Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz

Na półkach:

To bez wątpienia ambitna książka, choć niekoniecznie łatwa w lekturze. Jej największą wartością jest dla mnie próba zmierzenia się z wygodnym w Polsce przekonaniem o naszej historycznej niewinności wobec kolonializmu. Autor pokazuje, że choć Polska nie była imperium kolonialnym, Polacy również uczestniczyli w tym systemie – jako lekarze, urzędnicy czy przedsiębiorcy działający w strukturach innych państw. Ta perspektywa skłania do zastanowienia się, w jakim stopniu także my korzystamy ze świata ukształtowanego przez kolonialną historię.
Ciekawy jest też wątek języka i naszych wyobrażeń o Afryce. Autor zwraca uwagę, jak bardzo sposób, w jaki mówimy o tej części świata i jej mieszkańcach, wciąż bywa ukształtowany przez kolonialną perspektywę. To widać w słowach, których używamy i w naszym myśleniu o Afryce jako egzotycznej krainie przygód, dzikiej natury czy miejscu wymagającym „cywilizowania”. Takie schematy okazują się bardzo trwałe i często działają w naszym języku niemal niezauważalnie.
Jednocześnie sposób opowiadania tej historii nie zawsze był dla mnie łatwy w odbiorze. Największą trudnością okazał się styl i sama konstrukcja książki. Często miałam poczucie braku porządku i nie zawsze rozumiałam, dlaczego akurat w tym momencie pojawia się dany temat. Narracja składa się z mieszaniny wspomnień, dygresji, cytatów i refleksji autora, przez co momentami sprawia wrażenie bardzo swobodnego, chwilami wręcz chaotycznego toku myślenia. Jeśli w literaturze non-fiction można mówić o pisaniu „strumieniem świadomości”, to właśnie taki charakter ma ta książka. Może więc największą jej wartością nie jest to, czego się z niej dowiadujemy, lecz to, do jakich pytań nas skłania.

To bez wątpienia ambitna książka, choć niekoniecznie łatwa w lekturze. Jej największą wartością jest dla mnie próba zmierzenia się z wygodnym w Polsce przekonaniem o naszej historycznej niewinności wobec kolonializmu. Autor pokazuje, że choć Polska nie była imperium kolonialnym, Polacy również uczestniczyli w tym systemie – jako lekarze, urzędnicy czy przedsiębiorcy...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Na pierwszy rzut oka wydaje się klasyczną historią o ratowaniu świata. Mamy zagrożenie dla Ziemi, samotną misję kosmiczną i bohatera, od którego zależy los całej planety. Jednak dla mnie najważniejsze w tej książce nie jest samo tło katastrofy, lecz coś znacznie bardziej ludzkiego – opowieść o porozumieniu i współpracy ponad wszelkimi podziałami.
Sednem tej historii jest proces budowania relacji między istotami, które dzieli właściwie wszystko: biologia, język, sposób postrzegania rzeczywistości. A jednak stopniowo okazuje się, że nawet tak radykalne różnice nie muszą prowadzić do konfliktu. Wręcz przeciwnie – mogą stać się początkiem prawdziwej przyjaźni. Zamiast typowej dla wielu opowieści science fiction konfrontacji z „obcym” dostajemy historię o tym, jak dzięki cierpliwości, ciekawości i wspólnej pracy można porozumieć się nawet w najbardziej nieprawdopodobnych okolicznościach.
Istotne w powieści jest to, że narzędziem porozumienia staje się nauka – matematyka, fizyka i logika, czyli wszystko to, co pozwala opisywać świat w sposób uporządkowany i zrozumiały. Właśnie dzięki niej możliwe jest przekroczenie barier językowych i biologicznych. Nauka okazuje się uniwersalnym językiem, który potrafi połączyć nawet zupełnie odmienne cywilizacje. Ta wizja jest niezwykle pokrzepiająca: pokazuje, że ciekawość świata i chęć zrozumienia drugiej strony mogą być silniejsze niż różnice. W czasach, gdy coraz częściej podważa się znaczenie nauki i rośnie nieufność wobec wiedzy oraz ekspertów, taka opowieść jest szczególnie cenna. Przypomina, że rozwój cywilizacji, bezpieczeństwo i przyszłość świata opierają się właśnie na rzetelnym poznaniu rzeczywistości.
Dlatego „Projekt Hail Mary” czytam także jako pewnego rodzaju apel – o rozsądek, o ciekawość i o gotowość do współpracy. Skoro w tej historii potrafią porozumieć się istoty pochodzące z zupełnie różnych światów, to tym bardziej powinniśmy potrafić zrobić to my – mieszkańcy jednej planety. Bo alternatywa, w której wiedza ustępuje miejsca ignorancji, a rozsądek przegrywa z „pochwałą głupoty” czy wręcz idiokracją, jest wizją naprawdę ponurą.
Bardzo podobał mi się także film nakręcony na podstawie tej powieści – a nawet chyba jeszcze bardziej.

Na pierwszy rzut oka wydaje się klasyczną historią o ratowaniu świata. Mamy zagrożenie dla Ziemi, samotną misję kosmiczną i bohatera, od którego zależy los całej planety. Jednak dla mnie najważniejsze w tej książce nie jest samo tło katastrofy, lecz coś znacznie bardziej ludzkiego – opowieść o porozumieniu i współpracy ponad wszelkimi podziałami.
Sednem tej historii jest...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Kiedy „Białe zęby” ukazały się na początku XXI wieku, czytano je przede wszystkim jako żywą, ironicznie napisaną opowieść o wielokulturowym Londynie. Panował wówczas pewien optymizm: wierzono, że globalizacja i demokracja liberalna stopniowo oswoją napięcia między kulturami, a społeczeństwa Europy staną się coraz bardziej pluralistyczne. Czytając tę powieść w 2026 roku, trudno jednak nie zauważyć, jak bardzo zmienił się kontekst, w którym ją odbieramy.
Minęło zaledwie ćwierć wieku, a Europa wygląda dziś niestety inaczej. W wielu krajach narastają nastroje antyimigranckie, coraz mocniej brzmią głosy skrajnej prawicy, a język nacjonalizmu i kulturowego lęku powraca do politycznego centrum. W takim świecie „Białe zęby” brzmią inaczej niż w momencie swojego debiutu. Tam, gdzie dawniej widziano przede wszystkim ironiczną, satyryczną opowieść o energii wielokulturowego społeczeństwa, dziś łatwiej dostrzec napięcia, niepewności i pęknięcia, które dopiero zaczynały się wtedy ujawniać. To, co na przełomie wieków mogło wydawać się początkiem trudnego, ale możliwego dialogu między kulturami, dziś coraz częściej wygląda jak zapowiedź konfliktów, które dopiero miały nadejść. Powraca pragnienie prostoty: jednolitej tożsamości, czystych tradycji, wyraźnych granic między „nami” a „nimi”.
Dlatego „Białe zęby” pozostają książką ważną nie dlatego, że oferują pocieszającą wizję harmonijnej wielokulturowości. Przeciwnie, ponieważ pokazują jej nieporządek, napięcia i sprzeczności. Smith opisuje świat głośny, chaotyczny, pełen konfliktów i wzajemnych nieporozumień. Dziś widać wyraźniej niż kiedyś, że nie jest to etap przejściowy prowadzący do zgody, lecz obraz rzeczywistości, z którą współczesne społeczeństwa nie potrafią się pogodzić i którą coraz częściej próbują zwalczyć zamiast zrozumieć.
Tym bardziej imponujące jest, że tak przenikliwą diagnozę świata stworzyła autorka mająca zaledwie dwadzieścia kilka lat. „Białe zęby” są powieścią o imponującym rozmachu, niemal epicką, wielopokoleniową i wielowątkową, obejmującą szeroki fragment historii: od doświadczenia wojny, przez powojenne migracje, aż po koniec XX wieku. Największą siłą tej książki pozostaje galeria postaci. Bohaterowie są pełni sprzeczności, często irytujący, czasem groteskowi, ale niemal zawsze prawdziwi. Smith nie idealizuje nikogo - ani tradycjonalistów kurczowo trzymających się przeszłości, ani liberałów przekonanych o własnej moralnej wyższości. Wszyscy są w pewnym sensie zagubieni w świecie, który zmienia się szybciej, niż potrafią to zrozumieć.

