więcej można powiedzieć o tego typu pracy? Ładnie wydana, idealna na prezent dla kogoś i dobra dla samej/samego siebie, jeśli chcesz spróbować z sudoku.
Gdybym miała szukać wad, wymieniłabym jednorazowość, taką samą jak przy krzyżówkach. Ten zbiór jest jak kalendarz z wydzieranymi kartkami – dotrzesz do ostatniej i nie ma kalendarza. Dotrzesz do ostatniej łamigłówki i wszystkie rozwiązane. Ale jeśli ktoś sięgnie po ten zbiór, (raczej) będzie wiedział, po co sięga, więc trudno nawet nazwać to wadą.
Ja polecam. Daję 9, bo nie mam żadnych zastrzeżeń, nie widzę minusów, ale 10 daję tylko książkom typu "Mistrz i Małgorzata".
Nigdy specjalnie nie interesowałam się sudoku. Nie ciągnie mnie do gier, które polegają na zabawie cyframi; nie umiem grać w szachy ani warcaby. Nawet Monopoly, niegdyś lubiane, dziś kurzy się na półce. Mimo to „Murdoku” mnie zaintrygowało i pomyślałam, że wreszcie mogę sprawdzić, czy tego rodzaju rozrywka przypadnie mi do gustu. I wiecie co? Przypadła.
Zacznę od tego, że...
"– Kiedyś zeszłam na dół, żeby popatrzeć na doktora Lectera, pokazałam go mojej siostrze, gdy przyszła tam z chłopcami. Czuję niesmak, gdy wracam do tego dnia pamięcią. Namówił jednego z pacjentów, żeby opryskał nas – zniżyła głos – nasieniem. Wie pani, o czym mówię?
– Owszem, słyszałam już ten wyraz – odparła Starling".
Przywołany cytat to chyba jedyna rzecz, która spodobała mi się w tym dark romansie sprzed 25 lat. Oglądałam wcześniej ekranizację, więc oryginał miał pod górkę, ale nie pierwszy raz widziałam film przed poznaniem książki. Kiepski styl (być może wina tłumaczenia), zero napięcia, zero klimatu, no i to nieszczęsne zakończenie... Diametralnie różne od ekranowej wersji i po mojemu spaprane po całości. Po, qrwa, całości.
Ponoć autor w ogóle nie planował kontynuacji, ale zmienił zdanie. Może pod naciskiem fanów, może dla pieniędzy – nie wiem i mnie to nie obchodzi. Ja wielką fanką nie jestem, choć „Milczenie owiec” znam i szanuję. W tej części mamy wyjaśnienie, co działo się po ucieczce Lectera, ale czy naprawdę musiało pójść w tę stronę? Czułam olbrzymi niesmak, większy niż przy czytaniu o kolacji. Albo o świniach. Albo o obmywaniu na targu rybnym brudnego niemowlaka.
Nie podobało mi się, nie polecam. Miałam napisać szerszą recenzję, ale szkoda strzępić ryja. Jak ta świnia. Gdyby ktoś pytał mnie o zdanie – ograniczcie się do filmu, a książkę spokojnie możecie sobie darować.
Serio.
Aha! Jeśli uraziłam czyjeś uczucia czytelnicze nazwaniem „Hannibala” dark romansem, może mnie cmoknąć w szczecinkę. I smacznej kawusi.
"– Kiedyś zeszłam na dół, żeby popatrzeć na doktora Lectera, pokazałam go mojej siostrze, gdy przyszła tam z chłopcami. Czuję niesmak, gdy wracam do tego dnia pamięcią. Namówił jednego z pacjentów, żeby opryskał nas – zniżyła głos – nasieniem. Wie pani, o czym mówię?
– Owszem, słyszałam już ten wyraz – odparła Starling".
Przywołany cytat to chyba jedyna rzecz, która...
Kiedy mały kociak prycha i parska, może wydawać się uroczy. Kiedy nieśmiały mężczyzna zgrywa macho, bo uwierzył coachom podrywu... Efekty mogą być co najmniej żenujące. Kiedy książka jest reklamowana jako horror, a nie zawiera grama napięcia, co więcej, zdradza zbyt wiele i zbyt wcześnie, niezadowolone głosy są w pełni zrozumiałe.
Nie skończyłam „Strychnicy”. Wypożyczyłam ją urzeczona okładką i farbowanymi brzegami, zaciekawiona opisem, a oddałam po kilku podejściach do czytania. Zrezygnowałam w okolicy 300. strony, więc chyba można mi wybaczyć. Chciałam, żeby mi się spodobało. Widziałam dążenia autora, żeby zawrzeć w treści sporo wartościowych informacji i naprawdę to doceniam. Tyle że nie zażarło. To dobry związek, w którym nic się nie tli, miły chłopak, który się stara, ale nie czujemy do niego chemii. Boli serce, gdy myślimy o rozstaniu, ale tylko dlatego, że on będzie cierpiał.
