PoDrugiej StronieOkładki 
status: Czytelnik, dodał: 4 książki, ostatnio widziany 3 minuty temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-12-16 15:43:16
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/12/geekerella-ashley-poston.html

Kopciuszek, który był geekiem.


Kiedy zobaczyłam pierwszy raz tę książkę od razu zapragnęłam ją przeczytać. Głównie dlatego, że sama jestem geekiem i może trochę nerdem (a może trochę więcej?). Chciałam sprawdzić, czy Ashley Poston będzie potrafiła pokazać bohaterów w swojej książce, rzeczywiście od strony...
https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/12/geekerella-ashley-poston.html

Kopciuszek, który był geekiem.


Kiedy zobaczyłam pierwszy raz tę książkę od razu zapragnęłam ją przeczytać. Głównie dlatego, że sama jestem geekiem i może trochę nerdem (a może trochę więcej?). Chciałam sprawdzić, czy Ashley Poston będzie potrafiła pokazać bohaterów w swojej książce, rzeczywiście od strony geekowskiej.

Danielle, wołana przez wszystkich jako Elle jest niczym Kopciuszek, tylko w dzisiejszych czasach. Jej macocha, która więcej czasu spędza na wycinaniu kuponów zniżkowych, niż pracowaniu i zarabianiu pieniędzy wprowadziła się do domu jej rodziców, po śmierci mamy Elle, razem z dwoma córkami, z których jedna jest wredniejsza od drugiej. Później zmarł też ojciec dziewczyny i tym oto sposobem, Elle została sama w otoczeniu pasożytów.
Dziewczyna pracuje w Magicznej Dyni, która jest foot truckiem, robiącym hałas na pół okolicy.
Elle ma także pasję, której nikt jej nie zabierze. Posiada małego bloga, na którym umieszcza wpisy o ulubionym serialu „Starfield”, który właśnie ma być nagrywany ponownie. Chociaż nie ma za wielu fanów, traktuje bloga, jako pamiętnik i czuje się z tym nad wyraz dobrze.
Kiedy jednak w telewizji pokazują długo wyczekiwaną przez fanów obsadę aktorską „Starfield”, Elle jest zdruzgotana i zła. Jej najnowszy wpis, który miał dotrzeć do garstki prawdziwych czytelników, zostaje udostępniany na miliony rożnych sposobów, a dziewczyna momentalnie staje się sławna. Darien, który jest bożyszczem nastolatek, mający teraz zostać filmowym Carmindorem, czyta wpis Elle i poniekąd zgadza się z nim, ale też obiecuje sobie, że będzie lepszy, niż niejaka RebelGunner myśli.
„Starfield” to styl życia Elle. Dziewczyna pragnie pojechać na konwent, którego pomysłodawca i pierwszym organizatorem był jej ojciec i tam, wziąć udział w konkursie na cosplay (przebranie). Choć Elle nie liczy na wygraną, mimo że bardzo by jej chciała to szanse na zwycięstwo zbliżają się kolosalnie, kiedy na dnie starej skrzyni, znajduje stare ubrania swoich rodziców.

W „Geekerelli” mało jest samej „geek”, a dużo „relli”. W sumie cała ta książka jest retelingiem „Kopciuszka”, czego nie trudno się domyślić. Sadziłam jednak, że więcej będzie tu „geekowania”, niż „kopciuszkowania”. Zacznijmy od początku.

Jako człowiek, który siedzi w temacie (za mocno, ale mniejsza z tym), pierwsze co rzuciło mi się na oczy to niedbałość o szczegóły w tej pozycji. Autorka rzuca nam ochłapami, o serialu „Starfield”, czasami doda tekst żywcem wzięty z serialu i w sumie tyle. Sama Elle, ani trochę nie przypomina geeka. Nie wiem, może Ashley Poston myślała, że jak ubierze bohaterce okulary i da jej bloga, na którym pisze o wszystkim i niczym jednocześnie to będzie już geekiem? No niestety, trzeba się trochę bardziej wysilić. Zaś sam konwent jest opisany „po łebkach”. Szybki konkurs, jakiś taniec i tyle. Poston rzuciła nam nazwami własnymi „Star Treck”, „Star Wars”, „Władca Pierścieni”, ale czytając to poczułam, jakby książka uderzyła mnie w twarz. Może to ja jestem (na pewno) jakaś nienormalna, ale dla mnie samego geeku było tu zdecydowanie za mało.

Wbrew temu, co napisałam wyżej, wcale nie uważam, że „Geekerella” jest złą książką. A skąd!
To naprawdę świetna i wesoła lektura, dla fanów „Kopciuszka” w wersji lekko fanowskiej. Wątek miłosny poprowadzony jest ciekawie i mimo że wiemy, jak się skończy to i tak kibicujemy do samego końca. Zaś końcówka okazuje się być „pół na pół”. Pół przewidzieliśmy, pół nas zaskoczyło.
Dużą rolę odgrywają tu postaci drugoplanowe. Przyjaciółka Elle z pracy – Sage, z początku nie jest zachwycająca, ale kiedy się rozkręca to konie z nią kraść.
W sumie nawet jedna z bliźniaczek (nie zdradzę która) okazuje się być inną, niż ją malowano i jest całkiem normalna. Może nie polubiłam jej do końca książki, ale zaczęłam tolerować, a to już coś.
Momentami miałam ochotę zdzielić Elle przez łeb, za pozwalanie na pomiatanie swoją osobą. Szkoda, że nie mogłam tego zrobić i zostawało mi tylko pociągnąć kolejny łyk kawy. Na uspokojenie, rzecz jasna.

Choć „Geekerella” nie urwała mi niczego, to dobrze mi się ją czytało. Samej autorce zaś, zaplanowałam dać szansę po raz kolejny, gdyż już na czytniku mam jej „Heart of Iron”, które wygląda mi na „space operę”.

Kończąc, polecam Wam tę pozycję, pod warunkiem, że nie jesteście „zdrowo walnięci” na punkcie jakiegoś uniwersum, konwentów i nie posiadacie miliarda gadżetów z gier, filmów, czy seriali. Wtedy „Geekerellę” będzie Wam się czytać przyjemnie i nie znajdziecie w niej wad. Jeżeli jesteście tolerancyjni i nie będą Wam przeszkadzać niedomówienia to także, możecie sięgnąć po tę pozycję, bez myślenia. Zaś jeżeli jesteście chorzy (jak ja) na punkcie całego tego świata i każda część Waszego życia jest połączona z uniwersum, które kochacie... możecie przeczytać, ale żeby nie było potem płaczu, że nie ostrzegałam.

pokaż więcej

 
2018-12-13 18:50:56
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/12/bob-wendy-mass-rebecca-stead.html

To była pozycja, która zauroczyła mnie swoją okładką, jak pierwszy raz ją zobaczyłam.
Zapragnęłam ją przeczytać i długo czekałam, zanim dostałam ją w swoje łapki.
Ale udało się.
„BoB” skradł moje serce, nie tylko swoim wyglądem.

Historia opowiada o małej dziewczynce, która mając pięć lat poznała swojego...
https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/12/bob-wendy-mass-rebecca-stead.html

To była pozycja, która zauroczyła mnie swoją okładką, jak pierwszy raz ją zobaczyłam.
Zapragnęłam ją przeczytać i długo czekałam, zanim dostałam ją w swoje łapki.
Ale udało się.
„BoB” skradł moje serce, nie tylko swoim wyglądem.

Historia opowiada o małej dziewczynce, która mając pięć lat poznała swojego wyimaginowanego (ale czy na pewno) przyjaciela, mieszkającego w domu jej babci. Po kilku latach starsza Livy wraca do domu babci, a tam ponownie spotyka BoBa, stworka, który uważa się za zombie, bo do takiego wniosku doszli oboje, kiedy Liv była mała.
Starsza Livy nie sądzi, że ubrany w kostium z piórami, który ma przypominać kurczaka BoB jest zombie. Zaczynają dociekać prawdy, ale całkowicie nie potrafią się jej dowiedzieć.
Nic jednak straconego, bo z każdym kolejnym dniem i każdą kolejną sytuacją Livy zaczyna przypominać sobie wydarzenia ze swojego życia, kiedy miała pięć lat.
Okazuje się bowiem, że BoB to nie do końca wymyślony ludek, a prawdziwy chłopiec mieszkający w pobliżu domu babci dziewczynki. Chłopiec, który chce odnaleźć swój dom i wrócić do swojej mamy, a mała Livy, obiecała mu pomoc.
Duża zaś, chce z obietnicy się wywiązać.

„BoB” to wspaniała historia o dorastaniu i wzajemnej pomocy. Widząc okładkę, wiedziałam że ta opowieść zabierze mnie w magiczny świat i czytając pierwszy rozdział, moje przewidywania się sprawdziły. Zakochałam się w tej fabule, a przede wszystkim w tym pomyśle, który Mass i Stead wymyśliły. Całość napisana jest prostym i lekkim językiem, który sprawdzi się zarówno u dorosłych, chcących cofnąć się trochę do dzieciństwa, jak i dzieci, które z tej książki wyniosą ogromne wartości.


„Przecież to ona mnie znalazła i uratowała.

To ona zrobiła mi kostium kurczaka.
I nauczyła mnie w nim chodzić.
To ona obiecała, że mi pomoże odnaleźć drogę do domu.”


Książka opowiada nie tylko o ogromnej przyjaźni, która mimo upływu czasu się nie zmienia, ale też o zmianach, dorastaniu i w jakiś sposób o zapomnieniu swojego dzieciństwa, które przecież jest jedno i trzeba je przeżyć jak najoryginalniej, a przede wszystkim pamiętać o tym, że każdy był kiedyś dzieckiem i miał swoje „odpały”.

„BoB” to przyjemna pozycja, dla starszych i młodszych czytelników. Zdecydowanie polecam ją rodzicom, którzy czytają swoim pociechom, bo podczas lektury, wszyscy będą się świetnie bawić. Ale nie tylko! Dorośli, którzy chcą odpocząć od poważnych książek także są serdecznie zaproszeni do sięgnięcia po przygodę Livy i BoBa, który myślał, że jest zombie. Ta pozycja to idealny prezent dla każdego, a także świetny odpoczynek w magicznej atmosferze. W sam raz na zimowe wieczory.

pokaż więcej

 
2018-12-13 11:16:01
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/12/mikoaj-na-zamowienie-jenika-snow-jordan.html

Z reguły nie czytam świątecznych książek. Uważam, że są one pisane na siłę, aby w okresie świątecznym, kiedy ludzie kupują prezenty i szaleją takie pozycje miały sprzedaż. W naszym kraju to już szczególnie od listopada jest napływ książek świątecznych, o dziwo, ciągle pisanych przez tych samych...
https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/12/mikoaj-na-zamowienie-jenika-snow-jordan.html

Z reguły nie czytam świątecznych książek. Uważam, że są one pisane na siłę, aby w okresie świątecznym, kiedy ludzie kupują prezenty i szaleją takie pozycje miały sprzedaż. W naszym kraju to już szczególnie od listopada jest napływ książek świątecznych, o dziwo, ciągle pisanych przez tych samych autorów. Po „Mikołaja na zamówienie” sięgnęłam z czystej ciekawości. Wiedziałam też, że wydawnictwo Kobiece, nie da nam bubla na święta.
Co ciekawsze, jak Jeniki Snow nie znałam wcześniej, tak Jordan Marie tak. Chociażby jej „Devil”, czy „Diesel”, które kiszą się na moim czytniku do przeczytania, są podobno świetnymi lekturami.
Jak wyszło w przypadku połączenia tych dwóch autorek w jednej książce?