Kiedy „Białe zęby” ukazały się na początku XXI wieku, czytano je przede wszystkim jako żywą, ironicznie napisaną opowieść o wielokulturowym Londynie. Panował wówczas pewien optymizm: wierzono, że globalizacja i demokracja liberalna stopniowo oswoją napięcia między kulturami, a społeczeństwa Europy staną się coraz bardziej pluralistyczne. Czytając tę powieść w 2026 roku,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Sięgając po „Małą empirię”, spodziewałam się eseju o doświadczeniu „wieku środka”, który pokaże ten etap życia w całej jego złożoności. Niestety książka nie wzbudziła mojego zachwytu. Odebrałam ją przede wszystkim jako bardzo pesymistyczną refleksję nad starzeniem się. Autorka uważnie obserwuje codzienność, ale w jej interpretacji niemal wszystko prowadzi do jednego wniosku: życie nieuchronnie zmierza ku utracie, rozczarowaniu i śmierci. Zamiast dostrzec w „wieku środka” moment dojrzałości, równowagi czy pewnej wolności, widzi głównie zapowiedź starości.
A przecież autorka znajduje się dopiero w połowie życia. Jeśli przyjąć, że prawdziwa starość zaczyna się znacznie później, ma przed sobą jeszcze dwadzieścia czy trzydzieści lat aktywnego, intensywnego życia. Tymczasem zamiast korzystać z tego czasu i cieszyć się nim, zdaje się przeżywać go głównie jako zapowiedź końca. Trudno oprzeć się wrażeniu, że sposób myślenia autorki jest już teraz naznaczony starością – nie biologiczną, lecz mentalną. Pojawia się więc pytanie: skoro już teraz dominuje w nim tak silna melancholia, to jak będzie wyglądała jej perspektywa później?
Oczywiście można powiedzieć, że „Mała empiria” jest po prostu osobistą refleksją. I w tym sensie trudno mieć pretensje do autorki o jej własne emocje czy sposób przeżywania świata. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy jednostkowe doświadczenie zaczyna być przedstawiane jako coś powszechnego. W książce często pojawiają się uogólnienia dotyczące ludzkiego losu, relacji rodzinnych czy doświadczenia starzenia się. Dla mnie te uogólnienia są nieuprawnione – wynikają raczej z indywidualnej wrażliwości autorki niż z rzeczywistego obrazu życia.
Coraz bardziej męczy mnie to, jak łatwo tego typu literatura zdobywa uznanie krytyki i kolejne nominacje do nagród. Brakuje mi literatury, która pokazuje życie nie tylko w perspektywie utraty i przemijania, ale także energii, ciekawości świata i zwyczajnej radości istnienia.

Sięgając po „Małą empirię”, spodziewałam się eseju o doświadczeniu „wieku środka”, który pokaże ten etap życia w całej jego złożoności. Niestety książka nie wzbudziła mojego zachwytu. Odebrałam ją przede wszystkim jako bardzo pesymistyczną refleksję nad starzeniem się. Autorka uważnie obserwuje codzienność, ale w jej interpretacji niemal wszystko prowadzi do jednego...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Moja opinia o tej książce jest ambiwalentna. Literacko trudno uznać ją za szczególnie wartościową, a jednak muszę przyznać, że jej przesłanie pozytywnie mnie zaskoczyło.
Nie przepadam za powtarzanym do znudzenia motywem „magicznego kota” ani za modą na tak zwane przytulne azjatyckie historie o książkach. Tego typu opowieści powstają dziś niemal taśmowo: lekkie, nastrojowe, zaprojektowane tak, by czytelnikowi było po prostu miło. I ta książka w dużej mierze wpisuje się w ten schemat. Język jest bardzo prosty, fabuła schematyczna, a bohaterowie nakreśleni powierzchownie. Literacko to raczej skromna, chwilami banalna opowiastka.
Tym bardziej zaskoczyło mnie jej przesłanie. Autor wyraźnie uderza w zjawisko, które dziś stało się niemal normą: liczenie przeczytanych książek, traktowanie literatury jak statystyki albo elementu autoprezentacji. Czytanie zaczyna przypominać wyścig – im więcej tytułów, tym większy prestiż. Sens i refleksja schodzą na dalszy plan. To trafna diagnoza problemu, który coraz częściej określa się mianem antyintelektualizmu. W świecie nastawionym na tempo i ilość łatwo zapomnieć, że czytanie powinno być przede wszystkim doświadczeniem wymagającym namysłu.
Doceniam też krytykę rynku wydawniczego. Książka pokazuje mechanizm dobrze dziś widoczny: wydawnictwa coraz częściej podążają za najniższymi gustami odbiorców, bo to gwarantuje sprzedaż. Promuje się więc literaturę łatwą i szybką w odbiorze. Taką, która ma przede wszystkim zapewnić przyjemność, zamiast przekazywać wartości czy pogłębiać rozumienie świata.
Dlatego nie przekonuje mnie popularne hasło: „nieważne co czytasz, ważne, że czytasz”. Nie zgadzam się z nim. Czytanie samo w sobie nie jest wartością, jeśli sprowadza się do konsumowania literackiej tandety. Taka lektura nie rozwija i nie uczy myślenia.
Paradoks polega na tym, że ta literacko dość skromna książka potrafi jednocześnie trafnie wskazać problem współczesnej kultury czytania. Być może właśnie dzięki swojej prostocie może dotrzeć do czytelników, którzy rzadko sięgają po bardziej wymagającą literaturę i skłonić ich choć do chwili refleksji nad tym, czym naprawdę jest czytanie.