Najgorsze, że ta historia ma potencjał. Gdyby napisać ją mroczniej, niejednemu zjeżyłaby włos na głowie, bo sporo w niej scen mrożących krew w żyłach. To znaczy mroziłyby, gdyby dodać im klimatu. Autorowi nie można zarzucić braku wyobraźni, kiedy opisuje koszmary dręczące bohaterów. Niezwykle klimatyczny jest irlandzki krajobraz, zwłaszcza w połączeniu z pogodą. Zimno, paskudnie, mglisto, ponuro i przygnębiająco, do tego zabytkowy ośrodek dla osób niepełnosprawnych intelektualnie – to działa na psychikę. No i znowu, działałoby, gdyby było napisane mroczniej.
Zaczęłam czytać z zainteresowaniem, pomna negatywnych opinii o nudnym, ciągnącym się początku i zbędnych opisach czynności. Poznawałam bohaterów, dowiadywałam się, jak trafili do ośrodka – zarówno pacjenci, jak i opiekujący się nimi wolontariusze. Liczyłam, że kiedy akcja w końcu się rozkręci, wyrwie mnie z butów. Naprawdę, naprawdę długo dawałam jej szansę.
Wszystko mogło tu zagrać, ale nie zagrało. Mamy ośrodek, w którym dzieją się dziwne rzeczy, nie wolno wnosić nic czerwonego, a na noc trzeba dokładnie zamykać okna. Budynek pośrodku niczego i pensjonariusze, którym nikt nie wierzy, choć ich wersje są zaskakująco spójne. Którzy umierają, kiedy tylko opuszczają budynek – albo ktoś nie domknie okna. Czy to nie brzmi intrygująco? No brzmi, ale zbyt szybko dowiadujemy się, co (kto?) nawiedza mieszkańców. Kontakt na linii dobrzy – źli jest rozrysowany w tak infantylny miejscami sposób, że zamiast się przejąć czy przerazić, to się chichrałam. Dosłownie widziałam Sebixa, który nie zniesie zniewagi, podwija rękawy bluzy i cały nadęty robi groźną minę. „Coś ty powiedział? Qwa, idę do ciebie!”
Elementem, który rozbroił mnie do reszty, był gadający kot. To trochę spojler, ale co tam. Kot jest przeuroczy, odgrywa bardzo ważną rolę, ale kiedy przytargał gaśnicę, mówiąc, że trudno było ją zdjąć, bo wisi wysoko... Rechotałam na głos, bo zobaczyłam w głowie, jak do niej skacze (i co by było, gdyby nie zdążył jej złapać). A kiedy przyniósł jednemu z bohaterów wodę, przypomniał mi się mem z odpowiedzią na pytanie: „Kto na starość poda ci szklankę wody?” Nie mogłam już dalej traktować tej książki poważnie.
Podsumowując, nie doczytałam, choć bardzo chciałam, żeby „Strychnica” mi się spodobała. To nie jest zła książka, ale moim zdaniem przydałoby się ją trochę podkręcić. Brakuje jej pazura, mroku i klimatu, a do tego została źle zaklasyfikowana. Najpierw to obyczajówka, później fantasy, fragmentami horror, ale raczej nie na serio. Przez sposób pisania skierowałabym ją do starszych nastolatków. Pięknie wydana i z dobrymi intencjami (naprawdę je doceniam), ale... Przepraszam, Marek, jesteś cudownym chłopakiem, ale musimy się rozstać.
Kiedy mały kociak prycha i parska, może wydawać się uroczy. Kiedy nieśmiały mężczyzna zgrywa macho, bo uwierzył coachom podrywu... Efekty mogą być co najmniej żenujące. Kiedy książka jest reklamowana jako horror, a nie zawiera grama napięcia, co więcej, zdradza zbyt wiele i zbyt wcześnie, niezadowolone głosy są w pełni zrozumiałe.
Nie skończyłam „Strychnicy”. Wypożyczyłam...
„Wkurzone kobiety w średnim wieku wprawiają wielu mężczyzn w zakłopotanie. Nie wiedzą, jak się z nimi obejść”.
Mogłabym zacząć narzekaniem, że kiedyś były czasy, teraz nie ma czasów. Kiedyś książki rozkręcały się powoli, dziś mogą przebodźcować pędzącą na łeb na szyję akcją. Przynajmniej te pisane pod współczesnego czytelnika, by nie rzec: pod trendy. Jednym nie pozwalają się oderwać nawet na moment, drugich mogą znużyć ciągłym zwodzeniem i rzucaniem (nierzadko fałszywych) tropów. Jakie były moje wrażenia?
