-
Artykuły
Wielka Wiosenna Wyprzedaż w Matras.pl: tysiące książek nawet 80% taniej
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Jon Frederickson i jego książka „Kłamstwa, którymi żyjemy”, czyli o poznaniu samych siebie oczami psychoterapeuty
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Czytelnicy wybrali Książki Roku 2025. Oto zwycięzcy
LubimyCzytać99 -
Artykuły
Czytamy w weekend. 13 marca 2026
LubimyCzytać512
Samodzielne powieści fantasy – gatunek zagrożony
Zajrzyjcie do zapowiedzi. Bywają miesiące, gdzie każda interesująca pozycja fantastyczna to kolejna odsłona jakiegoś monumentalnego cyklu. Na polu science fiction nie brakuje historii, które autor zamknął w pojedynczej książce, za to przy fantasy poszukiwanie takiej powieści przypomina polowanie na jednorożca.
Takiemu stanowi rzeczy winne są pieniądze, a także pierwszy wydawca „Władcy pierścieni”. Zacznijmy od tego drugiego: jak pewnie wiecie, profesor Tolkien traktował swoje dzieło jako jedną dużą opowieść i pisząc ją myślał o wydaniu całości w jednym tomie. W latach 50. ubiegłego wieku problemem były jednak papier, a dokładnie jego niedobór, ale i cena, za jaką trzeba by było sprzedawać taką cegłę. Po burzliwej dyskusji z wydawcą ostatecznie podjęto decyzję publikacji „Władcy…” w formie trylogii – z pewnością nikt wtedy nawet nie przypuszczał, że piętno takiego podziału opowieści uformuje fantasy na zawsze.
Bo jeżeli ktoś myśli o napisaniu historii fantasy z rozmachem, to koniecznie chce trylogii. Bo to naturalna forma dla takiej literatury, której ewolucja polega co najwyżej na multiplikowaniu – pojawiają się cykle pięcio-, sześcio-, siedmio- czy dziewięciotomowe. George R.R. Martin niedawno dał wydawcom i agentom wyraźny sygnał: im większe, tym lepsze.
A pieniądze? Sprawa jest oczywista: jeżeli już masz wyłożyć górkę kasy na wypromowanie nowego autora (a to zawsze olbrzymi wysiłek), to chcesz potem jak najdłużej czerpać zyski z ewentualnego sukcesu. To bodajże Adrian Tschaikovsky, którego „Cienie pojętnych” to na chwilę obecną aż 11 tomów, powiedział mi, że agent zainteresował się jego twórczością tylko dlatego, że ten pokazał mu od razu gotowych kilka powieści. Szaleństwo! Fantasy jest o wiele bardziej komercyjnym gatunkiem, niż SF, dlatego działają na nie zupełnie inne siły rynkowe – agenci są wpatrzeni w listy bestsellerów, starają się chwytać trendów, dlatego często bez trylogii czy nawet dłuższego cyklu nie ma co się do nich zgłaszać.
Taki stan rzeczy ma też oczywiście pozytywne strony, bo wiele jest przypadków kreacji tak bogatych, że w jednej książce nie szło by ich zmieścić, i historii tak rozbudowanych, że potrzeba kilku milionów znaków, by je opowiedzieć – przykładem rodzime „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” Roberta M. Wegnera, czy „Pieśń Lodu i Ognia” Martina właśnie. Gdyby nie koniunktura na monumentalne historie, tego typu sagi omijano by szerokim łukiem, jako zbyt ryzykowne przedsięwzięcia.
Jeszcze częściej trafiają się jednak opowieści na siłę rozbite na trzy części, które swobodnie można by opisać oszczędniej, a które w efekcie są przegadane. Przykład? „Trylogia czarnego maga” Trudi Canavan – przecież ta sama autorka w „Uczennicy maga”, samodzielnej powieści, opowiedziała dokładnie tę samą historię, tyle że krócej i zmieniając niektóre szczegóły oraz imiona bohaterów! Można? Można! To po co była trylogia i nieustanne paplanie Sonei? Bo pisząc fantasy trzeba pisać trzytomowe opowieści.
Czy jesteśmy więc skazani na coraz dłuższe serie? Tak. Przyszłość rynku popularnych książek widzimy zresztą już dzisiaj: podobnie jak Uniwersum Metro 2033, zacznie powstawać coraz więcej dzielonych światów, z mnóstwem autorów, którzy niczym w fabryce będą wypuszczać kolejne odsłony bestsellerowych historii. Dlatego warto cenić tych twórców, którzy – w takich rynkowych realiach – decydują się jeszcze na tworzenie fabuł zamkniętych między dwiema okładami książki.
#####
Oto wybitne przykłady z ostatnich lat. Zwróćcie uwagę na brak na liście pozycji spod znaku heroic fantasy – takie historie powstają już niemalże wyłącznie jako fragmenty monstrualnych opowieści, rozpisanych na kilka czy kilkanaście tomów.
Niespodziewane arcydzieło. Erin Morgenstern, wielka fanka serii o Harrym Potterze, gdy opowieść o nim dobiegła końca, rozżalona postanowiła sama napisać podobną historią. Cóż, nie wyszło. W tym sensie jednak, że poza występowaniem magii i XIX-wieczną Anglią, jej „Cyrk nocy” nie ma z prozą J. K. Rowling nic wspólnego. Nie przeszkadza to mu jednak być jedną z najlepszych powieści fantastycznych ostatnich dekad.
W szerokim rzucie, „Cyrk nocy” to romans. Z tych dobrych, nie ckliwych czy kiczowatych. Tak naprawdę jest to jednak olśniewająca bogactwem wyobraźni wizja niezwykłego magicznego pojedynku, rozgrywana w jedynej w swoim rodzaju scenerii tytułowego cyrku. Wspaniały klimat, piękny język i nieustannie zaskakująca fabuła, pełna żywych, angażujących postaci. Ja się w tej opowieści zakochałem.
Najlepsza fabuła, jaka wyszła spod klawiatury naszej rodaczki. Tak, czytałem „Siewcę wiatru” i inne opowiadania anielskie, wiele z nich było wybitnych, żadna z tych historii nie może jednak równać się z opowieścią o podróży przez świat jakuckich wierzeń.
Proza Kossakowskiej nie ma tu słabych punktów. Tło jest jeszcze bardziej zajmujące, niż w historiach anielskich, bo z racji małej popularności kultury Jakutów nad Wisłą, niemalże wszystko jest tu dla nas nowością – nasza wyobraźnia zyskuje tu możliwie najbogatszą pożywkę. Do tego naszymi przewodnikami są niesamowicie sympatyczne i ciekawe postacie, akcji jest mnóstwo, a zakończenie… zakończenie i wyjaśnienie genezy Rudej Sfory to błysk geniuszu, który nadaje całej tej opowieści niezwykły, uniwersalny wymiar.
