Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz

Na półkach:

Reread 🥹🩷

Świat w tej książce jest mocno inspirowany starożytnym Rzymem, ale w połączeniu z klimatem “Igrzysk śmierci” i “Szklanego tronu”. Do tego dorzućmy vibe gladiatorów i dżiny i mamy właśnie idealne podsumowanie tej serii

Ta powieść nie bierze jeńców. Musicie przygotować się na porządny przekrój wszystkich emocji i frustracji, ponieważ autorka doskonale wie, jak nimi żonglować 🥹

Historia przedstawiana jest z perspektywy każdego z bohaterów, a każdy z nich jest wielowymiarowy. Nie mamy tutaj oczywistych złych i dobrych postaci, każdy jest szary na swój sposób, ma swoją motywację i kieruje się innymi wartościami. To właśnie to czyni tę powieść tak interesująca przy lekturze 🩷

Idealna powieść na gorące lato, albo po prostu na wolną chwilę. Historia z gatunku fantasy YA, która czytelnika traktuje jak dorosłego i równego sobie. Mamy tutaj bitwy, intrygi, politykę i walkę o przetrwanie. I wątek miłosny, ale jako dopełnienie tego wszystkiego, co wyżej

Najlepsze we wznowieniu trzeciego tomu jest to, że teraz oficjalnie zaczynam oczekiwanie na czwarty, ponieważ jego nigdy nie czytałam, bo nigdy w Polsce się nie ukazał 🥹🩷😍😭🫠🥰🔥🤩

współpraca reklamowa z wydawnictwem We Need Ya

Reread 🥹🩷

Świat w tej książce jest mocno inspirowany starożytnym Rzymem, ale w połączeniu z klimatem “Igrzysk śmierci” i “Szklanego tronu”. Do tego dorzućmy vibe gladiatorów i dżiny i mamy właśnie idealne podsumowanie tej serii

Ta powieść nie bierze jeńców. Musicie przygotować się na porządny przekrój wszystkich emocji i frustracji, ponieważ autorka doskonale wie, jak...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Sięgając po tę książkę, miałam względem niej równie dużo oczekiwań, co i obaw, że nie zostaną one zrealizowane. Z coraz większą ulgą przewracałam kolejne strony, gdy docierało do mnie, że jest ona tak dobra, jak chciałam, żeby była.

Zakochałam się w powieściach o łyżwiarstwie figurowym już jakiś czas temu, więc był to dla mnie wybór oczywisty. Odkryłam coś fascynującego w temacie, w rywalizacji o sukcesy sportowe, ale przede wszystkim w pokonywaniu słabości własnego ciała i głowy.

Nasza główna bohaterka pomimo ogromnej ilości przeciwności losu, pragnęła zostać łyżwiarką figurową i osiągać sukcesy. Nie poddawała się na żadnym etapie, nieustannie dążyła do celu, a droga nie była łatwa. Razem ze swoim partnerem, który przy okazji był jej chłopakiem, stawali przeciwko całemu światu, który próbował udowodnić im, że niczego nie osiągną.

Ta powieść niesie ze sobą taki kaliber emocjonalny. Czytając ją, czuje się każde cierpienie, rwanie każdego mięśnia, ból każdego kolejnego siniaka. Czuć pasję, miłość i presję, która towarzyszy łyżwiarstwu na każdym kroku. Do tego mamy wielowymiarowe relacje pomiędzy bohaterami: związek Kat i Heatha niesie ze sobą wiele uczuć, ale to jeszcze ważniejsze, to toksyczna relacja bohaterki ze sportem, który tak kocha.

Do tego mamy szczegółowo opisane wszystkie łyżwiarskie kwestie, a to cieszyło mnie podwójnie. Autorka nie szczędzi nam opisów treningów, układów, konkursów, tego, co dzieje się za kulisami w szatni i jak wygląda konkurencja pomiędzy zawodnikami. Piekielnie dobrze się o tym czyta.

Muszę docenić niesamowity sposób prowadzenia narracji w tej książce, ponieważ jest ona dwutorowa. Z jednej strony poznajemy historię z perspektywy głównej bohaterki, która subiektywnie przytacza nam wszystko tak, jakim to zapamiętała. Równolegle dostajemy fragmenty amatorskiego filmu, który został stworzony o naszych głównych bohaterach, co zapewnia nam bardziej obiektywną perspektywę. Połączenie jednej wersji z drugą daje nam pełny obraz tego, jak to wszystko naprawdę wyglądało.

Sama nie wiem, kiedy tę książkę przeczytałam, bo ona przeczytała się sama. Wciągająca, cudowna i emocjonalna, a do tego z tematem, który uwielbiam. Idealna dla fanów „Od Lukova z miłością” (łyżwiarstwo figurowe) i „Carrie Soto powraca” (biografia fikcyjnej tenisistki. „Faworyci” to idealne połączenie wszystkiego, co najlepsze z tych dwóch książek.

Ogromna polecajka!

Współpraca barterowa z Wydawnictwem Otwarte

Sięgając po tę książkę, miałam względem niej równie dużo oczekiwań, co i obaw, że nie zostaną one zrealizowane. Z coraz większą ulgą przewracałam kolejne strony, gdy docierało do mnie, że jest ona tak dobra, jak chciałam, żeby była.

Zakochałam się w powieściach o łyżwiarstwie figurowym już jakiś czas temu, więc był to dla mnie wybór oczywisty. Odkryłam coś fascynującego w...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Trochę ciężko jest mi ocenić tę książkę, bo… no właśnie

Pełna recenzja na IG: @toreadornottoreadblog

Najlepsze w niej są wątki dotyczące Indian, bo, może chociaż w większości autorka posłużyła się swobodnie różnymi historiami, tak jednak wiele z nich zaczerpnęła z prawdziwej historii. Do tego sama jest Indianką i w tym kontekście jest to cenna, ciekawa powieść

Śledztwo, które miało stanowić główną oś fabuły, jest bardzo słabą częścią książki. Strasznie się ciągnie, bohaterowie nie zauważają największych oczywistości, a sposób prowadzenia tej sprawy jest monotonny i nieangażujący

Do tego mamy chaos w sposobie pisania. W książce brakuje emocji, przemyśleń, czegoś, co przyciągnie czytelnika do bohaterów. To wszystko jest opisywane w taki bezpłciowy sposób, że spokojnie można wiele „ważnych” wydarzeń nawet nie zauważyć

Ale jednocześnie wiem, że taki styl pisania, który nie jest przegadany, wielu osobom przypadnie do gustu! Do tego Odżibwejowie są naprawdę mocnym aspektem tej powieści

Końcowo to takie 2,5/5

Trochę ciężko jest mi ocenić tę książkę, bo… no właśnie

Pełna recenzja na IG: @toreadornottoreadblog

Najlepsze w niej są wątki dotyczące Indian, bo, może chociaż w większości autorka posłużyła się swobodnie różnymi historiami, tak jednak wiele z nich zaczerpnęła z prawdziwej historii. Do tego sama jest Indianką i w tym kontekście jest to cenna, ciekawa powieść...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Ta książka jest niezwykła pod wieloma kwestiami. Sposób, jaki została pokazana prz€m0c w rodzinie i reakcje głównej bohaterki względem swojej matki… z jednej strony widzimy cierpiące dziecko, które nie zaznało rodzicielskiej miłości, a z drugiej próbujemy razem z nim zrozumieć, dlaczego tak naprawdę jego rodzic zachowuje się właśnie w ten sposób. Nie mam dobrych słów, by to ująć, ale po prostu reakcje głównej bohaterki 🥺 Dla nich warto po prostu sięgnąć po tę powieść ♥️

Jakby tego było mało, mamy jeszcze inną toksyczną relację w życiu Noelle, która przychodzi do niego później. I właśnie, ta książka to przede wszystkim relacje - zarówno te pozytywne, jak i te negatywne. Siła przyjaźni i miłości, ludzie, którzy potrafią dosłownie zmienić czyjeś życie. Niepozorny „Hotel 21”, a tyle emocji, niesprawiedliwości i przytomności!