To historia o tym, że matka jedzie odebrać córkę z akademika. Na miejscu dowiaduje się, że ta zrezygnowała ze studiów, wyprowadziła się i ślad po niej zaginął. Lauren zgłasza sprawę na policję, ale ma wrażenie, że poszukiwania Evie nie będą dla przedstawicieli władzy priorytetem. Postanawia więc szukać jej samodzielnie. Do akcji włącza się syn Lucas, z którym wyrusza w podróż od punktu A do punktu B, udaje się do punktu C, odwiedza punkt D... Po drodze dowiadujemy się, że relację matki z córką zdecydowanie można określić jako „to skomplikowane”. Retrospekcje z perspektywy Evie też co nieco rozjaśniają – choć może bardziej pasowałoby tu „sugerują”. Tak więc sugerują, że już wiemy, o co chodzi.
T.M. Logan rzuca okruszki, które skłaniają do tworzenia kolejnych wersji tego, co spotkało nastolatkę. Łapałam się na tym, że nie wierzę nikomu, każde miejsce wygląda podejrzanie, każdy jest zamieszany albo chce coś ukryć. Z czasem robiło się to trochę męczące, bo nie było przerwy na oddech. Tu przeganiają i chcą wzywać ochronę, tam dobijają się do drzwi i podrzucają tajemniczą kopertę, za chwilę dzwonią i grożą, mają żądania, nagle pojawia się on, okazuje się, że ona, ten znika, tamten wraca... Rollercoaster emocji (jak dla mnie bardziej betoniarka), a w tle histeryczne: „Nie informujmy policji!”
Przy czytaniu łatwo wpaść w tryb „jeszcze jeden rozdział”. Jeśli nie większość, to dużo ich kończy się cliffhangerem, a do tego są krótkie. Im bardziej skupiam się na fabule, tym więcej dziur w niej widzę, ale podczas czytania miałam jedynie przebłyski. „Eee, durne to, ale nie ma czasu analizować, lecimy dalej”. Od chwili, gdy Lauren dociera na kampus, akcja wciąż i wciąż przyspiesza. Lubię wciągające historie, ale ta mnie zmęczyła. Czułam się jak ktoś wyssany z energii i szturchany kijkiem. Tylko czekałam, aż zza winkla wyskoczy małpa waląca w talerze, a za nią huczna parada rodem z amerykańskich filmów. Im bliżej końca, tym bardziej byłam znieczulona i chciałam się po prostu dowiedzieć, o co w tym chodzi. Co za dużo, to i świnia nie zje.
Nie brzmi zachęcająco, ale nie uważam „Córki” za złą książkę. Wręcz przeciwnie – jestem pewna, że wielu osobom przypadnie do gustu. Jeśli nie lubicie zbędnych opisów i brutalności, chcecie czytać, zagryzając palce, może to opcja właśnie dla Was. Ja z rozkoszą wyciszę się przy „Pieśni ziemi” lub innej książce pachnącej mchem i drzewami. Ewentualnie wyjdę na zewnątrz i poszukam jakiejś brzózki, żeby się do niej przytulić.
Za egzemplarz do recenzji bardzo dziękuję wydawnictwu Bukowy Las.
„Wkurzone kobiety w średnim wieku wprawiają wielu mężczyzn w zakłopotanie. Nie wiedzą, jak się z nimi obejść”.
Mogłabym zacząć narzekaniem, że kiedyś były czasy, teraz nie ma czasów. Kiedyś książki rozkręcały się powoli, dziś mogą przebodźcować pędzącą na łeb na szyję akcją. Przynajmniej te pisane pod współczesnego czytelnika, by nie rzec: pod trendy. Jednym nie pozwalają...
„Karanie nie było jego celem. Ani zapełnianie więzień nieszczęśliwymi ludźmi. Jego celem było dotarcie do prawdy. Drogę wyznaczało mu zawsze poszukiwanie odpowiedzi na nękające go pytania. Znajdowanie tego, co się zgubiło, co zostało zapomniane, i czego nigdy nie odnaleziono”.
Wypożyczyłam „Plaże cudów” z jednego powodu – chciałam się dowiedzieć, czy Erlendur w końcu znajdzie brata. I spokój. Był tylko jeden egzemplarz na ponad 50 filii bibliotecznych, więc jechałam po niego przez pół miasta. Jako że pogoda dopisała, przycupnęłam na moment w parku i nacieszyłam oczy widokiem fontanny. Poznanie finału historii i krótki pobyt na łonie natury to – niestety – jedyne zalety przeczytania tej książki.
Zacznijmy od tego, że seria o komisarzu Erlendurze przypadła mi do gustu od pierwszego przeczytanego tomu. Niezwykle ponurego, przygnębiającego zarówno z powodu zbrodni, jak i panującej w nim atmosfery. W ostatniej części bohater nawiązuje do „W bagnie”, bo natrafia na podobne... hm, przedmioty i wykonuje podobną czynność. Tylko wtedy robił to legalnie, a dziś ukradkiem, zastanawiając się, co powie, jeśli ktoś go na tym przyłapie.