Nawet pisząc te słowa nabieram ochoty, by po raz wtóry, po latach, wrócić do tego świata.
Miéville to twarz nurtu zwanego New Weirdem, a jego najbardziej rozpoznawanym dziełem pozostaje „Dworzec Perdido” i w ogóle trylogia „Nowe Crobuzon”. Ja najwyżej cenię jednak „Miasto i miasto”, bo to najodważniejsza, oparta na najbardziej niezwykłym pomyśle powieść fantasy ostatnich lat.
Wyobraźcie sobie, że dwa miasta zajmują tę samą przestrzeń. Ich mieszkańcy zdają sobie z tego sprawę, nie mogą jednak zauważać siebie nawzajem, nie mogą dostrzegać ani budowli ani samochodów z tej drugiej metropolii; jeżeli ktoś złamie tę zasadę, ściga go demoniczna Przechodzeniówka. Teraz więc wyobraźcie sobie, że policjant z jednego miasta znajduje trupa mieszkańca z drugiego miasta. Oto początek najbardziej niezwykłego kryminału naszych czasów.
Sam fakt, że Miéville udźwignął tę historię sprawia, że zasługuje on na uznanie. Brytyjski pisarz zrobił jednak więcej, rozwijając ten szalony koncept z każdą stroną, obudowując go zajmującą fabułą i karmiąc czytelników niezwykłymi szczegółami swojej kreacji. Arcydzieło.
Wyrzut sumienia polskiej fantastyki – powieść godna każdego wyróżnienia, która nie otrzymała żadnego. Historia niezwykle dojrzała, wychodząca z ogromnej znajomości gatunku, a także uznania dla dzieł Ryszarda Kapuścińskiego. „Trzeci świat” to reportaż z fantastycznego świata, jednocześnie zajmująca i pełna akcji fabuła, jak i esej na temat samego gatunku, jego schematów i głównych motywów.
Pamiętam jeszcze swój zachwyt, gdy przewracałem kolejne strony, zdziwienie, że da się tak połączyć historię z komentarzem gatunku, w którym się pisze. I zazdrość, że Maciej Guzek jako pierwszy wpadł na pomysł tej formy reportażu.
#####
W sumie mam mieszane uczucia, polecając Wam tę książkę, ponieważ mimo iż bardzo ją cenię, uważam, że nakręcony na jej podstawie serial BBC jest jeszcze lepszy. To opowieść o XIX-wiecznej Anglii, w której niegdyś magia była na porządku dziennym, obecnie zaś jest tylko przedmiotem badań teoretycznych grupek snobów. To historia powrotu magii, co dzieje się za sprawą dwóch tytułowych bohaterów, a także jej wykorzystania w wojnach z Napoleonem.
Choć Clarke w największym stopniu napisała chyba jednak opowieść o Anglii, dżentelmenach i ówczesnej elicie społecznej, o jej kuriozalnych zwyczajach i zadęciu. Zajmujące, ale nie porywające – tak naprawdę do lektury przykuwa magia, jej historia, legenda wokół Króla Kruków i intryga z pewnym magicznym stworzeniem w tle.
Serial jest lepszy, bo skupia się właśnie na tych ostatnich elementach, oddestylowując wątki o arystokracji, wystawnych obiadach, rozgrywkach i balach. Jednocześnie pozostaje wierny oryginałowi.
Niemniej sama książka (w Polsce niedawno ukazało się wydanie jednotomowe) również jest interesująca.
Na listę trafiła żona, nie pominiemy więc również męża. Popularny dzięki serii „Pan Lodowego Ogrodu” Grzędowicz, między publikacją kolejnych tomów swojego flagowego cyklu, zaserwował nam rozwinięcie historii rozpoczętej opowiadaniem „Obol dla Lilith”. Tak właśnie powstał „Popiół i kurz”, czyli napisana hipnotycznym językiem historia o demonach, ludzkich duszach i ich przewoźniku, takim Charonie, nazywanym tutaj psychopompem.
To unikatowa kreacja, misternie skonstruowane zaświaty, pełne tajemnic i niezwykłych stworzeń – wszystko opisane zaś przez jedno z najlepszych piór rodzimej fantastyki. Wprawdzie moim faworytem pozostaje „Ruda Sfora”, niemniej Jarosław Grzędowicz nie odstaje za bardzo od swojej lepszej połowy (tym bardziej, że jego zbiór „Księga jesiennych demonów” to arcydzieło grozy i dla mnie jego najbardziej udana publikacja).
Lubię baśnie dla dorosłych. Zarówno retellingi znanych historii, w których króluje Neil Gaiman, jak i po prostu historie napisane w ten charakterystyczny sposób, tym specyficznym stylem, skierowane ni to do młodzieży, ni to do dorosłych. To trudna sztuka, znalezienie tego złotego środka, dlatego niewielu się ona udaje: oprócz Gaimana wymienić możemy tutaj choćby świetną Catherynne M. Valente, ale też Johna Connolly’ego.
Dziwna sprawa: autor kryminałów i thrillerów nagle postanowił napisać mroczną baśń. Efekt, „Księga rzeczy utraconych”, jest bardziej niż zadowalający – znajdziemy tu grozę, niesamowitą atmosferę, magię, a także to coś, co sprawia, że nowa historia przywodzi na myśl te klasyczne, mimo iż ich nie powiela.
Uwaga: ta powieść bardziej pasuje na półkę „horror”, niż „baśnie”.
Trochę oszustwo, dlatego daję tę pozycję na koniec. Jest to w pełni samodzielna fabuła, bo jako taka powstała w głowie Gartha Nixa i jako taka została spisana. To historia tytułowej dziewczyny, córki nekromanty, a w zasadzie maga-łowcy nekromantów i stworów, które przedzierają się do naszego świata zza bram Śmierci. Takich jak on ludzie nazywają Abhorsenami.
Sabriel wychowuje się jednak poza Murem, który oddziela magiczne Królestwo od zwykłego, pozbawionego czarów świata. W rodzinne strony wrócić musi dopiero, gdy dociera do niej wieść o prawdopodobnej śmierci ojca, a raczej jego porwaniu do krainy śmierci, z której tylko ona może go wyrwać. Dalej mamy już oparta na klasycznym schemacie opowieść o niespodziewanym bohaterze, który musi mierzyć się z groźnymi przeciwnikami, na bieżąco ucząc się nowego fachu – i mimo oparcia na znanej linii fabularnej, czyli tak zwanym queście, dostajemy oryginalną historię, która rozgrywa się we wspaniałym świecie. To opowieść o śmierci i stracie, która zachwyca podejście do tematu i narosłą wokół niego kreacją całego świata i fachu Abhorsenów. W książce „Sabriel” otrzymujemy zamkniętą historię.
Po latach jednak Nix, skuszony sukcesem książki i namówiony przez agenta oraz fanów, dopisał kolejne odsłony sagi, rozwijając fabułę z Sabriel. Kolejne książki w serii również są ciekawe, zwłaszcza „Abhorsen”, ta pierwsza pozostaje jednak najlepszą.