Holly już dawno skończyła z mężczyznami. Po nieudanym związku kobieta nie może ponownie przekonać się do płci przeciwnej, a zbliżające się święta i ludzie, którzy są obecni dosłownie wszędzie, wcale jej w tym nie pomagają. Dziewczyna jest rozdrażniona, szczególnie że w sklepie, jedna z kobiet pędzących (po mięso) najeżdża na Holly, niszcząc jej i rajstopy i drogie szpilki. Dziewczyna siadając na ławce, wydaje z siebie westchnięcie, które zwraca uwagę nikogo innego, jak Świętego Mikołaja, za którego przebrał się Nick.
Nick nie miał w planach być ubrany w czerwony kubraczek. To ludzie, których zatrudniał są od przebierania się na święta, jednak jeden z jego ludzi zaniemógł, a miał konkretne zlecenie zajęcia się pewną rudowłosą damą i tym sposobem sam szef firmy Marzyciele musiał wystąpić jako Święty Mikołaj.
Kiedy spostrzegł na ławce rudowłosą kobietę z aktówką, od razu wiedział, że to jego zlecenie, dlatego nie bał się podejść. I choć Holly nie miała na imię, jak jego klientka to nie przeszkodziło mu zabrać ją do łóżka i rozszerzyć zakres usług, od przytulania do dzikiego seksu.
Po wszystkim, Holly jednak uciekła i czar prysł.
Ale przecież Święty Mikołaj wie, gdzie mieszkają grzeczne dziewczynki.
Te niegrzeczne też.

Dawno się tak nie uśmiałam i dawno nie czytało mi się, tak przyjemnie książki, która jest w klimatach świątecznych. Jenika Snow i Jordan Marie mają świetny humor, który połączony ze sobą, jest lepszy, niż sławna Whitney G. Nie spodziewałam się za wiele, po tej pozycji i zostałam solidnie zaskoczona.

Bohaterowie, a przede wszystkim Nick, robią w tej książce najwięcej. Może sama fabuła nie jest wybitna, a w książce są dość długie opisy seksu, ale to właśnie zadziorność i cwaniakowatość (ale ta pozytywna) Nicka – Świętego Mikołaja jest w tej pozycji najlepsza. Takiego mężczyznę z białą brodą w czerwonym płaszczyku to każda z nas chciałaby spotkać w prawdziwym życiu.
Holly wyszła dość blado, jeżeli przyrównać ją do Nicka, ale w sumie polubiłam ją, za jej upór i nieufność, która czasami przechodziła w ryzykowanie na potęgę.

„Mikołaj na zamówienie” to świąteczna książka, którą Wam polecam. Jest cienka, zatem długo Wam nie zejdzie przeczytanie jej, ale za to uśmiejecie się do bólu brzucha i łez. Idealna pozycja na krótki odpoczynek, między robieniem pierogów, a uszek do barszczu. Odrzućcie wszystkie polskie książki pisane na siłę przed świętami, a sięgnijcie po coś, co jest lepsze i bardziej niegrzeczne.

pokaż więcej

 
2018-12-13 11:15:15
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/12/nietypowa-matka-polka-anna-szczepanek.html

Książka, dla każdej z nas.

Czy macie dzieci, czy ich nie macie - „Nietypowa Matka Polka” jest pozycją dla Was.
Widząc tę pomysłową okładkę stwierdziłam, że chce przeczytać tę książkę i kiedy tylko dostałam ją w swoje łapki od razu zabrałam się za lekturę.

Anna Szczepanek mieszka w Anglii wraz...
https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/12/nietypowa-matka-polka-anna-szczepanek.html

Książka, dla każdej z nas.

Czy macie dzieci, czy ich nie macie - „Nietypowa Matka Polka” jest pozycją dla Was.
Widząc tę pomysłową okładkę stwierdziłam, że chce przeczytać tę książkę i kiedy tylko dostałam ją w swoje łapki od razu zabrałam się za lekturę.

Anna Szczepanek mieszka w Anglii wraz ze swoim mężem, którego nazywa Siarą oraz czwórką synów: Szeregowy, Szara Eminencja, Stifler i Don Juan. Książką jest podzielona na trzy części: Nietypowa, Matka, Polka, czyli tak, jak tytuł jej samej.
W każdej z tych części znajdują się krótkie (lub dłuższe) opowiadania, z życia wzięte pokazujące, jak nasz los może być zabawny i jednocześnie wymagający.
W książce tej nie brakuje ironii i sarkazmu, która nie jest mi obca i osobiście podczas lektury śmiałam się w głos, z wydarzeń, jakie autorka umieściła w środku swojej książki.
Mamy tutaj też dużo przekleństw, ale przyznajcie się przed samym sobą: nie przeklinacie, jak życie płata wam figle i musicie wszystko sami naprawiać?
Anna Szczepanek opowiada o pchłach, które złapały jej koty, przeniesione przez psa sąsiadów, albo o próbach rozgrzania własnego męża, aby łózko przydało się do czegoś więcej, niż sen, a mąż ten jest wyjątkowo oporny na wszystkie jej kobiece sztuczki i myśli tylko o samochodzie.
Mamy też historie o synach, którzy dorzucają oliwy do ognia, aby własną matkę wpędzić szybciej do grobu, niż jest to jej pisane.

„Nietypowa Matka Polka” to książka dla każdej kobiety. Wszystko to, co jest w tej pozycji zawarte ma swoje przedłożenie na naszym codziennym życiu i wiele razy, złapałam się na tym, że kiwałam z zadowoleniem głową do książki, jednocześnie śmiejąc się, bo rzeczywiście przydarzyły mi się takie, bądź inne sytuacje, które mnie także wprawiły w białą gorączkę.
Jedyne co mi przeszkadzało w tej pozycji to brak chronologii. Na samym początku mamy już synów, którzy są w miarę dorośli, a potem zostajemy przerzuceni do pierwszej ciąży autorki, która jako znawczyni stwierdza, czy metoda naturalna porodu jest lepsza od cesarskiego cięcia.
Z jednej strony, nie dziwię się takiemu rozkładowi, bo łączy się to z głównymi trzema częściami, a przecież nie mogło być o porodach w części „Nietypowa”. Z drugiej zaś, no coś tu nie zagrało. Może nie było to okrutnie męczące, ale kiedy już wciągnęłam się w te krótkie wpisy, które przypominają dziennik i nagle dostałam „Poród nr 1” to skrzywiłam się obrzydliwie myśląc: „Znowu powtórka?”.

Słownictwo w tej pozycji jest proste. Autorka nie używa wybujałych słów. Mają być one zrozumiałe dla każdego, przeciętnego Czytelnika, który sięgnie po jej pozycje. Zdarzają się nawet kolokwializmy, które mogą drażnić, co większych wrażliwców słowa pisanego. Mi one nie przeszkadzały, bo nie chodziło tu o poprawność, a o oddanie całej sytuacji.

„Nietypowa Matka Polka” to książka, którą polecam wszystkim kobietom. Na pewno, podczas lektury znajdziecie sytuacje, z którymi spotkałyście się we własnym życiu. Będziecie się śmiać, przez łzy z wydarzeń opisywanych w tej pozycji, a także będziecie zastanawiać się, jak to się stało, że wcześniej nie sięgnęłyście po tę lekturę. Z jednej strony, warto sobie tę książkę dawkować i czytać pomału, z drugiej szybkie wpisy wciągają i chce się ich więcej i więcej. Decyzja, jak będziecie to czytać należy do Was, ale zdecydowanie warto „Nietypową Matkę Polkę” przeczytać!

pokaż więcej

 
2018-12-08 00:09:46
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/12/ostatni-giganci-z-rockowej-dzungli-guns.html

Książka, która jest spełnieniem marzeń, każdego fana.


Guns N' Roses to zespół, na którym się wychowałam. Ich piosenki grane między „Black Sabbath”, „Metallicą”, „Pink Floydami”, a innymi zespołami z gatunku rock/metal, od najmłodszych lat wpadły w moje ucho. I zostały ze mną, aż do teraz i na...
https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/12/ostatni-giganci-z-rockowej-dzungli-guns.html

Książka, która jest spełnieniem marzeń, każdego fana.


Guns N' Roses to zespół, na którym się wychowałam. Ich piosenki grane między „Black Sabbath”, „Metallicą”, „Pink Floydami”, a innymi zespołami z gatunku rock/metal, od najmłodszych lat wpadły w moje ucho. I zostały ze mną, aż do teraz i na wieki.
Przysięgam, umrę, a „November Rain” będzie lecieć na moim pogrzebie.

Guns N' Roses to zespół, który został założony w 1985 roku, w Los Angeles, które było kolebką wysypujących się zespołów. Wiele z nich nie przetrwało dłużej, niż kilka miesięcy, jednak zespół założony przez Axla, Slasha, Duffa, Stevena i Izzyego został wyłoniony z całej tony gnoju i rok później podpisał pierwszy poważny kontrakt z Geffen Records. To dało im szansę na ogromny sukces, który w końcu nadszedł.

Mick Wall podjął się napisania biografii zespołu. Od samego początku, kiedy członkowie byli dzieciakami z nędznych domów, do końca rozpadu i ponownego połączenia. Całą swoją książkę poparł wywiadami, które przeprowadził z pierwszym składem zespołu, ich menadżerem i okolicznymi osobami, które miały przyjemność (bądź nie) rozmawiać z rockandrollowcami.
„Ostatni giganci z rockowej dżungli” to książka, która pokazuje zespół „od kuchni”. Co więcej rozwiewa większość wątpliwości i pokazuje, że życie w trasie koncertowej, nagrywanie pierwszej płyty nie jest bajką, tak jak wszyscy dookoła sobie wyobrażają.
Sława i pieniądze to jedno, cała reszta, ta której nie widać to drugie.

„Jedno, z czego jestem dumny, to fakt,że żaden z członków nie zmarł, kiedy nimi się zajmowałem – stwierdza [Alan Niven].- Wymagało to sporo wysiłku. Chodzi o to, że możesz pomagać im toczyć bitwy, ale to oni muszą wygrać wojnę...”

Naprawdę dużo wiedziałam o „Guns N' Roses”, bo interesuje się nimi od bardzo dawna, ale z tej pozycji dowiedziałam się sporo nowych informacji, których wcześniej nigdzie nie mogłam znaleźć. Mick Wall nie boi się pisać prawdy, opowiadać o fochach Axla i o kłótniach między członkami zespołu, które głównie idą o nadużywanie narkotyków i alkoholu.
Nie boi się zajrzeć do spraw prywatnych, każdego z muzyka i opisać to w sposób brutalny i prawdziwy. Takim, jakim to było, bez słodzenia, czy upiększania.

'To Guns N' Fuckin' Roses, skarbie. I jak mówią słowa znanej piosenki, kiedy wzniosą się wysoko, nigdy nie będą chcieli spaść.”

