Lubimyczytać.pl Sp. z o.o
http://lubimyczytac.pl/aktualnosci/publicystyka/12164/szkice-o-przekladzie-czesc-druga-o-poczatkach

Szkice o przekładzie, część druga. O początkach

15 wartościowy tekst

Jednym z najciekawszych pytań o język, jakie możemy postawić, jest to dotyczące jego początków: szczególnie nurtująco jawi się kwestia, jak to się w ogóle stało, że ludzie zaczęli mówić, skąd wzięła się ludzka mowa, jak przebiegała jej ewolucja.

Jak dotąd skazani byliśmy głównie na spekulacje, bo w temacie tym kryje się zasadnicza niemożność: nawet gdyby jakiś przytomny i zgoła niewyobrażalny świadek narodzin ludzkiej mowy chciał ów proces opisać, to przecież nie miałby jak. Wszak potrzebne do tego narzędzie – mowa właśnie – dopiero powstawało…

Już w historycznych epokach zastanawiano się, który z języków – a tym samym który z narodów – jest najstarszy. Na przykład, jak podaje Herodot, faraon Psametych kazał trzymać dwa noworodki w kompletnej izolacji (dając im tylko kozę w roli żywicielki), żeby zaobserwować, w jakim języku się odezwą. Wierzono bowiem, że pramowa, najstarszy język, tkwi głęboko w ludzkiej świadomości. Obcujący tylko z kozami chłopcy wydawali, co logiczne, beczące dźwięki, które uznano za słowo bekos, oznaczające po frygijsku chleb – palma pierwszeństwa przypadła zatem Frygijczykom.

Opowieść tę przytacza Martin Kuckenburg w swojej książce z „serii ceramowskiej”, zatytułowanej „Pierwsze słowo”. Zresztą roi się tam od innych smakowitych anegdot, ale jest to przede wszystkim rzecz oparta na solidnych, naukowych podstawach, zupełnie na serio mierząca się z tematem początków mowy. Inną lekturą, która przenosi nas w świat początków języka, jest esej Maria Vargasa Llosy „Podroż do fikcji”, który polski czytelnik znaleźć może w tomie „O czytaniu i pisaniu”. Peruwiański noblista kreśli tu sugestywny obraz pierwotnej wspólnoty, ludzi pozostających jeszcze u progu cywilizacji, którzy jednak potrafią się już porozumiewać i zbierają się wieczorami przy ognisku, by posłuchać opowieści. Vargas Llosa tak wyobraża sobie początki literatury, której piśmienna forma jest w sumie dość młoda, ale generalny koncept uciekania myślami w inne światy stary jest – utrzymuje pisarz – jak sama ludzkość.

Historia tłumaczenia z pewnością pochwalić się może równie starym rodowodem, bo przecież jeśli między różnymi społecznościami dochodziło do kontaktów, to o ile nie sprowadzały się one do wybicia, względnie splądrowania jednych przez drugich, porozumienie było konieczne. Wiadomo, jak świat światem ludzie wzajemnie się tłukli, to smutny fakt. Ale równie często i równie od dawna ze sobą handlowali. Raczej prędzej niż później dochodzono do wniosku, że może jednak bardziej opłaca się wymienić coś za coś, niż uzyskiwać pożądane dobra siłą.

Starożytne cywilizacje, jak wiemy, handlowały na całego, wysyłały swoich emisariuszy w świat i przyjmowały przybyszy z zewnątrz. Różnice językowe stanowiły poważną przeszkodę, dlatego tak cenni byli ci, którzy umieli zapewnić komunikację.