Osiem pozycji. Mało, jeżeli porównać do ogólnej liczby publikowanych książek fantasy. Każda z tych powieści warta jest jednak dziesięciu albo i dwudziestu poślednich fabuł.
komentarze [40]
Czasami to wina wydawcy, że chcą z pojedynczej powieści fantastyki/SF zrobić serię/cykl itp. vide Tolkien i Władca Pierścieni.
Czasami to wina wydawcy, że chcą z pojedynczej powieści fantastyki/SF zrobić serię/cykl itp. vide Tolkien i Władca Pierścieni.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
Osobiście cykle mi nie przeszkadzają, pod warunkiem, że a) poziom książek nie spada wraz z każdym kolejnym tomem, b) książek w cyklu jest kilka, nie kilkanaście lub więcej. Przyznam też, że łatwiej jest mi się zabrać za długi cykl, w którym dotąd ukazały się góra dwa, trzy tomy, a następne są dopiero są planowane niż za taki, który już jest skompletowany i przy którym czekałaby mnie przeprawa przez kilkanaście tomów naraz. Pojedyncze książki są w porządku, chociaż jeśli świat przedstawiony jest dobrze skonstruowany, chciałoby się dostać jakąś nową historię w nim osadzoną. Tak więc wszystko jest względne ;)
Z historii zamkniętych w jednym tomie znam:
Elantris[bookLink]273163|Elantris[/bookLink]
Dusza cesarza[bookLink]294055|Dusza cesarza[/bookLink]
Migawka[bookLink]4898866|Migawka[/bookLink]
Idealny stan[bookLink]4011893|Idealny stan[/bookLink]
Mgły Avalonu[bookLink]4849742|Mgły Avalonu[/bookLink]
Składany nóż[bookLink]163095|Składany nóż[/bookLink]
Młot[bookLink]190295|Młot[/bookLink]
Ewangelia według Lokiego[bookLink]269107|Ewangelia według Lokiego[/bookLink]
I rzeczywiście jest tego mniej niż cykli.
Osobiście cykle mi nie przeszkadzają, pod warunkiem, że a) poziom książek nie spada wraz z każdym kolejnym tomem, b) książek w cyklu jest kilka, nie kilkanaście lub więcej. Przyznam też, że łatwiej jest mi się zabrać za długi cykl, w którym dotąd ukazały się góra dwa, trzy tomy, a następne są dopiero są planowane niż za taki, który już jest skompletowany i przy którym...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
[bookCover]273163|Elantris[/bookCover]
[bookCover]294055|Dusza cesarza[/bookCover]
[bookCover]4898866|Migawka[/bookCover]
[bookCover]4011893|Idealny stan[/bookCover]
[bookCover]4849742|Mgły Avalonu[/bookCover]
[bookCover]163095|Składany nóż[/bookCover]
[bookCover]190295|Młot[/bookCover]
[bookCover]269107|Ewangelia według Lokiego[/bookCover]
Uwielbiam zarówno fantasy, jak i cykle. Gdy czytam pojedynczą książkę praktycznie zawsze czuję niedosyt i po niej nie umiem się odnaleźć. Cieżko mi znaleźć coś, co mi odpowiada. Pal licho jeśli autor ma na koncie więcej niż jedną, bo wtedy po prostu sięgam po kolejne jego książki. Ale gdy jest to jedyna książka, to ciężko jest mi przestawić się na inny styl, inny świat bez zaspokojenia tego niedosytu. Czasem osiaga to takie rozmiary, że wręcz na chwilę odstawiam czytanie w ogóle, az wrażenia nie przybledną.
Zgadzam się jednak z tym, że coraz częściej te cykle są pisane na siłę i to widać. Po pierwszej, fenomenalnej książce następują kolejne, które są coraz gorsze i naciągane. Czasem aż boli, gdy się na to patrzy.
Uwielbiam zarówno fantasy, jak i cykle. Gdy czytam pojedynczą książkę praktycznie zawsze czuję niedosyt i po niej nie umiem się odnaleźć. Cieżko mi znaleźć coś, co mi odpowiada. Pal licho jeśli autor ma na koncie więcej niż jedną, bo wtedy po prostu sięgam po kolejne jego książki. Ale gdy jest to jedyna książka, to ciężko jest mi przestawić się na inny styl, inny świat bez...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
a no tak bo szykuje się 2cz Nieśmiertelny [bookLink]127065|Nieśmiertelny [/bookLink]
a Sabriel mimo wszytsko należy do cyklu więc nie powinna się tutaj znależć
a no tak bo szykuje się 2cz Nieśmiertelny [bookLink]127065|Nieśmiertelny [/bookLink]
a Sabriel mimo wszytsko należy do cyklu więc nie powinna się tutaj znależć
Zgadzam się w zupełności z tym artykułem... mam wrażenie, że w przyszłości książki będą jak seriale...wydawane w kawałeczkach. smutna prawda ;c
Zgadzam się w zupełności z tym artykułem... mam wrażenie, że w przyszłości książki będą jak seriale...wydawane w kawałeczkach. smutna prawda ;c
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamTo strasznie denerwujące: Znaleźć interesującą książkę i po chwili zorientować się,że to 5 tom ,a 1 nie ma.Albo nie wiedzieć, czy to pierwszy tom i strzelać na oślep.Zwykle powieści jednotomowe są lepsze od serii ,bo serię rozciąga się na ile się da i 50% to nudy i od czasu do czasu jest jakaś akcja ,a w jednotomowych mamy wszystko zrównoważone i ciekawie poprowadzone. No i to ,że cykle często są zawieszane w wydawaniu i nie wiemy co będzie dalej. Czasami dany pomysł jest tak obszerny (przykładowo "Harry Potter" ) ,że trzeba go rozwinąć w cyklu ,bo to by się nie zmieściło w jednym tomie ,ale cały cykl jest prowadzony ciekawie ,bez nudnych,bezsensownych stron ,przy których odechciewa się czytać.Jednak są też serie,które byłyby o wiele lepsze gdyby były wydane w jednym tomie.
To strasznie denerwujące: Znaleźć interesującą książkę i po chwili zorientować się,że to 5 tom ,a 1 nie ma.Albo nie wiedzieć, czy to pierwszy tom i strzelać na oślep.Zwykle powieści jednotomowe są lepsze od serii ,bo serię rozciąga się na ile się da i 50% to nudy i od czasu do czasu jest jakaś akcja ,a w jednotomowych mamy wszystko zrównoważone i ciekawie poprowadzone. No i...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Niedawno przeczytałam trylogię Engelsfors (Krąg[bookLink]145753|Krąg[/bookLink]) i choć na początku grubość każdego z tomów trochę mnie odstraszyła, to o niebo lepiej mi się czytało te trzy spasione tomiszcza niż Cyrk nocy[bookLink]151846|Cyrk nocy[/bookLink], który przemęczyłam.