Mogłabym się przyczepić, że było tu za mało rockandrollowo oraz że autor oszczędził nam smaczków odnośnie uzależnień, ale uważam, że tyle, ile zostało napisane w tej pozycji o życiu poza koncertami Guns N' Roses, to wystarczająca dawka, aby zrozumieć, że od samego początku łatwo nie było, a co ważniejsze bogato też nie. Wiele ludzi pomogło młodym chłopakom dostać się na sam szczyt i zostać na nim na dłużej, a z tych „wielu” mało który otrzymał zwyczajne podziękowanie od zespołu (albo otrzymał, ale od jednego, dwóch członków, bo reszta miała gdzieś).

Na samym końcu, pozycja ta przyprawiła mnie o ogromny smutek, bo tak brutalnej prawdy się nie spodziewałam. No dobra... spodziewałam, gdzieś ta myśl, stale krąży w mojej głowie, ale nie potrafiłam jej do siebie dopuścić, a tutaj BUM. Spadła na mnie jak grom z nieba i zasmuciła mnie okrutnie. Nie napiszę Wam jednak, co to takiego, bo tę pozycję zwyczajnie trzeba nie tyle przeczytać, co poczuć. Najlepiej słuchając na pętli każdej z płyt zespołu.

„Większość spędza swoje życie, martwiąc się swoją anonimowością. Ale kiedy dotrzesz na szczyt, przekonujesz się, że jest pieprzoną iluzją, że nie istnieje. A kiedy utracisz anonimowość, zaczynasz doceniać jej wartość. Musieliśmy za to zapłacić później i była to wysoka cena.”[Alan Niven]

Książka jest pięknie wydana. Porządny papier, czarna oprawa z czaszką, rewolwerami i cylindrem, które tworzą chwytliwą okładkę, a w środku wklejki z kolorowymi zdjęciami, które są miłą odskocznią od historii, która nierzadko była ciężka. Trzeba przyznać, że Mick Wall, zna się na rzeczy i wie, jak pisać biografie. Jego styl jest lekki, a całe ściany tekstu, dosłownie przebiega się wzrokiem z ciekawością, co będzie dalej. „Ostatnich gigantów z rockowej dżungli” po prostu się pożera.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że mało z Was, będzie zainteresowanych tą pozycją, bo wiadomo, ze każdy ma inny styl muzyczny. Mam jednak nadzieję, że wśród Was są Ci, którzy darzą ten zespół taką miłością jak ja. Ta biografia jest dla Was! Zabierze Was w podróż po sławie i koncertach, a także pokaże wszystko, co dane było przejść GN'R, zanim stali się znani.
Z mojej strony mogę tylko napisać, że teraz czuję się spełniona. Po koncercie rok temu w Gdańsku, który zmiótł mnie z powierzchni Ziemi (tak, wróciłam z otchłani kosmicznej), ta pozycja stała się idealnym dopełnieniem wiedzy o zespole, który jest dla mnie najlepszy z najlepszych.

„Jedyną barierą, jaką sobie narzucamy, jest hard rock. Wiemy, że w jakiś sposób nas ogranicza. Ale decydujemy się na to, bo nie chcemy żeby zginał, a widzimy jak umiera.” [Axl Rose]

pokaż więcej

 
2018-12-07 15:18:55
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/11/nevermoor-przypadki-morrigan-crow.html

Harry Potter w damskiej wersji?


Kto z nas nie był fanem „Chłopca, który przeżył”, niech podniesie rękę.
Nie widzę nikogo.
Harry Potter był ewenementem na skalę światową, jak każdy z nas wie. Historia ta, poza książkami rozciągnęła się na filmy, gadżety, a fani, mimo że J.K. Rowling nie piszę...
https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/11/nevermoor-przypadki-morrigan-crow.html

Harry Potter w damskiej wersji?


Kto z nas nie był fanem „Chłopca, który przeżył”, niech podniesie rękę.
Nie widzę nikogo.
Harry Potter był ewenementem na skalę światową, jak każdy z nas wie. Historia ta, poza książkami rozciągnęła się na filmy, gadżety, a fani, mimo że J.K. Rowling nie piszę kolejnych przygód, bo zamknęła ten rozdział, dalej czekają na list z Hogwartu (ja też czekam – Tylko Slytherin).

Jessica Townsend wraz ze swoją serią o Morrigan Crow jest mniej znana. Niesłusznie.
Wydawnictwo Media Rodzina sięgnęło po tę serię i wydało ją u nas w Polsce.
Czy panna Crow ma szansę zaistnieć w świecie?
Czy polubicie ją bardziej, niż młodego czarodzieja?
Przekonajmy się.

Morrigan Crow urodziła się jako przeklęte dziecko. Została wpisana do rejestru takowych dzieci i w Wieczór Przesilenia, mając jedenaście lat jej życie ma dobiec końca. Jej rodzina, w żaden sposób nie pokazuje, że będzie za nią tęsknić. Ojciec Mor, Corvus Crow jest kanclerzem stanu Wilkary w Szakalinie i jako osoba reprezentatywna musi pokazywać się na rożnych ważnych uroczystościach. Jedną z nich jest Dzień Ofert, w którym dzieci otrzymują oferty wykształcenia i późniejszej pracy. Morrigan nigdy nie była na takim spotkaniu i podczas kolacji, prosi ojca o zabranie jej ze sobą, a ten z racji, że pojawienie się z córką ociepli jego wizerunek, zgadza się na tę propozycję.
Panna Crow nie oczekuje żadnej oferty od ważnych osobistości, jednak to właśnie ona podczas rozdania kopert otrzymuje cztery oferty. Okazuje się, że niektóre z nich to jedynie żart, aby zakpić z kanclerza, ale jedna z nich od Ezry Squalla okazuje się całkiem prawdziwa.
Końcem końców dziewczynka wychodzi bez oferty i bez zmiany w swoim życiu.
Do czasu.
Wraz z pokazaniem przez Zegar Nieboskłonny, Przesilenia dziewczynkę podczas ostatniej kolacji odwiedza tajemniczy rudzielec, zwany Jupiter North.
Jowisz, zabiera Morrigan do Nevermooru, gdzie dziewczynka zaczyna żyć pełną piersią, a przy okazji przechodzi próby, aby dostać się do Towarzystwa Wunderowego.
Oszukała śmierć, czy może to wszystko jest tylko wymysłem?

Cóż to była za lektura!
„Nevermoor” przeczytałam w tempie czytania „Harrego Pottera”, zatem już na starcie wiecie, że ta pozycja jest świetnie i plastycznie napisana. Wciąga od pierwszej strony i nie pozwala oderwać się do samego końca.
Ale to nie o słowo tu chodzi, a o bohaterów.
Jessica Townsend w swojej serii przedstawiła nam całą gamę osobliwych postaci. Wszystkie te zaś, mieszkają w Hotelu Deukalion, który jest tak samo dziwny, jak i jego mieszkańcy.
Ta pozycja to uczta dla wyobraźni!
Mamy tutaj kota, który opiekuje się hotelem, wampirzego karła, divę operową ubraną w wykwintne stroje, a w centrum tego wszystkiego mamy Morrigan i parasolkę, którą otrzymała od Jupitera na swoje urodziny.

Próby, które bohaterka przechodzi, aby dostać się do Towarzystwa Wunderowego i zostać legalną obywatelką Nevermoor są wybitnie nienormalne, ale na tyle prawdopodobnie, że naprawdę chce się w nie uwierzyć. Świat przedstawiony w tej pozycji jest oryginalny i rozbudza wyobraźnię swoimi opisami, które mimo że czasami są długie, to ani trochę nie nudzą.

No ale, nie napisałam najważniejszego. Postać Jupitera Northa jest najlepszą w całej historii. Ten rudowłosy mężczyzna, ma świetne poczucie humoru i ogromną pewność siebie, a jego stan umysłu jest jak po dobrym towarze (jeżeli wiecie o czym mówię, piszę). To właśnie jego postacią jestem doszczętnie oczarowana, aczkolwiek inne osobliwości w „Nevermoor” także są godne podziwu i poklasku.

Koniecznie polecam! Musicie to przeczytać. Jeżeli kochacie chłopca z blizną i chcecie przeczytać coś podobnego, ale odrobinę mniej magicznego, za to bardziej szalonego to „Nevermoor” jest książką idealną. I choć z początku myślałam, że będzie to pozycja raczej dla młodszych czytelników, zostałam pozytywnie zaskoczona, bo dorośli bawią się przy niej tak samo dobrze, jak dzieci. Wybuchy śmiechu gwarantowane, a ból od wyobrażania sobie wszystkiego, co mamy w tej książce murowany. Pozycja idealna, prawda?

pokaż więcej

 
2018-12-07 15:18:31
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Kaci Hadesa (tom 3) | Seria: Editio Red

https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/11/uleczone-dusze-kaci-hadesa-3-tillie-cole.html

Druga część była tylko rozgrzewką.

Ile bym Wam nie napisała o „Katach Hadesa” i tak zawsze skończy się na tym, że koniecznie musicie przeczytać tę serię. Zresztą to nie tylko moje słowa. Każdy, kto przeczytał dwie pierwsze części tej serii, poleci Wam też następne tomy. Tillie Cole z każdą...
https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/11/uleczone-dusze-kaci-hadesa-3-tillie-cole.html

Druga część była tylko rozgrzewką.

Ile bym Wam nie napisała o „Katach Hadesa” i tak zawsze skończy się na tym, że koniecznie musicie przeczytać tę serię. Zresztą to nie tylko moje słowa. Każdy, kto przeczytał dwie pierwsze części tej serii, poleci Wam też następne tomy. Tillie Cole z każdą kolejną książką, rozkręca się coraz bardziej.

Poznaliśmy już Ky, Styxa i ich dziewczyny – Mae i Lilah. Między tymi parami, ciągle przeplatała się jeszcze jedna. Mianowicie Flame i Maddie.
Chociaż nie było ich dużo, to podświadomie czytając pierwsze tomy serii, chcieliśmy poznać ich historię. Autorka spełniła nasze ciche marzenie i tak oto powstały „Uleczone dusze”.

Wracając do końcówki pierwszego, jak i drugiego tomu, autorka przypomniała nam, w którym momencie zaczęła się znajomość Maddie i Flame'a oraz gdzie konkretnie stanęła.
Maddie będąc trzecią siostrą, której mózg został wyprany przez Zakon, siedzi w zamknięciu i boi się świata zewnętrznego. Oddaje się rysowaniu, bo to zajmuje jej myśli od rzeczywistości. Flame każdego dnia kręci się koło dziewczyny, chcąc ją trochę rozruszać. Przyzwyczaić do jej nowego życia. Najbardziej niezrównoważony członek gangu motocyklowego bawi się z Maddie w swoistego „kotka i myszkę”. Podchodzi do niej, aby następnie się cofnąć, kiedy wyczuje niepewny grunt. Tymczasem przez przypadek w jednej akcji udaje się uratować niejaką Sarai, która także była w Zakonie. Dziewczyna żyje między motocyklistami i ich kobietami, jak gdyby nigdy nic, obserwując i czekając, na atak.
Między Flamem, a Maddie rodzi się nić porozumienia, która zaczyna przekształcać się w porządnej jakości gruby sznur. Flame jest przy niej spokojny, potrafi nad sobą zapanować, a Maddie czuje się nad wyraz bezpiecznie przy tym specyficznym mężczyźnie. To Maddie, Flame wyjawia swoją największą tajemnicę z przeszłości. Co więcej, rozlicza się ze swoim dawnym życiem, aby móc rozpocząć nowe. U boku Maddie.
Prorok Cain, zaczyna mieć wątpliwości, co do działań Zakonu, a jego brat bliźniak Judah pokazuje, jak wygląda prawda. Cain przypomina sobie dni, które spędził z Mae i wszystko to, co opowiadała mu o Zakonie.
W końcu rozumie, że dziewczyna w żadnym swoim słowie nie kłamała, ale kiedy szczera prawda do niego dochodzi, jest już za późno na reakcję.