Pełna recenzja na IG @toreadornottoreadblog

Ta książka jest niezwykła pod wieloma kwestiami. Sposób, jaki została pokazana prz€m0c w rodzinie i reakcje głównej bohaterki względem swojej matki… z jednej strony widzimy cierpiące dziecko, które nie zaznało rodzicielskiej miłości, a z drugiej próbujemy razem z nim zrozumieć, dlaczego tak naprawdę jego rodzic zachowuje się właśnie w ten sposób. Nie mam dobrych słów, by to...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Uwielbiałam tę książkę, gdy czytałam ją po raz pierwszy kilka lat temu i uwielbiam ją też teraz, gdy przeczytałam ją ponownie 🥵

Ta powieść to trochę takie enemies-to-lovers, trochę później takie friends-to-lovers i fake dating. Istny miszmasz w tej książce, ale kurczę, wciąga, przyciąga i nie wypuszcza!

Bardzo cieszy mnie to wznowienie, bo nowi czytelnicy mogą poznać tych wszystkich bohaterów, których ja już znam i kocham!

Pełna recenzja: (IG) @toreadornottoreadblog

Uwielbiałam tę książkę, gdy czytałam ją po raz pierwszy kilka lat temu i uwielbiam ją też teraz, gdy przeczytałam ją ponownie 🥵

Ta powieść to trochę takie enemies-to-lovers, trochę później takie friends-to-lovers i fake dating. Istny miszmasz w tej książce, ale kurczę, wciąga, przyciąga i nie wypuszcza!

Bardzo cieszy mnie to wznowienie, bo nowi czytelnicy mogą poznać...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Jestem totalnie zakochana w „Vorteksie” jeszcze bardziej niż byłam. Z ogromnym zainteresowaniem śledziłam losy bohaterów, byłam ciekawa ich dalszych poczynań i nie mogłam się doczekać powrotu do lektury, by dowiedzieć się, co będzie dalej. Mogę powiedzieć, że w końcu przywiązałam się do bohaterów!

Widać ogromny progres na przestrzeni tych książek - autorka wiele się nauczyła na swoich błędach i w tym tomie wyeliminowała niemal wszystko, co zarzucałam wcześniejszym częściom.

Jestem totalnie zakochana w „Vorteksie” jeszcze bardziej niż byłam. Z ogromnym zainteresowaniem śledziłam losy bohaterów, byłam ciekawa ich dalszych poczynań i nie mogłam się doczekać powrotu do lektury, by dowiedzieć się, co będzie dalej. Mogę powiedzieć, że w końcu przywiązałam się do bohaterów!

Widać ogromny progres na przestrzeni tych książek - autorka wiele się...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Drugi tom jest tak samo dobry jak pierwszy i bardzo mnie to cieszy, bo już dawno nie miałam okazji tak napisać o żadnej serii ❤️. Autorka powraca z kolejną porcją zagadek, które mam wrażenie są jeszcze bardziej intrygujące i wciągające. Przez tę powieść dosłownie się płynie, a strony przerzucają się same. Klimat jest nie do podrobienia, a cała ta zagadka trzyma czytelnika do ostatniej strony w bardzo przyjemnym stanie zaintrygowania i niepewności!

Jedyna wada tej powieści to wątek miłosny - czy może raczej wątki? Nie czuję żadnego z obiektów westchnień głównej bohaterki i o wiele bardziej ciekawią mnie sekrety rodzinne niż to, z kim skończy na ślubnym kobiercu 😫 Ale jest to stosunkowo niewielka część fabuły, więc da się przeżyć i z tym 😂

Drugi tom jest tak samo dobry jak pierwszy i bardzo mnie to cieszy, bo już dawno nie miałam okazji tak napisać o żadnej serii ❤️. Autorka powraca z kolejną porcją zagadek, które mam wrażenie są jeszcze bardziej intrygujące i wciągające. Przez tę powieść dosłownie się płynie, a strony przerzucają się same. Klimat jest nie do podrobienia, a cała ta zagadka trzyma czytelnika...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Ona i ona Alyson Derrick, Rachael Lippincott
Ocena 7,4
Ona i ona Alyson Derrick, Rachael Lippincott

Na półkach:

Ta książka jest tak lekka i przyjemna, a jednocześnie porusza bardzo ważne i trudne tematy, że jestem w szoku, że sak dobrze udało się to wszystko połączyć ze sobą i zachować balans. Sprawą najważniejszą jest oczywiście wątek miłosny (czy może raczej wątki miłosne) pomiędzy bohaterkami, które też serwują cały przekrój relacji. Zauroczenie, toksyczna relacja i szukanie swojej tożsamości to tematy, które tu znajdziemy 💕

No ja jestem po prostu oczarowana, bo nie dość, że książka bardzo mi się podobała, to jeszcze jest po prostu z gatunku tych, które robią człowiekowi ciepło na serduszku przy czytaniu! 😍❤️

Ta książka jest tak lekka i przyjemna, a jednocześnie porusza bardzo ważne i trudne tematy, że jestem w szoku, że sak dobrze udało się to wszystko połączyć ze sobą i zachować balans. Sprawą najważniejszą jest oczywiście wątek miłosny (czy może raczej wątki miłosne) pomiędzy bohaterkami, które też serwują cały przekrój relacji. Zauroczenie, toksyczna relacja i szukanie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Vortex to swego rodzaju magiczny portal, który bywa dość kapryśny i wymaga trochę uwagi przy obsłudze, bo chwila nieuwagi przy przechodzeniu przez niego może przynieść niefajne konsekwencje. Elaine bierze właśnie udział w wyścigu vortexami i ma tylko jeden cel - wygrać.

Fabuła tej książki to miód na moje serduszko! Pomysł brzmi dość prosto, ale autorka tak rozbudowała świat przedstawiony, że z miejsca się zakochałam. Tyle uwagi poświęciła, by nakreślić wszystko od podstaw, by zasady miały ręce i nogi oraz by cała fizyka tego świata miała sens, że jestem pod wrażeniem, a zachwytów nie mam końca 😍

Sama fabuła też jest całkiem niezła! Chociaż bohaterów polubiłam dość średnio i końcowo nawet im nie kibicowałam, bo i tak narzekać nie będę. Tym razem jestem po prostu typem zakochanym w świecie, a nie w postaciach 😂

Ale czyta się lekko, kolejne kartki przerzucają się same, a historia wciąga bez końca. No i autorka ma bardzo przyjemny styl pisania, a to połączone z ciekawą opowieścią robi robotę ♥️

Vortex to swego rodzaju magiczny portal, który bywa dość kapryśny i wymaga trochę uwagi przy obsłudze, bo chwila nieuwagi przy przechodzeniu przez niego może przynieść niefajne konsekwencje. Elaine bierze właśnie udział w wyścigu vortexami i ma tylko jeden cel - wygrać.

