Odwet na wielkiej historii - wywiad z Cristianem Teodorescu

Krzysztof Cieślik
27.09.2015

Historię tworzą zwykli ludzie. Chciałem przywrócić pamięć o tych, o których historycy zapominają – mówi Cristian Teodorescu, autor powieści Medgidia, miasto u kresu.

Krzysztof Cieślik: Świat pańskiej powieści uderza wielokulturowością i pokojową koegzystencją ludzi z różnych stron świata. Czy taka koegzystencja – np. muzułmanów i chrześcijan – wydaje się panu dziś możliwa?

Cristian Teodorescu: Tak, ale pod jednym warunkiem – przywódcy religijni muszą być ludźmi światłymi. Jeżeli używają argumentów religijnych w celu uzyskania władzy politycznej, zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Przykładów czegoś takiego mamy mnóstwo – w tej chwili dotyczą przede wszystkim krajów muzułmańskich, ale zdarzały się wielokrotnie i we wspólnotach chrześcijańskich. Zwykli ludzie nie rozpoczynają wojen i nie dążą do tego, żeby sąsiedzi stali się ich wrogami. Nie możemy też zapominać o tym, że migracje ludności związane z prześladowaniami na tle religijnym – bo jak się domyślam, nawiązuje pan do aktualnej sytuacji uchodźców w Europie – zapoczątkowali w średniowieczu chrześcijanie. Problemy trzeba jednak rozwiązywać na miejscu, tam, gdzie tkwią ich źródła. Europa zmaga się ze skutkami, a trzeba leczyć przyczyny.

Dlaczego nie ma już dawnej Medgidii? Czy świat, który pan opisał w swej powieści odszedł na zawsze?

Tak, ale to zjawisko dotyczy nie tylko Medgidii, a właściwie całej Rumunii. Jeśli zaś chodzi o samą Medgidię, to właściwie nie zostało już nic z tego, co opisałem w powieści – to dziś zupełnie inne miasto, nie ma już tej atmosfery i ludzi, którzy kiedyś w nim żyli. Żydzi może by coś pamiętali, ale unicestwiono ich w trakcie wojny albo wyjechali już po jej zakończeniu, Ormianie i Grecy także opuścili Medgidię. Paradoksalnie więc najwięcej mogą opowiedzieć Turcy i Tatarzy, którzy w mojej powieści odgrywają drugoplanową rolę. Rumuni padli zaś ofiarą zbiorowej utraty pamięci. Nie wiedzą o dawnej Medgidii zupełnie nic.

To „wymazywanie zbiorowej pamięci”, jak je pan nazywa we wstępie do „Medgidii”, jest bardzo ważne dla pańskiej powieści. Czy określiłby pan rodaków jako naród bez pamięci?

Dotyczy to zwłaszcza lat 30. i 40. XX wieku, czyli czasu przed II wojną światową i tuż po niej. Sądzę jednak, że ta choroba nie dotyka tylko Rumunów, to przypadłość typowa dla Europy Środkowej i Wschodniej. Na spotkaniach z czytelnikami w Polsce zauważyłem, że rozumiemy się właściwie bez słów. Jeśli zapomniałem o czymś powiedzieć, to uzupełniali moje przemyślenia. Dowodzi to bez wątpienia wspólnoty naszych losów, z tym że oczywiście w Rumunii okupantami byli tylko Rosjanie, bo u boku Niemców walczyliśmy w II wojnie światowej. A potem nastąpiła okupacja ze strony komunistów, zupełnie jak w Polsce.

Tytuł pańskiej powieści w polskim tłumaczeniu brzmi „Medgidia, miasto u kresu”. Czy swoją książką chciał pan ten kres odsunąć, ocalić Medgidię od zapomnienia?

Polski tytuł brzmi „miasto u kresu”, a w oryginale to „miasto potem”, ale to również pewna gra słów, ponieważ „de apoi”, czyli „potem”, kojarzy się rumuńskiemu czytelnikowi jednoznacznie z wyrażeniem „Judecata de Apoi”, czyli „Sąd Ostateczny”. Chodziło mi więc przede wszystkim o to, że w „mieście potem”, tym mieście po dniu ostatecznym, ktoś przypomina sobie o tym, co wydarzyło się wcześniej, co zresztą w dużej mierze współgra z pana interpretacją.