Moja opinia o tej książce jest ambiwalentna. Literacko trudno uznać ją za szczególnie wartościową, a jednak muszę przyznać, że jej przesłanie pozytywnie mnie zaskoczyło.
Nie przepadam za powtarzanym do znudzenia motywem „magicznego kota” ani za modą na tak zwane przytulne azjatyckie historie o książkach. Tego typu opowieści powstają dziś niemal taśmowo: lekkie, nastrojowe,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Doceniam ten komiks przede wszystkim za podjęcie tematu, od którego jako społeczeństwo wciąż zbyt często instynktownie odwracamy wzrok. To poruszające, autobiograficzne świadectwo jest czymś znacznie więcej niż tylko zapisem osobistej tragedii. To lekcja empatii i uważności. Choć zawodowo znam mechanizmy traumy, uważam, że publikacja ta niesie ze sobą ogromną wartość społeczną, szczególnie w kontekście profilaktyki.
Najważniejszą grupą docelową powinni być rodzice, dla których komiks może zadziałać niczym studium przypadku „na żywo”. Autorka z precyzją pokazuje, jak emocjonalna nieobecność opiekunów i ich własne frustracje tworzą „wyrwę”, którą drapieżca potrafi mistrzowsko zagospodarować. To otrzeźwiający sygnał, jak kluczowe jest budowanie relacji opartej na autentycznym zaufaniu, by dziecko nie szukało wsparcia u „życzliwych” obcych.
Autorka przerywa zmowę milczenia wokół przemocy seksualnej i groomingu, demaskując mechanizmy manipulacji służące izolacji ofiary od świata. Głęboko poruszyło mnie przedstawienie długofalowych skutków traumy. Uświadomienie, że krzywda wyrządzona w dzieciństwie nie znika, a oprawca potrafi destrukcyjnie nawiedzać teraźniejszość ofiary nawet kilka dekad później. To głośny apel o czujność i emocjonalną odpowiedzialność dorosłych; przypomnienie, że nasza obecność i zrozumienie są najważniejszą tarczą, jaką możemy dać dziecku. Wybór formy komiksowej, w której autorka osobiście zwraca się do czytelnika, nadaje historii intymny wymiar i czyni ją świadectwem procesu uzdrawiania oraz odzyskiwania własnego głosu. To pozycja bolesna, ale w swojej szczerości absolutnie niezbędna.

Doceniam ten komiks przede wszystkim za podjęcie tematu, od którego jako społeczeństwo wciąż zbyt często instynktownie odwracamy wzrok. To poruszające, autobiograficzne świadectwo jest czymś znacznie więcej niż tylko zapisem osobistej tragedii. To lekcja empatii i uważności. Choć zawodowo znam mechanizmy traumy, uważam, że publikacja ta niesie ze sobą ogromną wartość...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Lektura pozostawiła mnie z ambiwalentnymi odczuciami. Z jednej strony nie sposób odmówić autorowi dobrego warsztatu pisarskiego. Jednak podczas czytania towarzyszyło mi narastające zmęczenie, a momentami wręcz zniesmaczenie wszechobecną narracją o śląskiej wyjątkowości. Choć autor stara się zachować pewną równowagę w ocenie postaw mieszkańców regionu, z kart książki i tak przebija irytująca potrzeba traktowania „zatwardziałych” Ślązaków w sposób szczególny, niemal nabożny i hołubiący ich bardziej niż mieszkańców jakiegokolwiek innego regionu Polski. Ta ciągła autokreacja Śląska jako „kamyka w polskim bucie” i centrum wszechświata staje się z czasem po prostu męcząca.
Książka jest dla mnie pozycją bardzo nierówną. Za ciekawe i wartościowe uważam rozdziały dotyczące kwestii historycznych oraz skomplikowanych procesów tożsamościowych. Rokita trafnie analizuje traumy przeszłości i współczesne próby zdefiniowania Homo silesius na nowo. Niestety, te wartościowe fragmenty przeplatają się z wątkami, które wprawiły mnie w głębokie znużenie. Mam tu na myśli przede wszystkim zdecydowanie za długi fragment poświęcony klubom piłkarskim. Wynika to zapewne z mojego całkowitego braku zainteresowania tym tematem, jednak w moim odczuciu te dygresje o „fusbalu” niepotrzebnie rozciągały narrację i odciągały uwagę od istotniejszych spraw.
Moim poważnym zarzutem wobec „Aglo” jest również rażące, niemal całkowite pominięcie roli kobiet w opisie aglomeracji. To opowieść zdominowana przez męski punkt widzenia, męskie traumy i męskich bohaterów, co czyni ten obraz Śląska niepełnym i momentami anachronicznym. Mimo to, dostrzegam w tej pozycji wartość publicystyczną. Rokita odważnie stawia pytania o śląski separatyzm. Szczególnie cenne są te momenty, w których autor potrafi krytycznie przyjrzeć się własnej społeczności, na przykład trzeźwo ostrzegając przed niebezpieczeństwem, jakim dla śląskich dążeń może być rosyjska propaganda. Podsumowując, to książka dobrze napisana pod względem literackim, ale ideologicznie budząca we mnie opór ze względu na promowanie wizji Śląska, który rzekomo wymaga odrębnej „umowy społecznej” i nieustannego celebrowania swojej inności.

Lektura pozostawiła mnie z ambiwalentnymi odczuciami. Z jednej strony nie sposób odmówić autorowi dobrego warsztatu pisarskiego. Jednak podczas czytania towarzyszyło mi narastające zmęczenie, a momentami wręcz zniesmaczenie wszechobecną narracją o śląskiej wyjątkowości. Choć autor stara się zachować pewną równowagę w ocenie postaw mieszkańców regionu, z kart książki i tak...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

To książka, którą cenię przede wszystkim za jej szczerość i oddanie głosu tym, które przez dekady pozostawały w cieniu. Czytałam te pamiętniki jak listy do samej siebie, do nas współczesnych kobiet.