„Uleczone dusze” to najbardziej popieprzona część „Katów Hadesa”, jaką dotychczas mieliśmy okazję czytać w Polsce. Jest to też jednocześnie najpiękniejsza opowieść o miłości dwojga różnych od siebie ludzi, jaką miałam okazję ostatnimi czasy czytać. Tillie Cole zaskakuje, a to dopiero początek.
Swoją drogą, jestem ciekawa, czy wydawnictwo EditioRed, które z hukiem wydaje miesiąc w miesiąc kolejne tomy tej serii, skusi się też na wydanie dwóch nowelek. Po piątym i szóstym tomie.

Flame to mężczyzna, który pod twardą skorupą jest zagubiony. Życie od najmłodszych lat go nie rozpieszczało i gdyby nie AK i Viking, kto wie, czy chłopak dalej by żył. Jednak mimo tego, że dostał po dupie w przeszłości, nie poddał się i każdego dnia walczy o swoją przyszłość. Najpierw bez Maddie, a potem zaś z nią.
A skoro mowa o Maddie... ta dziewczyna jest moją ulubioną siostrą, z całej trójki. Cicha, delikatna i niepewna, kiedy trzeba potrafi pokazać rogi i wydrzeć się na wszystkich dookoła, tylko po to, aby ochronić osobę, którą kocha. Uwielbiam takie niepozorne bohaterki, które najpierw poklepują Czytelnika po plecach, aby potem poderżnąć mu gardło.
No wiecie... nikt nie jest do końca normalny.

Tutaj zaczyna się zmiana Proroka Caina. Jego myśli kierują się na inne tory i zaczyna dostrzegać głęboko skrywaną prawdę. Do tego dochodzi jego brat Judah, którego imię zgadza się idealnie z jego czynami. Przeczytacie „Odkupienie”, które wychodzi w listopadzie to poznacie tę historię dokładniej.

„Uleczone Dusze” to piękna i mocna książka. Będziecie ją kochać i jednocześnie nienawidzić. Jest to historia, która Was nie zawiedzie i której tak naprawdę, w głębi duszy oczekiwaliście po Maddie i Flame'ie. To pozycja, która odnowi Waszą miłość do „Katów Hadesa”, po uspokajającej i usypiającej historii Lilah i Kylera. Zdecydowanie polecam, a jeszcze bardziej polecam czwarty tom serii.

pokaż więcej

 
2018-12-07 15:18:01
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Dirty Games Duet (tom 2)

https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/10/dirty-sexy-games-laurelin-paige.html

Weston powraca.

Pamiętacie, jak płakałam w recenzji „Dirty Sexy Player”, że autorka zrobiła niespodziewany cliffhanger, który wzburzył mnie i niebywale zasmucił, bo musiałam czekać na kolejny tom?
Otóż, właśnie go skończyłam i muszę przyznać, że historia Westona jest ciekawa, ale i tak wolę Donovana.
...
https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/10/dirty-sexy-games-laurelin-paige.html

Weston powraca.

Pamiętacie, jak płakałam w recenzji „Dirty Sexy Player”, że autorka zrobiła niespodziewany cliffhanger, który wzburzył mnie i niebywale zasmucił, bo musiałam czekać na kolejny tom?
Otóż, właśnie go skończyłam i muszę przyznać, że historia Westona jest ciekawa, ale i tak wolę Donovana.

Akcja zaczyna się, zaraz po ślubie Elizabeth Dyson i Westona Kinga, kiedy to para młoda, zamiast tańczyć pierwszy taniec ze sobą, szuka pocieszenia w ramionach innych. King, u Sabriny, którą znamy z „Dirty Filthy Rich Men”, zaś Elizabeth u swojego byłego chłopaka Clarence'a.
Chociaż młodzi ustalili, że to tylko ślub dla interesu i tak ich do siebie ciągnie. Po ślubie, oczywiście dopełniają formalności i małżeństwo zostaje skonsumowane, ale na następny dzień Weston wychodzi wcześnie rano, na spotkanie zostawiając swoją świeżo upieczoną żonę samą. King idzie spotkać się z Callie, córką senatora, która... w dzień jego ślubu powiedziała mu o pewnej niespodziance (i tak się domyślacie, o co chodzi). Elizabeth zaś, odwiedza ponownie jej były chłopak, który chyba nie do końca pogodził się z ich rozstaniem.
Kiedy Weston wraca, zastaje swoją kobietę z jej byłym na rozmowie, czym jest zaskoczony. Jednak nie daje się zbić z tropu i kiedy tylko Clarence wychodzi, King proponuje swojej żonie wyjazd na miesiąc miodowy na Hawaje, gdzie mają być tylko oni we dwoje, bez świata zewnętrznego i jego problemów. Elizabeth będąc nie do końca pewna swoich uczuć, zgadza się, gdyż chce poznać swojego męża lepiej.
Na Hawajach, choć miesiąc miodowy powinien być beztroski, Weston ciągle myśli, jak wyjawić Elizabeth tajemnicę, którą przed nią skrywa.
Jednak końcem końców, sekret sam wychodzi na jaw, a Elizabeth, choć już prawie wiedziała, co czuje do Kinga, ponownie ma wątpliwości, a przez nagabywanie matki, kobieta podejmuje decyzje, które mają się odbić na i na niej, i na Kingu.

Od czego by tu zacząć?

Może od prequela?
Odejdźmy na chwilę od „DSG”. Laurelin Paige kilka dni temu, wydała krótki prequel, który możemy za darmo przeczytać na jej stronie internetowej noszący tytuł „Dirty Sexy Bastard”.
Historia ta, mająca czterdzieści cztery strony opowiada o testamencie ojca Elizabeth, ale także propozycji, jaką złożył jej Donovan Kincaid ( prywatnie mój mąż ). Ta krótka nowelka, jest świetnym wejściem w całą historię Westona i Elizabeth, a i mogłabym się pokusić o to, że do „Dirty Filthy Rich Men” też pasuje (chociaż polecam przeczytać „Dirty Filthy Rich Boys”).
Generalnie dowiedziałam się, że całe „Dirty Universe” ma mieć jeszcze około czerech- pięciu książek, które będą opowiadać o poszczególnych mężczyznach, poznanych wcześniej w fabule.
Żeby Wam nie skłamać, ma być „Dirty Sweet Duet” i „Dirty Wild Duet”.

Wróćmy jednak do „Dirty Sexy Games”.
Historia Elizabeth i Westona od samego początku mi się spodobała, szczególnie, że to właśnie Donovan był jej prowodyrem. Autorka w ciekawy sposób pokazała psychikę pary młodej, która inna była u Kinga, a inna u Dyson, oraz cały ten szybki ślub i okłamywanie wszystkich dookoła w sprawie wielkiej miłości, która miała podłoże finansowe.

W drugiej części, Laurelin Paige rozwinęła fabułę dalej i poszła o krok do przodu.
Cliffhanger, który zakończył „Dirty Sexy Playera” był niespodziewany i zaskakujący, ale czytając „DSG” osobiście zostałam ukontentowana i cieszę się, że autorka po raz kolejny mnie nie zawiodła.
Laurelin Paige to maszyna do pisania książek i nie mówię tego w złym słowa znaczeniu. Autorka ta, wydaje naprawdę dużo książek podczas roku, ale każda z nich jest dopracowana i historią bohaterów się po prostu żyje.

Dla porównania Lauren Blakely wydaje książkę DOSŁOWNIE, co miesiąc, a każda z nich jest identyczna jak poprzednia, zmieniają się tylko imiona bohaterów, zaś fabuła, jak była tandetna tak dalej jest. No cóż... można i w ten sposób.
Chociaż nie jestem super fanką Westona, a Elizabeth raczej jest mi obojętna, to i tak czytałam z uśmiechem ich przeprawę przez wydarzenia, jakie miały okazję ich spotkać. Tak właśnie pisze Laurelin Paige, choćbyście nie przepadali za bohaterami i tak będziecie się cieszyć do książki, kiedy będziecie o nich czytać i nie będzie Was to, ani trochę nudzić.
„Dirty Sexy Games” uważam, za dobre zakończenie historii tej dwójki. Z niecierpliwością czekam na odrębną serię o Donovanie, chociaż obawiam się, że dostałam ją w „Dirty Filthy Rich Men” i trochę mnie to boli ( bardziej, niż trochę ). Mam jednak nadzieję, że Laurelin Paige pójdzie mi na rękę i specjalnie dla mnie napisze coś o moim książkowym mężczyźnie.

Jeżeli czytaliście „Dirty Sexy Player” to kontynuację serdecznie Wam polecam, zaś jeżeli jeszcze nie mieliście okazji spotkać się z „Dirty Universe” to zacznijcie, albo od „Dirty Filthy Rich Boys”, albo właśnie od „Dirty Sexy Bastard”. Teoretycznie powinniście znać historię z „DFRB” i całego „Dirty Duet”. Ale mam wrażenie, że jak przeczytacie „DSB”, a potem kolejne tomy o Westonie i Elizabeth to ogarniecie całą historię.

pokaż więcej

 
2018-12-07 15:17:12
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Bracia Slater (tom 4.5)

https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/11/ryder-branna-la-casey.html
#Rydermyhubby

Prawdopodobnie nie ma na facebooku zdjęć okładek polskiego wydania „Rydera”, pod którym nie napisałam bym, że najstarszy ze Slaterów jest mój.
Przy Ryderze, reszta może się schować.
Chociaż jego historia jest jedną ze spokojniejszych, to on sam jest niczym Szatan.

W związku Branny i Rydera po...
https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/11/ryder-branna-la-casey.html
#Rydermyhubby

Prawdopodobnie nie ma na facebooku zdjęć okładek polskiego wydania „Rydera”, pod którym nie napisałam bym, że najstarszy ze Slaterów jest mój.
Przy Ryderze, reszta może się schować.
Chociaż jego historia jest jedną ze spokojniejszych, to on sam jest niczym Szatan.