Fabuła tej książki to miód na moje serduszko! Pomysł brzmi dość prosto, ale autorka tak rozbudowała...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Pewnie wiecie, że ja i Colleen Hoover się nie lubimy i raczej omijamy. Jednak jakiś czas temu mówiłam wam o moich pozytywnych wrażeniach po przeczytaniu „Layli”, a sama książka naprawdę mi się podobała, więc sięgnęłam po „Nagie serca”, bo miałam nadzieję, że może nasza zła passa się odwróci. Ale no cóż, jest tak jak zawsze i mam o tej nowej powieści takie samo zdanie jak o wszystkich innych książkach Hoover, czyli nie za dobre 😂

Sam początek „Nagich serc” mi się naprawdę podobał! Główna bohaterka została wrzucona w niefajną sytuację i radziła sobie z nią w dość oryginalny sposób. Jednak jak po kilkunastu stronach pojawił się wątek miłosny, to wszystko zaczęło iść utartym schematem czyli skrzywdzona dziewczyna z tajemnicami i skrzywdzony chłopak z tajemnicami, którzy próbują być skrzywdzeni razem 🤓 Instant love na porządku dziennym, ale to mnie już nawet nie dziwi. Jednak! Momentami spotkać można tutaj ekspozycyjne dialogi, a tego, jak Hoover nie lubię, to jednak nigdy u niej nie było, więc poszło coś zdecydowanie nie tak 😢

„Nagie serca” to książka jak te wszystkie inne książki Hoover - styl zachowany, schemat odpowiedni i wszyscy wiemy, jak to się potoczy bez czytania 😂 Jednak jakbym miała układać powieści autorki według najlepszych, to ta najnowsza na pewno do topki się nie załapie, bo to raczej jedna z tych gorszych niż z lepszych.

Także weźcie moją krótką opinię przez pryzmat tego, że nie lubię Hoover 😂. Książka zła nie jest i myślę, że fanom autorki na pewno przypadnie do gustu. Do tego jest idealna na lato, bo fabuła to plaża i ocean!

Pewnie wiecie, że ja i Colleen Hoover się nie lubimy i raczej omijamy. Jednak jakiś czas temu mówiłam wam o moich pozytywnych wrażeniach po przeczytaniu „Layli”, a sama książka naprawdę mi się podobała, więc sięgnęłam po „Nagie serca”, bo miałam nadzieję, że może nasza zła passa się odwróci. Ale no cóż, jest tak jak zawsze i mam o tej nowej powieści takie samo zdanie jak o...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Mamy pride month! Zawsze w czerwcu następuje istny wysyp nowości z LGBTQ+ w roli głównej i mnie to bardzo cieszy, bo zwiększa się świadomość, temat staje się nam bliższy, a także w literaturze można znaleźć coraz większą reprezentację. Dlatego też dziś dokładam swoją małą cegiełkę i opowiem wam trochę o nowości wydawniczej, która idealnie wpisuje się w te klimaty i nazywa się Pod tęczą.
Mamy tu do czynienia ze swego rodzaju zbiorem opowiadań, ale nazwanie tego właśnie w ten sposób byłoby trochę na wyrost. Historie, które zostają tutaj zebrane, są połączone miejscem akcji i bohaterami, a postacie z jednego przewijają się na trzecim planie drugiego i tak dalej. Wszystkie wydarzenia mają miejsce w jednym amerykańskim bardzo specyficznym miasteczku i pokazują losy osób zmagających się z różnymi dylematami, które wynikają z ich orientacji, płci czy po prostu mają problemy, ponieważ osoby z ich otoczenia mają takie problemy. Najlepszym porównaniem byłoby stwierdzenie, że Pod tęczą to pod względem konwencji coś w klimacie Listów do M. czy innych Walentynek, bo forma i przenikanie się historii to to właśnie te klimaty.
Daję autorce ogromny plus za różnorodność! Poruszono tutaj tak dużo różnych aspektów tolerancji i nietolerancji, których doświadczają reprezentanci społeczności LGBTQ+, że na pewno temat był bliski do wyczerpania. Reprezentacja jest szeroka, tematyka wyczerpująca, a dzięki temu każdy tu znajdzie coś dla siebie, właśnie dlatego, że to zbiór opowiadań.
Drugi plus leci za sam pomysł i fabułę. Umiejscowienie wszystkich postaci w jednym miasteczku i spojrzenie na tę małą społeczność pod tak wieloma kątami było naprawdę świetnym doświadczeniem. W ciekawy sposób pokazano, jak różne mogą być reakcje na te same kwestie lub jak bardzo tolerancja potrafi być wybiórcza i uzależniona od własnego „widzi mi się”.
Jednak jak pomysł chwalić będę do samego końca, tak wykonanie mnie totalnie nie przekonuje i tutaj już tak kolorowo nie będzie. Opowiadania są bardzo chaotyczne i panuje w nich bałagan. Całościowo autorka miała naprawdę świetny pomysł na stworzenie swojego małego świata, ale nie wszystkie opowieści pasują do całej konwencji. Jedne idealnie pokazują problemy i przynoszą fajne rozwiązanie z ciekawym morałem lub małym zaskoczeniem dla czytelnika, ale inne znowu są trochę za bardzo oderwane od tej fikcyjnej rzeczywistości i czasem ma się wrażenie, że są po nic, bo tylko wypełniają przestrzeń, nic do niej nie wnosząc.
Drugi minus to ogromna skrótowość. Książka ma coś w okolicy 270 stron i to w większości wynika z tego, że autorka stosowała cały ogrom skrótów myślowych. Tylko, że nie tłumaczyła nigdzie wcześniej czytelnikowi, co to dokładnie znaczy, przez co cierpi fabuła historii, jej spójność i dodatkowo przez to zostaje pozbawiona głębi, bo po prostu nie jesteśmy w stanie jej zrozumieć. Czasem im mniej słów, tym lepiej. Ale tutaj tych słów było o wiele za mało i rozbudowanie większości opowiadań wyszłoby im na plus.
No i kwestia ostatnia czyli stereotypy, które były… specyficzne. Było to ogromnym pójściem na łatwiznę i nawet nie podjęto próby, by z nimi walczyć. I w sumie to nie wiem, po której stronie opowiada się autorka: po tej, która te stereotypy powiela i pochwala, czy po tej, która próbuje z nimi walczyć i pokazać, że nie wszystko jest zero jedynkowe. Z treści książki to po prostu kiepsko wynika.
Opowiadania jak to opowiadania: jedne są lepsze, drugie są gorsze. Osobiście kupiło mnie to z kotem, bo było po prostu genialne. Ale da się znaleźć też inne perełki w tym zbiorze i naprawdę warto po niego sięgnąć, bo to przyjemna lektura i idealnie nada się na pozostanie wakacyjnym czasoumilaczem.
Końcowo przyznałam 3/5 gwiazdek, bo sam pomysł był super, ale za wykonanie i ogólny chaos trzeba było trochę odjąć. Jednak jeśli lubicie takie klimaty, to warto sprawdzić, czy Pod tęczą przypadnie wam do gustu.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Prószyński i S-ka

Mamy pride month! Zawsze w czerwcu następuje istny wysyp nowości z LGBTQ+ w roli głównej i mnie to bardzo cieszy, bo zwiększa się świadomość, temat staje się nam bliższy, a także w literaturze można znaleźć coraz większą reprezentację. Dlatego też dziś dokładam swoją małą cegiełkę i opowiem wam trochę o nowości wydawniczej, która idealnie wpisuje się w te klimaty i nazywa...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Dawno nie cieszyłam się tak bardzo na kontynuację jakiejś serii! Za drugą część „Iskry bogów” zabrałam się od razu jak tylko ją dostałam i przeczytałam praktycznie w dwóch wdechach.

Prometeusz dalej próbuje walczyć o swoją śmiertelność, a Jess w dalszym ciągu nie ma pojęcia, dlaczego ten chłop się tak zachowuje. I jak w pierwszym tomie chłopak był tajemniczy, zagadkowy i był „bad boyem”, tak tutaj zachowuje się jak psychopata ze schizofrenią i rozdwojeniem osobowości. Tak to wygląda podczas czytania, ale na szczęście końcowo wiele rzeczy się wyjaśnia i większość puzzli wskakuje na swoje miejsce, przez to przytaczam tę uwagę z przymrużeniem oka i lekkim żartem.