Największą wartością tej pozycji jest wydobycie na światło dzienne autentycznych zapisków tworzonych ukradkiem, w pośpiechu, na skrawkach papieru. To, co uderzyło mnie najbardziej, to wszechobecny wstyd. Kobiety te przepraszały za swój język, za „brzydkie pismo”, za samo prawo do zabrania głosu. A ten wstyd nie był przecież ich cechą charakteru, lecz skutkiem działania systemu, którego celem było utrzymanie ich w ryzach hierarchii klasowej i płciowej. Pochodzenie wiejskie było piętnem, które paraliżowało możliwość walki o własną godność i lepszą przyszłość.
Książka jest również trafnym aktem oskarżenia wobec patriarchatu, którego fundamentem w polskiej rzeczywistości wiejskiej był – i wciąż pozostaje – kościół katolicki. To właśnie ta instytucja, poprzez promowanie modelu kobiety-cierpiętnicy, sankcjonowała systemową opresję. Obraz mężczyzn wyłaniający się z pamiętników jest przerażający. Alkoholizm i przemoc fizyczna nie były incydentami, lecz codziennością, na którą społeczeństwo dawało nieme przyzwolenie. Opisy wielodzietności, traktowanej jako nieunikniony los, są wstrząsające. Brak kontroli nad własną płodnością, przymus rodzenia kolejnych dzieci w warunkach skrajnego wycieńczenia organizmu, to dla mnie najczystsza forma dehumanizacji kobiet, przed którą Kościół nie tylko nie chronił, ale wręcz ją legitymizował.
Niezwykle trafną, choć bolesną obserwacją, która wybrzmiewa w tej książce, jest fakt, że to często same kobiety były najgorliwszymi strażniczkami patriarchatu. To matki i babcie dyscyplinowały młodsze pokolenia, pilnując, by nie „wychyliły się” poza narzucony schemat. To zjawisko pokazuje, jak głęboko opresja została zinternalizowana – ofiara staje się funkcjonariuszem systemu, bo tylko w ten sposób potrafi oswoić swój lęk i poczucie braku sprawstwa.
Czytając te świadectwa z przeszłości, nie potrafię uciec od lęku o naszą przyszłość. Widząc rosnące wpływy skrajnej prawicy w Polsce, czuję realne zagrożenie, że historia może zatoczyć koło. Dojście do pełnej władzy środowisk fundamentalistycznych to dla mnie scenariusz, w którym zdobycze ostatnich dekad zostaną nam odebrane w imię „tradycyjnych wartości”. Obawiam się powrotu do czasów, w których jedyną rolą kobiety jest bycie niewidoczną pracownicą domową i inkubatorem, a wszelki bunt będzie ponownie duszony wstydem i religijnym dogmatem.
Książka Antoniny Tosiek to lektura obowiązkowa – ku pamięci naszych przodkiń i ku przestrodze dla nas samych.

To książka, którą cenię przede wszystkim za jej szczerość i oddanie głosu tym, które przez dekady pozostawały w cieniu. Czytałam te pamiętniki jak listy do samej siebie, do nas współczesnych kobiet.

Największą wartością tej pozycji jest wydobycie na światło dzienne autentycznych zapisków tworzonych ukradkiem, w pośpiechu, na skrawkach papieru. To, co uderzyło mnie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

W Pieskim szczęściu oczywiście najmocniej poruszyły mnie te fragmenty, w których autorka porusza tematy handlu psim mięsem, porzucenia, przemocy wobec zwierząt i zwyczajnego, codziennego braku empatii. Psy w klatkach, na łańcuchach, traktowane jak towar, a nie czujące istoty, powinny być wstydem dla każdego społeczeństwa i dla każdego człowieka. Jednocześnie uważam, że choć komiks dotyka ważnych kwestii społecznych, robi to zbyt pobieżnie. Brakuje mi mocniejszego rozwinięcia, czegoś więcej niż symbolicznego zarysowania tła. Autorka mogła pójść dalej, odważniej. Dlatego czuję pewien niedosyt, bo potencjał był ogromny.
Czytając komiks, nie mogłem nie myśleć o polskich realiach. W naszym kraju wciąż widzę psy trzymane na łańcuchach, na gołym betonie, na podwórkach, gdzie nie doświadczają niczego poza izolacją i zimnem. W tym kontekście decyzja Nawrockiego, który nie podpisał ustawy zakazującej trzymania psów na łańcuchach, budzi we mnie autentyczne oburzenie. Nie jestem w stanie zrozumieć, jak można świadomie utrzymywać przepisy pozwalające na zadawanie zwierzętom cierpienia. To nie jest dla mnie kwestia „światopoglądu”, tylko elementarnej przyzwoitości. Takie decyzje bardzo źle świadczą o politykach, którzy je podejmują. Efekt jest taki, że dobrostan zwierząt staje się zakładnikiem ideologii, co mnie, jako kogoś, dla kogo psy były zawsze częścią rodziny, szczerze boli i zwyczajnie złości.
Wszystkie te kwestie sprawiają, że „Pieskie szczęście” rezonuje nie tylko jako opowieść autobiograficzna, ale także jako przypomnienie, że zwierzęta są papierkiem lakmusowym ludzkiej wrażliwości. A los psów — w Korei, w Polsce, w każdym kraju — to zawsze opowieść o nas samych. W tej perspektywie komiks staje się nie tylko historią Marchewki czy Kartofla, lecz także pytaniem o to, jak bardzo jesteśmy gotowi zmieniać własne nawyki, tradycje i przekonania, by dawać innym istotom więcej przestrzeni i mniej bólu.

W Pieskim szczęściu oczywiście najmocniej poruszyły mnie te fragmenty, w których autorka porusza tematy handlu psim mięsem, porzucenia, przemocy wobec zwierząt i zwyczajnego, codziennego braku empatii. Psy w klatkach, na łańcuchach, traktowane jak towar, a nie czujące istoty, powinny być wstydem dla każdego społeczeństwa i dla każdego człowieka. Jednocześnie uważam, że choć...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Gęsty, duszny i bolesny portret polskiej prowincji, w którym autor odsłania kolejne warstwy małomiasteczkowej hipokryzji. Historia zaginięcia Jacka Malinowskiego sprzed dwóch dekad staje się pretekstem do ukazania niszczącej siły wstydu oraz tragicznych skutków braku akceptacji dla inności. Małecki punktuje konserwatyzm i uprzedzenia, które w tej zamkniętej społeczności stają się wyrokiem spychającym młodego, zagubionego człowieka w otchłań desperacji. Obraz rodzicielstwa pełnego przemocy, braku wsparcia i emocjonalnego chłodu porusza do głębi, obnażając świat, w którym „tradycyjne wartości” służą jedynie maskowaniu okrucieństwa i lęku przed tym, co pomyślą sąsiedzi. Na tym tle cały czas zachwyca kreacja duetu śledczego: Marii Herman i Olgierda Borewicza. Śledztwo prowadzone jest w sposób inteligentny, łączący wątki w jedną, logiczną oraz spójną całość.

