Przemoc, o której głośno się nie mówi – rozmowa z Karoliną Klimkiewicz

LubimyCzytać
16.07.2019

Przemoc zadawana w białych rękawiczkach jest trudniejsza do udowodnienia, odkrycia, przyznania się – twierdzi Karolina Klimkiewicz. W „Dopóki starczy mi sił”, jej najnowszej książce, to bardzo ważny temat.

„Dopóki starczy mi sił”, Karolina Klimkiewicz

 

 

Wyobraź sobie życie, w którym ciągle musisz grać kogoś innego. Tkwisz w zaklętym kręgu przemian: co trzy miesiące nowe imię i nazwisko, nowy kolor oczu i włosów, nowe plany na przyszłość, nowe mieszkanie…
Zola Henderson i jej ciotka Camilla wiedzą, jak to jest, gdy tracisz tożsamość. Od siedmiu lat razem uciekają przed demonami przeszłości. Wcielając się w coraz to inne osoby, nie posiadają niczego na stałe, a ich życie jest jedną wielką iluzją. 
Wszystko zaczyna się zmieniać, gdy przeprowadzają się do małego, nadmorskiego miasteczka. Jonesport okazuje się ich przekleństwem, ale i jedyną szansą na odzyskanie wolności. Jak wysoką cenę będą musiały zapłacić za przywrócenie swojego prawdziwego „ja”?

Aleksandra Lamek*: Zola Henderson, bohaterka pani najnowszej książki, to młoda dziewczyna, której życie w niczym nie przypomina codzienności przeciętnej nastolatki. Od kilku lat wraz ze swoją ciotką Zolą przemierza Stany Zjednoczone, co jakiś czas od nowa zmieniając tożsamość, wygląd i osobowość, by ukryć się przed ścigającymi ją demonami przeszłości. Proszę opowiedzieć, skąd pomysł na taką odrobinę kryminalno-sensacyjną historię? Jak powstawała książka?

Karolina Klimkiewicz: Książka powstała bardzo spontanicznie, bo z myślą o konkursie organizowanym przez pewne wydawnictwo. Nie udało mi się niestety wygrać, ale udział w nim przyniósł inne, nieoczekiwane wydarzenia i znajomości. Pomysł na powieść zrodził się sam. Na początku wizja książki była zupełnie inna, ale w trakcie pisania, gdy postacie ożyły, zaczęły same budować fabułę i… jakoś tak wyszło.

Na początku powieści pisze pani: „Każdy marzy o tym przynajmniej raz. Rzucić wszystko i móc zacząć od początku, bez wad i błędów, bez oczekiwań i konsekwencji”. To chyba w ogóle dziś dość popularny sposób bycia: w internecie możemy się stać kimkolwiek chcemy, czujemy się anonimowi, możemy dowolnie zmieniać kolejne maski i przebrania. Jednak historia Zoli pokazuje, że ucieczka od problemów i rzeczywistych ludzi nigdy nie jest na dłuższą metę dobrym rozwiązaniem, a dopóki nie staniemy oko w oko z prawdą o sobie, nie uda się nam stworzyć udanych i szczerych relacji z innymi…

To prawda. Uważam, że żeby nawiązać szczere relacje, budować bezpieczne więzi, musimy być sobą, a co za tym idzie – być prawdziwi. Nie ma znaczenia, czy w kontaktach z partnerem, ze znajomymi, czy samym sobą. Jeśli będziemy udawać, na dłuższą metę to i tak się nie uda. Emocje potrzebują ujścia, uwolnienia, chcą być usłyszane. Jeśli je tłumimy, wypieramy lub zakrywamy pod kolejnymi maskami, one narastają i niszczą nas od środka. Konsekwencje mogą być przeróżne – od wybuchu agresji po autoagresje, popadanie w nałogi, depresje. Dzisiejszy świat ułatwia nam zakładanie masek, za ekranem monitora możemy być każdym. Pytanie tylko, za jaką cenę i czy warto?