Wiele rzeczy autorka poprawiła względem pierwszego tomu. Fabuła wydaje się być bardziej przemyślana, nie ma takiego chaosu i po prostu całość jest bardziej dopracowana. Jednak na spory minus wypada u mnie relacja Jess z jej matką. Wcześniej autorka obrała konkretną drogę, którą skrupulatnie podążała. A tutaj nagle na przestrzeni dwóch stron zupełnie to zmieniła, bez żadnego argumentu i ugruntowania nagle to wszystko wywróciło się do góry nogami, co pod kątem rozwoju postaci wypadło średnio. Jest to jedyna spora wada tej książki, cała reszta wypada naprawdę dobrze!
Ale jak o samych postaciach mowa, to one przynoszą nam największą zabawę. Jess zdecydowanie wydoroślała i umie się obronić! Sceny z Robyn są piękne, a jeszcze piękniejsze jest właśnie to, że Jess w końcu potrafi ją zgasić. Ale chyba najważniejsze jest to, że mamy bohaterów, których losy nas obchodzą!

„Nie odrzucaj mnie” jest tak samo dobre jak pierwsza część. W dalszym ciągu dostrzegam trochę błędów i nieścisłości, ale totalnie mam je gdzieś i nawet nie ma o czym mówić, bo spokojnie dają się zignorować. Także ta książka to świetna zabawa i historia z wątkami mitologicznymi, którą chce się czytać.

4/5 * przyznaję ponownie ze spokojną głową i już rozpoczynam czekanie na premierę trzeciego tomu!

Dawno nie cieszyłam się tak bardzo na kontynuację jakiejś serii! Za drugą część „Iskry bogów” zabrałam się od razu jak tylko ją dostałam i przeczytałam praktycznie w dwóch wdechach.

Prometeusz dalej próbuje walczyć o swoją śmiertelność, a Jess w dalszym ciągu nie ma pojęcia, dlaczego ten chłop się tak zachowuje. I jak w pierwszym tomie chłopak był tajemniczy, zagadkowy i...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Zasady boskich zawodów są krótkie i proste: Zeus pozwolił Prometeuszowi zawalczyć o swoją śmiertelność raz na sto lat. Zostaje wyznaczone miejsce próby, Atena wskazuje odpowiednią dziewczynę, o którą Prometeusz ma zabiegać. Gdy dziewczyna mu ulegnie przed upływem 60 dni, Prometeusz przegrywa. Jeśli jednak go odrzuci, Prometeusz stanie się śmiertelnikiem.
Zasadniczo na tym mogłabym już zakończyć, bo niesamowicie kupił mnie ten pomysł na historię i już po przeczytaniu pierwszej strony byłam zachwycona, zaciekawiona i miałam przeczucie, że pierwszy tom „Iskry bogów” zasłuży sobie u mnie na 4 *. Każda kolejna przewracana kartka utwierdzała mnie w tym przekonaniu i końcowo faktycznie przyznałam tej książce 4/5!
Będę szczera, bo w powieści nie dzieje się za wiele. Akcja nie pędzi, nie ma zbyt dużo zwrotów akcji. Jednak autorka idealnie wprowadza nowe wątki wtedy, gdy ich potrzebujemy i rozwiązuje tajemnice w odpowiednich momentach. Przy lekturze jesteśmy zaintrygowani i zaciekawieni, w którą stronę to się wszystko potoczy, bo o przewidywalności nie ma tutaj najmniejszej mowy!
Bohaterowie, chociaż dość schematyczni, to jednak z nakreśloną historią i jakimś tam tłem, mniejszym lub większym. Postać Prometeusza jest ciekawa i onieśmielająca, jak to w takich przypadkach bywa. Ale i nasza główna bohaterka jest spoko dziewczyną, ma swój charakter i coś do powiedzenia!
Mitologia miesza się z wyobraźnią autorki i naszym prawdziwym światem. Bardziej obyci z mitami greckimi na pewno się zorientują, co było prawdą, a co zostało zmyślone. Ale dla tych mniej wprawionych na końcu książki znajdzie się odpowiednia legenda, co by się głupio nie zainspirować naciągniętą mitologią i nie palnąć gafy na jakiejś maturze!
Oczywiście, że dostrzegam błędy, schematy i różne niedociągnięcia. Ale książka ma dla mnie to tajemne „coś”, co przyciągało mnie do lektury i sprawiało, że niedopatrzenia przestawały być istotne. Jest ich sporo, ale spokojnie da się je zignorować i czerpać radość z czytania, bo „Nie kochaj mnie” to świetna rozrywka, wprowadzenie do obiecującej serii i omg, ja chcę już drugi tom!

Zasady boskich zawodów są krótkie i proste: Zeus pozwolił Prometeuszowi zawalczyć o swoją śmiertelność raz na sto lat. Zostaje wyznaczone miejsce próby, Atena wskazuje odpowiednią dziewczynę, o którą Prometeusz ma zabiegać. Gdy dziewczyna mu ulegnie przed upływem 60 dni, Prometeusz przegrywa. Jeśli jednak go odrzuci, Prometeusz stanie się śmiertelnikiem.
Zasadniczo na tym...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Jak nie znoszę romansów pisanych przez Colleen Hoover, to wiem chyba tylko ja. Sztuczne, nierealistyczne, oklepane i nieprzewidywalne w przewidywalny sposób. Do tego do szału doprowadza mnie fakt, że na koniec wszystkie elementy układanki zaczynają do siebie pasować w podejrzanie idealny sposób.

„Layla” to coś zupełnie innego i… naprawdę dobrego! Hoover w wersji, której jeszcze wcześniej nie widzieliśmy, bo… książka opiera się na wątkach paranormalnych. Mamy pusty dom, dziwne sytuacje i pewne wydarzenia, których w racjonalny sposób nie da się wytłumaczyć. Do tego autorka postawiła na ciekawy sposób relacji w swojej opowieści, co jeszcze bardziej przyciąga czytelnika do lektury i sprawia, że przeczytanie kolejnego rozdziału jest konieczne, bo tak bardzo chce się poznać ciąg dalszy tej historii. Oprócz dreszczyku emocji związanego z chęcią zgłębienia tajemniczych wydarzeń, mamy jeszcze całkiem spory pierwiastek grozy, dzięki któremu włos się na głowie potrafi zjeżyć.

Mamy także ograniczone grono bohaterów, co jeszcze bardziej buduje napięcie i zdecydowanie pozytywnie wpływa na końcowe rozwiązanie tajemnicy. O wiele bardziej lubię zagadki zamkniętych pomieszczeń niż kończenie jej za pomocą osób z zewnątrz, o których istnieniu wcześniej nie mieliśmy zielonego pojęcia.

Jedyną wadą tej powieści jest główny bohater, który momentami potrafi być irytujący. To on jest narratorem w tej powieści i spędzamy z nim bardzo dużo czasu. I chociaż książka ma niewiele ponad 300 stron, to czasem jego myśli potrafią zmęczyć. Drugim minusem jest niezbyt wyjaśniony wątek tajemniczego mężczyzny, który przewija się w jakiś sposób przez całą historię, a tak naprawdę jego rola w tym wszystkim do samego końca wydaje się… zbędna? Ale to zgaduję, że można w dwojaki sposób odebrać tę postać i podyskutować o jej zadaniu i czy zostało wypełnione w szerszej perspektywie.

Jeśli fanami Colleen Hoover jesteście, to „Layla” na pewno się wam spodoba, bo hej, Hoover pisze wszystkie swoje książki na podobnym poziomie. Za to, jeśli tak jak ja, do Hoover zdecydowanie wam nie po drodze, to będę was zachęcać do spróbowania swoich sił z tym tytułem, bo to coś, co naprawdę potrafi pozytywnie zaskoczyć. Nie miałam żadnych oczekiwań względem tej powieści, a końcowo jestem nią zachwycona, bo miło spędziłam przy niej czas, podobała mi się fabuła, a do tego wyjaśnienie całej sprawy również przypadło mi do gustu!