Dodam, że miło czasami skończyć książkę i wiedzieć, że można zaraz chwycić za kontynuację. Ale to niestety wcale nie znaczy, że kontynuacja będzie tak dobra, jak pierwsza część (a kiedy kontynuacji jest pięć, lub więcej i nie są wcale tanie?!). To chyba właśnie ten ból :>
Niedawno przeczytałam trylogię Engelsfors (Krąg[bookLink]145753|Krąg[/bookLink]) i choć na początku grubość każdego z tomów trochę mnie odstraszyła, to o niebo lepiej mi się czytało te trzy spasione tomiszcza niż Cyrk nocy[bookLink]151846|Cyrk nocy[/bookLink], który przemęczyłam.
Dodam, że miło czasami skończyć książkę i wiedzieć, że można zaraz chwycić za kontynuację. Ale...
A swoją drogą na przykład absolutnie nie przeszkadzał mi fakt cykliczności w Sadze Ludzi Lodu, ale to były w miarę małe książeczki ;) I wyszły sprawnie w naszym kraju.
A swoją drogą na przykład absolutnie nie przeszkadzał mi fakt cykliczności w Sadze Ludzi Lodu, ale to były w miarę małe książeczki ;) I wyszły sprawnie w naszym kraju.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
"Cyrk nocy" to jedna z moich ulubionych powieści a sięgnęłam po nią ze względu na interesującą okładkę (w przypadku debiutów i nowości często dużą rolę odgrywa okładka). Pozostałe dorzucam na półkę "Chcę przeczytać".
Na obronę cykli chcę powiedzieć, że ja się bardzo przywiązuję do bohaterów i lubię kontynuacje. Np. Gaimana "Ocean na końcu drogi" przeczytałam na przystanku czekając na autobus i było mi smutno, że to już koniec. Z drugiej strony jeśli ma to być pisanie tylko po to, żeby było jak najwięcej stron to jestem przeciwna. Ale jeśli jest dobrze napisane to autor ma moje błogosławieństwo i niech pisze póki ma pomysły. Nie przypominam sobie żeby ktoś narzekał na ilość tomów Świata Dysku. Tak, wiem, to nie to samo bo w serii Pratchetta są cykle i podcykle i nie trzeba czytać wszystkiego i po kolei ale jest to przykład, że jak coś jest dobre to i 40 tomów nie przeszkadza. Myślę, że trzeba znaleźć złoty środek.
"Cyrk nocy" to jedna z moich ulubionych powieści a sięgnęłam po nią ze względu na interesującą okładkę (w przypadku debiutów i nowości często dużą rolę odgrywa okładka). Pozostałe dorzucam na półkę "Chcę przeczytać".
Na obronę cykli chcę powiedzieć, że ja się bardzo przywiązuję do bohaterów i lubię kontynuacje. Np. Gaimana "Ocean na końcu drogi" przeczytałam na przystanku...
Myślę, że od ,, Pieśni Lodu i Ognia" lepsza jest ,,Malazańska Księga Poległych" Obszerne, ale w każdej opowieści jest coś nowego i każdy bohater jest inny. Szkoda, że o niej nie wspomniano.
Myślę, że od ,, Pieśni Lodu i Ognia" lepsza jest ,,Malazańska Księga Poległych" Obszerne, ale w każdej opowieści jest coś nowego i każdy bohater jest inny. Szkoda, że o niej nie wspomniano.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
Brawo, bo już dawno nie spotkałam tak ciekawej a nie tylko skłaniającej do dyskusji lub wręcz kłótni publicystyki na głównej stronie serwisu. Lista propozycji, choć wiadomo, że zawsze będzie czegoś brakować, dość różnorodna i z ciekawymi pozycjami, które albo lubię albo już dopisuję do listy 'chcę przeczytać' ;)
A problem wielotomowości? Niestety mnie często zniechęca do czytania danej pozycji przy przerażającej wizji grubości kolejnych części. I ostatnimi czasami problem ten nie dotyczy tylko fantasy, ale też w coraz większej mierze kryminałów. Zbyt często cykl niestety staje się 'przegadany' a kolejne książki sobie nierówne, ale zmysł porządku każe czytać w kolejności. Oczywiście dla fanów wiele serii mimo kilku tomów i tak jest za krótka, sama niejedną kontynuację pochłaniałam z wypiekami na twarzy. Dobrze jakby był szeroki wybór niczym w przypadku filmów a seriali. Niestety bowiem świat, w którym pisarz pisze akurat tyle ile naprawdę ma do powiedzenia, nie biorąc pod uwagę finansów i popularności jest w dzisiejszych kapitalistycznych czasach niemożliwą utopią..
Brawo, bo już dawno nie spotkałam tak ciekawej a nie tylko skłaniającej do dyskusji lub wręcz kłótni publicystyki na głównej stronie serwisu. Lista propozycji, choć wiadomo, że zawsze będzie czegoś brakować, dość różnorodna i z ciekawymi pozycjami, które albo lubię albo już dopisuję do listy 'chcę przeczytać' ;)
A problem wielotomowości? Niestety mnie często zniechęca do...
Świetny artykuł i spostrzeżenia!
Świetny artykuł i spostrzeżenia!
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamA wydawnictwom to wszystko pasuje, bo łatwiej sprzedaje się książki spod znanej już bandery. Autorzy mają już wymyślone uniwersum. I tylko czytelnicy robieni są najczęściej w konia, bo dostając piątą, siódmą, ósmą część cyklu najczęściej dostają popłuczyny.
A wydawnictwom to wszystko pasuje, bo łatwiej sprzedaje się książki spod znanej już bandery. Autorzy mają już wymyślone uniwersum. I tylko czytelnicy robieni są najczęściej w konia, bo dostając piątą, siódmą, ósmą część cyklu najczęściej dostają popłuczyny.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamJedno słowo: Tigana[bookLink]34749|Tigana[/bookLink]
Jedno słowo: Tigana[bookLink]34749|Tigana[/bookLink]
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
Bycie częścią cyklu nie wyklucza fabuły zamkniętej w jednym tomie – przywołany „Trzeci Świat” to przecież część cyklu o Królikarni, ale jest to cykl, którego poszczególne części (poza TŚ są to opowiadania) bardziej łączy świat niż bohaterowie.
Dlatego nie wrzucałabym do jednego worka cykli typu Meekhanu czy Gry o Tron, gdzie między tomami mamy lepszą lub gorszą ciągłość akcji, i w miarę możliwości śledzimy losy tych samych bohaterów, i cykli typu „Klątwy nad Chalionem” (i dalsze) Bujold, gdzie każda z trzech powieści oraz właśnie wydana nowela jest zamkniętą opowieścią.
