-
Artykuły
„Kawa z Mistrzem Zbrodni” – wygraj spotkanie z Wojciechem Chmielarzem z okazji Światowego Dnia Książki
LubimyCzytać7 -
Artykuły
"Przejścia. Którędy do miłości" Natalii de Barbaro. Mamy dla Was 40 egzemplarzy książki!
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Czytamy w weekend. 10 kwietnia 2026
LubimyCzytać445 -
Artykuły
Nadciąga Gwiazdozbiór Kryminalny!
LubimyCzytać8
Książki wolno dojrzewające
Rynek przyzwyczaił nas, że autor to ktoś, kto nową książkę publikuje co roku. Albo lepiej: co pół roku, co kwartał, a może i dziesięć książek w dwanaście miesięcy. Kończysz czytać jedną książkę, nowy tytuł od twojego ulubionego pisarza już czeka w kolejce. Nie wszyscy wytrzymują to mordercze tempo. Nie wszyscy powinni – niektóre opowieści potrzebują czasu, niektórych historii nie da snuć w pośpiechu.
Co roku w okolicach września spodziewam się nowej powieści Jakuba Małeckiego. Łukasz Orbitowski od „Szczęśliwej ziemi” (2013) pisze jedną powieść co dwa lata. Wojciech Chmielarz ma nieco nierówne tempo, zdarza mu się czasami przyśpieszyć („Cienie” i „Żmijowisko” w 2018 roku, „Wyrwa” i „Prosta sprawa” w 2020), ale generalnie od roku 2012 podobnie jak Małecki stara się trzymać tempo „raz do
roku”. Sęk w tym, że panowie zaczynają zostawać w tyle. Zwłaszcza na polu kryminałów i thrillerów powoli normą staje się wojna na wyniszczenie konkurencji poprzez fizyczne zepchnięcie jej z półek swoimi książkami.
Małgorzata Rogala – 7 tomów serii o Agacie Górskiej i Sławku Tomczyku w 4 lata; Max Czornyj – 15 książek w latach 2017-2020; Jakub Szamałek – trylogia „Ukryta sieć” w niecałe dwa lata; Robert Małecki – 7 książek w latach 2016-2020; Remigiusz Mróz – nie chce mi się liczyć. Oczywiście, to nie tak, że tylko „kryminalni” mają monopol na pisarskie maratony, bo choćby Andrzej Pilipiuk od czasu „Kronik Jakuba Wędrowycza” z 2001 roku opublikował coś koło 40 książek, a to nie licząc tych blisko dwudziestu, pisanych pod pseudonimem, w cyklu o Panu Samochodziku.
Pytanie, kiedy taki cykl wydawniczy przestaje być specyfiką wybranych autorów i autorek, a staje się branżową normą. (Wiem, że autorzy już słyszą, że jedna nowość raz w roku to za mało. Wiem o autorach i autorkach korzystających z ghostwriterów.) Pytanie, czy jako czytelnicy i czytelniczki powinniśmy kibicować takim przemianom, upowszechnieniu obrazu pisarza/pisarki jako kogoś, kto regularnie, szybko, dostarcza nam nowych treści, niczym Marvel wypuszczający kolejne filmy z Avengersami albo platformy streamingowe ogłaszające zamówienie 3. sezonu danego serialu w dniu premiery odcinka pilotowego.
Rynek ma swoje prawa. Które my, czytelnicy i czytelniczki (klienci i klientki), dyktujemy. Wedle współczesnych rynkowych praw J.R.R. Tolkien, zamiast poświęcać długich 17 lat na pracę nad „Władcą pierścieni”, po sukcesie „Hobbita” winien „dostarczać” wydawcy tego, czego ten oczekiwał – kolejnych historyjek dla dzieci. Stało się inaczej, mimo iż pierwotny plan Tolkiena był dokładnie taki – napisać kontynuację „Hobbita”, utrzymaną w podobnym tonie. Stało się inaczej, bo Tolkien miał luksus zmiany zdania, popełniania błędów, literackiego błądzenia, pisania i przepisywania, kreślenia, gniecenia i wyrzucania. Może nie jest to najbardziej efektywna metoda pracy twórczej, ale najwyraźniej niekiedy inaczej się nie da.
