Niewidomi pisarze i poeci. Opisują świat, który czują
Homer, Milton, Sue Townsend (pod koniec życia), Jadwiga Stańczakowa, Agnieszka Pietrzyk. Wydawać by się mogło, że to losowo wybrane nazwiska. Antyczny poeta i autorka współczesnych kryminałów stoją w jednym szeregu. Dlaczego? Co ich łączy? Byli i są niewidomymi ludźmi literatury. Na pomysł napisania o nich wpadłem po lekturze kolejnego tomu Mirona Białoszewskiego i informacji o wznowieniu przepięknego „Ślepaka” Jadwigi Stańczakowej. Po zgłębieniu tematu i dyskusjach także z niewidomymi czytelnikami okazało się, że niewidomi czy ociemniali autorzy to grupa wbrew pozorom dość liczna.
Homer – postać na poły mityczna
Homer to prawdopodobnie najstarszy chronologicznie niewidomy autor. Niewidomy i bardzo tajemniczy. Są tacy, którzy twierdzą, że ktoś taki nigdy nie istniał, a jego dzieła to zapis pracy całego pokolenia poetów. Te wątpliwości pojawiały się już w starożytnej Grecji i Aleksandrii.
Większość badaczy przychyla się do tego, że Homer był postacią historyczną i rzeczywistym autorem „Iliady” oraz „Odysei”. Zwolennicy jego istnienia w czasach starożytnych twierdzili, że nawet półbogiem – Melesigenesem, synem boga rzeki Meles i nimfy Kreteis. Współcześnie aby stwierdzić, czy „Iliadę” i „Odyseję” napisał ten sam autor, do badań zaprzęgnięto nawet sztuczną inteligencję i przy użyciu komputerów przeanalizowano teksty pieśni. Wyniki potwierdziły, że napisała je jedna osoba, w charakterystyczny sposób (pewnie pamiętają Państwo ze szkoły heksametr daktyliczny). Jego dzieła powstawały jako pieśni przekazywane ustnie w VIII wieku przed naszą erą. Spisano je dopiero wiele lat po śmierci poety. Stąd zapewne wątpliwości i dyskusja toczona od czasów starożytnych do dziś.
Niewykluczone, że pewne cechy Homera przejęła jedna z postaci „Odysei” – niewidomy pieśniarz Demodokos. Być może Homer był aojdem – pieśniarzem – wędrującym od domu do domu; były to przeważnie domy ludzi bogatych. Aojdów czasem oślepiano, twierdząc, że dzięki temu lepiej będzie funkcjonować ich pamięć.
John Milton dyktował dzieło swego życia
Był angielskim poetą i pisarzem. Wspominanie o nim w tekście dla lubimyczytać.pl jest odrobinę ryzykowne. Biografowie twierdzą bowiem, że stracił wzrok, nadwyrężając oczy podczas pracy w kancelarii Olivera Cromwella. Nie owijając w bawełnę – ślęczał nad książkami, czytał i pisał… (tu społeczność portalu uśmiecha się ze zrozumieniem, a niektórzy poprawiają okulary). Wzrok stracił ostatecznie w roku 1652 i dzieło swego życia, „Raj utracony”, dyktował. Niektórzy biografowie podają, że spisywały je między innymi jego córki, ten obraz utrwaliła ikonografia.
Prawdopodobnie pracowali z nim: sekretarz, dwóch jego bratanków oraz jedna z córek – Deborah. Praca polegała na spisywaniu dyktowanych strof – przeważnie o poranku (poeta układał je w nocy), kopiowaniu i, co ważne, ponownym odczytywaniu. Melodia wiersza miała wszak bardzo duże znaczenie – metrum to rytm, a rytm trzeba słyszeć. Wersy musiały być zatem odczytane z dobrą dykcją i odpowiednim akcentowaniem. Dzieła niewidomego Homera spisywano kilkaset lat po powstaniu, Milton mógł pracować nad swoimi wierszami od razu – jednak w obu przypadkach strofy najpierw brzmiały, a dopiero potem ubierano je w mniej lub bardziej strojne litery.