Bycie częścią cyklu nie wyklucza fabuły zamkniętej w jednym tomie – przywołany „Trzeci Świat” to przecież część cyklu o Królikarni, ale jest to cykl, którego poszczególne części (poza TŚ są to opowiadania) bardziej łączy świat niż bohaterowie.
Dlatego nie wrzucałabym do jednego worka cykli typu Meekhanu czy Gry o Tron, gdzie między tomami mamy lepszą lub gorszą ciągłość...
Ale "Trzeci świat" można czytać niezależnie. Dowiedziałem się z internetu, że koniecznie trzeba przeczytać wcześniej "Królikarnię", bo worldbuilding, ale trochę żałuję, dla mnie opowiadania takie sobie, proste, sztampowe, a "Trzeci świat" to fajna, oryginalna rzecz.
Ale "Trzeci świat" można czytać niezależnie. Dowiedziałem się z internetu, że koniecznie trzeba przeczytać wcześniej "Królikarnię", bo worldbuilding, ale trochę żałuję, dla mnie opowiadania takie sobie, proste, sztampowe, a "Trzeci świat" to fajna, oryginalna rzecz.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamZwykle nie komentuje artykułów, ale tutaj zrobię wyjątek. Fantasy to specyficzny gatunek, w którym nie znamy dobrych książek, znamy świetne cykle. Najbardziej znani autorzy to ci, którzy poświęcili pół życia, czasem więcej na stworzenie magicznych światów, które bardzo się od siebie różnią. Wielu z nich po zakończeniu cykli pisze spin-offy czy prequele i tak to wygląda. Sukces jednej powieści rodzi dwie kolejne, a autorzy już na starcie myślą o wielkim cyklu. W tym tkwi istota fantasy, w jej objętości. Można napisać dobrą książkę, nawet w klimacie fantasy z zamkniętym zakończeniem, ale nawet po latach powstać może kontynuacja. Obecnie od lat zalewają nas trylogie, nawet dłuższe cykle, autorzy chcą mieć z czego żyć, wydawnictwa również. Chętniej sięgniesz po kolejny tom czegoś co już znasz czy nowość. U nas jest problem z długim czasem tłumaczenia książek, niekiedy koleje tomy nie są już tłumaczone. Wspomniałem, że fantasy musi być obszerne, otóż musi. Czym była by Gra o tron licząca kilkaset stron? Siła fantasy to rozbudowane światy, skomplikowane fabuły, gdzie akcja toczy się przez całe lata, a my czekamy z zapartym tchem na kontynuację. W Polsce pojawiają się próby napisania dobrej, zamkniętej książki fantasy, nikomu się nie udało. Zwykle były to beznadziejne książki o nijakiej fabule i świecie, który powstał na kolanie. Fantasy można kochać albo nienawidzić. Ja kocham i zawsze będę bronił tego gatunku. Nie każdy musi lubić wielotomowe sagi, dużą część odstrasza ilość tomów i czas oczekiwania na kolejny wolumin, ale nikt nie zmusza go do lektury. Autorzy kryminałów też rok rok serwują nam kolejne książki z tymi samymi bohaterami, nie raz idzie to w ponad dziesięć części i nikt nie robi afery. Istnieją dobre książki fantasy z zamkniętym zakończeniem, a że z czasem okazuje się, że dostajemy kontynuację, cóż prawo rynku i marzenia fanów. Jak mawia klasyk historia nigdy się nie kończy, a Sezon Burz lektura paskudna pokazała, że świetnie wykreowane uniwersum zawsze przyciągnie nowych czytelników.
Zwykle nie komentuje artykułów, ale tutaj zrobię wyjątek. Fantasy to specyficzny gatunek, w którym nie znamy dobrych książek, znamy świetne cykle. Najbardziej znani autorzy to ci, którzy poświęcili pół życia, czasem więcej na stworzenie magicznych światów, które bardzo się od siebie różnią. Wielu z nich po zakończeniu cykli pisze spin-offy czy prequele i tak to wygląda....
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Fantasy nie musi być obszerne, po prostu od jakiegoś czasu wydawca płaci "od strony", nie "od książki" i stąd się biorą dziesięciotomowe cykle, każdy tom minimum 800 stron. Stare klasyki, jak "Ziemiomorze" czy "Władca pierścieni", da się zmieścić w jednym tomie, cykl "Amber" Zelaznego ostatnio ukazał się w dwóch, w każdym pięć książek.
Ale wszystko idzie w stronę serii, wymusza to też Amazon, ostatnio Ursula Le Guin pisała o zjawisku "maszyny bestsellerowej": http://bookviewcafe.com/blog/2015/06/01/up-the-amazon/
A do listy dopisałbym np. "Gwiezdny Pył" Gaimana, wiem że troszkę infantylne, ale ostatnio słuchałem audiobooka (Artur Barciś, olaboga!) i przyznam że było to przyjemne doświadczenie.
Fantasy nie musi być obszerne, po prostu od jakiegoś czasu wydawca płaci "od strony", nie "od książki" i stąd się biorą dziesięciotomowe cykle, każdy tom minimum 800 stron. Stare klasyki, jak "Ziemiomorze" czy "Władca pierścieni", da się zmieścić w jednym tomie, cykl "Amber" Zelaznego ostatnio ukazał się w dwóch, w każdym pięć książek.
Ale wszystko idzie w stronę serii,...
Co do "Jonathana Strange'a i Pana Norrella" polemizowałabym, że to pojedyncza książka, ponieważ w serii Uczta Wyobraźni wydawnictwa Mag została wydana w jednym wielkim tomie, ale przecież też jest wcześniejsze wydanie z Wydawnictwa Literackiego, które podzieliło tę książkę na trzy tomy.
Jako fanka Kossakowskiej powiem, że jej najlepsza książka to dwutomowy cykl "Zakon Krańca Świata": Zakon Krańca Świata t. 1[bookLink]86946|Zakon Krańca Świata t. 1[/bookLink] i Zakon Krańca Świata Tom 2[bookLink]108047|Zakon Krańca Świata Tom 2[/bookLink], który dzięki temu że jest podzielony, ciekawie ukazuje przemianę bohatera. Jeśli mówi się o jednotomowej książce Kossakowskiej to też warto wspomnieć o Grillbar Galaktyka[bookLink]111596|Grillbar Galaktyka[/bookLink], która jest pastiszem m.in Obcego, a dzięki wartkiej akcji i przygód rodem z "Autostopem przez galaktykę", czytelnik się nie nudzi.
"Popiół i kurz", to jest moja ulubiona książka Grzędowicza (tak samo jak u AMisz), "Księgę jesiennych demonów" mam na półce do przeczytania. Nawet nie wiedziałam, że jedno z opowiadań to inspiracja do stworzenia tej powieści, w każdym razie będę musiała to przeczytać dla porównania. (Mała dygresja: nie wiedzieć czemu, mam wrażenie, że "Zakon..." i "Popiół i kurz" są dość do siebie podobne, ale może to tylko ułuda.)