Paolo Bacigalupi, autor SF, opowiadał mi, że pierwszy rozdział powieści „Nakręcana dziewczyna” przepisywał blisko 30 razy. Opłacało się – jego debiut był fenomenem, trafił nawet na listę magazynu „Time” najlepszych książek wydanych po roku 1921. Na drugą powieść dla dorosłych kazał nam czekać długie sześć lat, i znów okazało się, że cierpliwość popłaca, bo „Wodny nóż” to książka jeszcze lepsza, a do tego niezwykle aktualne i poruszające SF dotyczące zmian klimatycznych.
Widzicie, wielkości nie da się stworzyć ot tak, na zawołanie. Jeszcze trudniej jest z kolei nie strącić poprzeczki, którą wcześniej samemu zawiesiło się niebotycznie wysoko. Peter Watts, którego wydane w 2006 roku „Ślepowidzenie” okazało się jedną z najważniejszych powieści fantastycznych w historii, jej kontynuację wydał dopiero w roku 2014 – „Echopraksja” dorównuje wielkiej poprzedniczce. Podobnie Charles Yu w 2010 narobił szumu debiutem „Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie”, czyli niezwykle oryginalnym spojrzeniem na temat podróży w czasie. Rzeczony „szum” był na tyle donośny, że Yu to obecnie scenarzysta takich produkcji jak „Westworld” czy „Legion”. Jego druga powieść, „Interior Chinatown”, ukazała się na dopiero na początku tego roku, czyli dekadę po „Jak przeżyć…” i przebiła oczekiwania, okazując się powieścią jeszcze ciekawszą i jeszcze oryginalniejszą niż głośny debiut.
Weźmy świeży przykład – ukazujące się właśnie w Polsce „Bezgwiezdne morze” to druga powieść Erin Morgenstern. Jej debiutem był wydany w 2011 roku „Cyrk nocy”, który uczynił z niej gwiazdę. Jak opisywała to sama Morgenstern, „to wszystko niesamowitego, co mówiono mi, że nie może przydarzyć się debiutantce, mnie się przydarzyło”. Co robić po takiej pierwszej powieści? Brać się za kolejną – kuć żelazo, póki gorące. Tyle że Morgenstern to nie ten typ pisarki. „Nie piszę każdego dnia” – mówiła w wywiadzie dla BookPage.com. „Czasami mijają dnie lub tygodnie, gdy w ogóle nie piszę” – dodawała. Autorka „Cyrku nocy” nie pracuje z przygotowanym wcześniej streszczeniem, historię odkrywa więc w miarę pisania. I błądzi – przy „Bezgwiezdnym morzu” napisała około 100 stron, które następnie wyrzuciła do kosza, bo wtedy wpadło jej do głowy zdanie otwierające powieść: „W piwnicy jest pirat”. Co więcej, nawet gdy już ukończyła książkę, gdy oddała ją do wydawcy, nie przestawała w niej „grzebać”, zakończenie zmieniała „jakieś milion razy”, co miało doprowadzać jej redaktorów do szału.
W tym szaleństwie musiała jednak być metoda, bo „Bezgwiezdne morze” to nie tylko książka lepsza od „Cyrku nocnego”, ale też bardzo ciekawa formalnie historia fantastyczna, odrzucająca reguły klasycznego opowiadania historii, zamiast tego łącząca wiele opowieści, w przedziwny sposób żonglująca pojęciami „rzeczywistości” i „fikcji literackiej”. A zakończenie – to zmieniane milion razy – jest doskonałe, gorzkie, idealne.
Sukces debiutu może zresztą nie tyle dawać energię do dalszej pracy, ale wręcz paraliżować. Susanna Clarke niedawno powróciła do księgarń z nową książką – 16 lat po tym, jak cały świat podbił jej fenomenalny debiut „Jonathan Strange i Pan Norrell”. To opasłe tomiszcze sprzedało się w oszałamiającej liczbie 4 mln egzemplarzy. Co więc zrobiła Clarke? Wzięła się do pracy nad kontynuacją. I utknęła na mniej więcej dekadę, pogrążając się w chronicznym zmęczeniu. „Wydaje mi się, że jednym z objawów zespołu chronicznego zmęczenia jest niemożność podejmowania decyzji” – opowiadała „The Guardian”. „Nie byłam w stanie wybierać między jedną a drugą wersją zdania, ani między tym, w którym kierunku powinna toczyć się historia. Opowieść rozrosła się więc jak nieprzycinany krzew, rozgałęziający się we wszystkich kierunkach. Oto obecny stan kontynuacji »Jonathana Strange’a…«.”