Badacze literatury twierdzą, że styl Miltona korespondował ze stylem Homera. „Raj utracony” to przecież także epos, tyle że osadzony w tradycji i historii chrześcijańskiej. Jeszcze silniej teologiczne rozważania podkreśla kontynuacja, czyli „Raj odzyskany” – także dyktowany przez ociemniałego autora.

Czy to „brzmienie wiersza” ma większe znaczenie, w przypadku gdy autor nie może posługiwać się wzrokiem? Aojdów w starożytnej Grecji oślepiano. Stąd może starożytna poezja zyskała metrum jako swój znak rozpoznawczy. Melodia (choć niektórzy twierdzą, że raczej kakofonia) ma wszak olbrzymie znaczenie w dziele pisanym przez ociemniałego już praktycznie Jamesa Joyce’a. Mam na myśli „Finneganów tren”. To już jednak temat na, być może, pracę doktorską lub wręcz habilitacyjną z pogranicza literatury i kognitywistyki… O ile już takowa nie powstała.
Jadwiga Stańczakowa – czyli skok w czasie o trzysta lat
O ile „Finneganów tren” brzmi jak utwór oparty na dodekafonii, o tyle tekst „Ślepaka” przywodzi na myśl pieszczącą ucho klasyczną i melodyjną muzykę Czajkowskiego. Książka to w zasadzie zbiór tekstów autobiograficznych, w których niektóre postacie ukryte są pod pseudonimami, jak choćby jej przyjaciel Miron Białoszewski, córka Anna i zięć Tadeusz. Użycie pseudonimów jeszcze bardziej podkreśla delikatność prozy Jadwigi Stańczakowej. Mają one chronić opisywane osoby, ich prywatność. Oczywiście klucz do rozszyfrowania bohaterów nie jest zbyt skomplikowany, podobnie zresztą jak w kojarzących się z utworami perkusyjnymi rwanych zapiskach Białoszewskiego. Jadwiga występuje w jego prozie pod swoim imieniem i jest obecna w zasadzie non stop.
„Ślepak” to zapis trudnych lat życia w warszawskim getcie, ucieczki z niego, desperackich prób ratowania rodziców, chęci życia i cieszenia się nim mimo wszystko. Może to tylko subiektywne odczucie, ale podczas lektury odnosiłem wrażenie, że Jadwiga Stańczakowa starała się zawsze odnajdywać jakieś ładniejsze strony życia. Jej proza, poezja zresztą też, stawia tamę złu – blokując je pięknem. Może spłycam, nawiązując do popkulturowych wzorców, ale to takie gandalfowe „You shall not pass!” stawiane na przekór okropieństwom czającym się dookoła.
Michał Kaziów i Marcin Ryszka – opisują swój świat
„Gdy moim oczom” Michała Kaziowa i „Nie widzę przeszkód” Marcina Ryszki oraz Jakuba Białka to książki i autobiograficzne, i edukujące.
Autor pierwszej z wymienionych zmagał się z trudnościami wręcz niewyobrażalnymi, bowiem w wyniku wybuchu miny stracił nie tylko wzrok, ale i obie ręce. Poznał alfabet Braille’a, czytając sześciopunkt… górną wargą. W czasach kiedy magnetofon dopiero wchodził do powszechnego użytku (o tym, jak ważne było dla niej nagrywanie, pisze też Jadwiga Stańczakowa), skończył (pracując!) liceum – poznańskiego Marcinka, potem polonistykę na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza, i obronił doktorat. Michał Kaziów stworzył definicję słuchowiska radiowego jako oddzielnego gatunku literackiego. „Gdy moim oczom” to pisana trochę w starym stylu autobiografia, w środowisku niewidomych doskonale znana. Gdy podczas dyskusji z kilkoma niewidomymi osobami padło nazwisko Kaziowa, wszyscy zareagowali nieomal odruchowym: „Jasne, że znamy”.