Fabułę 11. tomu można zamknąć w jednym, góra dwóch zdaniach. Ot, Erlendur wraca w rodzinne strony, żeby szukać brata i przy okazji rozwiązuje zagadkę sprzed 60 lat. Nic się nie dzieje, akcja turla się leniwie jak motek wełny po dywanie. Mężczyzna migruje od osoby do osoby, z tym pogada, tego podpyta, tamtemu się narzuci i nie odstraszy go nawet strzelba w ręce. Nocuje w rodzinnym domu, a raczej w tym, co z niego zostało; wiatr obija się o ściany i kapie z resztek dachu. Nocami jest mu tak zimno, że ma halucynacje.
Mniej więcej w połowie zaczęłam podejrzewać autora o niecne zamiary. Pomyślałam sobie, że jeśli zrobi mi to, co zrobił w „Hipotermii”, zacznę zbierać na bilet, polecę na Islandię i porządnie mu wklepię. Finalnie nie wiem, co myśleć, ale mam paskudne podejrzenia.
Moim skromnym zdaniem „Plaże cudów” są dość niechlujnie wydane. Z egzemplarza bibliotecznego odłazi folia, a przecież książka jest stosunkowo nowa i nie była zbyt często wypożyczana. W środku znajdzie się kilka literówek, ale najwięcej zastrzeżeń mam do tłumaczenia. Zdania są boleśnie proste, przez co nie czułam klimatu nawet przez chwilę. Przykład: kiedy Erlendur bawi się w grabarza, mamy opis przypominający instrukcję obsługi pralki. Zero iskry, napięcia, emocje jak na grzybach.
Nie znalazłam nazwiska tłumacza ani z przodu, ani z tyłu. Jest tylko informacja o projektantce okładki z chłopcem, która kojarzy mi się z „Hello, Georgie!”. Redakcją, korektą, składem i łamaniem zajęła się firma Melanż. Na Lubimy Czytać wstawiono informację, że treść przetłumaczył Jacek Godek. Na stronie Empiku (książka wydana w EmpikGo) z kolei widnieje „tłumacz: opracowanie zbiorowe”. I wiecie co, ośmielę się przypuszczać, że to robota AI.
Podsumowując, poznałam zakończenie historii komisarza. Jeśli dobrze je interpretuję, przysięgam, kiedyś usłyszycie o Polce, która sprała islandzkiego pisarza kryminałów. Cieszę się, że nie musiałam wydawać pieniędzy na e-booka po angielsku, bo raz, że nie lubię e-booków, a dwa, czytałabym go pewnie pół roku. Samą książkę polecę wyłącznie fanom tej serii, którzy tak jak ja chcieliby się dowiedzieć, czy Erlendur znalazł brata. Dowiecie się (chociaż...). Możemy pożegnać się z bohaterem, umyć podłogę, wystawić krzesła na blaty i zgasić światło.
Koniec.
„Karanie nie było jego celem. Ani zapełnianie więzień nieszczęśliwymi ludźmi. Jego celem było dotarcie do prawdy. Drogę wyznaczało mu zawsze poszukiwanie odpowiedzi na nękające go pytania. Znajdowanie tego, co się zgubiło, co zostało zapomniane, i czego nigdy nie odnaleziono”.
Wypożyczyłam „Plaże cudów” z jednego powodu – chciałam się dowiedzieć, czy Erlendur w końcu...
– Znaczy: twoja kura ma w sobie demona, prawdziwego demona? Nie chodzi o to, że jest po prostu... niedobrą kurą?
Jakkolwiek to brzmi, do wypożyczenia tej książki z biblioteki zachęciła mnie właśnie kura opętana przez demona. Nie nastawiałam się na nic, zwyczajnie poszłam i wypożyczyłam, a po przeczytaniu stwierdziłam, że chętnie poznałabym więcej takich historii.
„Pokrzywa i kość” to bajka o księżniczce, która nie była ani specjalnie za ładna, ani specjalnie za mądra. Marra była najmłodszą z trzech sióstr, mieszkała w biednym królestwie, które miało szczęście albo pecha dysponować portem. Stanowiło tym samym łakomy kąsek dla bogatszych sąsiadów, zwłaszcza dla królestwa ze starym królem i księciem, który lubił zabawy sado-maso z uległymi (wbrew woli) żonami.
Chcąc uratować środkową siostrę przed losem Damii, najstarszej z nich (i po części siebie, gdyby Kania zmarła), Marra wyruszyła w podróż niczym Frodo do Mordoru. Po drodze zebrała osobliwą drużynę złożoną z pożegnuchy z kurą-demonem, matki chrzestnej, rycerza, któremu nie zależało na życiu oraz Kościopsa.
Podobało mi się, że Marra nie była wyidealizowana. Nie odznaczała się zbytnią urodą, często nie wiedziała, co robić i miała sporo wątpliwości łamane na kompleksy. Bała się, że zawiedzie, nie uratuje Kani, a dodatkowo sprowadzi kłopoty na swoich nowych znajomych. Podczas wyprawy musiała się wiele nauczyć – nie tylko o tym, jak pokonać złego księcia, ale przede wszystkim o sobie.