Nowa powieść jednak powstała i w tym roku ukazała się w Wielkiej Brytanii, bo po latach (zainspirowana wizytą na planie ekranizacji swojej debiutanckiej książki) Susanna Clarke zdecydowała się odłożyć projekt, którego wszyscy od niej oczekiwali, i wrócić do starego, bardziej kameralnego pomysłu. „Piranesi” to skromna książka, opisująca wizję niezwykłego Domu, w którego piwnicach uwięziony jest ocean, a na którego górnych piętrach pływają obłoki. To cudownie dziwaczna opowieść-zagadka, świadectwo niezwykłej wyobraźni Clarke, ale też popis jej pięknego stylu. (W Polsce powieść opublikuje wydawnictwo MAG, możliwe, że jeszcze w tym roku.)
„Piranesi” powstało, bo Susanna Clarke mogła sobie pozwolić na popełnienie pisarskiego błędu. Bo mogła oderwać się od tego, czego wymaga od niej rynek.
Widzicie, nie wszyscy pisarze i nie wszystkie pisarki lubią pisać. Zapytajcie Zygmunta Miłoszewskiego. Sam akt siedzenia przed ekranem i klepania w klawiaturę to dla niego coś nieprzyjemnego. Gdyby to zależało od twardej ręki rynku książki, Miłoszewski „produkowałby” kolejne tomy o prokuratorze Szackim, pewnie średnio co kwartał, może jeszcze przeplatając z jakąś inną serią. Albo miałby troje ghostwriterów, klepiących te książki za niego. Tymczasem Miłoszewski obecnie na jedną książkę potrzebuje dwóch-trzech lat. Pisze powoli cierpliwie, ale pisze i daje nam kolejne historie.
Osoby pracujące na tym rynku lubią powtarzać, że książka nie jest standardowym produktem. Wydawcy lubią o tym przypominać, gdy dyskusja dotyczy na przykład regulacji prawnych, które miałyby wspierać kulturę (regulacji potrzebnych, wyczekiwanych i oczywistych!). Skoro jednak książka to nie produkt, to pisarze i pisarki nie są taśmami produkcyjnymi – może więc warto przestać ich tak traktować.
Nie twierdzę, że należy przywiązywać piszących ekspresowo do krzeseł i reglamentować im czas dozwolony na tworzenie. Jednocześnie jednak nie powinno się traktować jako normy publikacji książki co kwartał i przyzwyczajać czytelników i czytelniczki, że więcej znaczy lepiej.
Fotografia otwierająca: Pixabay / Pexels
komentarze [40]
Moim zdaniem w tym przypadku więcej znaczy gorzej. Popatrzcie na takiego Mroza. Jego książki to głównie zbiór dialogów bez większej głębi. A jakby tak siadł nad jedną powieścią i ją porządnie dopracował? Mogłoby być naprawdę coś pięknego. A tak klepie bez zastanowienia.
Moim zdaniem w tym przypadku więcej znaczy gorzej. Popatrzcie na takiego Mroza. Jego książki to głównie zbiór dialogów bez większej głębi. A jakby tak siadł nad jedną powieścią i ją porządnie dopracował? Mogłoby być naprawdę coś pięknego. A tak klepie bez zastanowienia.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamWolę "wolno dojrzewające" . Wiesław Myśliwski pisze rzadko, ale za to każde słowo jest tam idealnie dopasowane. Jego książki są jak domy budowane z kamieni bez tynku.
Wolę "wolno dojrzewające" . Wiesław Myśliwski pisze rzadko, ale za to każde słowo jest tam idealnie dopasowane. Jego książki są jak domy budowane z kamieni bez tynku.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamPodpisuję się obiema rękami. Kilka lat temu "odkryłam" Wiesława Myśliwskiego i cieszę się, że jeszcze wszystkiego nie przeczytałam.
Podpisuję się obiema rękami. Kilka lat temu "odkryłam" Wiesława Myśliwskiego i cieszę się, że jeszcze wszystkiego nie przeczytałam.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
Po tym artykule aż się prosi zacytować:
"...U nas wszyscy piszą, nikt nie czyta. Krytycy też nie. To ja to pierdolę, wie pan."
Instalacja Idziego[bookLink]55770|Instalacja Idziego[/bookLink]
I proszę się nie oburzać na niecenzuralne słowo, bo to cytat. Jeden z moich ulubionych zresztą.
Po tym artykule aż się prosi zacytować:
"...U nas wszyscy piszą, nikt nie czyta. Krytycy też nie. To ja to pierdolę, wie pan."