Jak nie znoszę romansów pisanych przez Colleen Hoover, to wiem chyba tylko ja. Sztuczne, nierealistyczne, oklepane i nieprzewidywalne w przewidywalny sposób. Do tego do szału doprowadza mnie fakt, że na koniec wszystkie elementy układanki zaczynają do siebie pasować w podejrzanie idealny sposób.

„Layla” to coś zupełnie innego i… naprawdę dobrego! Hoover w wersji, której...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Pełna recenzja: https://toreador-nottoread.blogspot.com/2018/10/jesiennie-i-rewolucyjnie-czas-martwych.html

(...)

Czas martwych liści czytało mi się bardzo dobrze! Agnieszka Choczyńska ma bardzo lekkie i przyjemne pióro, potrafi posługiwać się słowami i sprawić, że nie będzie się zwracało uwagi na niedopatrzenia. Sama fabuła jest naprawdę ciekawie skonstruowana i poprowadzona, wszystko ma swój początek i koniec, jedno w logiczny sposób wynika z drugiego (co nie jest takie oczywiste, patrząc na inne książki z tego bądź podobnych gatunków!).

Powieść czyta się super, miło przy niej spędza się czas, kibicuje się bohaterom i z uwagą śledzi się ich przygody. Ale później, gdy zaczyna się trochę bardziej zastanawiać nad tym, co tak właściwie się działo, to dociera do ciebie, że niby wszystko było okej, niby było poprawnie, a jednak coś mi tutaj nie do końca zagrało.

Jeden minus Czasu martwych liści mogę bez problemu znaleźć, bo w jego wyniku książka jest trochę nieproporcjonalna. Na samym początku dostajemy prolog, który ma 50 stron, a opowiada bardzo dokładnie o stosunkowo niewielkim odcinku czasu. Zaś dalszą fabułę autorka skupia w 190 stronach, dzieje się tam dużo, momentami za dużo.

I tu dochodzę do głównego punktu tej recenzji. Czas martwych liści jest za krótki! Zbyt dużo rzeczy zostało skumulowanych w zbyt małej liczbie stron przez to mało z nich miało okazję wybrzmieć w pełni. Momentami wręcz trochę się gubiłam, bo było bardzo dużo wydarzeń, jeszcze więcej bohaterów, a o żadnych nie usłyszeliśmy tyle, ile byśmy chcieli. Jak na mój gust, to powieść powinna być przynajmniej te dwa razy dłuższa, wtedy moglibyśmy dostać pełny i szczegółowy ogląd na sytuację oraz poznać każdego bohatera.

Ale humor zasługuje na uwagę! Zdarzyło mi się zaśmiać podczas czytania, a nie zdarza mi się to często! I ah, te miny ludzi wokół, gdy czytałam w tramwaju i trafiłam akurat na zabawny fragment…

Czas martwych liści inspirowany jest Robin Hoodem i jego przygodami (inspirowany jest, prawda?), ale tego zupełnie nie czuć! Dlatego mam lekką zagwozdkę, czy to rzeczywiście inspiracja, czy tylko zbieżność nazw. W końcu jednym z bohaterów jest Robin, a Szerwód to jedno z miejsc akcji! Bo wiecie, autorka wplotła ten motyw w tak delikatny i subtelny sposób, że aż mi się miło na serduszku zrobiło, gdy dostrzegałam powiązania między tymi dwoma historiami, których jest akurat tyle, by je zauważyć, a nie tak dużo, by się na nie irytować i kląć, że inspiracja sięgnęła za daleko.

Ale mimo to, co wyżej wam tam napisałam, to czuję dziwny pociąg do tej książki. Z przyjemnością do niej wracałam, chciałam kontynuować lekturę i dowiedzieć się, co tam dalej słychać będzie u bohaterów. I chociaż Czas martwych liści perfekcyjny nie jest, to mnie to w zupełności nie przeszkadza. Jestem ciekawa drugiego tomu i trzymam za Agnieszkę kciuki (my, matfizy, musimy o siebie dbać)!

Pełna recenzja: https://toreador-nottoread.blogspot.com/2018/10/jesiennie-i-rewolucyjnie-czas-martwych.html

(...)

Czas martwych liści czytało mi się bardzo dobrze! Agnieszka Choczyńska ma bardzo lekkie i przyjemne pióro, potrafi posługiwać się słowami i sprawić, że nie będzie się zwracało uwagi na niedopatrzenia. Sama fabuła jest naprawdę ciekawie skonstruowana i...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

3,5*

(...)

Po pierwsze, według mnie ta powieść jest zdecydowanie za długa! Na pewno dwa razy za długa, a nawet jakby była trzy razy krótsza, to nikt specjalnie by nie ucierpiał. Niektóre rozdziały są o niczym, składają się tylko z „rozmów o pogodzie”, które nic nie wnoszą do fabuły. Ogólnie też w całej powieści dzieje się stosunkowo niewiele także… jestem zdania, że to, co w pierwotnym założeniu miało być nowelką, nowelką też zostać powinno, bo jednak trochę szkoda papieru na rozprawianie o niczym znaczącym.

Po drugie – bohaterowie. Chaol to gwiazda programu. Nie sądziłam, że to możliwe, ale po lekturze jeszcze bardziej polubiłam tę postać. I ja wiem, że on tam trochę zrzędzi w pewnych momentach, ale doskonale go rozumiem, jednak znajduje się w trudniej sytuacji. Patrząc na tego bohatera i ewolucję na przestrzeni poprzednich tomów, to jego zachowanie w Wieży świtu ma naprawdę duży sens i nie bierze się znikąd.

Za to Nesryn… No nie, trzy razy nie, tej pani dziękujemy. Jak ona mnie irytowała! W każdym rozdziale, w którym się pojawiała… no po prostu masakra. Nie jestem w stanie znieść tej kobiety. Dodatkowo jej relacja z Chaolem zupełnie mi nie pasuje. Wydaje się sztuczna, sztywna i poprowadzona na siłę, jakby chłopak nie mógł przez chwilę być singlem, trzeba od razu mu dorzucić kobietę do boku, by móc rzucać uwagami o sparaliżowanej dolnej połowie ciała Chaola i rzekomej niesprawności jego przyrodzenia.

I Yrene! Kocham tę kobietę i z czystym sumieniem dołączam ją do moich ulubionych postaci z tej serii. Jest z niej twarda i stanowcza babka, która nie robi maślanych oczu do faceta, która potrafi sama o siebie zadbać i nie czeka, aż uratuje ją książę na białym koniu. Do tego jest świadoma swojej pozycji i mocy, jakie posiada, więc nie mamy tutaj kolejnej szarej myszki, której trzeba mówić, jak bardzo jest nieoceniona.

Przy okazji poznałam kolejny ship mojego życia. Sparowanie Chaola z Nesryn – meh. Ale Chaol i Yrene? Od pierwszych stron przeczuwałam, że tak to właśnie się potoczy i jestem bardzo zadowolona, że się w tej kwestii nie pomyliłam. Kiedyś nie byłam w stanie przeboleć, że mój poprzedni ship z tej serii, czyli Chaol i Celaena nie wypalił, ale już mi przeszło, Chaol z Yrene są zdecydowanie lepiej dobrani.