To historia, w której znajdziecie mrok, a zarazem jest urocza. Mimo że T. Kingfisher (Ursula Vernon) nie pomija trudnych tematów typu przemoc domowa czy przeciążanie kobiet (zgrabna gra słów), spokojnie poleciłabym ją młodszym. Może nie dzieciom, ale nastolatkom. To pozycja dla miłośników fantasy, którzy nie przepadają za brutalnością. Momentami jest ponura, ale nie wulgarna. Nie zawiera erotyki, choć bohaterka ma miłosne doświadczenia, prócz tego wie, jak unikać ciąży. Jest w treści również humor; mnie podszedł, choć może niektórym wydać się momentami infantylny. Powiedziałabym, że bywa uroczo zabawna.
Podsumowując, jeśli szukacie czegoś lżejszego dla osób w wieku 15-115 i lubicie fantastykę, podsunęłabym Wam ten tytuł.
– Znaczy: twoja kura ma w sobie demona, prawdziwego demona? Nie chodzi o to, że jest po prostu... niedobrą kurą?
Jakkolwiek to brzmi, do wypożyczenia tej książki z biblioteki zachęciła mnie właśnie kura opętana przez demona. Nie nastawiałam się na nic, zwyczajnie poszłam i wypożyczyłam, a po przeczytaniu stwierdziłam, że chętnie poznałabym więcej takich...
„To ja jej muwie że czuje sie nie za dobże bo myślał że od razu bende mondry i wruce zaraz do piekarni pokazać chłopcom jaki jestem mondry i rozmawiać z nimi o rużnych żeczach a może nawet zostać asystentem piekaża. Że chciał pujść sprubować znaleść mamusie i tatusia. Ale sie zdziwio kiedy zobaczo jaki jestem mondry bo mama zawsze chciała żebym też był mondry. Może mnie już nie wyżuco kiedy zobaczo jaki jestem mondry”.
Przykra, bolesna, nieodkładalna książka o chłopcu, który chciał być mądry. I żeby mama go kochała. Przyniosłam ją z biblioteki, a gdy otworzyłam, nie mogłam się oderwać do samego końca. Czytałam ze ściśniętym sercem, bo historia, którą opowiadał Charlie, trafiła mnie wyjątkowo mocno.
Wspomniany Charlie ma 32 lata i pracuje w piekarni, gdzie czyści toalety, myje podłogę i biega na posyłki. Ma znajomych, których uważa za przyjaciół, bo jego malutki rozumek nie ogarnia, że traktują go jak małpkę z zoo. Kiedy bierze udział w tajnym naukowym projekcie, który ma zwiększyć mu IQ, zaczyna to dostrzegać. Coraz więcej sobie przypomina, a jego wspomnienia fizycznie bolą. Ściskają serce i gardło, bo przez znaczną część życia się bał.
Po operacji Charlie robi się mądrzejszy, ale czy przy tym szczęśliwszy? Czytamy jego nieskładny, początkowo najeżony błędami dziennik. Stopniowo błędów ubywa, zmienia się styl tekstu i sam bohater. Na starcie przegrywa z myszką w grze z labiryntem, z czasem przerasta inteligencją nie tylko ją, ale i profesorów prowadzących projekt. Jednocześnie staje się coraz bardziej podejrzliwy, zgorzkniały i rozgoryczony. Coraz mniej ludzki, przez co kojarzył mi się z bohaterką filmu „Lucy”. Bystrość, niesamowita wiedza i ponadprzeciętne IQ nie przyniosło mu szczęścia.
W formie, która niektórych zmęczy (zwłaszcza w pierwszej części), Daniel Keyes zawarł historię człowieka, od którego wymagano niemożliwego – żeby przestał być tym, kim jest. Żeby „wyzdrowiał”. Zepsuta zabawka nie miała pojęcia, co robi źle, ale czuła strach, ból i samotność („Dziecko nie potrafi zdobyć pożywienia, nie wie, co mu wolno, a czego nie wolno jeść, ale czuje głód”). Czytało się to ze zmarszczonymi brwiami i zaciśniętymi zębami. Chciałoby się przytulić Charliego, powiedzieć: „Jesteś wystarczający taki, jaki jesteś”. Jego wspomnienia to najmocniejsza, najsmutniejsza część, choć pokazuje też drugą stronę. Przybliża problem życia z taką osobą.
Nie wiem, może planety ułożyły się w specjalną konfigurację, może empatię wybiło mi dziś ponad normę, ale czuję, że "Kwiaty dla Algernona" będą mi ciążyć na sercu jeszcze długo.