W związku Branny i Rydera po pięciu latach zaczyna się psuć. Branna zajęta pracą w szpitalu, na oddziale położniczym, coraz więcej czasu spędza z Ashem Wadem, który pracuje jako położny. Ryder zaś wpatrzony w telefon, nie zauważa oddalającej się od niego kobiety, którą kiedyś przecież kochał. Do tego Slater nie polepsza sytuacji w ich związku, znikając z domu wieczorami i wracając późną nocą, bądź nad ranem.
Branna każdego dnia zastanawia się, czy to wszystko ma sens i czy naprawdę warto to ciągnąć. Coraz więcej puzzli układa się w całość, aż ostateczna decyzja zapada w jej głowie.
Decyzja, która ma zmienić wszystko w całej paczce przyjaciół, z których porobiły się pary.
Kiedy miłość Branny i Rydera, chyli się ku upadkowi, życie innych Slaterów wiedzie się w pełni szczęścia. Wielu z nich ma już prawdziwe rodziny z dziećmi, inni dopiero spodziewają się maluchów.
A Alannah pomału zaczyna dochodzić do porozumienia z Damienem.
Gdzie Ryder znika, co noc?
Jaką decyzję podjęła Branna?

„Ryder” jest książką, która łączy wszystkich braci w jedno. Podczas czytania zauważyłam, że wiele wątków zostało pociągniętych do przodu, które były w poprzednich tomach niewyjaśnione. Co więcej, sama historia Rydera i Branny jest tutaj przedstawiona od poznania, przez wyjawienie wszystkich tajemnic, po sam koniec.
Możemy jeszcze raz przypomnieć sobie o Marco i całej historii mafijnej, którą autorka uplotła już w pierwszych częściach serii. Co więcej, mamy okazję przeczytać dokładniej o pracy Rydera, która miała spłacić dług Damiena. To właśnie tutaj, mogę stwierdzić, że L.A. Casey napisała fabułę ciemnych interesów braci, która w pierwszych tomach, mimo wyjaśnień, była zamglona.

Spotykamy wszystkich Slaterów oraz ich panny. Zatem jeżeli nie lubicie Rydera (i dobrze), a wolicie Aleca, czy Kane'a to nie będziecie czuć się poszkodowane. Bliźniacy też są i mają się świetnie, a Dominic nie wychodzi z formy, przy wkurzaniu Bronagh, która oczekuje dziecka.

„Branna” jest kolejną krótką nowelką, będącą przedłużeniem „Rydera”, jednak jest napisana z pomysłem i nie nudzi. Rzeczywiście widać w niej ciąg wydarzeń, a nawet jest w niej zapowiedź „Damiena” i tego, co będzie się działo w kolejnym głównym tomie. Ja, już jak wiecie, białowłosego Slatera czytałam i muszę przyznać, że autorka zgrabnie wymyśliła te przejścia w fabule.
Gdyby czytać „ciurkiem” całą serię to od „Aleca”, można poczuć jakby czytało się jedną książkę, cały czas.

Ryder jako bohater jest ideałem. Nie usłyszycie ode mnie złego słowa o nim, bo to mój kolejny książkowy mąż od pierwszego wejrzenia. Żaden inny Slater nie spodobał mi się tak jak ten najstarszy i w jego historii ten fakt tylko został potwierdzony.
Branna jest bardzo podobna do Bronagh, aczkolwiek nie ma talentu do warczenia na wszystkich, jak jej młodsza siostra. Jest raczej spokojną postacią, dorosłą i odpowiedzialną, ale czasami przesadzała ze stawieniem wszystkiego i wszystkich przed siebie. Na szczęście, nie było to aż tak nachalne, żeby wkurzało podczas lektury.

„Ryder” to już prawie koniec historii braci Slater. Osobiście uważam, że to jedna ze spokojniejszych i lepszych części z całej serii. I wcale nie dlatego, że Rydera uwielbiam. Nie będziecie się nudzić przy tej książce. Możecie za to zobaczyć, jak dużo kosztuje prawdziwa miłość i jak wiele potrzeba, aby zadziałało zaufanie między dwojgiem osób.

pokaż więcej

 
2018-12-07 15:17:00
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Bracia Slater (tom 4)

https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/11/ryder-branna-la-casey.html

#Rydermyhubby

Prawdopodobnie nie ma na facebooku zdjęć okładek polskiego wydania „Rydera”, pod którym nie napisałam bym, że najstarszy ze Slaterów jest mój.
Przy Ryderze, reszta może się schować.
Chociaż jego historia jest jedną ze spokojniejszych, to on sam jest niczym Szatan.

W związku Branny i Rydera po...
https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/11/ryder-branna-la-casey.html

#Rydermyhubby

Prawdopodobnie nie ma na facebooku zdjęć okładek polskiego wydania „Rydera”, pod którym nie napisałam bym, że najstarszy ze Slaterów jest mój.
Przy Ryderze, reszta może się schować.
Chociaż jego historia jest jedną ze spokojniejszych, to on sam jest niczym Szatan.

W związku Branny i Rydera po pięciu latach zaczyna się psuć. Branna zajęta pracą w szpitalu, na oddziale położniczym, coraz więcej czasu spędza z Ashem Wadem, który pracuje jako położny. Ryder zaś wpatrzony w telefon, nie zauważa oddalającej się od niego kobiety, którą kiedyś przecież kochał. Do tego Slater nie polepsza sytuacji w ich związku, znikając z domu wieczorami i wracając późną nocą, bądź nad ranem.
Branna każdego dnia zastanawia się, czy to wszystko ma sens i czy naprawdę warto to ciągnąć. Coraz więcej puzzli układa się w całość, aż ostateczna decyzja zapada w jej głowie.
Decyzja, która ma zmienić wszystko w całej paczce przyjaciół, z których porobiły się pary.
Kiedy miłość Branny i Rydera, chyli się ku upadkowi, życie innych Slaterów wiedzie się w pełni szczęścia. Wielu z nich ma już prawdziwe rodziny z dziećmi, inni dopiero spodziewają się maluchów.
A Alannah pomału zaczyna dochodzić do porozumienia z Damienem.
Gdzie Ryder znika, co noc?
Jaką decyzję podjęła Branna?

„Ryder” jest książką, która łączy wszystkich braci w jedno. Podczas czytania zauważyłam, że wiele wątków zostało pociągniętych do przodu, które były w poprzednich tomach niewyjaśnione. Co więcej, sama historia Rydera i Branny jest tutaj przedstawiona od poznania, przez wyjawienie wszystkich tajemnic, po sam koniec.
Możemy jeszcze raz przypomnieć sobie o Marco i całej historii mafijnej, którą autorka uplotła już w pierwszych częściach serii. Co więcej, mamy okazję przeczytać dokładniej o pracy Rydera, która miała spłacić dług Damiena. To właśnie tutaj, mogę stwierdzić, że L.A. Casey napisała fabułę ciemnych interesów braci, która w pierwszych tomach, mimo wyjaśnień, była zamglona.

Spotykamy wszystkich Slaterów oraz ich panny. Zatem jeżeli nie lubicie Rydera (i dobrze), a wolicie Aleca, czy Kane'a to nie będziecie czuć się poszkodowane. Bliźniacy też są i mają się świetnie, a Dominic nie wychodzi z formy, przy wkurzaniu Bronagh, która oczekuje dziecka.

„Branna” jest kolejną krótką nowelką, będącą przedłużeniem „Rydera”, jednak jest napisana z pomysłem i nie nudzi. Rzeczywiście widać w niej ciąg wydarzeń, a nawet jest w niej zapowiedź „Damiena” i tego, co będzie się działo w kolejnym głównym tomie. Ja, już jak wiecie, białowłosego Slatera czytałam i muszę przyznać, że autorka zgrabnie wymyśliła te przejścia w fabule.
Gdyby czytać „ciurkiem” całą serię to od „Aleca”, można poczuć jakby czytało się jedną książkę, cały czas.

Ryder jako bohater jest ideałem. Nie usłyszycie ode mnie złego słowa o nim, bo to mój kolejny książkowy mąż od pierwszego wejrzenia. Żaden inny Slater nie spodobał mi się tak jak ten najstarszy i w jego historii ten fakt tylko został potwierdzony.
Branna jest bardzo podobna do Bronagh, aczkolwiek nie ma talentu do warczenia na wszystkich, jak jej młodsza siostra. Jest raczej spokojną postacią, dorosłą i odpowiedzialną, ale czasami przesadzała ze stawieniem wszystkiego i wszystkich przed siebie. Na szczęście, nie było to aż tak nachalne, żeby wkurzało podczas lektury.

„Ryder” to już prawie koniec historii braci Slater. Osobiście uważam, że to jedna ze spokojniejszych i lepszych części z całej serii. I wcale nie dlatego, że Rydera uwielbiam. Nie będziecie się nudzić przy tej książce. Możecie za to zobaczyć, jak dużo kosztuje prawdziwa miłość i jak wiele potrzeba, aby zadziałało zaufanie między dwojgiem osób.

pokaż więcej

 
2018-12-07 15:16:37
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Mężczyzna z honorem (tom 1)

https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/11/fighting-temptation-kc-lynn.html

Honorowi Mężczyźni nadchodzą.


Nie czytałam nic K.C. Lynn wcześniej, dlatego z chęcią sięgnęłam po jej książkę, która ma się pokazać za nakładem Wydawnictwa Niezwykłego. Co więcej ostatnio przewinęła mi się premiera jej najnowszej książki (ale tytułu to nie pamiętam), jednak nie zainteresowała mnie na...
https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/11/fighting-temptation-kc-lynn.html

Honorowi Mężczyźni nadchodzą.


Nie czytałam nic K.C. Lynn wcześniej, dlatego z chęcią sięgnęłam po jej książkę, która ma się pokazać za nakładem Wydawnictwa Niezwykłego. Co więcej ostatnio przewinęła mi się premiera jej najnowszej książki (ale tytułu to nie pamiętam), jednak nie zainteresowała mnie na tyle mocno, abym po nią sięgnęła. Po „Fighting Temptation” sięgnęłam z ciekawością, o czym jest ta pozycja, bo moim zwyczajem, opisu nie przeczytałam. I w sumie to nie wiem, jak oceniam tę lekturę, ale o tym za chwilę.

Jaxson Reid to miejscowy rozrabiaka i chuligan. Jednak czasami ma też dobre serce, chociaż mało kto o tym wie, bo wszyscy w miasteczku Sunset Bay widzą syna, przez pryzmat ojca. Jaxson jeździ na motocyklu i wygląda na typowego „bad boya”, ale przez to, jaki jest kobiety z miasta ślinią się na jego widok.
Julia Sinclair po śmierci matki przeprowadziła się do babci, która mieszka w Sunset Bay. Dziewczyna nie zna za dobrze miasta, ani jej mieszkańców, ale prawie każdego dnia przychodzi na cmentarz, aby odwiedzić mamę i opowiedzieć jak minął jej dzień. Pewnej nocy, jej spacery po zmroku kończą się napaścią dwóch nie do końca trzeźwych mężczyzn, którzy chcą Julkę zgwałcić.
Jaxson będący przypadkiem obok, słysząc krzyki i błagania, od razu rusza do akcji i po szybkiej wymianie ciosów ratuje dziewczynę z opresji, stając się jej najlepszym przyjacielem. Z biegiem czasu, Julka zaczyna rozumieć, że to nie tylko przyjaźń, ale głęboko skrywana miłość kieruje ją w stronę Jaxsona, który informując ją o swoim wyjeździe łamie jej serce.
Chłopak postanawia wstąpić do oddziału SEAL i chociaż obiecuje, że wróci mija pięć lat, kiedy Julka dowiaduje się, że jej przyjaciel miał wypadek i jest w szpitalu w Niemczech. Kiedy do niego przyjeżdża, ten łamie jej serce ponownie.
A potem mija kolejny rok. Rok szukania ciepła u innych mężczyzn, którzy nie są Jaxsonem.
Aż pewnego dnia, ten wymarzony i jedyny staje przed drzwiami jej domu, chętny do wyjaśnień.
Julia nie chce jednak ich słuchać.