Czy w takim razie czuje się pan kronikarzem Medgidii?

Jestem kronikarzem z drugiej ręki. Wieści z pierwszej ręki mieli moi dziadkowie i ich przyjaciele. Dzięki nim poznałem historie, które znalazły się w powieści – część z nich mi opowiedzieli, pozostałe podsłuchałem.

Czyli właściwie nie znał pan większości bohaterów, o których pan opowiada – mam na myśli postaci z lat 30. i 40. XX wieku.

Kilku z nich udało mi się poznać – niektórych komunistyczne władze zostawiły w spokoju, innym udało się w końcu wyjść z więzienia. Głównym bohaterem powieści jest mój dziadek Stefan, który spędził wiele lat w więzieniu. To dzięki niemu poznałem większość historii, które znalazły się w „Medgidii”.

Pańska proza przywodzi mi na myśl – raczej jej bohaterowie niż styl – Bohumila Hrabala. Chciał pan swoją powieścią uwiecznić tę galerię oryginałów i szubrawców?

Bardzo cenię sobie Hrabala, więc to porównanie mi schlebia. Co do bohaterów „Medgidii” to każdy z nich ma coś, czego brak innym postaciom, dlatego też jest ich tak wielu. Są oni tzw. bohaterami sytuacyjnymi, pokazuję ich, by przybliżyć jakieś konkretne zdarzenie. Większość z nich istniała naprawdę, ale niektórych stworzyłem na potrzeby powieści.

#####

Wielka historia dopada w końcu bohaterów „Medgidii”, ale mam wrażenie, jakby oni żyli poza czasem, jakby ta wielka historia była dla pana dużo mniej istotna od ich losów.

Historycy opowiadają o pewnych wydarzeniach, ale historię tworzą ludzie. Bardzo często zapomina się o tym. Chciałem przywrócić pamięć o zwykłych ludziach, o których historycy zapominają. Można powiedzieć, że to mój odwet na historii.

W pewnej mierze „Medgidia” przypomina więc „Księgę szeptów” Varujana Vosganiana.

To prawda. Vosganian pisze wprawdzie o Ormianach, ale opowiada o nich w podobny sposób co ja, koncentrując się na bliskich sobie ludziach. Należy jednak pamiętać, że Vosganian pisze o zagładzie Ormian, czyli o wydarzeniach, które były skrzętnie ukrywane przez Turcję. Orhan Pamuk, turecki noblista, do tej pory otrzymuje pogróżki dlatego, że odważył się o tym opowiedzieć.

Zostawmy na chwilę przeszłość. Jaka jest Medgidia dziś? Zostało coś z tej barwności, którą pan opisuje?

Z tamtej Medgidii zostało bardzo niewiele, także jeśli mowa o architekturze. Został dworzec kolejowy, ale nie ma w nim choćby skromnego baru, nie wspominając o słynnej restauracji mojego dziadka. Istnieje wciąż miejski ratusz i dwa-trzy domy. W niemal nienaruszonym stanie przetrwała dzielnica turecka, położona wyżej od reszty miasta i wciąż nieco tajemnicza, ponieważ domy nie mają tu frontowych okien.

A kto dziś mieszka w tych tureckich domach?

Głównie Tatarzy, Turcy wyjechali. W Medgidii został też stary kościół, a poza tym to miasto takie samo jak inne rumuńskie miasteczka, w których starówki za komuny zrównano z ziemią, stawiając na ich miejscu okropne bloki. Czasem trudno się zorientować, czy przebywamy w Medgidii, czy gdzie indziej, bo prawie wszystkie miasta wyglądają podobnie.

Wspomniał pan już o wspólnym dla Polski i Rumunii losie. Na czym polega ten wspólny środkowoeuropejski los?