„To ja jej muwie że czuje sie nie za dobże bo myślał że od razu bende mondry i wruce zaraz do piekarni pokazać chłopcom jaki jestem mondry i rozmawiać z nimi o rużnych żeczach a może nawet zostać asystentem piekaża. Że chciał pujść sprubować znaleść mamusie i tatusia. Ale sie zdziwio kiedy zobaczo jaki jestem mondry bo mama zawsze chciała żebym też był mondry. Może mnie już...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
„Gdy życie już trwa, nie możesz go przerwać. Nie masz tej swobody. Wszyscy będziemy tkwić tu do końca. Bo życie kiedyś się skończy. Wiem dokładnie, ile mi jeszcze zostało. Wlecze się w nieskończoność. Czuję się niepowtarzalny i wieczny. Nieśmiertelność mnie zżera – mnie jedynego”.
Co jakiś czas zapominam, że w literaturze pięknej ogromne znaczenie ma forma. Nawet najcudowniejsza czy najbardziej wstrząsająca historia napisana zwyczajnie będzie co najwyżej literaturą obyczajową. I też dobrze, po prostu nie zachwyci tak, nie zszokuje, nie chwyci za pysk i nie grzmotnie o ziemię jak piękna. Nie zrobi tego wszystkiego, co zrobiła ze mną „Strzała czasu”.
Zacznę od posłowia, co w tym przypadku będzie idealnie pasowało. Autor w nim pisze, że dwa lata nosił się z pomysłem opowiedzenia czyjegoś życia od końca. Od znajomego, z którym grał w tenisa, dostał pewną książkę. Bez niej – jak sam wyznaje – jego własna nigdy by nie powstała. Stworzył bohatera, którego poznajemy w momencie śmierci, a żegnamy... chyba w tym samym miejscu. Czas i fabuła biegną od punktu B do punktu A, bo to świat przedstawiony od tyłu. Czytelnicy muszą się z tym oswoić albo odpadną, znużeni, znudzeni czy zniesmaczeni.
Zastanawiałam się, do której grupy dołączę. Dam radę czy się poddam, a jeśli to drugie, to kiedy. Czy mnie nie zmęczy. Z fascynacją/odrazą przyglądałam się rutynie łazienkowej, z niechęcią odnotowywałam powracanie bohatera do werwy i zainteresowanie kobietami. Króliczy wigor, chuć zahaczającą niekiedy o erotomanię. Cofałam się z nim w czasie, śniłam o czarnych butach z cholewami i wielkich strasznych bobasach. Patrzyłam na gwiazdy, które są pyłem i parzą go w oczy. Zastanawiałam się, czy to, co on czuje, to wyrzuty sumienia.
Nie nazywam bohatera imieniem, bo kilka razy je zmienia. Mogłabym użyć pierwszego, mogłabym ostatniego, mogę też mściwie przywołać Magneto z najlepszej, moim zdaniem, sceny z całej serii X-Menów („My parents didn't have names. It was taken from them by pig farmers and tailors”).
Tod, John, Hamilton, Odilo – jakie to ma znaczenie? W każdej odsłonie antypatyczny, „jako istota moralna jest totalnie przeciętny i może zrobić wszystko, co zrobią inni, popełnić każdy czyn dobry lub zły, bez ograniczeń, byle krył go tłum”. Myślę, że to jest najbardziej przerażające w tej książce. To opowieść o przeciętnym człowieku swoich czasów. Nie potworze, jak chcieliby widzieć go ci, którzy próbują znaleźć sens. Najbardziej potworna jest prozaiczność, banalność zła, jego zwykła, wręcz pospolita twarz.
O „Strzale czasu” można by rozprawiać długo, ale prawda jest taka, że to nie lektura dla każdego. Jednego odepchnie formą, drugiego dosłownością cofania się w czasie (z całą fizjologią), trzeciego zmuszaniem do skupiania się, żeby przełożyć lustrzany świat na nasze. Mnie momentami obrzydzała kreatywnością pisarza. Na wiele z rzeczy ukazanych w książce w życiu bym nie wpadła, a teraz już ich nie odzobaczę. Jednocześnie odrażająca i piękna, wstrząsająca i prozaiczna, naturalistyczna i poetycka. Miejscami byłaby zabawna, gdyby nie jej upiorność.
Weszła mi do głowy, wydrapała się w niej, wyszarpała, wypaliła w mózgu. Były fragmenty, kiedy myślałam, że nie dam rady, a mam za sobą „Archipelag Gułag” Sołżenicyna, „Wszystko płynie” Grossmana i wiele innych dzieł. Z pewnością o niej nie zapomnę. W ocenie wahałam się między 9 a 10, ale jednak 10.
„Gdy życie już trwa, nie możesz go przerwać. Nie masz tej swobody. Wszyscy będziemy tkwić tu do końca. Bo życie kiedyś się skończy. Wiem dokładnie, ile mi jeszcze zostało. Wlecze się w nieskończoność. Czuję się niepowtarzalny i wieczny. Nieśmiertelność mnie zżera – mnie jedynego”.