Sam artykuł poruszył temat tego, co od zawsze mnie wpieniało, czyli popularności tworzenia trylogii. Kiedyś słyszałam, że powinien powstać odrębny gatunek fantastyki - trylogia fantasy. Korzystają z tego na potęgę popularni i modni autorzy, nie tylko w fantasy, od "Igrzysk Śmierci" i "Niezgodną", poprzez "Pięćdziesiąt twarzy Greya", na trylogii Millenium kończąc (choć w tym przypadku, trylogią stało się przez to, że Stieg Larsson umarł, ponieważ autor planował kolejne powieści z tego cyklu. Wiem, że wyszła nowa część ale podchodzę do tego z rezerwą). Czemu nie ma mody na siedmiotomowe cykle jak "Harry Potter" czy czterotomowe jak "Zmierzch"? Można stworzyć nawet trylogię w pięciu częściach (Douglas Adams się kłania), ale czy to koniecznie musi być trylogia? Myślę, że ma to na celu jednocześnie zainteresować sezonowych czytelników, czytających książki będące "na fali", a jednocześnie móc zbić na tym kasę i popularność (wiadomo, że ostatni, wyczekiwany tom sprzeda się w wielomilionowym nakładzie.)
Jedyny autor, u którego nie przeszkadza mi pierdyliard tomów jakich zawiera dany cykl, to Terry Pratchett, którego "Świat Dysku" można czytać w dość luźnej (choć nie dowolnej) kolejności.
Co do "Jonathana Strange'a i Pana Norrella" polemizowałabym, że to pojedyncza książka, ponieważ w serii Uczta Wyobraźni wydawnictwa Mag została wydana w jednym wielkim tomie, ale przecież też jest wcześniejsze wydanie z Wydawnictwa Literackiego, które podzieliło tę książkę na trzy tomy.
Jako fanka Kossakowskiej powiem, że jej najlepsza książka to dwutomowy cykl "Zakon...
Podejrzewam że „Jonathan Strange…” wyszedł u nas w trzech tomach z powodów wydawniczych, na przykład chcieli się załapać na równoczesna premierę z oryginałem, a z przekładem całości w żaden ludzki sposób by się nie wyrobili. W każdym razie jest to niewątpliwie jedna książka.
Podejrzewam że „Jonathan Strange…” wyszedł u nas w trzech tomach z powodów wydawniczych, na przykład chcieli się załapać na równoczesna premierę z oryginałem, a z przekładem całości w żaden ludzki sposób by się nie wyrobili. W każdym razie jest to niewątpliwie jedna książka.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamCykle literackie w fantasy mają dwie strony medalu... Ale tak, czasami chciałoby się sięgnąć po samowytarczalną, zwartą powieść, a tu deficyt albo alternatywa powtórnego czytania.
Cykle literackie w fantasy mają dwie strony medalu... Ale tak, czasami chciałoby się sięgnąć po samowytarczalną, zwartą powieść, a tu deficyt albo alternatywa powtórnego czytania.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamCykle są uzasadnione gdy historia jest tak wielowątkowa i pisana z takim rozmachem, że niemożliwe jest spisanie tego w jednej książce. Niestety spora część cykli to rozwleczone ponad miarę opowieści na jeden tom. Smutne.
Cykle są uzasadnione gdy historia jest tak wielowątkowa i pisana z takim rozmachem, że niemożliwe jest spisanie tego w jednej książce. Niestety spora część cykli to rozwleczone ponad miarę opowieści na jeden tom. Smutne.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamJa też nie lubię cykli.Nie chcę kupować 19 tomów jednej książki.Też bym chciał, by jeden tom był zamknięcie całość.
Ja też nie lubię cykli.Nie chcę kupować 19 tomów jednej książki.Też bym chciał, by jeden tom był zamknięcie całość.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamCykle są straszne, zwłaszcza jak to nowe książki, bo potem się czeka x miesięcy na kolejny, a nie daj Boże wydawnictwo nie podejmie się tłumaczeń...
Cykle są straszne, zwłaszcza jak to nowe książki, bo potem się czeka x miesięcy na kolejny, a nie daj Boże wydawnictwo nie podejmie się tłumaczeń...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamCzasem by się przeczytało "na szybko" jakąś niezobowiązującą powieść fantasy bez konieczności grzęźnięcia w trylogie i wielkie, przytłaczające uniwersum. A co, jeśli pierwszy tom mi się nie spodoba, bo autor rozwodnił akcję na dalsze części? Nie zawsze mam cierpliwość do czytania na siłę. Raz przebrnęłam przez taki mało obiecujący tom pierwszy (cykl Marie Lu "Legenda") i warto było. Za drugim razem część pierwsza tak mnie wynudziła, że nie chciało mi się czytać dalej (Alexandra Bracken "Mroczne umysły").
Czasem by się przeczytało "na szybko" jakąś niezobowiązującą powieść fantasy bez konieczności grzęźnięcia w trylogie i wielkie, przytłaczające uniwersum. A co, jeśli pierwszy tom mi się nie spodoba, bo autor rozwodnił akcję na dalsze części? Nie zawsze mam cierpliwość do czytania na siłę. Raz przebrnęłam przez taki mało obiecujący tom pierwszy (cykl Marie Lu...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejCieszę się, że nie tylko ja uważam, że książki pojedyncze, a przynajmniej planowane jako pojedyncze (bo to nie zawsze autorowi wychodziło), są lepsze. Tak, wolę spędzić z bohaterem jeden intensywny tom, będący popisem wyobraźni pisania, niż otrzymać to samo w rozwodnionej formie. Tak, wiem, że jest sporo "nierozwodnionych" serii, ale nawet wtedy po pierwszej części historia i świat zazwyczaj tracą na świeżości i na palcach obu rąk mogę wymienić przykłady pozycji wyłamujących się z tego schematu. I nie mam potrzeby przywiązywania się do bohaterów, co wielu zalicza do zalet tasiemców.
Cieszę się, że nie tylko ja uważam, że książki pojedyncze, a przynajmniej planowane jako pojedyncze (bo to nie zawsze autorowi wychodziło), są lepsze. Tak, wolę spędzić z bohaterem jeden intensywny tom, będący popisem wyobraźni pisania, niż otrzymać to samo w rozwodnionej formie. Tak, wiem, że jest sporo "nierozwodnionych" serii, ale nawet wtedy po pierwszej części historia...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Przejrzałam moją biblioteczkę i fakt, sporo tam cykli, dylogii, trylogii, tetralogii... :)
Z samodzielnych powieści fantasy dorzuciłabym jeszcze:
- Składany nóż[bookLink]163095|Składany nóż[/bookLink] i Młot[bookLink]190295|Młot[/bookLink] K.J.Parker
- Tigana[bookLink]34749|Tigana[/bookLink], Pieśń dla Arbonne[bookLink]48597|Pieśń dla Arbonne[/bookLink], czy Ostatnie promienie słońca[bookLink]37888|Ostatnie promienie słońca[/bookLink] G.G.Kay
Wszystkie powyższe tytuły serdecznie polecam, są zamkniętymi całościami, nie ma żadnych prequeli, sequeli itd. ;)
Przejrzałam moją biblioteczkę i fakt, sporo tam cykli, dylogii, trylogii, tetralogii... :)
Z samodzielnych powieści fantasy dorzuciłabym jeszcze:
- Składany nóż[bookLink]163095|Składany nóż[/bookLink] i Młot[bookLink]190295|Młot[/bookLink] K.J.Parker
- Tigana[bookLink]34749|Tigana[/bookLink], Pieśń dla Arbonne[bookLink]48597|Pieśń dla Arbonne[/bookLink], czy Ostatnie...