Ale… skoro już ustaliliśmy, że według mnie Wieża świtu mogłaby być sporo krótsza i nikt wiele by nie stracił, to mogę już sobie trochę popolemizować na ten temat. W Imperium burz także znalazłoby się kilka przestojów w akcji, gdzie bohaterowie się snuli, gadali od rzeczy i krótko mówiąc się obijali. Więc jakby z obu tych powieści wyrzucić to wszystko, co zbędne i nudnawe, a to co istotne i ciekawe połączyć w jedną książkę, to bylibyśmy szczęśliwsi. I w sumie takie rozwiązanie byłoby według mnie najbardziej optymalne. Maas mogłaby spokojnie na zmianę serwować czytelnikowi rozdziały; jeden o tym, co porabia Chaol a kolejny o przygodach Aelin. Wtedy bym się nie frustrowała, tak jak tutaj, gdy ja już doskonale wiedziałam, co wydarzyło się w Imperium burz i na czym stoi główna historia, a bohaterowie Wieży świtu mogli się tylko domyślać, bo jeszcze nie dotarły do nich wszystkie informacje. No nie wiem, po prostu takie rozwiązanie wydaje mi się optymalne, ale nie musicie się ze mną zgadzać w tej kwestii, może wam te lekkie przestoje nie przeszkadzały.

Dalej nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Maas zaczynając pisać serię Szklany tron, miała zupełnie inny pomysł na fabułę, a w trakcie pracy nad drugim tomem olśniło ją, by poprowadzić tę historię w trochę inną stronę, tylko wtedy już nie mogła zmienić wszystkich wątków i dopasować ich do siebie. No nie wiem, pierwsze dwa tomy wydają mi się być jakby z zupełnie innego cyklu, a na początku trzeciego Maas burzy wszystko, co tak pieczołowicie budowała przez poprzednie dwie książki i zaczyna iść w zupełnie innym kierunku wmawiając wszystkim, że tak właśnie miało być. Albo faktycznie zmieniła tor historii w ostatniej chwili, albo tak kulawo to wszystko ze sobą połączyła.

I chociaż Wieży świtu nie przeczytałam w szybkim tempie, to jednak bardzo dobrze bawiłam się przy lekturze. Styl Sary J. Maas jest lekki i przyjemny, lekko się czyta i można w fajny sposób spędzić wolny czas przy jej książkach. Także nawet pomimo tego, że Wieża świtu ma te 800+ stron, to nie czuć tego tak bardzo (chyba, że czytacie w papierze, wtedy trochę ręce bolą od trzymania).

(...)

Po pełną recenzję sięgnij do: https://toreador-nottoread.blogspot.com/2018/11/historia-chaola-westfalla-w-ponad.html

3,5*

(...)

Po pierwsze, według mnie ta powieść jest zdecydowanie za długa! Na pewno dwa razy za długa, a nawet jakby była trzy razy krótsza, to nikt specjalnie by nie ucierpiał. Niektóre rozdziały są o niczym, składają się tylko z „rozmów o pogodzie”, które nic nie wnoszą do fabuły. Ogólnie też w całej powieści dzieje się stosunkowo niewiele także… jestem zdania, że to,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Pełna recenzja: https://toreador-nottoread.blogspot.com/2018/10/bestseller-ktory-jest-najwiekszym.html

(...)

Nie chce mi się o tej książce gadać, bo w moim mniemaniu jest po prostu ogromnym średniakiem. Przy lekturze męczyłam się niemiłosiernie, a do tego zajęła mi ona trochę więcej czasu, bo przy czytaniu każdorazowo zastanawiałam się „Dlaczego ludzie są tak zachwyceni Okrutnym księciem?”. Pewnie jak już wiecie, nie lubię recenzować średniaków. Wtedy nie za bardzo jest co wiele powiedzieć i aż chce się zamknąć całą opinię w dwóch zdaniach: „To było średnie. Są książki lepsze, są gorsze”. Ale zacznijmy od początku.

Bardzo podoba mi się pomysł na świat faerie. Autorka stworzyła zupełnie nową rzeczywistość, która rządzi się własnymi zasadami, ceni inne wartości i żyje w zupełnie inny sposób niż śmiertelnicy. Wymyśliła skomplikowane ustroje polityczne dla tego fikcyjnego państwa, podzieliła je na królestwa, dwory i wiele więcej. Tylko gdzieś w międzyczasie zapomniała to wszystko dokładniej opisać. Wszystkie rzeczy, które czytelnik jest w stanie wynieść z tej powieści na temat świata faerie, można podsumować tym właśnie akapitem. Książka nie oferuje wiele więcej, w żaden sposób nie rozwija tego uniwersum, nie pokazuje, że kryje się tam coś więcej. Cały ten świat zasługuje na zdecydowanie więcej uwagi, której niestety nie dostał. Wiemy tylko, że takie ustroje istnieją, ale to by było na tyle.

Jeśli myślicie, że skoro poskąpiono nam opisów świata, to może dostaniemy dokładne charakterystyki wszystkich głównych bohaterów? No nie do końca. Ich sylwetki zazwyczaj opierały się na rasie, z której się wywodzą (elfy, ludzie, gobliny, trolle), ojca, który ich spłodził i dwóch cechach charakteru, które tak naprawdę nie miały wiele wspólnego z rzeczywistym zachowaniem postaci.

Najbardziej w tym wszystkim jednak bolał mnie język. I tu już mam pewne podejrzenia, dlaczego wszyscy zachwyceni byli Okrutnym księciem, a jak przyszło co do czego, to zaczęły sypać się nieprzychylne opinie. Mam wrażenie, że całą winę ponosi przekład na język polski, który w 80% brzmi tak, jakby robił go mistrz Yoda z Gwiezdnych wojen. Amerykańscy czytelnicy oraz nasi polscy, którzy nie mogli doczekać się lektury, więc sięgnęli po powieść w oryginale, są zachwyceni. Mam przeczucie, że Holly Black po prostu wymyśliła sobie nietypową stylizację, chciała swój język dopasować do fikcyjnej rzeczywistości i sprawić, że będzie on brzmiał jakby bardziej dworsko. Tylko w przekładzie z jej na nasze wychodzi coś wprost okropnego, czego czytać się za bardzo nie da.

Nie mniej jednak logika w Okrutnym księciu nie występuje na zbyt wielu stronach. Niektóre zachowania bohaterów nie mają sensu w perspektywie ich poprzednich czynów, tego co aktualnie myślą i tego, czym się w życiu kierują. Autorka nie umie umotywować poczynań postaci, przez co ja miałam wrażenie, że grają one na scenie według kiepskiego scenariusza. Ciąg przyczynowo-skutkowy? Holly Black chyba go nie zna. A gdy już sama autorka zaczyna ogarniać, że coś tu jej się chyba nie skleiło tak jak powinno, to zamiast cofnąć się dwie strony do tyłu i wprowadzić odpowiednie poprawki, zrzuca wszystko na głupotę głównej bohaterki, która patowe sytuacje kończy myślą: „a pomyślę o tym innym razem”, po czym nigdy do nich nie wraca.

Jest jeszcze jedna kwestia. Jakbym z wielką przyjemnością przygarnęła większą ilość stron, na których odpowiednio Holly Black opisałaby cały świat przedstawiony, to połowę z 400 właściwych stron Okrutnego księcia bym po prostu wyrzuciła. Jeśli chcecie znaleźć dobry przykład lania wody, to trafiliście pod dobry adres. Po co skupiać się na świecie, polityce, relacjach między bohaterami, skoro można opisywać krzesła, dywaniki, gwiazdy i żyrandole? I nic tymi opisami nie wnosząc?

(...)

Pełna recenzja: https://toreador-nottoread.blogspot.com/2018/10/bestseller-ktory-jest-najwiekszym.html

(...)

Nie chce mi się o tej książce gadać, bo w moim mniemaniu jest po prostu ogromnym średniakiem. Przy lekturze męczyłam się niemiłosiernie, a do tego zajęła mi ona trochę więcej czasu, bo przy czytaniu każdorazowo zastanawiałam się „Dlaczego ludzie są tak zachwyceni...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Pełna recenzja: https://toreador-nottoread.blogspot.com/2018/08/historia-nie-o-dziewczynie-ktora-widzi.html

(...)