Początki zawodu tłumacza ustnego giną więc w mrokach dziejów, choć analogiczny proces tworzenia się grupy komunikacyjnych pośredników można zaobserwować w czasach nowożytnych, kiedy to Europejczycy zaczęli eksplorować i podbijać inne kontynenty. Fascynująco pokazuje to w kontekście amerykańskim Tzvetan Todorov, który w „Podboju Ameryki: problem innego” analizuje perypetie Kolumba, Cortésa i hiszpańskich misjonarzy nie z typowej, historycznej perspektywy, tylko właśnie jako zderzenie kultur. I tu kwestia różnic językowych, komunikacji lub jej braku, wysuwa się na plan pierwszy. W ciągu kilku dekad rozkłada się przed nami szeroka paleta różnych podejść: Kolumb, choć sam przecież znał kilka języków, jakoś nie był w stanie przyjąć do wiadomości, że Indianie mogą go nie rozumieć i vice versa, interpretował więc radośnie wypowiadane przez nich słowa tak jak mu się skojarzyły z hiszpańskim czy łaciną. Hernán Cortés, podbijając państwo Azteków, zręcznie wykorzystał przewagę, jaką dawali mu pozostający na jego usługach ludzie znający lokalne języki: najpierw Hiszpan nazwiskiem Aguilar, potem lojalna wobec najeźdźcy Malintzin (znana jako Malinche). To opowieść o tłumaczach, którzy nie ograniczają się do przenoszenia słów z jednej mowy do drugiej, ale jeszcze interpretują i objaśniają obcą rzeczywistość. Gdyby biedny Montezuma miał na swoich usługach kogoś, kto wytłumaczyłby mu, o co tak naprawdę chodzi Hiszpanom, inaczej by się ta historia potoczyła. Wreszcie pisze Todorov w swojej książce o misjonarzach, którzy przyjeżdżali do Meksyku, by wykorzeniać miejscowe wierzenia, ale uczyli się języka, tym samym kultury, i czasami poniekąd zmieniali front: oczywiście nie nawracali się na aztecką czy majańską wiarę, ale przemieniali się w ambasadorów i objaśniaczy miejscowych kultur.

Tłumacze do dziś pełnią podobne funkcje: wszak spotkania na szczycie najważniejszych głów państw niemal zawsze odbywają się w towarzystwie tłumaczy właśnie – ludzie na wysokich stanowiskach jakoś chyba nie szaleją za nauką języków obcych. Drobne nawet przekłamania mogą przynieść bardzo poważne konsekwencje (acz także pozytywne: polecam lekturę „Serca tak białego” Javiera Maríasa, jest tam cudowna scena spotkania premiera Hiszpanii i premier Wielkiej Brytanii; drętwa gadka raptownie się zmienia, kiedy bohater tłumacz wtrąca pewne zdanie, które tak naprawdę nie padło).

Nas tu jednak szczególnie interesuje kwestia przekładu literackiego – jego historię zwykle wywodzi się od tłumaczeń Biblii. Tłumacze ksiąg biblijnych nie postrzegali ich jako zwykłych tekstów literackich, tylko jako pismo święte, słowa objawione. Odpowiedzialność tłumacza jest tu zatem gigantyczna: bo jakaś pomyłka czy opustka w literackim dziełku to nie problem, ale przeinaczyć Słowo Boże? Żartów nie ma. Toteż pomimo pewnych wpadek – wiemy, że święty Hieronim za Strydonu, autor „Wulgaty”, czyli łacińskiej wersji Starego i Nowego Testamentu, parę gaf strzelił, ale zważywszy na rozmiar tekstu nie ma się co czepiać! – pierwsi literaccy tłumacze od razu bardzo wysoko zawiesili poprzeczkę fachowości i kompetencji.

Pamiętamy też wszyscy ze szkół, że to właśnie przekłady Biblii stanowią często fundament literackich języków narodowych. Polszczyzna średniowieczna nadawała się raczej do komunikatów typu „daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj” (czy też, jak chciał mistrz Sapkowski, „a ty skocz po piwo”), aż tu nagle pani królowa Zofia Holszańska, po mężu Jagiełło, zleca przekład na polski. Jezuita nazwiskiem Wujek bierze „Wulgatę” na warsztat – i oto topornego języka ludowego użyć trzeba do wyrażenia treści skomplikowanych, subtelnych, filozoficznych, lirycznych. To właśnie w przekładzie hartowała się polszczyzna literacka, bo też historia literatury, polskiej czy wszelkiej innej nowożytnej, jest u swego zarania – acz tak naprawdę przez cały czas – historią przekładu właśnie.

Tezę tę cudownie obrazuje pewna niewielka i chyba trudna do zdobycia książeczka, napisana przez Wacława Sadkowskiego, zatytułowana „Odpowiednie dać słowo słowu. Zarys dziejów przekładu literackiego w Polsce”. Eseistycznie i syntetycznie kreśli w niej autor dzieje polskiej literatury, od samych początków po wiek XX, ale od strony przekładu właśnie. Pokazuje, jak wielu naszych luminarzy pióra szlifowało swe pisarskie kompetencje właśnie w przekładach, jak trafiające do polszczyzny dzieła autorów innych języków rozwijały tutejsze piśmiennictwo, wytyczały nowe ścieżki. Jeszcze większą dawkę wiedzy – opracowanej, co ważne, z naukowym rygorem i solidnie opisanej bibliograficznie – znaleźć można w pokaźnym tomie zredagowanym przez Edwarda Balcerzana i Ewę Rajewską, zatytułowanym „Pisarze polscy o sztuce przekładu 1440–2005. Antologia”. Mamy tu wypisy z najróżniejszych tekstów dotyczących tłumaczenia literatury, od średniowiecznych począwszy („Ten wiersz [wers piąty »Psalmu pięćdziesiątego«] barzo wielką pracę zadał wykładaczom, a wiele jest wykładów rozlicznych, [...] a wszakoż iż wielką trudność a niewyrozumienie czynią w polskiej mowie, która jest niedostateczna, opuściłem je” – pisze z rozbrajającą szczerością anonim), przez Kochanowskich i Mickiewiczów, po postaci nam współczesne („Treści, które nie dadzą się przełożyć z rodzimego języka na inny, nie mają w sobie ładunku humanizmu – to gusła szczepowe” – wali prosto z mostu, jak to ma w zwyczaju, Stanisław Jerzy Lec).