Gęsty, duszny i bolesny portret polskiej prowincji, w którym autor odsłania kolejne warstwy małomiasteczkowej hipokryzji. Historia zaginięcia Jacka Malinowskiego sprzed dwóch dekad staje się pretekstem do ukazania niszczącej siły wstydu oraz tragicznych skutków braku akceptacji dla inności. Małecki punktuje konserwatyzm i uprzedzenia, które w tej zamkniętej społeczności...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Druga część serii o Marii Herman i Olgierdzie Borewiczu tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że Małecki stworzył jeden z najciekawszych duetów śledczych we współczesnym polskim kryminale. Najbardziej cenię to, w jaki sposób autor konstruuje ich osobowości: pełne sprzeczności, zarysowane bez taniej idealizacji, za to z ogromną wrażliwością i uważnością na to, co w ludziach kruche i pęknięte. Herman i Borewicz nie są jedynie „maszynami do śledztwa” – to bohaterowie z życiem wewnętrznym, które stale wpływa na to, jak widzą świat, jak reagują i jak podejmują decyzje.
To, co naprawdę mi się podobało, to powolna, drobiazgowa i niezwykle inteligentna metoda prowadzenia dochodzenia. Małecki nie goni za sensacją. Wręcz przeciwnie, pozwala nam wejść w rytm prawdziwej pracy policjantów, w której najważniejsze są rozmowy, analiza dokumentów, powrót do niepewnych tropów sprzed lat i mozolne składanie rozbitej układanki. Zamiast fajerwerków dostajemy logikę, konsekwencję i pełnokrwiste śledztwo, które wymaga myślenia.
Sama zagadka kryminalna – śmierć dziecka, zniknięcie matki, wątpliwości wokół dawnego dochodzenia jest nie tylko wciągająca, ale też dobrze przemyślana. Z każdym kolejnym etapem historia robi się coraz bardziej wielowarstwowa, a jednocześnie pozostaje spójna i wyważona. Małecki pokazuje, jak trudno odnaleźć prawdę, kiedy każdy nosi w sobie własne tajemnice, poczucie winy albo strach. Każda z postaci stoi tu nad jakimś symbolicznym urwiskiem: nad przepaścią własnych uzależnień, traum, relacji, wyborów sprzed lat. Jedno potknięcie może odmienić całe życie, a dojście do prawdy wymaga odwagi, by nie tylko przejrzeć akta, ale też zajrzeć w głąb siebie. Ten motyw spaja całą książkę i nadaje jej głębszy wymiar, wykraczający poza ramy gatunku.
„Urwisko” to dla mnie przykład kryminału, w którym najważniejsi są ludzie i prawda o nich, nie wyłącznie sama zbrodnia. Małecki z ogromnym wyczuciem prowadzi czytelnika przez historię bolesną, angażującą i w pełni wiarygodną. Dzięki świetnie napisanym bohaterom, precyzyjnie poprowadzonej intrydze i konsekwentnie budowanej atmosferze to powieść mądra, skupiona na psychologii postaci i misternym dochodzeniu do prawdy

Druga część serii o Marii Herman i Olgierdzie Borewiczu tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że Małecki stworzył jeden z najciekawszych duetów śledczych we współczesnym polskim kryminale. Najbardziej cenię to, w jaki sposób autor konstruuje ich osobowości: pełne sprzeczności, zarysowane bez taniej idealizacji, za to z ogromną wrażliwością i uważnością na to, co w ludziach...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

To jedna z tych powieści kryminalnych, które nie gonią jedynie za tanią sensacją, lecz stawiają na głębię i ciekawie wykreowane postaci. Zamiast widowiskowych pościgów, autor serwuje nam duszny, małomiasteczkowy klimat Grudziądza i precyzyjnie skonstruowaną zagadkę typu cold case. Sprawa porwania niemowlęcia sprzed trzydziestu lat staje się tu bolesnym pretekstem do obnażenia kłamstw, na których bohaterowie przez dekady budowali swoje życie.
Największą siłą książki są jednak śledczy – Maria Herman i Olgierd Borewicz. To nie są papierowi superbohaterowie w policyjnych mundurach, ale ludzie głęboko połamani przez doświadczenia życiowe. Obserwowanie Marii, która walczy z paraliżującym uzależnieniem od hazardu i nosi przy sobie stary telefon bez internetu jako jedyną formę ratunku przed własną słabością, jest niezwykle poruszające i autentyczne. Z kolei Borewicz, ze swoim kompulsywnym podejściem do seksu i adrenaliny, tworzy z nią duet tak toksyczny, a jednocześnie ludzki, że trudno im nie kibicować. Ta książka udowadnia, że najciekawsze i najtrudniejsze śledztwa to te, które toczymy wewnątrz nas samych, a Małecki opisał to z empatią i znawstwem psychologii.

To jedna z tych powieści kryminalnych, które nie gonią jedynie za tanią sensacją, lecz stawiają na głębię i ciekawie wykreowane postaci. Zamiast widowiskowych pościgów, autor serwuje nam duszny, małomiasteczkowy klimat Grudziądza i precyzyjnie skonstruowaną zagadkę typu cold case. Sprawa porwania niemowlęcia sprzed trzydziestu lat staje się tu bolesnym pretekstem do...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Próbuje uchodzić za dużo głębszą i bardziej wyjątkową, niż w rzeczywistości jest. Pomysł łączenia jedzenia z duchami i pamięcią może brzmieć intrygująco, ale w praktyce jest dość ograny. Tak popularna ostatnio literatura azjatycka operuje do bólu i znudzenia podobnymi motywami. Tutaj ten koncept wygląda raczej jak jego zachodnia, nieco bardziej efektowna kopia niż coś naprawdę oryginalnego.
Największym problemem pozostaje dla mnie psychologia postaci. Motyw pielęgnowania straty przez ponad dwadzieścia lat, w tak absolutnej, paraliżującej formie, jest zwyczajnie niewiarygodny. To nie emocjonalna głębia, tylko sztuczne przeciąganie traumy, żeby utrzymać fabułę przy życiu. Zamiast realizmu psychologicznego dostałam melodramatyczne zawieszenie bohatera w wiecznej żałobie, które bardziej męczy, niż porusza.
Książka mocno stawia na atmosferę, smaki, magię, ale robi to kosztem treści. Nastrój jest budowany czasem wręcz nachalnie. Całość mnie nie zaskoczyła, nie poruszyła, nie dała niczego, czego już wcześniej nie widziałam w innych, lepiej napisanych historiach. Z tej perspektywy „Posmak” wypada, jak powieść nastawiona na powierzchowny efekt: dużo klimatu, dużo zapachów, dużo „nastroju”, ale mało faktycznej głębi.
Jedyny element, który naprawdę do mnie przemawia, to końcowe przesłanie: że zmarłych trzeba po prostu pożegnać, pozwolić im odejść, a sobie — żyć. Szkoda, że do tak banalnej prawdy prowadzi tak rozdmuchana, mało przekonująca droga. Dla mnie to powieść wyraźnie wtórna, emocjonalnie przeszarżowana i nie tak odkrywcza, jak chce być.