„Fighting Temptation” to książka, która opowiada o przyjaźni między mężczyzną, a kobietą, która przeradza się w miłość. Z początku jednostronną, ale szybko okazuje się, że jest odwzajemniona, z niepewnościami.
Jaxson cały czas uważa, że nie jest dla Julki dobry i nie zasługuje na nią. Sam karci się za to, jaki był jego ojciec. Odrzuca ją, chociaż ona uparcie go kocha i trwa przy nim, a każdy inny mężczyzna w jej życiu nie wywołuje tych „dreszczy”, co Reid. Chłopak próbuje na jej miłość zapracować i nie potrafi zrozumieć, że ona cały czas na niego czeka, aż ten się obudzi.

K.C. Lynn nie poskąpiła nam jednak wątków. Poza główną parą, mamy też pobocznych bohaterów i ich mini historie także możemy przeżywać. Oczywiście wiadomym jest fakt, że kolejne tomy serii opowiadają właśnie o przyjaciołach Julki i Jaxsona, ale i tutaj możemy podglądnąć ich skomplikowane życie. Osobiście podobają mi się kumple z SEAL Jaxsona, czyli Cade i Sawyer i to właśnie ich historii jestem ciekawa najbardziej.

Jednak najważniejszym wątkiem, który nie do końca mi pasował jest SEAL. Autorka chciała pokazać (chyba) psychikę Jaxsona, po misji w Iraku, gdzie przydarzyła mu się dość nieprzyjemna przygoda, z której ledwo wyszedł żywy. I jak jestem gotowa wybaczyć przeskoczenie całości jego szkolenia i przesunięcie fabuły do szpitala, bo to Julka jest główną bohaterką, tak nie umiem wybaczyć zaniedbania, jakie autorka poczyniła w dalszej części książki.
Kiedy Jaxson jest już w domu. Bezpieczny i zdrowy.
Jest tego ZA MAŁO.

Mamy jakieś skrawki wspomnień Jaxsona, ale to są raptem trzy sztuki (może cztery) i są tak pobieżnie opisane, że głowa mała. Sądziłam, że ta historia poza złamanymi wielokrotnie sercami i wątkiem przyjaźni, która okazuje się być miłością, dostanę dużo psychiki męskiego bohatera, po wymagającej misji w Iraku, która odbiła się na jego zachowaniu. A tu nic.
Jaxson jest agresywny i rzuca się na każdego z łapami, jednak nie ma to nic wspólnego z jego wyszkoleniem i pobytem na misji. Chociaż ten mężczyzna zbierał się przez rok „do kupy” po tym, co go spotkało, końcem końców jest tak bardzo normalny, jakby pracował w cukierni i codziennie robił eklerki.
Jak cała ta książka wyszła naprawdę dobrze, tak ten wątek został dosłownie napisany byle jak.
I to w sumie jedyna rzecz, jaka szczerze mi się w „Fighting Temptation” nie podoba.

Ale do brzegu. Jeżeli oczekujecie delikatnej historii z czasowymi skokami ciśnienia to ta pozycja, jest dla Was. Jeżeli oczekujecie czegoś więcej, niż historii o miłości z problemami to tutaj tego nie znajdziecie. A jeżeli jesteście marudami jak ja, to przynajmniej wiecie, że psychiki Jaxsona po misji w Iraku nie uświadczycie. Decyzję pozostawiam Wam.

pokaż więcej

 
2018-12-07 15:15:55
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Bracia Slater (tom 6)

https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/11/brothers-slater-brothers-6-la-casey.html - polecam czytac tutaj

Co za dużo, to nie zdrowo.

Wszyscy lubimy czytać autorów, którzy nas do siebie i swoich książek przyzwyczaili. Lubimy też odkrywać nowych, ale dość często i tak wracamy na stare śmieci. Czasami jednak, autorzy nie wiedzą, kiedy przestać i rozpędzają się ze swoimi seriami na...
https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/11/brothers-slater-brothers-6-la-casey.html - polecam czytac tutaj

Co za dużo, to nie zdrowo.

Wszyscy lubimy czytać autorów, którzy nas do siebie i swoich książek przyzwyczaili. Lubimy też odkrywać nowych, ale dość często i tak wracamy na stare śmieci. Czasami jednak, autorzy nie wiedzą, kiedy przestać i rozpędzają się ze swoimi seriami na trzy i więcej tomów, przez co pod koniec, wszystko zaczyna się robić nudne, męczące i Czytelnik zaczyna się zastanawiać, czy to aby nie skok na kasę.
L.A. Casey zaszalała.
Po dość nieudanej nowelce o Alannah, w której zastanawiałam się ile musiała siedzieć w kolejce do lekarza, żeby na kolanie naskrobać takie badziewie i puścić to, jako książkę, zaserwowała nam szóstą część Braci Slater.
To nie koniec! (kto wydał jęk rozpaczy w tym momencie? Przyznawać się), bowiem autorka zapowiedziała jeszcze sławną „Męską Biblię”, którą znamy z pierwszej części o Dominicu Slaterze.

„Brothers” zostało podzielone na pięć części. Każda z nich zaś, jest podzielona na siedem – osiem rozdziałów. Opowiadają one o życiu Slaterów, od najmłodszego po najstarszego, w kolejności w jakiej wychodziły poprzednie tomy (Dominic, Alec, Kane, Ryder, Damien), jako ojców.
Tak. Dobrze czytacie.
Slaterowie są pełnowymiarowymi ojcami, z czego Dominic z Damienem mają po trzydzieści osiem lat.
Wyliczcie sobie sami ile ma Ryder.

Wymyśliłam sobie, że podobnie napiszę dla Was tę recenzję. Częściami. O każdym bracie oddzielnie. Co lepsze, będę je pisać od razu po skończeniu danego epizodu.
Nie wiem, jak to wyjdzie.
Jak do dupy, to będziecie mogli składać zażalenia do L.A. Casey, bo to ona wpadła na pomysł podzielenia tej książki na taki sposób.
Ja, to tylko od niej ściągnęłam.

Postaram się, napisać tę opinię bez spojlerów, aczkolwiek sądzę, że Ci, którzy tu wejdą, czytali wszystkie polskie części „ Braci Slater” i wiedzą, czego mogą się spodziewać po tym tomie.
Zbesztajcie mnie, jak nie mam racji.
W tej opinii pojawią się też oceny poszczególnych części.
Slaterów jest pięciu, zatem skala ocen wynosi od jednego do pięciu.

DOMINIC
Historia Dominica i Bronagh ciągnęła się przez wszystkie tomy jak „smród po gaciach”(nie piszę tego po złości, bo lubię tę serię. Tak dla jasności.). Z racji, że była pierwszym tomem całej serii, bliźniak brunet został umieszczony jako pierwszy w „Brothers”.
I jako jedyny spośród piątki braci ma córkę, która jest najstarszym dzieckiem Dominica i Bronagh, a przy okazji jest w wieku dojrzewania. Zatem domyślcie się, jak Geogria musi się zachowywać i jak Dominic będzie na to reagować.
Poza dorosłym życiem Dominica, mamy cofnięcie się do jego przeszłości. To właśnie ten wątek w historii Dominica mnie zainteresował najbardziej. Szczególnie, że pokazana została jego historia z pracą, jaką wykonywał dla Marco. Autorka postanowiła pokazać nam pierwsze spotkanie Bronagh przez Domnica i generalnie, czytając pierwszą część nie wiedziałam, za bardzo o co tu chodzi.
Z jednej strony myślałam, że to będzie taki duży epilog każdego z braci, z drugiej zaś kiedy zaczęłam czytać pierwsze dwa rozdziały, przez które ledwo co przebrnęłam, moje myśli powędrowały do stwierdzenia „skończ się już”. Byłam psychicznie zmęczona rolą Dominica, jako ojca. Chociaż potem L.A. Casey zmieniła zamiary i powiedzmy, że część ciemnego bliźniaka ujdzie w tłoku.
Ocena 2/5



ALEC
Pamiętam nawet teraz, jak wiele z Was narzekało na tę okładkę ze stringami. Muszę jednak przyznać, że gdyby ominąć tę pierwszą stronę to historia Aleca, podobnie jak i Kane'a jest jedną z lepszych w całej serii.
Druga część jest napisana bardzo podobnie jak pierwsza, czyli mamy tutaj Alec w teraźniejszości, kiedy razem z Kellą muszą uporać się ze swoimi dziećmi, a następnie jest przeskok do przeszłości Aleca.
Do tego, jak pierwszy raz uprawiał seks i co powiedział na to jego ojciec.
Tutaj jednak, rozdział trzeci jest najlepszy w całej części. I najciekawszy. Bowiem możemy w nim przeczytać brutalną prawdę o Alecu, tę, którą opowiedział w swojej książce Kelli. Nie zdradzę Wam , o co mi chodzi, ale sądzę, że się domyślicie, gdyż Alec jest postacią specyficzną i od samego początku nie miał łatwo. Co więcej, tylko on jeden myślał o tym czynie.
Autorka napisała ostrzeżenie przed tym rozdziałem, jeżeli ktoś jest wrażliwy na takie tematy i zaproponowała przeskoczenie rozdziału na kolejny. Ciekawy zabieg, który mnie zaskoczył. Tym bardziej, że nawet po przeskoczeniu tego rozdziału nic się nie straci, bo historia toczy się dalej. Polecam jednak przeczytać ten rozdział, bo naprawdę warto.
Resztę zaś możecie pominąć. Jest taka sama, jak u Dominica. Ponownie możemy przeczytać pierwsze spotkanie Kelli przez Aleca, od jego perspektywy.
Umęczyłam się okrutnie czytając tę część, bo dostałam powtórkę z rozrywki. Poza tym jednym, wyjątkowym rozdziałem cała część Aleca to nuda.
Ocena 2,5/5



KANE part 1
Lubię część Kane'a, ale nie w „Brothers”, a tę, pełnowymiarową pozycję. Opowiada o naprawdę zniszczonym mężczyźnie, który przeżył znacznie więcej, niż jego bracia.
Dlatego też, moje oczekiwania, na jego historię w ostatnim tomie Braci Slater były naprawdę duże.
A wyszło... może zacznijmy od początku.
Ponownie, mamy dwa rozdziały z życiem teraźniejszym „taty Kane'a” oraz pięć rozdziałów z jego przeszłością i pracą dla Marco. Najstarszy syn Kane'a – Jax wiedzie prym w tej części i to on jest tutaj prawie głównym bohaterem.