Lektury te jasno unaoczniają dwie zasadnicze kwestie: po pierwsze, jak starym procederem jest tłumaczenie, a po drugie, jak jest fundamentalnym dla języka, literatury i kultury. No a na czym tak naprawdę robota literackiego tłumacza polega – o tym będzie następnym razem.

Powiązane treści:
Szkice o przekładzie, część pierwsza. O widoczności

Pokazać to, co jest w oryginale, samemu nie rzucając się w oczy – niektórzy tak postrzegają pracę tłumacza. Autorzy przekładów czasem są mniej widoczni, czasem bardziej. Kiedy wychodzi to książce na dobre? Temat analizuje Tomasz Pindel – zarówno czytelnik, jak i tłumacz. 



więcej

Pokaż wszystkie teksty publicystyczne.
Komentarze
Autor:  Tomasz |  wypowiedzi: 9  [pokaż ostatnią] Odpowiedź
książek: 418
smallangel
09-06-2019 10:28
Fascynuje mnie sam przekład jako taki. Jestem zawsze bardzo zdziwiona, gdy ktoś mówi, że to dla niego nieistotne Ciekawy artykuł , dziękuję !
książek: 2016
Mlg
09-06-2019 10:49
Dziękuję za interesujący artykuł. Język jako komunikacja, historia tej komunikacji, języki narodowe, przekład wreszcie - fascynujące!
książek: 6893
allison
09-06-2019 11:01
Od przekładu zależy bardzo wiele, przede wszystkim udana lektura, co dla czytelnika jest najistotniejsze. Czasem lubię porównać dawne i współczesne tłumaczenia. Przykładem może być Przemyślny szlachcic don Kichot z Manczy Przemyślny szlachcic don Kichot z Manczy - najnowsze tłumaczenie, które... Od przekładu zależy bardzo wiele, przede wszystkim udana lektura, co dla czytelnika jest najistotniejsze. Czasem lubię porównać dawne i współczesne tłumaczenia. Przykładem może być Przemyślny szlachcic don Kichot z Manczy Przemyślny szlachcic don Kichot z Manczy - najnowsze tłumaczenie, które wzbudziło wiele kontrowersji, z zarzutami o zbyt nowoczesną wersję, mi ona jednak przypadła do gustu, bo jest dynamiczna i po prostu ciekawsza. Myślę też, że jest bardziej czytelna dla młodych czytelników, wychowanych na zupełnie innych stylach literackich i innej polszczyźnie niż moje pokolenie.
Podobnie rzecz ma się z dziełami Dostojewskiego.
pokaż więcej
książek: 417
LittleLotte
09-06-2019 18:17
Najważniejsze, żeby przy tłumaczeniach nie zgubić istoty tekstu. Aby przekład nie zaczął żyć własnym życiem, a oryginał swoim.
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 3510
czytamcałyczas
09-06-2019 14:46
Są w Polsce tłumacze,z takich języków jak uzbecki czy maltański ?
książek: 1813
Renax
10-06-2019 05:49
A mnie ten tekst się nie spodobał, bo w sumie za mało było tu o przekładach, a więcej ogólnej wiedzy o językach. Przykro mi to mówić, ale to taki wypełniacz.
książek: 227
darek_lask
10-06-2019 08:36
Konkretów nie ma i nie będzie zbyt wiele. O dobry a nawet - jak w przypadku kryminałów - poprawny przekład bardzo trudno. Tłumaczy się na czas i na kilogramy.
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany. Logowanie

Opinie czytelników


O książce:
Ja, pustelnik. Autobiografia

chłodna i zimna autobiografia od której trudno było mi się oderwać. nie umiem zrozumieć pasji pana Piotra ale Szacunek mam wielki dla Niego jak Himal...

zgłoś błąd zgłoś błąd