Instalacja Idziego[bookLink]55770|Instalacja Idziego[/bookLink]
I proszę się nie oburzać na niecenzuralne słowo, bo to cytat. Jeden z moich ulubionych zresztą.
Parsknęłam śmiechem przy "Remigiusz Mróz – nie chce mi się liczyć."
Jeśli odłożenie kolejnego tomu w czasie wiąże się z jakością, jestem za.
Parsknęłam śmiechem przy "Remigiusz Mróz – nie chce mi się liczyć."
Jeśli odłożenie kolejnego tomu w czasie wiąże się z jakością, jestem za.
Przestańcie już z tym Ślepowidzeniem. Tego gniota nie da się czytać.
Przestańcie już z tym Ślepowidzeniem. Tego gniota nie da się czytać.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamTeż mam problem z tą książką. Styl Wattsa jest koszmarny, trzeba przedzierać się przez słowa by dotrzeć do sedna znaczenia treści. Strasznie mnie zmęczyła. Ta kwiecistość, paralele, poetyka i środki wyrazu. Kompletnie nie potrzebne. Idea fajna ale dopiero nabiera sensu PO przeczytaniu i odstaniu tak, że umysł sam stosuje brzytwę Ockhama. Facet się przygotował (świetny appendix) ale czytanie to udręka.
Też mam problem z tą książką. Styl Wattsa jest koszmarny, trzeba przedzierać się przez słowa by dotrzeć do sedna znaczenia treści. Strasznie mnie zmęczyła. Ta kwiecistość, paralele, poetyka i środki wyrazu. Kompletnie nie potrzebne. Idea fajna ale dopiero nabiera sensu PO przeczytaniu i odstaniu tak, że umysł sam stosuje brzytwę Ockhama. Facet się przygotował (świetny...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejTakeshi 3 Kossakowskiej waiting rooom ...
Takeshi 3 Kossakowskiej waiting rooom ...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamBo ludzie czytający tylko nowości nie mają żadnego odniesienia do klasyki, która jest im na każdym kroku obrzydzana przez wszechobecne media, tak więc średnio rozgarnięty pisarzyna będzie w stanie zręcznymi wodotryskami ich zachwycić i stworzyć "arcydzieło". Mania serialowa i kręcenia kolejnych remake'ów dobrych pierwowzorów lub ekranizacji książek robi swoje - powoduje intelektualne rozleniwienie i spłycenie. I potem jest lament i płacz, że społeczeństwa stają się bezwolną masą, które średnio rozgarnięci politycy mogą formować, jak im się żywnie podoba. To jest w sumie już całkiem zabawne (i tragiczne zarazem), że najpierw media robią z ludzi idiotów, a potem każą im się buntować przeciwko czemuś, co tak naprawdę same sprokurowały. Dobrych książek, ale takich naprawdę robiących wrażenie językiem, przemyślaną strukturą, konceptem, podejściem do czytelnika jako równorzędnego partnera, a nie kogoś, komu trzeba wszystko tłumaczyć niczym krowie na budowie, zdarza się u nas kilka na dekadę (a może i dłużej), reszta to chłam wyniesiony pod niebiosa przez zainteresowane strony. Zresztą literatura zagraniczna cierpi na to samo.
Bo ludzie czytający tylko nowości nie mają żadnego odniesienia do klasyki, która jest im na każdym kroku obrzydzana przez wszechobecne media, tak więc średnio rozgarnięty pisarzyna będzie w stanie zręcznymi wodotryskami ich zachwycić i stworzyć "arcydzieło". Mania serialowa i kręcenia kolejnych remake'ów dobrych pierwowzorów lub ekranizacji książek robi swoje - powoduje...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejw punkt...
w punkt...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamW pełni się zgadzam. Tzw. rynek wydawniczy bazuje na tym, że ludzie są zalewani wątpliwej jakości produktami nie mając odniesień do dobrej literatury. Ale wytrawne wino też nie od razu smakuje, trzeba do niego dojrzeć. Dlatego moim zdaniem to świetnie, że ludzie czytają książki, nawet te taśmowo produkowane, zawsze jest szansa, że kiedyś zechcą spróbować czegoś innego, bardziej wyrafinowanego.