Co jakiś czas zapominam, że w literaturze pięknej ogromne znaczenie ma forma. Nawet...
– Podobno zacząłeś szperać na własną rękę wokół śmierci Martena.
– Jeżdżę po ludziach, którzy biją mnie po mordzie. Tak wygląda to moje szperanie. Zaczyna mnie to cholernie męczyć.
– Dowiedziałeś się czegoś nowego?
– Właściwie nie. Kaznodzieja próbował zmiażdżyć mi czaszkę w łuparce do drewna, a Goran wcisnął mi do gęby rewolwer.
W szwedzkiej miejscowości zamordowano mężczyznę. Niewielu go lubiło, nienawidził go syn, ale to właśnie do syna zadzwonił tuż przed śmiercią. Kiedy ten pijany dotarł do domu rodzinnego w środku śnieżycy, zobaczył ojca wiszącego pod sufitem. Zemdlał, a rano na miejscu zbrodni – wstrząśniętego i wciąż nie do końca trzeźwego – zastała go policja.
Malarz zabity za obrazoburczy obraz i rzekomy zabójca marzący o byciu męczennikiem. Syn z wielkim żalem za koszmarne dzieciństwo. Policjantka muzułmanka, samotna w zimnym kraju. Radość muzułmańskich ekstremistów, że niewierny pies poszedł prosto do piekła. Zapowiadało się nieźle, ale im dalej, tym gorzej. Zastanawiałam się, czy to wina pisarza, czy tłumaczki. Myślę, że oboje się do tego przyłożyli, ale bardziej raził mnie język niż fabuła. I nie chodzi tylko o to, że mam uczulenie na słowo „pałaszować”. Miejscami robiło się infantylnie, a mnie przechodziły ciary zażenowania.
Sprawdziłam autora i okazało się, że jest dziennikarzem politycznym wielokrotnie nagradzanym za reportaże śledcze. Gdybym tego nie zrobiła, mogłabym zaryzykować stwierdzenie, że „Jedyna prawda” to dzieło osoby, która kombinowała, jak napisać kryminał bez wiedzy z tego zakresu. Niby śledztwo prowadzi policjantka Fatima, ale więcej informacji zdobywa nieszczęsny syn ofiary – coraz bardziej poobijany Joel. Tu przyjdzie i dostanie w łeb, tam polezie i o mało nie pogryzą go psy, ale co się dowie, to jego.
Główni bohaterowie są przedziwnie poprowadzeni. Nie wiem, czy Fatima jest źle napisana, czy to ze mną coś nie tak. Kompletnie jej nie rozumiałam. Gdyby mi przyszło opisać charakter tej kobiety, nazwałabym ją niestabilną emocjonalnie. Joela początkowo obdarzyłam sympatią, ale potem nie kibicowałam już nikomu. Czytałam dalej, żeby dowiedzieć się, czy dobrze wytypowałam sprawcę. Obstawiłam bezbłędnie i to od razu. Albo jestem taka mądra, albo historia jest przewidywalna.
Olle Lönnaeus stworzył coś na kształt niezręcznego slow burn. Zmusił bohaterów do oglądania się nago przed lustrem, a mnie do bycia świadkiem. Ona wypinała piersi, szczypała się w pośladki i śmiała uwodzicielsko do odbicia. On oceniał swoje ciało jako chude, ważył w dłoni członek i jądra, planował wizytę u fryzjera. Dla niej był piękny nawet z obitą gębą, ale piękny był również przesłuchiwany Osama, z którym miała sen erotyczny. Nie jestem pewna, czy autorowi udało się pokazać jej samotność. Ja dostrzegłam zwyczajne wyposzczenie.
Żeby nie było, doczytałam do końca, a mogłam odstawić na półkę. Chwilami czułam się niekomfortowo, pogubiona w emocjach bohaterów (zwłaszcza Fatimy). Doceniam wplecenie motywu niechęci do imigrantów i tego, jak z powodu nienawiści dostaje się rykoszetem niewinnym. Doceniam też wątek trudnych relacji rodzinnych i ukazanie, jak dzieciństwo wpływa na dorosłe życie. Być może tekst podobałby mi się bardziej, gdyby przetłumaczył go ktoś inny, nie wiem. Nie będę raczej szukać kolejnych książek tego pisarza, choć nie mówię kategorycznym tonem.
– Podobno zacząłeś szperać na własną rękę wokół śmierci Martena.
– Jeżdżę po ludziach, którzy biją mnie po mordzie. Tak wygląda to moje szperanie. Zaczyna mnie to cholernie męczyć.
– Dowiedziałeś się czegoś nowego?
– Właściwie nie. Kaznodzieja próbował zmiażdżyć mi czaszkę w łuparce do drewna, a Goran wcisnął mi do gęby rewolwer.
W szwedzkiej miejscowości zamordowano...