Próbuje uchodzić za dużo głębszą i bardziej wyjątkową, niż w rzeczywistości jest. Pomysł łączenia jedzenia z duchami i pamięcią może brzmieć intrygująco, ale w praktyce jest dość ograny. Tak popularna ostatnio literatura azjatycka operuje do bólu i znudzenia podobnymi motywami. Tutaj ten koncept wygląda raczej jak jego zachodnia, nieco bardziej efektowna kopia niż coś...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Podobnie jak poprzednie części „Ziemiomorza” to nie jest tylko opowieść o magu i jego uczniu, lecz historia o tym, co dzieje się, gdy odrzuca się odpowiedzialność, wiedzę i świadomość własnej kruchości. Le Guin pokazuje, że sens życia nie rodzi się z mocy, lecz z akceptacji zarówno siebie, jak i świata takim, jaki jest.
Najważniejsze przesłanie książki dotyczy śmierci i tego, że jest ona naturalną częścią życia. W świecie powieści ludzie, którzy próbują uniknąć śmierci, tracą wszystko, co czyni ich ludźmi. Przestają czuć radość, nie potrafią tworzyć więzi, gubią poczucie własnej tożsamości. Funkcjonują, ale jakby bez wnętrza — są „martwi za życia”. To nie magia ich karze, lecz konsekwencje własnej decyzji: odrzucając świadomość śmierci, pozbawili się jednocześnie zdolności do odczuwania radości, znikają też emocje i poczucie sensu.
Tę myśl łatwo odnieść do współczesności. Żyjemy w kulturze, która bardzo często wypiera temat śmierci, starości czy słabości. Promuje się wieczną młodość, nieustanny rozwój, ciągłą produktywność. Mówi się, że wszystko można poprawić lub naprawić. W efekcie wiele osób czuje nieustanną presję, by „utrzymać się na powierzchni”, a jednocześnie odczuwa pustkę, bo żaden stan nie wydaje się wystarczający. Podobnie jak w powieści, jeśli próbujemy żyć tak, jakby wszystko mogło trwać wiecznie, przestajemy naprawdę doświadczać czegokolwiek.
Le Guin przypomina, że świadomość, że coś może się skończyć — relacja, dzień, zdrowie czy życie sprawia, że zaczynamy to doceniać. Przemijanie nie jest wrogiem, lecz warunkiem sensu. Książka pokazuje, że próba wymazania śmierci prowadzi do utraty człowieczeństwa,

Podobnie jak poprzednie części „Ziemiomorza” to nie jest tylko opowieść o magu i jego uczniu, lecz historia o tym, co dzieje się, gdy odrzuca się odpowiedzialność, wiedzę i świadomość własnej kruchości. Le Guin pokazuje, że sens życia nie rodzi się z mocy, lecz z akceptacji zarówno siebie, jak i świata takim, jaki jest.
Najważniejsze przesłanie książki dotyczy śmierci i...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

„Grobowce Atuanu” pod pozorem historii o magii opowiadają przede wszystkim o dziewczynie, która musi zejść w głąb własnego lęku, by odzyskać siebie. Podziemia Atuanu stają się tu metaforą psychiki – miejscem, gdzie ukrywa się to, co wyparte, przemilczane i bolesne. Arha, której odebrano imię i prawo wyboru (czyniąc ją „Pożartą”), żyje uwięziona w rytuałach, posłuszeństwie i narzuconych obowiązkach. Jej świat jest obrazem tego, co dzieje się z człowiekiem, gdy przez lata nie wolno mu być sobą, gdy zna jedynie to, co narzucone, a nigdy to, co własne.
Kult Bezimiennych przedstawiony jest jako system oparty na strachu i milczeniu. Dla mnie to bardzo czytelna metafora każdej współczesnej opresyjnej struktury: autorytarnej władzy, toksycznej religii czy przemocowej rodziny. Arha dorasta w świecie, który określa ją z góry i nawet nie daje szansy, by mogła sama siebie zapytać, kim naprawdę chce być.
W ten mrok wkracza Ged. Wielki plus dla autorki, że jednak nie pełni on roli rycerza ratującego „damę w opałach”. Le Guin unika tego taniego schematu: Ged nie jest wybawicielem, lecz katalizatorem i drogowskazem. Nie prowadzi Arhy za rękę. On jedynie wnosi „światło świadomości”, pozwalając dziewczynie dostrzec mury jej własnego, wewnętrznego więzienia. To nie on ją uwalnia. On daje jej narzędzia i wiedzę o jej prawdziwym imieniu, ale ostateczny, ryzykowny krok ku wyjściu z ciemności Arha musi wykonać całkowicie sama.
Najważniejsza w tej opowieści jest jednak droga wyzwolenia. Le Guin nie proponuje buntu opartego na przemocy, ale przemianę wynikającą z poznania siebie i odwagi, by spojrzeć na to, co dotąd było zakazane. Z tego powodu „Grobowce Atuanu” wciąż brzmią niezwykle aktualnie: mówią o wychodzeniu z lęku, z narzuconych ról i z systemów, które odbierają człowiekowi głos.
To prosta, a jednocześnie bardzo mocna historia o odzyskiwaniu własnego imienia, a tym samym własnego życia.