Już na samym początku byłam zaskoczona i trochę rozczarowana, gdy okazało się, że to nie jest tylko historia Magdaleny. Dziewczyna jest jedną z trzech głównych bohaterów; pozostali dwaj to Neil i Richard, ojciec Neila, których perspektywy także tu dostaniemy. Tak naprawdę te trzy wątki mają ze sobą niewiele wspólnego, każdy biegnie swoim torem i nie wchodzi innym w drogę. Można zauważyć drobne powiązania między nimi, ale naprawdę są one bardzo delikatne. I to by było na tyle, jeśli chodzi o moje oczekiwania względem książki z wątkiem fantastycznym o dziewczynie, która widzi napisy na ludzkich ciałach.

Cała fabuła skupia się głównie wokół historii Richarda, mężczyzny próbującego dociec, o co tak naprawdę chodziło z jego matką, jej macierzyństwem i śmiercią. Czytało mi się o jego drodze do poznania prawdy naprawdę przyjemnie. Byłam ciekawa, co wydarzyło się przed laty, a rozwiązanie całej zagadki, wow. Do tego mamy wątek Neila, który… nie potrafię powiedzieć nawet o czym tak naprawdę był, bo zasadniczo nic nie wnosił do fabuły, a rozdziały z jego perspektywy tylko wybijały mnie z rytmu, denerwowały i nudziły, bo ten bohater nie miał nic ciekawego do powiedzenia. Jest jeszcze Magdalena, nasza dziewczyna z darem, który stanowi dodatek do całej historii, a który na samym początku mnie irytował. Sięgamy do dzieciństwa bohaterki, by lepiej poznać jej niecodzienną umiejętność, co może działać na nerwy, bo młoda Magdalena nie była błyskotliwym dzieckiem. Na szczęście z tego wyrosła i stała się całkiem znośnym dorosłym, o którym później już z przyjemnością się czyta. Szkoda tylko, że nie poświęcono trochę więcej czasu jej darowi, bo jak w pierwszej połowie mówi się o nim trochę, to w drugiej zapomina się o nim zupełnie. Także Magdalena i Richard na plus, bo ich historie są ciekawe, ale Neil do odstrzału.

Wiecie, co jeszcze jest ciekawe? Magdalena gdzieś tam się przewija w rozdziałach opowiadanych z perspektywy Neila, ale ja miałam wrażenie, że to zupełnie inna osoba niż ta, o której czytamy we fragmentach strikte o niej. Nie wiem, czy to wynika ze sposobu postrzegania jej przez Neila, czy co, chociaż w sumie nie powinno, bo historie obu postaci opowiadane są przez trzecioosobowego narratora, który powinien zachować dystans do nich obojga.

Za to mój największy problem dotyczący tej powieści wynika ze stylu pisania autorki. Panuje tu straszny chaos! Adelia Saunders chce zawszeć jak najwięcej treści w jak najmniejszej objętości tekstu, przez co rzuca mnóstwem faktów, ale w żaden sposób nie łączy ich ze sobą. Miałam przez to wrażenie, że czytam jakąś wyliczankę, a nie spójną, fabularną powieść.

Słowem podsumowania, żałuję, że Adelia Saunders nie wykorzystała pełni potencjału, który tkwił w pomyśle na Naznaczoną. Brakuje mi tu „tego czegoś”. Do tego dar Magdaleny spokojnie można byłoby trochę rozwinąć, czym bym nie pogardziła, bo tak naprawdę cały ten wątek nie ma zbyt jasnej konkluzji. Losy Richarda należą do tych „raczej ciekawych”, za to historia Neila… no cóż, te rozdziały fundują rozrywkę pokroju kopania ziemniaków.


Jeśli tak jak ja, zwróciliście uwagę na Naznaczoną z powodu nietypowego pomysłu na dar głównej bohaterki, to ostrzegam, że możecie się mocno rozczarować. Niewiele tu elementów fantastyki, przynajmniej w porównaniu do tego, co sugeruje opis z okładki. Za to jeśli odstraszał was ten nadnaturalny wątek, bo nie ma się czego bać, jest go tu naprawdę niewiele i nie powinien was razić w oczy. I poleciłabym tę książkę właśnie takim osobom, nastawionym na lekką i przyjemną powieść obyczajową o odkrywaniu tajemnic, poznawaniu swojej przeszłości, zabarwioną delikatnymi elementami realizmu magicznego.

Pełna recenzja: https://toreador-nottoread.blogspot.com/2018/08/historia-nie-o-dziewczynie-ktora-widzi.html

(...)

Już na samym początku byłam zaskoczona i trochę rozczarowana, gdy okazało się, że to nie jest tylko historia Magdaleny. Dziewczyna jest jedną z trzech głównych bohaterów; pozostali dwaj to Neil i Richard, ojciec Neila, których perspektywy także tu dostaniemy....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Pełna recenzja: https://toreador-nottoread.blogspot.com/2018/08/romans-i-dzierganie-w-jednym.html

(...)

To jest aż dziwne, że… główna bohaterka jest naprawdę spoko babką! Ma swoją przeszłość, którą teoretycznie już zapomniała, a praktycznie wszyscy wiemy jak jest naprawdę, spełnia się w swoim zawodzie kończąc rezydenturę, a do tego ma grono świetnych przyjaciółek, z którymi może podzielić się każdym sekretem; począwszy od zwierzeń na temat przystojnego doktora z jej szpitala, a kończąc na zdradzeniu wzoru na sweter. Do tego jej skrytą miłością są… boysbandy. Szalona impreza w rytm przebojów One Direction i taniec w samej bieliźnie do ich piosenek to dzień powszedni dla Elizabeth. Gorące uczucie, którym pała do kilku facetów z mikrofonami, zostało cudownie opisane i nie sprowadza się do zdania „Elizabeth lubi słuchać boysbandów”. Autorka w odpowiednie momenty wplata uwagi na temat tej nietypowej miłości sprawiając, że czytelnik może się tylko uśmiechnąć pod nosem i zanucić sobie kawałek przytaczanej piosenki.

Przyjaciele bez bonusu to drugi tom cyklu pod tytułem Kółko Singielek Miejskich, ale spokojnie, nie musicie czytać pierwszej części, by ogarnąć, o co chodzi w kontynuacji. Podejrzewam, że bohaterowie z Randki z homo sapiens są tutaj postaciami trzecioplanowymi, którzy nie odgrywają zbyt dużej roli w historii, ale ich wspomnienie będzie gratką dla fanów cyklu. Bo tak naprawdę jedynym wspólnym mianownikiem dla obu tych książek jest tytułowe Kółko, do którego należą bohaterki, a w którym zajmują się… robieniem na drutach. Dość nietypowe zajęcie, prawda? Ale jak świetnie opisane! Ponownie, Penny Reid nie ucięła tego nietypowego hobby do kilku zdań, ale pieczołowicie i konsekwentnie opisywała wszystkie spotkania przyjaciółek, a poza tym w innych dialogach niejednokrotnie odnosiła się do robienia na drutach.

A jak wakacyjna lektura to… Włochy. Główny męski bohater z pochodzenia jest Włochem właśnie i nie omieszkuje tego zaznaczać na każdym kroku. Znajdziemy tu pełno włoskich wyrażeń, które były miłym dodatkiem i które niesamowicie mi się podobały, bo byłam w stanie je zrozumieć (w końcu mam piątkę z włoskiego na świadectwie maturalnym, ale mimo wszystko dobrze jest sprawdzić swoją wiedzę w innym miejscu niż w szkole). Chociaż jest ich sporo, to zostały dobrze wyważone, więc czytelnik też nie odczuje ich przesytu. Jest ich po prostu akurat tyle, by wprowadzić odpowiedni klimat i upewnić się, że każda z nas zakocha się w Nico Magnaniellim.