„Nie widzę przeszkód” to nie tyle autobiografia, co opis stylu życia. Napisana dynamicznym, dziennikarskim stylem, co nie dziwi, zważywszy na to, że Marcin Ryszka ma w swoim CV współpracę z portalem Weszło.fm. Książka jest jednocześnie zapisem chwil i subiektywnym opisem świata, którego nie widać. Nie znaczy to jednak, że go nie ma. Jest, i jest światem niezwykle atrakcyjnym. Autor dyktował treść Jakubowi Białkowi, z wyjątkiem posłowia, które napisał już sam na maszynie. Obie książki opisują świat i postrzeganie „niczego” (wzięte z treści „Nie widzę przeszkód”) z zupełnie różnych stron. Dla Michała Kaziowa każdy dzień jest zmuszaniem własnego ciała do pracy, naginaniem go do swojej woli, szukaniem drogi do informacji. Marcin Ryszka żyje w zupełnie innych czasach, media elektroniczne są dla niego codziennością, jest wysportowanym (paraolimpijczyk, kapitan reprezentacji Polski w blind-footballu) młodym człowiekiem, a niemal każde zdanie jego książki wręcz tchnie energią i optymizmem. Mimo że stracił wzrok w wieku pięciu lat i na pewno życie go nie rozpieszczało.
Gdy „widzenie niczego” nie jest tematem wiodącym
Namówiłem do dyskusji o książkach kilka niewidomych osób. Pytałem, jakie książki pisane przez niewidomych autorów są popularne w środowisku. Magdalena Rutkowska, artystka, ekspertka do spraw dostępności, także dziennikarka, stwierdziła, że często dość już ma czytania o kolejnych zmaganiach z niepełnosprawnością. Magdalena jest, żeby było to do końca jasne, osobą niewidomą. Okazało się, że nazwisk współczesnych, piszących po polsku niewidomych autorów jest całkiem sporo: Radosław Morawski ze Stowarzyszenia De Facto podsunął mi nazwisko Katarzyny Zawodnik z Krakowa i jej dystopijną powieść „Zapisz zmiany”, w której słyszę dalekie echa „Nie opuszczaj mnie” Kazuo Ishiguro. Tomasz Wandzel, którego podsunęła Aneta Pińkowska, również z De Facto – odnoszę wrażenie, że przede wszystkim lubi opowiadać historie, a gatunek literacki, jakiego do tej opowieści używa, jest dla niego drugorzędny. Od Beaty Wiśniewskiej dowiedziałem się, że niewidoma jest autorka thrillerów i kryminałów Agnieszka Pietrzyk. Jej „Las zaginionych” wydano pod patronatem lubimyczytać.pl. Stworzyła swoją autorską, elbląską serię thrillerów z parą: policjant – pani prokurator. Małgorzata Zuber – koordynatorka projektów dla osób z dysfunkcją wzroku w bydgoskiej Fundacji Ari Ari – przypomniała w czasie rozmowy także o poetkach. Oprócz Jadwigi Stańczakowej to między innymi również aktorka Zofia Książek-Bregułowa, która straciła wzrok w powstaniu warszawskim.
Niewidomi i ociemniali pisarze nie zawsze więc piszą wyłącznie o swojej niepełnosprawności, choć niektórzy – tu raz jeszcze pozwolę sobie przypomnieć Jadwigę Stańczakową – potrafią o niej pisać pięknie i w sposób absolutnie pozbawiony patosu. Siłą rzeczy nie wymieniłem pisarzy z innych kręgów językowych – choćby Jorge Luisa Borgesa, który stracił wzrok w wieku dojrzałym, mimo tego nadal publikował i objął posadę dyrektora argentyńskiej Biblioteki Narodowej (nową pracę i stwierdzenie choroby oczu w tym samym roku pisarz potraktował jako ironię losu).
Tradycyjnie zachęcam do podzielenia się w komentarzach własnymi doświadczeniami. Może wspólnie odkryjemy nowe nazwiska i uzupełnimy realne lub wirtualne półki o nowe tomy.
Tekst po raz pierwszy ukazał się w 2022 roku.
komentarze [21]
Nabrałam ochoty na przeczytanie "Raju utraconego".
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam


