„Grobowce Atuanu” pod pozorem historii o magii opowiadają przede wszystkim o dziewczynie, która musi zejść w głąb własnego lęku, by odzyskać siebie. Podziemia Atuanu stają się tu metaforą psychiki – miejscem, gdzie ukrywa się to, co wyparte, przemilczane i bolesne. Arha, której odebrano imię i prawo wyboru (czyniąc ją „Pożartą”), żyje uwięziona w rytuałach, posłuszeństwie i...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Spokojna przypowieść o dojrzewaniu, odpowiedzialności i mierzeniu się z konsekwencjami swoich czynów. Nie próbuje być widowiskowa, nie goni za efektem, co odbieram jako zaletę. Daje przestrzeń, by skupić się na przemianie bohatera i na tym, jak rozwija się poprzez własne błędy. Ged nie jest idealny. Jest po prostu młodym człowiekiem, który uczy się świata i siebie.
Le Guin proponuje historię prostą w formie, ale bogatą w sensy. Jej świat magii, oparty na prawdziwych imionach, jest ciekawym elementem powieści. W Ziemiomorzu imię nie jest tylko słowem, ale odsłania istotę człowieka lub rzeczy. Kto je zna, zyskuje wpływ, ale też bierze odpowiedzialność. To elegancka metafora: by coś zmienić, najpierw trzeba to naprawdę zrozumieć. I w zwykłym życiu działa to podobnie – dopiero nazywając własne emocje czy motywy możemy nad nimi pracować, a w relacjach „podajemy swoje imię” tylko tym, którym ufamy. W czasach, gdy łatwo zgubić się w powierzchownych informacjach, uproszczeniach i głośnych opiniach z mediów społecznościowych, ta idea nabiera dodatkowej aktualności. Rzetelna wiedza o sobie i o świecie, staje się czymś w rodzaju symbolicznej magii, bez której trudno podejmować świadome decyzje.
Ujęła mnie atmosfera, oszczędność słów i eleganckie połączenie prostoty z powagą. A motyw imienia dodaje tej historii dodatkowej głębi – pokazuje, że poznanie, wiedza i odpowiedzialność są często ważniejsze niż sama siła, zarówno w świecie fantastycznym, jak i w codziennym życiu. Bo przecież „Im większa moc i im większa władza, tym większa odpowiedzialność” - przestrzega Le Guin. A o tym współczesny świat i jego przywódcy ewidentnie zapominają.

Spokojna przypowieść o dojrzewaniu, odpowiedzialności i mierzeniu się z konsekwencjami swoich czynów. Nie próbuje być widowiskowa, nie goni za efektem, co odbieram jako zaletę. Daje przestrzeń, by skupić się na przemianie bohatera i na tym, jak rozwija się poprzez własne błędy. Ged nie jest idealny. Jest po prostu młodym człowiekiem, który uczy się świata i siebie.
Le Guin...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Trafiła do mnie wyjątkowo mocno. Autor stworzył historię, która porusza wiele wątków: rodzinne pęknięcia, przemoc, mechanizmy obronne, a także sposób, w jaki dorastający człowiek próbuje przetrwać w środowisku, które nie daje mu narzędzi, by zrozumieć samego siebie.
Na pewno zapamiętam relację Krzyśka z ojcem alkoholikiem. Orbitowski przedstawia ją z niezwykłą przenikliwością – bez demonizacji, ale też bez taryfy ulgowej. To obraz domu, w którym chaos miesza się z pozorną czułością, a dziecko zmuszone jest każdego dnia balansować pomiędzy lękiem, współczuciem i desperacką potrzebą normalności. Trafność obserwacji jest tutaj uderzająca. Autor pokazuje alkoholika nie jako jednowymiarowego kata, lecz jako kogoś, kto sam jest kruchy, pogubiony i toksyczny w sposób, który niszczy wszystko dookoła. Psychologiczna wiarygodność tej relacji była dla mnie jednym z najmocniejszych elementów książki.
Doceniam także sposób, w jaki Orbitowski kreśli tło społeczne lat dziewięćdziesiątych. Świat jest surowy, przytłaczający, pełen cichej przemocy codzienności, której nikt nie nazywa po imieniu. Autor opisuje go bez patosu i bez sentymentalizmu, co sprawia, że historia nabiera autentyczności i staje się przejmującym obrazem dorastania w realiach, w których nie ma miejsca na wrażliwość.
Dzięki temu „Inna dusza” nie jest dla mnie jedynie powieścią o zbrodni. To przede wszystkim opowieść o dorastaniu w miejscach, które nie oferują żadnej przestrzeni na słabość, o próbach utrzymania równowagi emocjonalnej tam, gdzie brakuje stabilności, i o tym, jak bardzo jesteśmy kształtowani przez historie, w które zostajemy wrzuceni jako dzieci. Ta książka przypomina, jak skomplikowane i kruche potrafią być ludzkie dusze – niektóre bardziej „inne” niż inne, ale wszystkie warte uważnego spojrzenia.

Trafiła do mnie wyjątkowo mocno. Autor stworzył historię, która porusza wiele wątków: rodzinne pęknięcia, przemoc, mechanizmy obronne, a także sposób, w jaki dorastający człowiek próbuje przetrwać w środowisku, które nie daje mu narzędzi, by zrozumieć samego siebie.
Na pewno zapamiętam relację Krzyśka z ojcem alkoholikiem. Orbitowski przedstawia ją z niezwykłą...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Lektura „Biografii X” Catherine Lacey to nie było łatwe doświadczenie. Z jednej strony chylę czoła przed erudycją autorki i jej genialnym pomysłem na „łże-biografię” osadzoną w alternatywnej rzeczywistości. Z drugiej jednak, po odłożeniu książki czuję się nie tylko zagubiona, ale wręcz celowo wystawiona przez autorkę na emocjonalny dysonans.
Wizja podzielonej Ameryki, z jej teokratycznym, opresyjnym Południem, brzmi w dobie rosnących globalnych ekstremizmów przerażająco aktualnie. Początkowo sądziłam, że Lacey zmarnowała ten potencjał, traktując go jedynie jako barwne tło. Dziś jednak widzę w tym głębszy, choć gorzki zamysł: polityka w tej powieści nie jest lekcją historii, lecz dowodem na skrajny egocentryzm X. Dla niej cierpienie milionów i mury dzielące kraj to jedynie materiał artystyczny lub tło dla własnej legendy. To „niewykorzystanie” tematu politycznego staje się więc ostatecznym dowodem na odklejenie głównej bohaterki od realnego ludzkiego losu.
Moim największym problemem pozostaje sama postać X. Nie wzbudziła we mnie ani krzty sympatii i postrzegam ją jako jednostkę kliniczną – skrajnie narcystyczną i manipulującą. Choć autorka nie wyjaśnia wprost, czy X napędzał zachwyt sobą, czy nienawiść do świata, zaczynam rozumieć, że ta pustka informacyjna jest celowa. Lacey rzuca nam wyzwanie: czy potrafimy podziwiać dzieło, wiedząc, że artysta był „potworem”? Moja odpowiedź brzmi: nie, tajemniczość nie jest dla mnie rozgrzeszeniem dla toksyczności.
Niezwykle trafnie Lacey obnaża mechanizm kreowania „wielkiego artysty”. Status X nie wynika z obiektywnego geniuszu, lecz z aury skandalu i ekstrawagancji. To smutna diagnoza kultury blichtru. Jeszcze bardziej uderzający jest wątek relacji X z jej żonami. Choć to związki queerowe, Lacey obnaża w nich skostniały schemat patriarchatu. X wchodziła w rolę dominującego, opresyjnego „mężczyzny”, który nie kocha, lecz „anektuje” drugiego człowieka. Lucca, nasza narratorka, kochała jedynie wyobrażenie o X, co czyni tę historię nie opowieścią o miłości, lecz studium fascynacji tajemnicą, która niszczy wszystko, czego dotknie.
Mimo inteligencji tej prozy, kończę ją z poczuciem zagubienia. Jeśli jednak „Biografia X” ma jakieś przesłanie, to jest ono skrajnie pesymistyczne. Prawda o drugim człowieku nie istnieje. Każda narracja (także Lucci) jest tylko interpretacją. Jesteśmy gotowi wybaczyć artyście narcyzm i toksyczność, dopóki nazywamy to „ekstrawagancją”. Tożsamość to tylko kostium - X zmieniała nazwiska i style życia jak ubrania, sugerując, że pod spodem nie ma „prawdziwego ja”.
Lacey stworzyła anty-biografię, która zamiast wyjaśniać człowieka, dowodzi, że im więcej faktów zbieramy, tym mniej wiemy. To błyskotliwa intelektualna gra, która celowo zostawia czytelnika w pewnej dezorientacji, by pokazać nam, jak łatwo dajemy się uwieść „wybitnym jednostkom”, zapominając o elementarnej etyce. Czy to wystarczy, by uznać książkę za spełnioną? Literacko – tak. Ludzko – pozostawia niedosyt.