W pełni się zgadzam. Tzw. rynek wydawniczy bazuje na tym, że ludzie są zalewani wątpliwej jakości produktami nie mając odniesień do dobrej literatury. Ale wytrawne wino też nie od razu smakuje, trzeba do niego dojrzeć. Dlatego moim zdaniem to świetnie, że ludzie czytają książki, nawet te taśmowo produkowane, zawsze jest szansa, że kiedyś zechcą spróbować czegoś innego,...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
IMO jest nieco odwrotnie - podaje się to czego odbiorcy CHCĄ. Nie ma jakiejś ukrytej agendy by ogłupiać społeczeństwo "niską kulturą", społeczeństwo chce po prostu panem et circenses. Analitycy sprawdzają co się sprzedaje i pod te badania się produkuje. Nie ulegajcie złudnemu wrażeniu, że "ja mam inne oczekiwania i znam ludzi którzy mają podobnie" co ma stanowić o oczekiwaniach (większości). Wystarczy spojrzeć na LC TOP100 :) https://lubimyczytac.pl/top100
Więc nie oszukujmy się, media dają to czego odbiorcy chcą, co kupią i skonsumują. Jakość/wartość to pojęcia względne a nikt nic nie będzie robił jeśli mu się przynajmniej koszta nie zwrócą..
IMO jest nieco odwrotnie - podaje się to czego odbiorcy CHCĄ. Nie ma jakiejś ukrytej agendy by ogłupiać społeczeństwo "niską kulturą", społeczeństwo chce po prostu panem et circenses. Analitycy sprawdzają co się sprzedaje i pod te badania się produkuje. Nie ulegajcie złudnemu wrażeniu, że "ja mam inne oczekiwania i znam ludzi którzy mają podobnie" co ma stanowić o...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejNie śledzę nowości, nie czekam, nie emocjonuję się... To, czy autor pisze dużo, czy mało, mało mnie obchodzi. Oczywiście, jest rynek, oczywiście, jest popyt i podaż, i reklamy, i ekranizacje, i... i... ale... czy ja się muszę tym przejmować?
Nie śledzę nowości, nie czekam, nie emocjonuję się... To, czy autor pisze dużo, czy mało, mało mnie obchodzi. Oczywiście, jest rynek, oczywiście, jest popyt i podaż, i reklamy, i ekranizacje, i... i... ale... czy ja się muszę tym przejmować?
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
Z tymi, którzy piszą za dużo czytelnik zawsze może sobie poradzić. Nie czytając ich.
Większym problemem są ci, którzy piszą za mało. To oznacza niestety niedomknięte cykle. Bywa tak, że czytelnicy już stracili nadzieję na dalszy ciąg i zamknięcie dobrze zapowiadającej się historii.
Z tymi, którzy piszą za dużo czytelnik zawsze może sobie poradzić. Nie czytając ich.
Większym problemem są ci, którzy piszą za mało. To oznacza niestety niedomknięte cykle. Bywa tak, że czytelnicy już stracili nadzieję na dalszy ciąg i zamknięcie dobrze zapowiadającej się historii.
"Rynek przyzwyczaił nas, że autor to ktoś, kto nową książkę publikuję co roku." Poprawcie.
"Rynek przyzwyczaił nas, że autor to ktoś, kto nową książkę publikuję co roku." Poprawcie.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamKiedy okazało się, że niejaki Mróz produkuje 8-9 książek rocznie, przestałem się interesować jego twórczością. Pomysły ma niezłe, to fakt, ale niechlujnego, byle jakiego pisarstwa nie aprobuję.
Kiedy okazało się, że niejaki Mróz produkuje 8-9 książek rocznie, przestałem się interesować jego twórczością. Pomysły ma niezłe, to fakt, ale niechlujnego, byle jakiego pisarstwa nie aprobuję.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamPecunia non olet. Sukces ekonomiczny nie musi iść w parze z jakością, a raczej rzadko kiedy idzie przy zwiększeniu ilości. A wspomniany autor stał się już synonimem masowej produkcji książek - gdzieś w necie znalazłem określenie pewnego publicysty "Remigiusz Mróz polskiej prawicy", z uwagi na masowo wydawane przez niego pozycje.
Pecunia non olet. Sukces ekonomiczny nie musi iść w parze z jakością, a raczej rzadko kiedy idzie przy zwiększeniu ilości. A wspomniany autor stał się już synonimem masowej produkcji książek - gdzieś w necie znalazłem określenie pewnego publicysty "Remigiusz Mróz polskiej prawicy", z uwagi na masowo wydawane przez niego pozycje.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamJak dla mnie to to jest niemożliwe, żeby jedna osoba tyle książek pisała, choćby nie wiem jakie byłyby to gnioty. Nawet jedna książka rocznie to i tak dobre tempo, ale dziewięć? Pachnie do ghostwriterami na kilometr.
Jak dla mnie to to jest niemożliwe, żeby jedna osoba tyle książek pisała, choćby nie wiem jakie byłyby to gnioty. Nawet jedna książka rocznie to i tak dobre tempo, ale dziewięć? Pachnie do ghostwriterami na kilometr.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
Książek tych autorów, co piszą masowo - unikam, na inne, rodzące się czasem wiele lat, z utęsknieniem czekam. Na przykład warto (moim zdaniem) czekać na to, co wyjdzie spod pióra Jonathana Safrana Foera, Michela Fabera, Davida Mitchella, Yanna Martela, Melanii Mazucco czy Zerui Shalev. Każda ich książka to dla mnie święto, dojrzewają długo. Na szczęście podobno niedługo ma się w Polsce ukazać nowa powieść Davida Grossmana. Jest na co czekać.
Autor artykułu wspomina Cyrk nocy[bookLink]151846|Cyrk nocy[/bookLink] Erin Morgenstern, którą to książkę czytałam i uważam za słabą niestety. Mam nadzieję, że Bezgwiezdne Morze[bookLink]4919154|Bezgwiezdne Morze[/bookLink] będzie lepsze, ale nie będę próbować.
Książek tych autorów, co piszą masowo - unikam, na inne, rodzące się czasem wiele lat, z utęsknieniem czekam. Na przykład warto (moim zdaniem) czekać na to, co wyjdzie spod pióra Jonathana Safrana Foera, Michela Fabera, Davida Mitchella, Yanna Martela, Melanii Mazucco czy Zerui Shalev. Każda ich książka to dla mnie święto, dojrzewają długo. Na szczęście podobno niedługo ma...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Autorów masówki raczej ignoruję, zwyczajnie w którymś momencie zaczynam przeskakiwać wzrokiem po nazwisku i nawet nie zwracam uwagi na tytuł, bo to pewnie kolejny nowy. Taki naturalny mechanizm obronny 😀
Bezgwiezdne Morze właśnie czytam i muszę przyznać, że Morgenstern ma dość specyficzny styl, to takie snucie baśniowych opowieści. Na ocenę jeszcze za wcześnie, ale już widzę, że to styl do pokochania albo znienawidzenia. Dla mnie to pierwsze spotkanie i jeszcze nie zdecydowałam, po której stronie stoję.
Autorów masówki raczej ignoruję, zwyczajnie w którymś momencie zaczynam przeskakiwać wzrokiem po nazwisku i nawet nie zwracam uwagi na tytuł, bo to pewnie kolejny nowy. Taki naturalny mechanizm obronny 😀
Bezgwiezdne Morze właśnie czytam i muszę przyznać, że Morgenstern ma dość specyficzny styl, to takie snucie baśniowych opowieści. Na ocenę jeszcze za wcześnie, ale już...
Od dłuższego czasu mam wrażenie, że ten pęd do wypluwania nowych książek jak najszybciej powoduje zmniejszanie zawartości książki w książce. Im nowsza, tym większa szansa na 250 stron, z czego kilkanaście (albo kilkadziesiąt, ale bądźmy optymistami) ma jedynie tytuł rozdziału, sąsiednia strona jest pusta, a sam rozdział zaczyna się gdzieś w połowie kartki. Do tego obowiązkowy duży font, przez co czuję się, jakbym tylko szybko kartkowała książkę. Jednak najbardziej irytuje mnie, że często na tych stronach jest bardzo krótka historia, tylko rozciągnięta do granic możliwości - nie zawsze w sposób zręczny. W taki sposób rzeczywiście można wypracować przynajmniej kilka książek rocznie, ponieważ wystarczy wymyślić kilka krótkich historyjek i tylko lać wodę, niczym na nudnym szkolnym wypracowaniu. Skoro w ten sposób w kilka miesięcy sprzedało się trzydzieści książek wydawnictwa, to dlaczego nie korzystać z tego schematu? Czytelnicy kupują i kupować będą, choć mnie osobiście to trochę boli, ale ja bardzo lubię czepiać się właśnie skromnej zawartości i kiepskiego stylu autora. Lubię też czytać książki, które przeszły solidną redakcję i korektę, a to też przecież wymaga czasu.
Na obronę wydawania wielu książek rocznie mogę powiedzieć, że czasem to jest uzasadnione i naturalne. Nie zawsze pierwsza wydana to również pierwsza napisana. W niektórych przypadkach pisarze mają pewnie całą szufladę pozycji gotowych albo prawie gotowych, a teraz w końcu można je dopracować i wydać.
Pisarz powinien pisać książkę tak długo, jak uważa za stosowne albo jemu potrzebne. Powinien ją dopracować i przedstawić światu w formie, której sam jest pewien - wtedy ja mogę ocenić, czy mnie ta forma interesuje i zadowala. Na rynku jest tyle książek, że bez tej jednej najbardziej oczekiwanej też mam co czytać i w czym wybierać. Tę wyczekiwaną i tak kupię, czy ona będzie za trzy miesiące, czy trzy lata.
Od dłuższego czasu mam wrażenie, że ten pęd do wypluwania nowych książek jak najszybciej powoduje zmniejszanie zawartości książki w książce. Im nowsza, tym większa szansa na 250 stron, z czego kilkanaście (albo kilkadziesiąt, ale bądźmy optymistami) ma jedynie tytuł rozdziału, sąsiednia strona jest pusta, a sam rozdział zaczyna się gdzieś w połowie kartki. Do tego...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Oprócz fontu dla bardzo zaawansowanych krótkowidzów jeszcze bardzo szerokie marginesy z obu stron, z góry i dołu plus gruby, szybko żółknący papier jak w latach 60-tych czy 80-tych XX w.
Ale to pół biedy gorzej, że treść coraz gorsza.
Oprócz fontu dla bardzo zaawansowanych krótkowidzów jeszcze bardzo szerokie marginesy z obu stron, z góry i dołu plus gruby, szybko żółknący papier jak w latach 60-tych czy 80-tych XX w.
Ale to pół biedy gorzej, że treść coraz gorsza.
Na marginesy to już przestałam zwracać uwagę, ale to prawda. Książki wydane 20-30 lat temu mają perfekcyjne wykorzystanie kartki, niezależnie od jej jakości. Kolor kartek nie robi mi różnicy, chociaż mógłby nie zmieniać się od stania na półce.
Na marginesy to już przestałam zwracać uwagę, ale to prawda. Książki wydane 20-30 lat temu mają perfekcyjne wykorzystanie kartki, niezależnie od jej jakości. Kolor kartek nie robi mi różnicy, chociaż mógłby nie zmieniać się od stania na półce.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamŻółknięcie to cecha uboczna. Chodzi o gruby papier. Książka wygląda na "cegłę" o grzbiecie szerokości 3 cm, a 20-30 lat temu miałaby grzbiet szerokości 0,5 cm i format kieszonkowy (o ile wtedy ktoś by to wydał).
Żółknięcie to cecha uboczna. Chodzi o gruby papier. Książka wygląda na "cegłę" o grzbiecie szerokości 3 cm, a 20-30 lat temu miałaby grzbiet szerokości 0,5 cm i format kieszonkowy (o ile wtedy ktoś by to wydał).
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamTu chyba duże zróżnicowanie jest, ponieważ ja częściej widuję cieniutkie kartki, aż prześwitujące - co też nieco mnie drażni.. Zaintrygowało mnie to, chyba poprzeglądam książki!
Tu chyba duże zróżnicowanie jest, ponieważ ja częściej widuję cieniutkie kartki, aż prześwitujące - co też nieco mnie drażni.. Zaintrygowało mnie to, chyba poprzeglądam książki!