Wielkie cykle fantasy mają swoje wady i zalety, dużo zależy od wyobraźni i umiejętności planowania Autora.
Uwielbiam przywiązywać się do bohaterów i światów, ponadto lubię ostro czytać, więc nie ukrywam, iż często mała objętość jest dla mnie poważną wadą. Ledwie się człowiek zaprzyjaźni z kimś, pozna nowy świat, a tu już koniec. A chciałoby się dłużej i więcej. Dlatego nie przepadam za pojedynczymi książkami, zwłaszcza z gatunku fantasy. A już zwłaszcza za książkami krótkimi. Za to uwielbiam długie cykle, gdyż jest co czytać.
Fantasy jest w ogóle specyficzne, dość naturalny jest dla tego gatunku spory rozmiar. Ostatnio czytam trochę SF i jak zawsze zaskakuje mnie mała objętość tych książek. Tam to właśnie nie jest problem, w przypadku SF taka forma w jakiś sposób "przechodzi" i łatwiej ją zaakceptować. Aczkolwiek i tak często pozostaje uczucie niedosytu, nie ma co ukrywać.
Z kolei wadą rozbudowanych sag, która szczególnie widoczna jest współcześnie (gdzieś od lat 90.), to przerost formy nad treścią. Poza tym wyrażenie "monumentalne fantasy" źle mi się kojarzy. Wiąże go zaraz z Autorem, który chce za wszelką cenę napisać wiekopomne, oczywiście kilkunastotomowe dzieło. Takimi zawyżonymi ambicjami "śmierdziała" mi ostatnio "Droga Królów", o nawiedzonym panu Goodkindzie i jego wyczynach nie wspominam nawet.
Oczywiście, mam zamiar bronić rękami i nogami Martina :) Ocenimy Pieśń... jak już wyjdzie w całości (MOŻE w następnej dekadzie ;)), ale mi wydaje się być dobrze, precyzyjnie zaplanowaną całością i w żadnym momencie mi się nie dłużyła. Piszę to bardzo serio :)
Odnośnie tekstu, jednego nie rozumiem/nie zgodzę się:
"Bo jeżeli ktoś myśli o napisaniu historii fantasy z rozmachem, to koniecznie chce trylogii. Bo to naturalna forma dla takiej literatury, której ewolucja polega co najwyżej na multiplikowaniu – pojawiają się cykle pięcio-, sześcio-, siedmio- czy dziewięciotomowe"
Trylogia to trylogia, opiera się na trójdzielnej strukturze jak sama nazwa wskazuje. Cykl składający się z pięciu książek zupełnie inaczej rozkłada akcję i już trylogią nie jest. Historia podzielona na trzy, mało wspólnego z historią podzieloną na 5, czy 7. Już bardziej na 6, czy 9. Inne proporcje. Powyższy fragment jest więc wg mnie trochę nielogiczny.
Nie zgodzę się również, że to naturalna forma dla tego typu literatury. To po prostu naturalna forma dla wszelkiego rodzaju sztuki - filmu, muzyki, w tym oczywiście również literatury, również z gatunku fantasy. Choć paradoksalnie niektóre z klasycznych sag fantasy wcale nie były trylogiami, ale bardziej rozbudowanych cyklem (bądź nawet kilkoma cyklami). Przykłady sklecone na szybko to Ziemiomorze Ursuli Le Guin, Belgariada Eddingsa, czy Świat Czarownic Andre Norton. Choć z drugiej strony, klasycznych trylogii również nie brakuje.
Niemniej, zgodzę się że literaturą, jak wszystkim, zaczyna rządzić biznes, pieniądz i marketing. Stąd upodabnia się ona do fast-foodów. Jakość fantasy zdaje się mocno na tym ucierpieć, a najlepszym przykładem może być wspominana Droga Królów i dopiero rozpoczynające się Archiwum Burzowego Światła, wobec których mam mieszane uczucia. A także najeżony nieufnością dystans.
Wielkie cykle fantasy mają swoje wady i zalety, dużo zależy od wyobraźni i umiejętności planowania Autora.
Uwielbiam przywiązywać się do bohaterów i światów, ponadto lubię ostro czytać, więc nie ukrywam, iż często mała objętość jest dla mnie poważną wadą. Ledwie się człowiek zaprzyjaźni z kimś, pozna nowy świat, a tu już koniec. A chciałoby się dłużej i więcej. Dlatego nie...
Czuję się zachęcona do przeczytania właściwie każdego wymienionego tytułu (co w przypadku wszelakich zestawień nie jest rzeczą typową). Księga rzeczy utraconych i Cyrk nocy już za mną, i podobnie jak Autor, bardzo (bardzo!) miło wspominam te literackie spotkania, więc pozytywnie zapatruję się na pozostałe propozycje. Sabriel już czeka w ebooku, ale to małżeństwo pisarzy najbardziej kusi po lekturze powyższego tekstu. Świetnie, że pojawiła się też wzmianka o Księdze jesiennych demonów, bo choć w ciemno, i tak ostrzyłam sobie na nią ząbki. Dostałam potwierdzenie przeczucia, że warto spróbować ;-)
Czuję się zachęcona do przeczytania właściwie każdego wymienionego tytułu (co w przypadku wszelakich zestawień nie jest rzeczą typową). Księga rzeczy utraconych i Cyrk nocy już za mną, i podobnie jak Autor, bardzo (bardzo!) miło wspominam te literackie spotkania, więc pozytywnie zapatruję się na pozostałe propozycje. Sabriel już czeka w ebooku, ale to małżeństwo pisarzy...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Temat, wydaje mi się, potraktowany nieco powierzchownie. Czytając, czułem jak najbardziej słuszny wyrzut skierowany w sztuczne trylogie czy zaśmiecające rynek kolejne iteracje tej samej post-apokaliptycznej rzeczywistości, lecz niepotrzebnie wpływający również na wszystko inne, co nie zawiera się w jednym tomie (a pozytywnym przykładom poświęcono skromnie jeden akapit). Z czego wynika następujący sylogizm: a) Fantastyka cyklami stoi b) Cykle są złe - Zatem fantastyka jest zła.