CHWILA OFFTOPU
Czytając trzecią część tej książki, dostrzegłam schemat, na który oparła się autorka. Schemat, który nie do końca mi się podoba.
Napiszę go Wam, w wielkim skrócie;
- 1 rozdział teraźniejszości (może być seks)
- 5 rozdziałów przeszłości (w którymś jest poznanie swojej żony)
- 1 rozdział teraźniejszości (w którym znowu pada pytanie „O czym tak intensywnie myślisz” od partnerki)
O. Tak to się przedstawia. Co więcej, każdą historię łączy chłopak Georgii, który jest wrogiem Slaterów i każdy z braci nasadza się i zaczyna planować, jak wykonać swoją działkę, aby Georgia nie była ze swoim chłopakiem.
A jakby tego było mało, w każdym z tych rozdziałów pojawia się i Ryder i Damien. Niby nie powinnam narzekać, bo to jednak Ryder, no ale jednak... nawet mi zaczęło to przeszkadzać.

KANE part 2
Historia pracy dla Marco była ciekawa w tym wątku, ale znowu poczułam się jakbym dostała powtórkę z rozrywki. Szczególnie, że mamy tu nawet „Aideen” (tę nowelkę) widzianą oczami Kane'a.
Czy naprawdę muszę dodawać coś więcej?
Ocena 3/5



RYDER
Doszliśmy do mojego książkowego męża i najlepszego Slatera.
Bałam się tej części. Szczególnie, że każda poprzednia była pod psem.
Pierwotna historia Rydera wielu nudziła, bo była „wyciszaczem”. Mi osobiście się podobała, chociaż samego najstarszego Slatera, też do końca nie dało się w niej poznać. Dlatego też rozpoczynając część o Ryderze, miałam obawy i nadzieję. Chciałam, żeby L.A. Casey rozwinęła go bardziej i jednocześnie chciałam, żeby nie zniszczyła tego co zbudowała.
Pomijając wcześniej napisany przeze mnie schemat, który tutaj także jest, część o Ryderze uważam za najlepszą (nawet nie muszę czytać Damiena).
Zaczynając od początku, nie piszę tego, dlatego że lubię Rydera. Jego przeszłość jest jedną wielką tajemnicą i dopiero tutaj dostałam to, czego brakło mi w jego samodzielnej części.
Czyli tego, jakim starszym bratem był.
W rozdziałach poświęconych jego przeszłości, mamy okazję zobaczyć, sześcioletniego Rydera, który uspokaja swoich braci i zmienia im pieluchy oraz oczywiście poznać tajniki jego pracy dla Marco (ale to już klasyka). Głównie jednak, cała akcja skupia się nie tyle na przemycie, co właśnie na opiece nad młodszym rodzeństwem, za które Ryder poczuwa się odpowiedzialny, bardziej niż rodzice. Póki co, to właśnie z historii Rydera jestem najbardziej zadowolona, ale to też nie jest na tyle dobra część, aby wypisywać o niej „ochy i achy”. Jest... przyjemna i ciekawa. Nie nudzi, jak poprzednie. Tyle.
Ocena 4/5



DAMIEN
I wreszcie dotarliśmy do ostatniego Slatera!
Czy ktoś tu jeszcze jest i czyta moje narzekania dalej?
Jeżeli jeszcze tu jesteś – wielkie brawa za wytrwałość!
Biały brat bliźniak Dominica, jako ostatni pojawił się w samodzielnej pozycji, której w naszym kraju jeszcze nie ma, dlatego dla chętnych opinię o tej pozycji zamieszczam TU, zaś o Alannah, czyli ostatniej nowelce – TU.
Historia Damiena w „Brothers” okazała się być (nie zgadniecie) identyczna, jak u poprzednich braci, zatem za dużo nie będę o niej pisać.
Autorka zniesmaczyła mnie jednym tekstem, który odznaczę Wam na biało, abyście nie czytali spojlera.
DLA CHĘTNYCH (zaznaczcie to białe pole)- Najstarszy syn Damiena, Kailen, w wieku dwunastu lat, stwierdza że jest biseksualny, tak jak jego wujek Alec. Znacie 12 latka, który odróżnia homo, bi i hetero? I który stwierdza, że jest bi? Co więcej, całuje się ze swoim kolegą, też 12 latkiem? Bo ja nie znam.
Cały epizod Damiena jest zwyczajnie nudny. Ot, tak po prostu.
Nie mam nic więcej do dodania.
Ocena 2/5



TO JUŻ PRAWIE KONIEC

Przeszliśmy przez wszystkich braci i wiem, że macie mnie już dosyć, ale w końcu nadszedł czas na konkretne podsumowanie całej tej książki.
Postaram się zrobić to szybko, bo pewnie zdążyliście wypić już całą kawę.
„Brothers” L.A. Casey można określić jednym słowem – POWTÓRKA.
Konkretnie z rozrywki.
Ta książka, dla mnie to jedno wielkie nieporozumienie, które nie powinno w ogóle powstać.
Powtarzalność schematu w każdym epizodzie, bezczelne wobec rodziców dzieciaki, sytuacje, które dziecięcy mózg normalnie nie ogarnia, a tutaj tak, a do tego bezsensowna perspektywa Slaterów, w wydarzeniach, które już czytaliśmy.
Casey straciła swoją lekkość, która pokazała w „Dominicu”, przez co „Brothers” jest pisane, niczym na siłę. W dodatku do tego wszystkiego dodała infantylność dialogów i wydarzeń, co zniszczyło tę książkę jeszcze bardziej.
Mało tego! Zrobiła z zajebistych bohaterów, jakimi byli Slaterowie, słodkich pierników, którzy nie przypominają tych, z pierwszych tomów.
Szczerze, to tylko epizod Rydera warto przeczytać i trzeci rozdział u Aleca, bo cała reszta jest wybitnie bez sensu. Już myślałam, żeby napisać Wam, abyście omijali rozdziały z teraźniejszością, a czytali przeszłość, ale końcem końców one też są słabe.

Nie będę tutaj słodzić.
Jak lubię Slaterów, tak „Brothers” to jedno wielkie gówno, a nie książka.
Co więcej, już szykują się dramy między Slaterami, a Collinsami, przez co czuję, że „Collins Brothers Series”, będzie niewypałem.
Nie wspominając już o „Slater Legacy”, czyli o dzieciach Slaterów, gdzie Georgia, jako jedyna córka będzie pępkiem świata, a pilnować jej będzie 24 mężczyzn, z czego ojciec i 4 nadopiekuńczych wujków.
Jeżeli Casey tak sobie wymyśliła te kolejne dwie serie, to będę się musiała długo zastanawiać, czy aby na pewno chce marnować swój czas na te jej wypociny (chociaż pewnie przeczytam, bo Jax – syn Kane'a jest moim ulubieńcem, podobnie jak bliźniaki Rydera).
Kończąc, „Brothersów” szczerze nie polecam. Nie marnujcie waszego czasu na powtórki, tego co już mieliście okazje przeczytać. Całe masy innych, lepszych książek czekają na przeczytanie.

pokaż więcej

 
2018-12-07 15:15:26
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Manhattan (tom 3)

https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/11/muse-katy-evans.html

Trzecia i ostatnia część serii Manhattan.


Katy Evans co jakiś czas pokazuje nam imponujące okładki swoich nowych książek. Ostatnio autorka wyciszyła się z życia publicznego, co oznacza, że wena jest blisko i zapewne właśnie tworzy nam kolejną świetną pozycję.
„Muse” wyszło niedawno, ale dopiero teraz miałam okazję...
https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/11/muse-katy-evans.html

Trzecia i ostatnia część serii Manhattan.


Katy Evans co jakiś czas pokazuje nam imponujące okładki swoich nowych książek. Ostatnio autorka wyciszyła się z życia publicznego, co oznacza, że wena jest blisko i zapewne właśnie tworzy nam kolejną świetną pozycję.
„Muse” wyszło niedawno, ale dopiero teraz miałam okazję zabrać się za tę pozycję.
Historię Rebecci i Noaha, którzy przewijali się przez poprzednie części serii.

Becca po przyjeździe do NY, aby pomóc swojej przyjaciółce Bryn, która przeżywa kryzys po zerwaniu ze swoim chłopakiem, udaje się na lotnisko JFK, aby wrócić do swojego domu. Na lotnisku kobieta zabija czas, próbując przywołać wenę, aby móc ponownie zasiąść do swojej książki. Na nieszczęście okazuje się, że jej samolot już odlatuje, a ona w popłochu walizek, gubi swojego laptopa, na którym ma wszystkie swoje pomysły i książki.
W spóźnieniu nie jest jednak sama, bo razem z nią na samolot nie zdąża przystojny mężczyzna, którego kobieta skądś kojarzy.
Dopiero po dłuższej rozmowie, okazuje się, iż jest to Noah Steele, światowej klasy aktor, który gra słynnego Megalita, w filmie fantastycznym.
Dwójka spóźnialskich przebukowuje bilety na kolejny lot i tym oto sposobem mają oni szesnaście godzin do zabicia, zanim pojawi się ich kolejny samolot.
Postanawiają ten czas spędzić razem, poznając się, rozmawiając i czując do siebie wzajemne przyciąganie.
Choć Becca z początku nie jest przekonana, na spędzenie kilkugodzinnej przygody z Noahem, końcem końców przekonuje się do tego pomysłu i tym oto sposobem uprawiają seks w tak zwanym „Pokoju Rodzinnym” na lotnisku.
Przyjemności nie trwają jednak wiecznie i w końcu pojawia się samolot Rebecci i Noaha, który oznacza powrót do domów i rozłąkę.

Seria „Manhattan” zaczęła się z przytupem, a Aaric Christos z "Tycoona" skradł moje serce i został moim książkowym mężem już bardzo dawno temu. Potem nadszedł czas na Iana i Sarę w „Mogulu”, a teraz otrzymaliśmy historię Beccy i Noaha. Dalej pozostanę przy słowach, że najlepszą cześcią z tej trylogii jest „Tycoon”.

„Muse” to lotniskowa bajka. Większość akcji rozgrywa się właśnie na lotnisku, gdzie Noah walczy z Rebeccą, podrywa ją i szuka jej laptopa. Bohaterowie dwa razy nie wchodzą na pokład swojego samolotu, raz z powodu spóźnienia, drugi raz „bo tak”.
Generalnie cała ta fabuła i pomysł na miejsce mi się podobała, ale czegoś mi tu zabrakło.
Jakiś przypraw. Pieprzu, papryczek chilli, no wiecie, ostrości.
„Muse” nie jest mdły, ani nic z tych rzeczy, ale też nie pobudza do szybszego czytania i nie przyspiesza bicia serca. To taka książka na wieczór, aby sobie poczytać dla relaksu, a może i nawet do snu, żeby się trochę uśpić.




Bohaterowie są, bo muszą być, ale nie współczułam im, ani nie kibicowałam. W sumie przeszli u mnie bez echa. Aaric Christos zawiesił poprzeczkę tak wysoko, że teraz mało, który bohater od Katy Evans potrafi jej dosięgnąć. Becca miała wieczny problem z szukaniem weny, na swoją książkę, która sądząc po fragmentach, jakie Noah ustrzelił przypadkiem, jest tak nudna i oklepana, że bestsellerem na pewno by nie została.
No, nie urwało mi to dupy, że się tak wyrażę, ale chociaż okładka jest ładna.