W dzieciństwie lubiłam mitologię. Zaczytywałam się w przygodach herosów, ale już wtedy irytowało mnie jedno – postępowanie Zeusa. Innych bogów też, żeby nie było, ale jego zapamiętałam najbardziej. Nie mogłam zrozumieć, czemu nie jest potępiany za liczne zdrady, czemu otwarcie/bezczelnie tłumaczy się małżonce, że musi, bo płodzi bogów. No wybaczcie, ja bym tego nie kupiła i już wtedy kibicowałam Herze.
Mitologia grecka czy rzymska ma też inny, znacznie poważniejszy problem, który raził moje wczesno-nastoletnie oczy. Gwałty. Parandowski, którego dzieło omawialiśmy na lekcjach polskiego, nie zająknął się o tym ani słowem, o ile dobrze pamiętam. Bogowie, półbogowie i herosi napadali na kobiety (ludzi, boginie, nimfy etc.) i zwyczajnie je krzywdzili, bez względu na to, jak romantycznie autor by tego nie opisywał.
Ostatni aspekt to męska perspektywa, nieco zabawna, ale bardziej drażniąca, gdy zrobi się większy research. Wspomniany Parandowski łaskawie nie pominął bogiń – zresztą aż taka manipulacja mogłaby nie przejść – ale nie pełnią one u niego szczególnie istotnej roli. No, może Gaja, ale jej kult przetrwał tysiące lat, zmieniając jedynie formę.
Po co ten wywód o mitologii Parandowskiego? Bo tę wszyscy znają, choćby ze szkoły. Wystarczy przeczytać kilka książek o dawnych wierzeniach, pogrzebać głębiej, żeby uświadomić sobie, jak – dyplomatycznie mówiąc – wybiórczo prawdziwa to wersja. Śmiem twierdzić, że jako syn księdza, posiadacz tytułu doktora honoris causa Wydziału Filozofii Chrześcijańskiej KUL, autor miał konkretne poglądy, a te z kolei miały wpływ na dobór i sposób opracowania jego dzieła.
Książkę, którą dziś przedstawiam, raczej niewiele osób kojarzy. Liczy ponad pół wieku, ale nie miała tylu wznowień co dzieło kolei po piórze. A szkoda. „Kapłanki, Amazonki i Czarownice” opisuje stare religie od zupełnie innej strony. Skupia się na kobietach, oddając im głos, aby mogły opowiedzieć swoją historię. W wielu miejscach koloryzuje, tworzy scenki i dialogi, ale gdyby ktoś chciał się przyczepić, musiałby zarzucić to samo i Parandowskiemu.
To, co urzekło mnie w pracy Jadwigi Żylińskiej, to ukazanie, jak stare są niektóre wierzenia, potwierdzenie, jak mocno były zakorzenione w kulturze. Jak wiele wysiłku najeźdźcy musieli włożyć, żeby je wyrugować albo zastąpić. Niektóre boginie czy postaci stały się mitem (jak Amazonki), inne zdegradowano lub umniejszono, przekłamano ich rolę. Z niektórych powstały dwie (jak Demeter i Kora). Rozrzedzono je jak krew, rozcieńczono, aby osłabić ich moc, a czas zrobił swoje. Dziś wiele osób nie wie, jak potężna była bogini księżyca, jak stary jest kult bogini płodności, jak nierozerwalnie wiąże się z cyklami przyrody i kręgiem życia.
Mnie ta tematyka fascynuje od dawna, więc szukam kolejnych tytułów, czytam i poszerzam wiedzę. Następna w kolejce będzie praca "Jak umierały religie" Tadeusza Margula. Myślę, że wpasuje się idealnie.
Podsumowując, „Kapłanki…” to ciekawa alternatywa mitologii, którą poznaliśmy w szkole. Przeciwnicy okrzykną ją feministyczną fantazją i pisaniem historii od nowa, zwolennicy (czy raczej zwolenniczki) będą zadowolone, że dopuszczono do głosu żeńską połowę ludzkości. Pokazano potężne kulty matriarchalne, istniejące na długo przed religiami najeźdźców. Niedoskonała? A i owszem, zapewne niektóre motywy dałoby się przedstawić lepiej, ale co z tego? Kto wie, może kogoś zaintrygują wstawki o odkryciach archeologicznych, zdradzających, że kiedyś kobiety miały dużo wyższą pozycję? Ja polecam.
Podwyższam ocenę, bo uważam, że warto.
W dzieciństwie lubiłam mitologię. Zaczytywałam się w przygodach herosów, ale już wtedy irytowało mnie jedno – postępowanie Zeusa. Innych bogów też, żeby nie było, ale jego zapamiętałam najbardziej. Nie mogłam zrozumieć, czemu nie jest potępiany za liczne zdrady, czemu otwarcie/bezczelnie tłumaczy się małżonce, że musi, bo płodzi bogów. No wybaczcie, ja bym tego nie kupiła i...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to