Tych punktów wspólnych jest dużo. Przede wszystkim Polska i Rumunia po II wojnie światowej stały się krajami okupowanymi przez ZSRR. I u nas, i u was rozwinęła się kultura drugiego obiegu, mieliśmy zakazaną literaturę, muzykę. Łączy nas też solidarność w tragicznym losie i podobne odczuwanie pewnych rzeczy ponad granicami. Pamiętam, że jak słuchając Radia Wolna Europa w latach 70. po raz pierwszy usłyszałem o Lechu Wałęsie, to od tamtej pory cały czas trzymałem kciuki za to, żeby mu – i ruchowi, którym kierował – się udało. W trakcie rewolucji rumuńskiej, gdy obalono Ceaușescu, ze strony Polski i Polaków mieliśmy bardzo wiele braterskich gestów.

Chciałem też spytać pana o Polskę z innej strony. Czy Polaków czytuje się w Rumunii? Można o którymś naszym pisarzu – np. Andrzeju Stasiuku, który jest regularnie przekładany na język rumuński – powiedzieć, że jest znany?

Myślę, że literatura polska jest w Rumunii dość dobrze znana. Znamy przede wszystkim klasyków: Sienkiewicza, Mickiewicza, Herberta, Gombrowicza. Ten ostatni jest często wystawiany w naszych teatrach. Rodakom mógłbym zarzucić tylko, że nie chcą za bardzo czytać literatury z krajów postkomunistycznych, ponieważ uważają, że dość im własnych nieszczęść i nie chcą czytać o nieszczęściach innych. Wolą oderwać się od tej przytłaczającej – ich zdaniem – rzeczywistości. Dlatego czytają np. Franza Kafkę, który – choć pesymistyczny – jest uniwersalny i metaforyczny, nie włazi z butami w życie czytelnika i nie stawia mu trudnych pytań o jego pamięć, o historię i świadomość. Można go spokojnie czytać bez wyrzutów sumienia.

Czyli nie chcą raczej czytać takich powieści jak „Jestem komunistyczną babą” Dana Lungu?

Akurat Dan Lungu jest w tej szczęśliwej sytuacji, że się go czytuje. Ogólnie jednak na pewno Rumuni preferują lżej strawną literaturę obcą.

Sądzi pan, że literatura rumuńska ma coś wyjątkowego do zaoferowania czytelnikom z zagranicy?

Sądzę, że jak najbardziej. Kilkoro naszych pisarzy jest szerzej znanych – choćby Dan Lungu, Mircea Cartarescu, Gabriela Adameșteanu, Lucian Dan Teodorovici, nie wspominając o klasykach jak Eliade czy Cioran. Ale ta popularność to oczywiście rzecz względna. Właściwie niewielu pisarzy jest powszechnie czytanych, tak jak Gabriel Garcia Marquez czy Mario Vargas Llosa, których czytano, zanim otrzymali Nagrodę Nobla. Inni nobliści nie mogą liczyć na taką publiczność. Oczywiście, Elfriede Jelinek i Herta Müller dzięki nagrodzie zyskały, ale między skalą ich popularności a popularnością Vargasa Llosy jest jednak duża różnica.

A czy jakiś rumuński pisarz pana zdaniem zasługuje na Nagrodę Nobla?

Myślę, że tak. Choćby Gabriela Adameșteanu, Ștefan Agopian czy Mircea Cartarescu. Ale nie przeceniałbym wartości Nagrody Nobla. Dostają ją często pisarze, którzy nie są wybitni, albo dobrzy pisarze, którzy nawet we własnej ojczyźnie nie są powszechnie znani. Choć warto pamiętać, że Nobel w testamencie zaznaczył, że nagroda jego imienia ma dowartościować mniej znanych autorów.

Książka „Medgidia, miasto u kresu” ukazała się nakładem Wydawnictwa Amaltea pod patronatem serwisu lubimyczytać.pl.

Reklama

komentarze [1]

Sortuj:
22
0
27.09.2015 11:00

Zapraszam do dyskusji.


zgłoś błąd