Lektura „Biografii X” Catherine Lacey to nie było łatwe doświadczenie. Z jednej strony chylę czoła przed erudycją autorki i jej genialnym pomysłem na „łże-biografię” osadzoną w alternatywnej rzeczywistości. Z drugiej jednak, po odłożeniu książki czuję się nie tylko zagubiona, ale wręcz celowo wystawiona przez autorkę na emocjonalny dysonans.
Wizja podzielonej Ameryki, z jej...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Kończąc „Wiosenne wody”, poczułam przede wszystkim jedno: ulgę. Każda kolejna strona utwierdzała mnie w przekonaniu, że absolutnie nie jest to lektura dla mnie. Choć lubię i doceniam twórczość Hemingwaya, tym razem dostałam do rąk coś, co przypominało raczej chaotyczny żart, którego puenty nikt nie raczył mi wyjaśnić.
Dlaczego ta książka do mnie nie trafiła? Po pierwsze przez niezrozumiały hermetyzm. Jest dziś po prostu nieczytelna bez kontekstu. Czytanie powieści, która jest parodią innej książki (Sherwooda Andersona), o której absolutnie nic nie wiem, mija się z celem. Bez przypisów i posłowia to tylko zbiór dziwnych scen. Po drugie narracyjny chaos. Być może dla niektórych to jest „nowatorska forma”. dla mnie było po prostu poszatkowanym, nonsensownym bełkotem. Brak spójnej linii fabularnej sprawił, że losy Scrippsa czy Yogiego kompletnie mnie nie obeszły. Trudno zaangażować się w historię, która co chwilę rozpada się na kawałki. I wreszcie po trzecie – przestarzałe i rażące stereotypy. Nawet jeśli przyjmiemy poprawkę na czasy, w których powstała, taki opis rdzennych mieszkańców Ameryki, czy gama rasistowskich określeń są dla mnie po prostu nieakceptowalne. Zamiast humoru czułam zażenowanie. Jeśli pod tym absurdem kryje się jakaś głęboka melancholia czy refleksja o przemijaniu. to została ona skutecznie przypudrowana błazenadą. Jedyny plus? Przeczytanie jej zajmuje tyle, co wypicie przedłużonej kawy, więc przynajmniej stracony czas nie boli tak bardzo.

Kończąc „Wiosenne wody”, poczułam przede wszystkim jedno: ulgę. Każda kolejna strona utwierdzała mnie w przekonaniu, że absolutnie nie jest to lektura dla mnie. Choć lubię i doceniam twórczość Hemingwaya, tym razem dostałam do rąk coś, co przypominało raczej chaotyczny żart, którego puenty nikt nie raczył mi wyjaśnić.
Dlaczego ta książka do mnie nie trafiła? Po pierwsze...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Trudno jest mi jednoznacznie odczytać intencje autorki: czy próbowała stworzyć studium kobiecego losu w realiach XIX wieku, czy też – zgodnie z pozytywistyczną tradycją – chciała moralnie napiętnować bohaterkę? A może, sama rozdarta między empatią a normami epoki, po prostu nie umiała zdecydować, jak nazwać tę kobiecą niejednoznaczność?
Postać Franki autorka kreśli nawet z pewną intuicją psychologiczną: jako kobietę po traumach, pozbawioną wsparcia, emocjonalnie rozchwianą, usiłującą nadać sens swojemu życiu, chociaż nie wyniosła z domu rodzinnego żadnego pozytywnego wzorca. Z drugiej, ton narracji bywa moralizujący, podszyty XIX‑wiecznym przekonaniem, że kobiecość nieujarzmiona jest niebezpieczna. Trudno więc nie odnieść wrażenia, że Orzeszkowa w jakiś sposób stara się zrozumieć Frankę a jednocześnie ocenia ją przez pryzmat XIX-wiecznych norm, z których przecież sama jako pisarka próbowała wyjść.
Nie mniej zagadkowy jest Paweł – rybak, mąż-ideał, uosobienie łagodności i moralnej czystości. Jego dobroć i skrajna wyrozumiałość czynią go chwilami postacią niemal alegoryczną, symbolem „mężczyzny‑zbawiciela” (chora postawa swoją drogą). Absolutnie nie rozumiem celu konstruowania tak nierealistycznej postaci.
Mam wątpliwości, czy warto czytać „Chama” w XXI wieku? Ze współczesnego punktu widzenia nie jest to powieść o „złej kobiecie” i „dobrym mężczyźnie”. To studium relacji nacechowanej współuzależnieniem, różnicami społecznymi i psychologiczną przepaścią w zakresie potrzeb. Jeżeli już doszukiwać się sensu tej powieści, to jest to bolesny zapis tego, jak wygląda związek, w którym jedna osoba nie potrafi kochać stabilnie, a druga kocha aż do samozniszczenia.

Trudno jest mi jednoznacznie odczytać intencje autorki: czy próbowała stworzyć studium kobiecego losu w realiach XIX wieku, czy też – zgodnie z pozytywistyczną tradycją – chciała moralnie napiętnować bohaterkę? A może, sama rozdarta między empatią a normami epoki, po prostu nie umiała zdecydować, jak nazwać tę kobiecą niejednoznaczność?
Postać Franki autorka kreśli nawet z...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to