Przyjaciół bez bonusu z przyjemnością zobaczyłabym na dużym ekranie, bo historia w nich opisana byłaby świetnym materiałem na scenariusz do komedii romantycznej. Klimatem troszkę przypomina mi Planetę singli, dlatego już teraz mogę polecić tę powieść fanom tego filmu. Młoda pani doktor uwikłana w nieoczywistą relację z rozchwytywanym komikiem, prowadzącym popularny program w telewizji? Ta para skradnie wasze serca.

Tak naprawdę mogę przyczepić się tylko do jednej rzeczy. Powieść przez ¾ jest naprawdę świetną wakacyjną lekturą, która przyciąga do siebie czytelnika i go czaruje, ale pod koniec ewidentnie widać, że autorka za wszelką cenę chciała zburzyć spokój bohaterów i uwikłać ich w wielką dramę, która zakończy się happy endem. Według mnie ten zwrot akcji był średni, napisany na siłę i po prostu przerysowany, a nawet trącił schematem, ale kurczę, można na niego przymknąć oko i dalej cieszyć się z czytania.

To co, przekonani, że jest to idealna wakacyjna lektura? Oczywiście nie jest wolna od drobnych mankamentów, ale są one na tyle nieistotne, że nie burzą przyjemności z czytania, a mnie aż tak bardzo w oczy nie kłuły, bym je skrupulatnie wszystkie chciała wypisać. Bo wiecie, ta powieść dosłownie czyta się sama. Nie minie kilka godzin, a wy się zorientujecie, że właśnie przerzucacie ostatnią stronę i trafiacie na podziękowania.

(...)

Pełna recenzja: https://toreador-nottoread.blogspot.com/2018/08/romans-i-dzierganie-w-jednym.html

(...)

To jest aż dziwne, że… główna bohaterka jest naprawdę spoko babką! Ma swoją przeszłość, którą teoretycznie już zapomniała, a praktycznie wszyscy wiemy jak jest naprawdę, spełnia się w swoim zawodzie kończąc rezydenturę, a do tego ma grono świetnych przyjaciółek, z...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Już na wstępie mogę wam napisać, że Niebo na własność jest powieścią wartą uwagi, która najpierw was w sobie rozkocha, potem brutalnie zmiażdży wasze wszystkie nadzieje, by na samym końcu delikatnie posklejać wasze złamane serca. Tak naprawdę tylko to jedno zdanie powinno was zachęcić do sięgnięcia po tę pozycję, ale dla tych wahających się, mam jeszcze kilka argumentów.

Rob i Anna są szczęśliwym małżeństwem, mieszkają w Londynie, spełniają się zawodowo i wychowują małego syna – Jacka. Życie przestaje iść po ich myśli, gdy ich dziecko w wieku trzech lat zaczyna dziwnie się zachowywać. Najpierw są to problemy z utrzymaniem równowagi, później dochodzą kłopoty z mówieniem i koncentracją. Diagnoza jest prosta, a los z góry przesądzony – Jack ma guza mózgu. To wszystko rozpoczyna dramatyczną walkę o życie chłopca.

Powieść zaczyna się w dość niecodzienny sposób, bo już od pierwszych stron niestety wiemy, jak zakończyła się walka Jacka, autor już na wstępie pozbawia nas wszelkich nadziei zdradzając finał historii. Z jednej strony od samego początku jesteśmy świadomi tego, co się wydarzy, jesteśmy mądrzejsi od bohaterów, my już wiemy, na co powinniśmy zwracać uwagę. Z drugiej zaś brakowało mi w tym elementu zaskoczenia. Niebo na własność wypełnione jest nadzieją, Rob i Anna muszą jakoś radzić sobie z diagnozą, szukają rozwiązań i się nie poddają. Czytelnik momentami zapomina, że tak naprawdę Jack jest już skazany na porażkę, bo wczuwa się w desperacką walkę bohaterów, przez co uświadomienie sobie, że to wszystko i tak pójdzie na marne, boli dwa razy bardziej.

Patrząc na sam opis byłam przygotowana, że Luke Allnutt potraktuje swoją powieść jak odcinek Doktora House’a; pojawia się pacjent, wybrzmiewa diagnoza, następuje proces leczenia. Tutaj na szczęście skomplikowane terminy medyczne zostały nam oszczędzone. Autor posługuje się określeniami, które przeciętny człowiek na pewno gdzieś na przestrzeni swojego życia zasłyszał, czy to osobiście, czy może w jakimś serialu. Nie znam się jednak na medycynie i nie umiem określić, czy choroba Jacka jest prawdopodobna, czy sposób, w jaki chłopiec ją przechodził, jest dobrze odzwierciedlony. Za to ja, kompletny laik jeśli chodzi o biologię i chemię, czułam się odpowiednio dobrze poinformowana o procesie leczenia Jacka, wszystko wydawało mi się być rzeczywiście opisane i mam poczucie, że taka historia mogłaby się wydarzyć gdzieś naprawdę.

Warto też zaznaczyć, że Niebo na własność w gruncie rzeczy nie jest książką skupioną tylko i wyłącznie na chorym dziecku. Ta powieść pokrywa znacznie bardziej obszerny temat; sposób radzenia sobie rodziców z chorobą swojego syna. Allnutt krótko wprowadził nas w życie Roba i Anny; jak się poznali, co porabiali w młodości, jak wyglądał początek ich związku i zakładanie rodziny. Gdy już poznamy mniej więcej głównych bohaterów i dowiemy się, jak radzą sobie w kryzysowych sytuacjach, autor rozpoczyna wątek choroby Jacka, skupiając się na odczuciach jego rodziców, a nie jego samych.

Podobał mi się sposób pokazania rodziców Jacka, którzy po usłyszeniu diagnozy byli gotowi spróbować wszystkiego, byleby tylko pomóc swojemu dziecku. Zasięgali opinii wielu specjalistów, odbywali długie nocne sesje z wujkiem Google, rozmawiali z użytkownikami forum poświęconemu osobom chorym na raka, wymieniali opinie i próbowali ocenić, jakie mają realne szanse na powrót swojego syna do pełni zdrowia. Zachowanie bohaterów było bardzo normalne, żadne z nich nie studiowało medycyny, więc na swój sposób próbowali zrozumieć, z czym przyjdzie im się mierzyć. Naturalnym więc było wpisanie hasła „nowotwór mózgu u dzieci” w wyszukiwarkę i studiowanie wszystkich wyników.

Przez Niebo na własność dosłownie się płynie. Autor posługuje się bardzo obrazowym, pięknym językiem, który aż przyjemnie się czyta, w ogóle nie czując rozmiarów książki i nie będąc przytłoczonym nadmiernym patosem. Zanim zdążycie się obejrzeć, będziecie już przewracać ostatnią stronę. Ta powieść po prostu wciąga i nie wypuszcza dopóki się jej nie skończy.

To jedna z tych pozycji, przy których czytaniu warto mieć pod ręką paczkę chusteczek (a może nawet i dwie), bo gwarantuję wam, że gotuje się tu od emocji. Mnóstwo wzruszeń, obezwładniające poczucie niesprawiedliwości i wszechogarniający smutek to tylko część uczuć, które ta książka wam zafunduje. Niebo na własność angażuje i pochłania, jeśli tylko czytelnik będzie w stanie oddać się lekturze.

Już na wstępie mogę wam napisać, że Niebo na własność jest powieścią wartą uwagi, która najpierw was w sobie rozkocha, potem brutalnie zmiażdży wasze wszystkie nadzieje, by na samym końcu delikatnie posklejać wasze złamane serca. Tak naprawdę tylko to jedno zdanie powinno was zachęcić do sięgnięcia po tę pozycję, ale dla tych wahających się, mam jeszcze kilka...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to