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamJa oprócz tego trendu, o którym piszesz, zauważam również płodzenie opasłych tomiszczy, w których treści jest na góra 200-300 stron, a mających często prawie 800. Bo w końcu, jak ktoś się szarpnął na taką monumentalną rzecz, to to nie może być słabe ;)
Ja oprócz tego trendu, o którym piszesz, zauważam również płodzenie opasłych tomiszczy, w których treści jest na góra 200-300 stron, a mających często prawie 800. Bo w końcu, jak ktoś się szarpnął na taką monumentalną rzecz, to to nie może być słabe ;)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
Zdecydowanie. Najczęstszym powodem
mojego narzekania (pomijając błędy) jest właśnie to, że można było to skrócić dla dobra wszystkich. Niestety dotyczy to również tych krótkich książek, a trochę przeraża mnie myśl, że nie starczyło treści na te 250 stron
Zdecydowanie. Najczęstszym powodem
mojego narzekania (pomijając błędy) jest właśnie to, że można było to skrócić dla dobra wszystkich. Niestety dotyczy to również tych krótkich książek, a trochę przeraża mnie myśl, że nie starczyło treści na te 250 stron
Mnie intryguje jak wyglądają surowe materiały, które poczytny autor przekazuje wydawnictwu. Jak wielki wpływ na ostateczny kształt książki mają korekty? Nie trudno wyobrazić mi sobie, że niektórzy autorzy dopieszczają każde zdanie, natomiast inni spoczywają sobie na laurach, piszą szkic, nad którym biedzić się musi potem ktoś inny. W końcu wymyślić historię to jedno, porządnie ją napisać to już coś innego. Może się wypowiedzieć ktoś, kto ma styczność z surowymi tekstami autorów? Jak to wygląda w praktyce?
Mnie intryguje jak wyglądają surowe materiały, które poczytny autor przekazuje wydawnictwu. Jak wielki wpływ na ostateczny kształt książki mają korekty? Nie trudno wyobrazić mi sobie, że niektórzy autorzy dopieszczają każde zdanie, natomiast inni spoczywają sobie na laurach, piszą szkic, nad którym biedzić się musi potem ktoś inny. W końcu wymyślić historię to jedno,...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejTeż mnie to intryguje. Szczególnie wtedy, gdy czytam książkę pełną błędów wszelakich, a która to zaliczyła redakcję i korektę. To w takim razie jak musiała wyglądać pierwotnie, kiedy została przyjęta przez wydawnictwo? Czy dało się zrozumieć coś z pomysłu autora, skoro tak wygląda wersja poprawiona? A przede wszystkim - dlaczego ktoś zgodził się opublikować coś takiego? Nasuwa się nieprzyjemna myśl, że przed podpisaniem umowy nikt tego nawet nie przeczytał, tylko przyjął do wiadomości streszczenie pomysłu od pisarza i uznał, że się sprzeda.
Też mnie to intryguje. Szczególnie wtedy, gdy czytam książkę pełną błędów wszelakich, a która to zaliczyła redakcję i korektę. To w takim razie jak musiała wyglądać pierwotnie, kiedy została przyjęta przez wydawnictwo? Czy dało się zrozumieć coś z pomysłu autora, skoro tak wygląda wersja poprawiona? A przede wszystkim - dlaczego ktoś zgodził się opublikować coś takiego?...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejJa już się szykuje na Mroza Halny
Ja już się szykuje na Mroza Halny
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamJak zwykle komentarz, który nic nie wnosi.
Jak zwykle komentarz, który nic nie wnosi.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamZnany tutaj troll.
Znany tutaj troll.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamJa powiem krótko Remigiusz Mróz sprawił że więcej ludzi zaczęło sięgać po książki. Natomiast już od samych czytelników zależy czy na mrozie pozostają czy zaczynają poznawać i rozeznawać rynek. Uważam pomimo tego że kilka serii Mroza lubię to nie jest zbytnio w porządku do czytelników zaniedbując rozpoznanie tematu analogowo i wypuszczając kilkanaście książek rocznie. Moim zdaniem Mróz ma dobre pomysły ale przez tempo są niedopracowane. Powieści Chmielarza czy Miłoszewskiego są dopracowane i porzadnie zredagowane. To tylko moja opinia
Ja powiem krótko Remigiusz Mróz sprawił że więcej ludzi zaczęło sięgać po książki. Natomiast już od samych czytelników zależy czy na mrozie pozostają czy zaczynają poznawać i rozeznawać rynek. Uważam pomimo tego że kilka serii Mroza lubię to nie jest zbytnio w porządku do czytelników zaniedbując rozpoznanie tematu analogowo i wypuszczając kilkanaście książek rocznie. Moim...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejPisanie na akord to nie pisanie tylko produkcja makulatury.
Pisanie na akord to nie pisanie tylko produkcja makulatury.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamZa makulaturę tyle nie płacą - wiem z doświadczenia. :)
Za makulaturę tyle nie płacą - wiem z doświadczenia. :)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamAlbo obsesyjno-kompulsyjne realizowanie grafomanii (czyli zaburzenia) ;)
Albo obsesyjno-kompulsyjne realizowanie grafomanii (czyli zaburzenia) ;)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamZapraszam do dyskusji.
Zapraszam do dyskusji.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