„Dopóki starczy mi sił” to także opowieść o sile przyjaźni i o tym, jak ważne jest, by mieć wokół siebie ludzi, którym można zaufać. Dopiero w momencie, gdy Zola poznaje nowych przyjaciół, którzy stają się dla niej na tyle bliscy, że może wyjawić im prawdę o swoim pochodzeniu i problemach, wszystko zaczyna się dla niej zmieniać, a w jej życiu następuje prawdziwy przełom. Wierzy pani w to, że ludzie, których spotykamy na swojej drodze, mogą pomóc nam w wybraniu właściwej drogi w życiu?

W ludzi wierzę bardziej niż w cokolwiek innego. Myślę, że na świecie jest tyle samo zła, co dobra, wszechświat zawsze dąży do równowagi. Dlatego uważam, że ludzie, których spotykamy na swojej drodze, mają bardzo duży wpływ na nas, na nasze biografie i historie. To tylko od nas samych zależy, ile weźmiemy, ile podarujemy i co będzie dalej. Myślę, że właśnie dlatego też postanowiłam zostać psychologiem – bo wierzę w siłę ludzkiego dobra, wsparcia, i w to, że do szczęścia jest nam potrzebny drugi człowiek.

Ważnym wątkiem w „Dopóki starczy mi sił” jest przemoc domowa, i to ta najbardziej okrutna i wyrafinowana, bo zadawana w białych rękawiczkach. To dla pani ważny temat? Dlaczego zdecydowała się pani o nim napisać?

Owszem, przemoc jest ważnym tematem. Każda przemoc. Jednak ta zadawana w białych rękawiczkach jest trudniejsza do udowodnienia, odkrycia, przyznania się. Niestety wśród społeczeństwa wciąż pokutuje myśl, że sprawca to zapewne alkoholik, który bije swoją żonę. Oczywiście to jest jeden z możliwych scenariuszy, ale sprawcą przemocy może być równie dobrze kobieta, może występować przemoc ekonomiczna czy zaniedbanie i wcale nie musi dochodzić do rękoczynów. Pracując swego czasu w Ośrodku Interwencji Kryzysowej i kończąc Studium Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie, napatrzyłam się i nasłuchałam na temat przemocy w różnym wydaniu. Tej oczywistej i tej zakamuflowanej. Bez względu jednak na jej rodzaj czy wymiar, przemoc to przemoc, a ofiara zawsze cierpi i potrzebuje pomocy.

W „Dopóki starczy mi sił” chciałam pokazać tę przemoc, o której głośno się nie mówi, której nie pokazuje się w telewizji. Pisze się o niej w książkach czy kręci się filmy, bo wydaje się nam, że jest rzadsza. To nieprawda. Łatwiej ją ukryć z powodu pieniędzy. Uważam, że nieważne, jak wiele mówiłoby się o przemocy, to wciąż za mało.

Ciekawi mnie, dlaczego postanowiła pani osadzić akcję „Dopóki starczy mi sił” w Stanach Zjednoczonych. Taka historia w polskich realiach byłaby mniej wiarygodna?

Myślę, że miejsce nie ma znaczenia. Poza tym wydaje mi się, że to nie ja wybieram, gdzie się będzie toczyć akcja książki. To zapewne dziwnie brzmi, ale naprawdę tak jest. Patrząc na swoje postacie, widzę je w konkretnych sytuacjach, miejscach, scenerii. W swojej pierwszej książce w ogóle nie nadałam fabule czasu ani miejsca akcji, bo to nie miało kompletnie żadnego znaczenia. Druga książka dzieje się w Polsce, bo Emilia, główna bohaterka, tu się urodziła, wychowała, tu żyje… Zola natomiast jest Amerykanką, a miasto Jonesport… kliknęłam na mapę świata, mój wzrok powędrował w tamtym kierunku, przybliżałam, przybliżałam… aż pojawiło się Jonesport. Okazało się, że to właśnie to miejsce. Ta plaża, ta szkoła i ci ludzie. Przypadek, przeznaczenie, odgórnie zapisany los bohaterów – nie wiem. Ja wierzę w to, że moje postacie żyją naprawdę, są z krwi i kości, nie wymyślam ich historii, tylko je spisuję.

Studiuje pani psychologię, pracuje pani jako terapeutka. Czy taki profil zawodowy pomaga w tworzeniu postaci? Łatwiej wczuć się w opisywane emocje i stworzyć szkice ludzkich charakterów?

W pisaniu ani nie pomaga, ani nie przeszkadza. Siadam i piszę, nie tworzę profilu postaci, nie zastanawiam się, co by zrobili, a czego nie. Po prostu piszę. Myślę natomiast, że ta wiedza pomaga później, na etapie redakcji. Zawsze się śmieję, że pani redaktor, z którą akurat pracuję, ma ze mną trudno, bo wysyłając tekst, nie mam z nim do czynienia przez dłuższy czas, aż znów powraca do mnie, do korekty autorskiej. Okazuje się, że wtedy patrzę na niego zupełnie inaczej. Zaczynam podchodzić do niego jak do pracy i wówczas analizuję, doczytuję, tworzę profil i sprawdzam, czy pasuje. Wtedy bawię się w psychologa dla swoich bohaterów. Często dużo dopisuję na tym etapie i zmieniam, czasami powstają nowe rozdziały. Myślę, że z jednej strony to przedłuża pracę, z drugiej jest dobrym zabiegiem, bo nie jestem już tak złączona emocjonalnie z postaciami. Gdy piszę, staję się nimi. Tym bardziej że piszę zawsze w pierwszej osobie, liczby pojedynczej – czuję to, co oni, przeżywam emocje. Trudno mi wówczas ocenić, zdystansować się. Na etapie redakcji jest to już możliwe i wtedy moja wiedza bardzo mi pomaga.

A jakie miejsce w pani życiu zajmuje obecnie literatura? To bardziej praca czy hobby?

Nie wyobrażam sobie, żeby moja praca nie była równocześnie moim hobby. Czy to pisanie, czy psychologia, ja to kocham. Co prawda nigdy nie marzyłam nawet o tym, że będę miała podpisaną umowę wydawniczą na książki, których jeszcze nawet nie zaczęłam pisać. Nigdy jednak nie zrezygnuję z psychologii, z pracy z ludźmi. Kocham pisać, opowiadać historie, bo to też pewnego rodzaju dialog – między pisarzem a czytelnikiem. Ten dialog jest dla mnie ważny, jednak nigdy nie stanie się jedyną konwersacją, jaką chcę prowadzić.

Do tej pory ukazały się cztery pani książki. Jakie ma pani plany literackie na najbliższą przyszłość? Czy myśli już pani o kolejnej powieści?

Kolejna powieść jest już napisana, teraz piszę jej drugą część. Poza beletrystyką w tym roku ukaże się moja książka naukowa, napisana wraz z Honoratą Cierpisz i Joanną Dejnaką: „Jakość życia w rodzinie z problemem niepłodności”. Jak wspomniałam wyżej, mam podpisane trzy umowy wydawnicze na pozycje, które są dopiero w planach, a w głowie znacznie więcej pomysłów. Największym problemem jest jednak czas. Poza pisaniem studiuję dwa kierunki, pracuję, mam rodzinę, która jest dla mnie najważniejsza, staram się to wszystko pogodzić i nikogo nie zaniedbać.

___

* Aleksandra Lamek filolożka, redaktorka, dziennikarka. Przez dziesięć lat współpracowała z lokalnymi mediami, m.in. Gazetą Wyborczą Trójmiasto i portalem Trójmiasto.pl, zajmując się przede wszystkim tematami związanymi z literaturą. Kiedy nie pisze i nie czyta, tropi ptaki i borsuki w okolicach Puszczy Białowieskiej.

Artykuł sponsorowany

Reklama

komentarze [1]

Sortuj:
Dodaj wypowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

2553
4
16.07.2019 13:48

Zapraszamy do dyskusji.


zgłoś błąd