„Muse” to jednoczęściowa książka. Nie musicie czytać „Tycoona” i „Mogula”, aby ogarnąć historię i bohaterów. Tak samo jest z tymi wcześniejszymi częściami. Możecie po prostu sięgnąć, przeczytać i tyle. Dla fanów Katy Evans to pozycja obowiązkowa, bo to dalej ta Katy, którą znamy z „Manwhore”. Dla nowych czytelników tej autorki, poleciłabym właśnie Malcolma Sainta, a już na pewno Remingtona Tate'a. „Muse” możecie zostawić sobie na później, jak poznacie tę autorkę lepiej.

pokaż więcej

 
2018-12-07 15:14:55
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/11/manik-amo-jones.html

Poznajcie mojego kolejnego książkowego męża.


Chociaż „'MANIK” już od dawna jest na moim czytniku, zabrałam się za niego dopiero teraz, po ostatnim bublu, jaki miałam okazję przeczytać.
Teraz, pluje sobie w brodę, że nie przeczytałam go wcześniej, bo chociaż Aerona Romanova-Reeda klepałam jeszcze przy teaserach...
https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/11/manik-amo-jones.html

Poznajcie mojego kolejnego książkowego męża.


Chociaż „'MANIK” już od dawna jest na moim czytniku, zabrałam się za niego dopiero teraz, po ostatnim bublu, jaki miałam okazję przeczytać.
Teraz, pluje sobie w brodę, że nie przeczytałam go wcześniej, bo chociaż Aerona Romanova-Reeda klepałam jeszcze przy teaserach książki, to nie miałam pojęcia, że Amo napisała tak ZAJEBISTĄ książkę.

Beatrice Kennedy po stracie całej rodziny, zaczęła szwendać się z Kylem, który szybko stał się jej przyjacielem. Oboje stwierdzili, że osiądą w Nowym Orleanie, gdzie pracowali razem w klubie Jesta. Ich życie wiodło się spokojnym rytmem, dopóki pewnego dnia do klubu nie wszedł Aeron Romanov – Reed, syn Vladimira Romanova, który był szefem rosyjskiej Bratvy i przy okazji, następcą swojego ojca, w mafii, a dla publiki znany jako raper o pseudonimie artystycznym MANIK.
Dziewczyna dziwnie się czuła w obecności Aerona i postanowiła szybciej wyjść z pracy, gdy Kyle zajmie się zamknięciem klubu.
Problem w tym, że na parkingu spotkała Ae wraz ze swoją świtą, a pod ich nogami leżało martwe ciało. Jako świadek została siłą zabrana do czarnego domu MANIKa, gdzie trzymana w celi miała okazję porozmawiać z raperem pracującym nad nową płytą, który planował ją zabić. Jego ojciec, postanowił wypuścić Beatrice, ale też mieć na nią oko, które miała sprawować siostra Aerona, Katiya.
To był dopiero początek ich historii, która miała zakończyć się...
KRWAWO.


BOŻE! AMO! TY MNIE KIEDYŚ ZABIJESZ!
Brak mi słów, aby określić zajebistość tej książki.
Przysięgam!

Myślałam, że „Silver Swan” jest świetny. Myślałam, że „Flip Truck” był ekstra.
Ale to, co reprezentuje sobą „'MANIK” to kunszt pisarski nie do przeskoczenia!
Jestem totalnie zakochana w tej pozycji, a Amo słusznie stoi u mnie na piedestale najlepszy autorek zagranicznych.

Nie wiem, co pierwsze zacząć zachwalać!

UWAGA! BĘDĄ SIĘ SYPAŁY WULGARYZMY!
Przez całą książkę, czuć namacalne napięcie między bohaterami. Czasami atmosferę można kroić nożem (a akcja z nożem jest WOW, możecie mi napisać, że jestem zwyczajnie jebnięta), a czasami ma się ochotę i Aerona i Beatrice zdzielić przez łeb, aby oprzytomnieli i ogarnęli swoje dupska.
To hate-love w psychopatycznym wykonaniu, gdzie dochodzi do tego miłość lesbijska i generalnie, krótko rzecz ujmując, czytając „'MANIKa” ma się po prostu rozjebany mózg. Inaczej nie można tego określić.
Amo rzuca nas jakby w różne wątki, chociaż tak naprawdę cały czas mamy jeden i cała fabuła miesza się we łbie, jak zupa w garnku, ale każdy puzzel trafia na swoje miejsce.
Nie ma tu czasu na własne wymysły, bo ciągle coś się dzieje i ledwo można złapać oddech.

Postać Beatrice jest świetna. Uwielbiam ją!
Za to jak walczyła, nie poddała się, mimo że czasami było krucho i za to, że starała się doprowadzić Aerona do porządku.
Ale to dopiero w MANIKu jest czysta epickość.

AERON ROMANOV – REED NALEŻY DO MNIE. AMEN.
Nie proście. Nie podzielę się. Nie ma nawet takiej opcji.
Ta bestia, ZVET jest moją własnością i bez dyskusji.
Weźcie sobie Maddoxa z „Flip Trucka”. Jego już nie chce.



Czytając tę pozycję, widać ile Amo wsadziła serca w jego postać. Mimo że Aeron jest synem bossa mafii to dba o swój interes i tworzy muzykę. Ba! Nawet mamy tutaj trasę koncertową, w której rapuje. Miałam całkowite rozdwojenie jaźni czytając jego perspektywę, ale ani trochę mi to nie przeszkadzało. To było po prostu zajebiste!
Połączenie mafii i muzyki, gdzie do tego dochodzi jeden wielki syf jest nie do ogarnięcia, ale jednak, choć powinno nie wyjść, wychodzi to fenomenalnie!

W dodatku tytuły rozdziałów, którymi są piosenki to szczegóły, które dopieszczają całą książkę na miarę naprawdę wartej nie tylko przeczytania, ale też POSIADANIA, na swojej półce.
Pomijam nawet prześwietną okładkę, bo u Amo każda, jaka wychodzi jest dla mnie arcydziełem.
Mogłabym się zachwycać i zachwycać nad tą pozycją, a co to Wam tu opisałam to raptem skrawek tego, co tam się wyrabia. Uwierzcie mi, „'MANIK” to pozycja MUST READ.

I życzę Wam tego, aby wasze mózgi zaczęły się palić pod czaszką, jak będziecie siedzieć w tej historii. Jest warta sfajczenia paru tkanek.

pokaż więcej

 
2018-12-07 15:14:26
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Mercy [J.B. Salsbury] (tom 2)

https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/11/saint-jb-salsbury.html

Czyli, jak zepsuć dobrą historię.


Wiecie, że w „Ghostgirl” się zakochałam. Do tego stopnia, że kupiłam sobie papierowy egzemplarz tej pozycji, bo zapewne w naszym kraj nie uświadczymy historii Mercy i Emilio.
Na „Sainta”, czyli drugą część, czekałam ciekawa, jak autorka rozwinęła cliffhanger, którym zakończyła...
https://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/2018/11/saint-jb-salsbury.html

Czyli, jak zepsuć dobrą historię.


Wiecie, że w „Ghostgirl” się zakochałam. Do tego stopnia, że kupiłam sobie papierowy egzemplarz tej pozycji, bo zapewne w naszym kraj nie uświadczymy historii Mercy i Emilio.
Na „Sainta”, czyli drugą część, czekałam ciekawa, jak autorka rozwinęła cliffhanger, którym zakończyła pierwszy tom.
Cóż... może lepiej trzeba było zakończyć tę historię w „Ghostgirl”?

Emilio razem z Mercy są w Meksyku, gdzie on pracuje dla swojego ojca, dealera narkotykowego i militarnego, lidera gangu Latino Saints, a ona siedzi w domu. Bezpieczna, ale w złotej klatce. Mercy każdego dnia zaczyna coraz bardziej przeszkadzać przesiadywanie w domu, kiedy Milo znika na całe dnie w tajnych zleceniach, które są równie niebezpieczne, co i dobrze płatne. Chłopak chcąc udobruchać swoją dziewczynę robi jej przyjęcie urodzinowe, a przy okazji oświadcza się. Oczywiście dostaje pozytywną odpowiedź.
Sielanka nie trwa jednak wiecznie, gdyż Mercy pewnego dnia, chcąc wyrwać się z domu, postanawia wsiąść na pakę wozu Milo i przejechać się z nim, tam gdzie on ma do załatwienia swoje szemrane interesy.
Tym razem do burdelu.
Vega wraca do domu, ale swojej dziewczyny w nim nie zastaje, a kiedy zaczyna dociekać, gdzie ta mogła uciec, okazuje się, że Mercy, poza wejściem do burdelu, została porwana.
Aby spotkać swojego Ojca.
Ponownie.

Jak już wspominałam, historia Mercy i Milo w „Ghostgirl” wciągnęła mnie bez reszty. Na coś podobnego liczyłam przy okazji „Sainta” i kiedy zaczynałam tę pozycję czułam klimat powieści, jaki J.B. Salsbury stworzyła przy okazji pierwszego tomu. Z każdą kolejną stroną, wszystko zaczynało siadać, aż oklapło całkowicie, a książka zaczęła mnie męczyć.

„Sainta” można podsumować krótko: Bajka z elementami akcji, które nic nie wnoszą.
Mamy tutaj wielką miłość między Milo, a Mercy. Wiele razy wspomniane jest, jak to oni nie mogą bez siebie żyć i, jak bardzo się kochają. A przez całą tę ich miłość, brniemy w gang, ciemne interesy , Estebana, czyli ojca Milo, który zostaje wciśnięty w każdą wolną lukę w książce, a na koniec powrót Mercy do życia z przeszłości, czyli trochę powtórka z rozrywki.

Kiedy w pierwszym tomie uwielbiałam Milo i Mercy, tak tutaj już za nimi tylko przepadam. Ona zrobiła się beksą, która chce być pępkiem świata, a on pantoflem, który dla niej zrobi wszystko, bez względu na cenę. Reszta postaci jest tak bezosobowa, że szkoda nawet o nich wspominać.

Rozczarowałam się.
Bardzo.
Myślałam, że Saint będzie książką w podobnych klimatach do „Ghostgirl”, a dostałam zdechłego szczura, który według mnie, pisany był na kolanie i na siłę. J. B. Salsbury zdecydowanie lepiej by zrobiła, gdyby zamknęła historię tej dwójki w jednym tomie, zamiast na siłę rozciągać ją na dwie.
W „Saintcie” gołym okiem widać brak pomysłu na książkę, co zawiodło mnie okrutnie.
Nie wspominając już, że okładka „Ghostgirl” jest o niebo lepsza i klimatyczna, niż „Sainta”.

Kończąc, jak „Ghostgirl” będę Wam polecać z całego serca, bo to naprawdę dobra pozycja, tak „Sainta” możecie sobie z czystym sercem odpuścić i poświęcić ten czas na lepsze książki, których jest tak dużo. Historię Mercy i Milo warto skończyć na pierwszym tomie, bo końcówkę ich miłości i tak możecie wywnioskować sami.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
673 303 1726
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (18)

Ulubieni autorzy (15)
Lista ulubionych autorów
zgłoś błąd zgłoś błąd