Jeśli opowiadana historia spod znaku heroic fantasy potrzebuje kilku(nastu) tomów - proszę bardzo. Skrócona do jednego tomu "Pieśń Lodu i Ognia" czy również wcześniej wspomniany "Pan Lodowego Ogrodu" nie zyskałyby na intensywności doznań, lecz wręcz przeciwnie - stałyby się płytkie. Także czytelnicy dokładają tu swoją cegiełkę - kto by nie chciał więcej fantasy czytanego dla przyjemności obcowania z opowieścią i bohaterami?
Z drugiej strony, błędem jest rozciąganie na miarę filmowego "Hobbita" i jak zwykle, kluczem do szczęścia jest zachowanie równowagi i zdrowego rozsądku. A czasem zdarzy się, że równowaga zachowana będzie właśnie w okolicach trójki.
Temat, wydaje mi się, potraktowany nieco powierzchownie. Czytając, czułem jak najbardziej słuszny wyrzut skierowany w sztuczne trylogie czy zaśmiecające rynek kolejne iteracje tej samej post-apokaliptycznej rzeczywistości, lecz niepotrzebnie wpływający również na wszystko inne, co nie zawiera się w jednym tomie (a pozytywnym przykładom poświęcono skromnie jeden akapit). Z...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
"poza występowaniem magii i XIX-wieczną Anglią, jej „Cyrk nocy” nie ma z prozą J. K. Rowling nic wspólnego"
Fabuła Harry'ego Pottera nie ma miejsca w XIX wieku. Autorowi chodziło pewnie o Anglię, ale i tak wkradł się mały błąd :)
"poza występowaniem magii i XIX-wieczną Anglią, jej „Cyrk nocy” nie ma z prozą J. K. Rowling nic wspólnego"
Fabuła Harry'ego Pottera nie ma miejsca w XIX wieku. Autorowi chodziło pewnie o Anglię, ale i tak wkradł się mały błąd :)
Halo, a gdzie pan Gaiman i jego... cokolwiek ? Amerykańscy powinni tu być. Zdecydowanie Cyrk nocy to jedna z lepszych książek jakie czytałam, Sabriel to cieple wspomnienie moich początków z fantastyką, może czas sobie przypomnieć w związku z nowym wydaniem pana Nixa :)
Halo, a gdzie pan Gaiman i jego... cokolwiek ? Amerykańscy powinni tu być. Zdecydowanie Cyrk nocy to jedna z lepszych książek jakie czytałam, Sabriel to cieple wspomnienie moich początków z fantastyką, może czas sobie przypomnieć w związku z nowym wydaniem pana Nixa :)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamJestem fanem Gaimana-komiksiarza, ale nie powieściopisarza;] "Amerykańskich..." czytałem wersję autorską, dłuższą, i może dlatego była przegadana.
Jestem fanem Gaimana-komiksiarza, ale nie powieściopisarza;] "Amerykańskich..." czytałem wersję autorską, dłuższą, i może dlatego była przegadana.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamJa jestem fanką Gaimana jako pisarza i uważam, że najlepsze jego dzieła to opowiadania. W temacie pojedynczych książek to nie umieściłabym na liście "Amerykańskich bogów" (przecież są jeszcze "Chłopaki Anansiego" które można nazwać luźną kontynuacją lub powieścią nawiązującą do "Amerykańskich bogów"), tylko "Ocean na końcu drogi", "Nigdziebądź" i "Dobry omen", który Gaiman napisał razem z Pratchettem. :)
Ja jestem fanką Gaimana jako pisarza i uważam, że najlepsze jego dzieła to opowiadania. W temacie pojedynczych książek to nie umieściłabym na liście "Amerykańskich bogów" (przecież są jeszcze "Chłopaki Anansiego" które można nazwać luźną kontynuacją lub powieścią nawiązującą do "Amerykańskich bogów"), tylko "Ocean na końcu drogi", "Nigdziebądź" i "Dobry omen",...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Szczerze mówiąc, po "Amerykańskich bogach" czułam się zawiedziona - nazywani jego najlepszą książka, a mnie jakoś nie zachwycili. Za to w niewielkim "Oceanie" się zakochałam.
A z pojedynczych dzieł warto jeszcze wymienić mało znanego "Szardika" Richarda Adamsa (szkoda, że u nas jest tylko jedno stare wydanie w beznadziejnej okładce) czy "Nieśmiertelnego" Catherynne M. Valente. A idąc w kierunku naszej polskiej literatury, oryginalne są "Inne Pieśni" Dukaja.
Mnie też niekiedy drażnią bardzo rozbudowane cykle i lubię sięgać po samodzielne utwory. Ale na szczęście nie jest ich tak mało, jak mogłoby się wydawać - po prostu niektóre nie rzucają się w oczy i nie są tak promowane, jak monumentalne serie. Ale wystarczy dobrze poszukać ;-)
Szczerze mówiąc, po "Amerykańskich bogach" czułam się zawiedziona - nazywani jego najlepszą książka, a mnie jakoś nie zachwycili. Za to w niewielkim "Oceanie" się zakochałam.
A z pojedynczych dzieł warto jeszcze wymienić mało znanego "Szardika" Richarda Adamsa (szkoda, że u nas jest tylko jedno stare wydanie w beznadziejnej okładce) czy "Nieśmiertelnego" Catherynne M....
Bardzo interesujące zestawienie. Moja półka Chcę przeczytać wzbogaciła się o trzy nowe pozycje. "Popiół i kurz" to chyba moja ulubiona książka Grzędowicza - może czas do niej wrócić :)
Bardzo interesujące zestawienie. Moja półka Chcę przeczytać wzbogaciła się o trzy nowe pozycje. "Popiół i kurz" to chyba moja ulubiona książka Grzędowicza - może czas do niej wrócić :)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamNajlepszą książką Grzędowicza jest "Księga jesiennych demonów". To bezdyskusyjnie. To arcydzieła krotkiej formy.
Najlepszą książką Grzędowicza jest "Księga jesiennych demonów". To bezdyskusyjnie. To arcydzieła krotkiej formy.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamDobra, to wrócę do całego Grzędowicza i może w końcu przeczytam 4 tom PLO, bo czekałam na niego tyle lat, a póki co nadal leży na półce i czeka aż sobie przypomnę co było we tomach 1-3.
Dobra, to wrócę do całego Grzędowicza i może w końcu przeczytam 4 tom PLO, bo czekałam na niego tyle lat, a póki co nadal leży na półce i czeka aż sobie przypomnę co było we tomach 1-3.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamOj tak, po jesiennych demonach to naprawdę się wytrąciłam z równowagi na dobrych kilka dni.
Oj tak, po jesiennych demonach to naprawdę się wytrąciłam z równowagi na dobrych kilka dni.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam








