-
Artykuły
Czytamy w święta. 3 kwietnia 2026
LubimyCzytać327 -
Artykuły
Weź udział w konkursie i wygraj pakiet książek Callie Hart!
LubimyCzytać24 -
Artykuły
„Odpowiedź kryje się w tobie” – Katarzyna Wolwowicz zdradza, jak ją odnaleźć
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Nowa karkonoska powieść Sławka Gortycha! „ŚWIĘTO KARKONOSZY”- już wkrótce! KONKURS
LubimyCzytać131
Biblioteczka
2026-03-08
2026-02-13
Sięgałam po tę książkę z nastawieniem na lekki, dość banalny romans — taki do czytania na chwilę, bez większych oczekiwań. I w sumie dokładnie to dostałam. Ale nie tylko to.
Historia Karoliny to klasyczne „rzucam wszystko i wyjeżdżam w Bieszczady”, które już samo w sobie brzmi jak obietnica oddechu i spokoju. Jest pensjonat, jest surowy, nieco gburowaty bohater, jest zmiana tempa życia i próba odnalezienia siebie. Brzmi znajomo? Pewnie tak. Ale ta opowieść ma w sobie coś więcej niż tylko schemat.
Najbardziej podobało mi się to, że Karolina nie jest jedynie dziewczyną uciekającą od korporacyjnej codzienności. Skrywa tajemnicę, która stopniowo wychodzi na światło dzienne i nadaje tej historii głębi. To właśnie ten element sprawia, że książka przestaje być wyłącznie lekkim romansem, a zaczyna opowieścią o mierzeniu się z przeszłością i o dawaniu sobie prawa do szczęścia.
Relacja między bohaterami rozwija się spokojnie, bez przesadnego dramatyzmu. Jest naturalnie, momentami zabawnie, momentami ciepło. To taka historia, która nie męczy emocjonalnie, a raczej daje chwilę wytchnienia. Idealna jako oderwanie od codzienności, po cięższych lekturach albo po prostu wtedy, gdy ma się ochotę na coś lżejszego, ale nie zupełnie pustego.
8/10 — bo to przyjemna, ciepła książka, która mimo pozornej banalności potrafi czymś zaskoczyć i zostawić po sobie dobre wrażenie. Idealna na reset głowy.
Sięgałam po tę książkę z nastawieniem na lekki, dość banalny romans — taki do czytania na chwilę, bez większych oczekiwań. I w sumie dokładnie to dostałam. Ale nie tylko to.
Historia Karoliny to klasyczne „rzucam wszystko i wyjeżdżam w Bieszczady”, które już samo w sobie brzmi jak obietnica oddechu i spokoju. Jest pensjonat, jest surowy, nieco gburowaty bohater, jest...
2026-01-02
„Lindt & Sprüngli. Dwie rodziny, jedna pasja” to powieść, która czyta się z przyjemnością, szczególnie jeśli lubi się historie inspirowane prawdziwymi wydarzeniami i losami ludzi, którzy swoją determinacją potrafili stworzyć coś ponadczasowego. Zanim sięgnęłam po tę książkę, zapoznałam się z historią marki Lindt & Sprüngli, dlatego z ciekawością obserwowałam, jak autorka przenosi fakty na grunt literackiej opowieści — i muszę przyznać, że zrobiła to całkiem udanie.
Największym atutem tej historii jest klimat: czuć w niej pasję, zapach czekolady, trud codziennej pracy i ogromne marzenia, które rodzą się w skromnych warunkach. Losy Rudolfa i jego rodziny pokazują, jak wiele można osiągnąć dzięki wytrwałości, cierpliwości i wierze w to, co się robi. To książka o marzeniach, ambicji i cenie, jaką czasem trzeba zapłacić za sukces.
Jednocześnie miałam momenty, w których czułam lekki dystans — fabuła momentami jest bardziej opisowa niż emocjonalna, a bohaterowie nie zawsze pozwalają czytelnikowi wejść naprawdę głęboko w swoje przeżycia. Mimo to całość czyta się dobrze, lekko i z ciekawością, zwłaszcza jeśli interesuje nas historia znanych marek lub powieści inspirowane prawdziwymi losami ludzi.
To solidna, przyjemna lektura, która nie przytłacza, ale daje satysfakcję i zostawia po sobie miłe wrażenie. Zdecydowanie sięgnę po kontynuację, bo jestem ciekawa, jak dalej potoczą się losy bohaterów i jak rozwinie się ta historia, która już teraz ma w sobie sporo uroku.
„Lindt & Sprüngli. Dwie rodziny, jedna pasja” to powieść, która czyta się z przyjemnością, szczególnie jeśli lubi się historie inspirowane prawdziwymi wydarzeniami i losami ludzi, którzy swoją determinacją potrafili stworzyć coś ponadczasowego. Zanim sięgnęłam po tę książkę, zapoznałam się z historią marki Lindt & Sprüngli, dlatego z ciekawością obserwowałam, jak autorka...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-01-02
„Cienie na połoninach” to książka, która bardzo mnie wciągnęła i zostawiła z tym przyjemnym, ale jednocześnie lekko bolesnym uczuciem niedosytu — bo chciałoby się już wiedzieć, co dalej. To pierwsza część sagi, a jednocześnie historia kompletna emocjonalnie, napisana z ogromną wrażliwością i wyczuciem realiów epoki.
Autorka w piękny sposób splata losy bohaterów z tłem historycznym. Wojna nie jest tu tylko suchym faktem, ale realną siłą, która wdziera się w życie zwykłych ludzi, burzy ich plany, wystawia na próby uczucia i charaktery. Bardzo poruszyła mnie historia Andrzeja i Emilii, ale ogromne wrażenie zrobił na mnie również wątek Bogdana i Anny — ich relacja ma w sobie coś niezwykle delikatnego, prawdziwego i pełnego napięcia. Mam przeczucie, że ich losy jeszcze nie raz mnie zaskoczą.
Ogromnym atutem powieści są bohaterowie drugoplanowi — żywi, wiarygodni, z własnymi historiami i emocjami. Dzięki nim świat przedstawiony naprawdę oddycha, a rodziny Bukowskich i Poradowskich stają się niemal „bliskimi znajomymi”, z którymi czytelnik zaczyna dzielić codzienne troski i radości. Bardzo podobało mi się też osadzenie fabuły w bieszczadzkim krajobrazie — te opisy mają w sobie coś magicznego, a jednocześnie surowego i prawdziwego.
To książka momentami trudna, momentami wzruszająca, czasem wręcz bolesna, ale właśnie przez to tak autentyczna. Pokazuje, że życie rzadko bywa proste i poukładane, a los potrafi pisać najbardziej zaskakujące scenariusze.
Zdecydowanie czekam na kontynuację — bo ta historia urywa się w momencie, który zostawia mnóstwo pytań i emocji. Dla mnie to bardzo mocny początek serii.
„Cienie na połoninach” to książka, która bardzo mnie wciągnęła i zostawiła z tym przyjemnym, ale jednocześnie lekko bolesnym uczuciem niedosytu — bo chciałoby się już wiedzieć, co dalej. To pierwsza część sagi, a jednocześnie historia kompletna emocjonalnie, napisana z ogromną wrażliwością i wyczuciem realiów epoki.
Autorka w piękny sposób splata losy bohaterów z tłem...
2026-01-01
„Mówił na nią Słońce” to jedna z tych książek, po które sięga się trochę przypadkiem, bez większych oczekiwań — a potem zostaje w głowie na długo. Z opisu wszystko wygląda dość schematycznie: wypadek, utrata pamięci, kobieta z przeszłości, która wie o bohaterze wszystko, podczas gdy on nie pamięta jej wcale. A jednak bardzo szybko okazuje się, że ta historia ma w sobie znacznie więcej niż tylko znany motyw romantyczny.
To opowieść o pamięci, o tym, jak bardzo potrafi definiować nasze relacje i kim właściwie jesteśmy bez niej. O tym, jak trudne i bolesne może być bycie tą osobą, która pamięta wszystko — kiedy druga strona musi zaczynać od zera. Michał nie wie, kim była dla niego Iga, a ona wie o nim wszystko. I to napięcie, ta nierówność emocji, robi ogromne wrażenie. Chwilami jest ciepło, chwilami zabawnie, a czasem naprawdę boli. Bo to jedna z tych historii, przy których człowiek nie wie, czy bardziej chce się uśmiechać, czy płakać.
Bardzo podoba mi się też język — prosty, momentami surowy, bez wygładzania emocji. Są przekleństwa, są niedopowiedzenia, są uczucia pokazane takimi, jakie naprawdę bywają. Dzięki temu wszystko brzmi autentycznie, prawdziwie, bez sztucznej literackości. To właśnie ta szczerość sprawia, że historia tak mocno trafia.
Czytałam wcześniej „O smaku brzoskwiniowej kawy” tej samej autorki i miałam podobne odczucia — z pozoru coś lekkiego, a w środku dużo więcej emocji i głębi, niż można się spodziewać. Tutaj jest dokładnie tak samo. To książka, która nie krzyczy, ale zostaje w głowie. I w sercu.
Dla mnie zdecydowanie 9/10 — bo to jedna z tych historii, które czyta się szybko, ale myśli o niej długo po zamknięciu ostatniej strony.
„Mówił na nią Słońce” to jedna z tych książek, po które sięga się trochę przypadkiem, bez większych oczekiwań — a potem zostaje w głowie na długo. Z opisu wszystko wygląda dość schematycznie: wypadek, utrata pamięci, kobieta z przeszłości, która wie o bohaterze wszystko, podczas gdy on nie pamięta jej wcale. A jednak bardzo szybko okazuje się, że ta historia ma w sobie...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-12-25
"Świerszcz za kominem" to jedna z tych opowieści, w których fabuła schodzi na drugi plan, a najważniejszy staje się nastrój. Dickens stawia tu na domowe ciepło, bliskość i prostą wiarę w to, że dobro potrafi przetrwać nawet w momentach zwątpienia. Całość ma bardzo bajkowy, momentami wręcz sentymentalny charakter, ale nie jest to nachalne — raczej takie ciche, kojące tło.
Nie jest to Dickens w swojej najmocniejszej, społecznie zaangażowanej odsłonie. Nie ma tu dramatów na miarę jego największych powieści, za to jest dużo spokoju, delikatnego humoru i symboliki, która może wydawać się naiwna, ale dobrze wpisuje się w klimat historii. Świerszcz jako strażnik domowego szczęścia brzmi trochę jak baśń, jednak właśnie dzięki temu książka ma w sobie coś bardzo ciepłego i „świątecznego”.
Czyta się ją szybko i lekko, najlepiej bez pośpiechu, raczej dla przyjemności niż z potrzeby analizy. To idealna lektura na zimowy wieczór, kiedy ma się ochotę na coś krótkiego, spokojnego i budującego. Dla mnie to nie jest najlepsza książka Dickensa, ale jako klasyka w wersji nastrojowej sprawdza się bardzo dobrze i zostawia po sobie miłe wrażenie.
"Świerszcz za kominem" to jedna z tych opowieści, w których fabuła schodzi na drugi plan, a najważniejszy staje się nastrój. Dickens stawia tu na domowe ciepło, bliskość i prostą wiarę w to, że dobro potrafi przetrwać nawet w momentach zwątpienia. Całość ma bardzo bajkowy, momentami wręcz sentymentalny charakter, ale nie jest to nachalne — raczej takie ciche, kojące...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-12-23
"Zanim odlecą anioły" to dla mnie jedna z tych świątecznych książek, które działają bardziej na emocje niż na fabularne fajerwerki — i w tym przypadku to zdecydowany plus. To historia, która otula, ale jednocześnie nie udaje, że wszystko w życiu da się naprawić jednym cudem i migającymi lampkami.
Już sam motyw restauracji na skraju upadku i grupy starszych kobiet przejmujących kuchnię jest prosty, trochę bajkowy, ale podszyty czymś głębszym. Jedzenie w tej książce nie jest tylko tłem — to nośnik pamięci, emocji i relacji. Zapachy, smaki, domowe potrawy przywołują dzieciństwo, bezpieczeństwo, ale też to, co zostało utracone. Bardzo mi się podobało, że autorka nie robi z tego taniej metafory, tylko pozwala, żeby to wybrzmiewało naturalnie.
Postać Janka jest zaskakująco dobrze poprowadzona jak na świąteczną powieść — nie jest papierowym „dobrym facetem”, tylko kimś, kto musi się zmierzyć z lojalnością, strachem i odpowiedzialnością. Jego dylemat: chronić kobiety czy pozwolić prawdzie wyjść na jaw, jest jednym z mocniejszych punktów książki. Tu pojawia się pytanie, które zostaje w głowie na dłużej: czy zawsze warto rozdrapywać przeszłość, nawet jeśli prawda może wszystko zburzyć?
Same bohaterki — kucharki — są ciepłe, wyraziste, momentami stereotypowe, ale w taki sposób, który bardziej wzrusza niż drażni. Każda z nich niesie własną historię, własny ciężar, i choć nie wszystkie wątki są pogłębione tak samo, to całość tworzy spójny obraz kobiet, które długo były niewidzialne, a nagle dostają głos. I to jest bardzo w duchu świąt, ale bez nadmiernego patosu.
Świąteczny klimat jest tu intensywny. Jest ciepło, jest nadzieja, są zapachy kuchni, wspólnota, trochę magii. Momentami jest nawet blisko granicy przesłodzenia — ale dla mnie akurat nie przekracza tej granicy. Raczej przypomina gorące kakao z bitą śmietaną: wiadomo, że to comfort read, ale czasem właśnie tego się potrzebuje.
Styl pozostaje lekki i bardzo przystępny. To książka, którą czyta się szybko i płynnie, bez wysiłku. Niektóre rozwiązania fabularne są przewidywalne, a zakończenie idzie w stronę bezpieczną — ale tym razem mniej mi to przeszkadzało, bo emocjonalnie wszystko się zgadzało.
Dla mnie to solidne 8/10. Nie dlatego, że to literatura wybitna, tylko dlatego, że jest spójna, ciepła i uczciwa w tym, czym chce być. To dobra książka na grudniowy wieczór, kiedy chce się poczuć trochę lepiej, trochę spokojniej i przypomnieć sobie, że czasem „anioły” naprawdę przychodzą w bardzo zwyczajnej postaci — drugiego człowieka, talerza ciepłej zupy albo czyjejś decyzji, żeby jednak nie odwracać wzroku.
"Zanim odlecą anioły" to dla mnie jedna z tych świątecznych książek, które działają bardziej na emocje niż na fabularne fajerwerki — i w tym przypadku to zdecydowany plus. To historia, która otula, ale jednocześnie nie udaje, że wszystko w życiu da się naprawić jednym cudem i migającymi lampkami.
Już sam motyw restauracji na skraju upadku i grupy starszych kobiet...
2025-11-10
To jedna z tych historii, które zaczynają się niepozornie – jak obyczajowa opowieść o powrocie do rodzinnego domu – a kończą się emocjonalnym uderzeniem, które zostaje z czytelnikiem na długo po ostatniej stronie. „Gdy powrócą kanarki” to ciepła, ale też głęboko poruszająca powieść o rodzinie, utracie, pamięci i próbach pogodzenia się z przeszłością, która nie daje o sobie zapomnieć.
Autorka z niezwykłą wrażliwością pokazuje dynamikę między trzema siostrami, które po latach spotykają się, by zmierzyć się nie tylko z tajemniczym zniknięciem jednej z nich, ale też z własnymi żalami i błędami. Barrow świetnie oddaje napięcie między siostrzanym przywiązaniem a bólem, jaki niesie nieprzepracowana przeszłość. Każda z bohaterek jest inna, z własnym temperamentem, sposobem radzenia sobie z żałobą i potrzebą bliskości — a jednak wszystkie czują ten sam ciężar, który ciągnie się za nimi od dzieciństwa.
Klimat południa Stanów, wilgotne powietrze Luizjany, cykady, rodzinny dom pełen wspomnień – wszystko to buduje atmosferę, w której łatwo się zanurzyć. Autorka nie przyspiesza opowieści, pozwala jej rozwijać się w naturalnym rytmie, dzięki czemu emocje bohaterów wydają się prawdziwe, nie wymuszone. To nie tylko historia o rozwiązaniu zagadki sprzed lat, ale przede wszystkim o odnajdywaniu siebie nawzajem, o przebaczeniu i o tym, że nie da się uciec od przeszłości, dopóki się z nią nie zmierzy.
To książka, która potrafi wzruszyć, ale nie w tani, melodramatyczny sposób — raczej cicho, między wierszami. Zmusza do refleksji nad tym, jak bardzo wspomnienia kształtują nasze życie i jak czasem trzeba wrócić tam, gdzie wszystko się zaczęło, by wreszcie ruszyć dalej.
To jedna z tych historii, które zaczynają się niepozornie – jak obyczajowa opowieść o powrocie do rodzinnego domu – a kończą się emocjonalnym uderzeniem, które zostaje z czytelnikiem na długo po ostatniej stronie. „Gdy powrócą kanarki” to ciepła, ale też głęboko poruszająca powieść o rodzinie, utracie, pamięci i próbach pogodzenia się z przeszłością, która nie daje o sobie...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-11-10
„Willa” to powieść, która łączy w sobie klimat włoskiego lata z mroczną tajemnicą sprzed lat. Hawkins potrafi stworzyć ciekawą, nieco filmową atmosferę – pełną słońca, zapachu cytryn i starych murów, które pamiętają więcej, niż chciałoby się przyznać. Pomysł na historię jest naprawdę intrygujący: dwie przyjaciółki przyjeżdżają do willi w Umbrii, by odbudować relację, a przy okazji odkrywają, że dom ma własną, niepokojącą przeszłość.
Autorka dobrze oddaje napięcie między bohaterkami – Emily i Chess – oraz stopniowo buduje nieufność i emocjonalne pęknięcia między nimi. Widać, że chciała połączyć thriller psychologiczny z elementami tajemnicy i lekkiego gotyku. Jednak nie zawsze wszystko działa tak, jak powinno. Niektóre fragmenty wydają się zbyt przewidywalne, a część dialogów – trochę sztuczna. Fabuła momentami zwalnia, a napięcie, które autorka stara się budować, nie zawsze utrzymuje się na wysokim poziomie.
Mimo to książkę czyta się przyjemnie – jest lekka, dobrze napisana i ma wakacyjny klimat, który kontrastuje z mrocznymi wątkami. To nie jest powieść, która wbija w fotel czy zostaje na długo w pamięci, ale potrafi wciągnąć na kilka wieczorów i zapewnić trochę emocji. Szczególnie przypadnie do gustu czytelnikom, którzy lubią historie o przyjaźni, sekretach i dawnych tragediach owianych nutą tajemnicy.
Podsumowując: „Willa” to książka między średnią a dobrą – ma świetny pomysł i klimat, ale nie w pełni wykorzystany potencjał. Dla kogoś, kto szuka lekkiego thrillera z włoskim słońcem w tle, będzie to całkiem przyjemny wybór.
„Willa” to powieść, która łączy w sobie klimat włoskiego lata z mroczną tajemnicą sprzed lat. Hawkins potrafi stworzyć ciekawą, nieco filmową atmosferę – pełną słońca, zapachu cytryn i starych murów, które pamiętają więcej, niż chciałoby się przyznać. Pomysł na historię jest naprawdę intrygujący: dwie przyjaciółki przyjeżdżają do willi w Umbrii, by odbudować relację, a przy...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-10-04
„Wnuczka Fabergé” to powieść, która mnie absolutnie porwała i zachwyciła swoją atmosferą, rozmachiem i emocjonalną głębią. Monika Raspen stworzyła historię, która nie tylko przenosi czytelnika do Petersburga początku XX wieku, ale też pozwala poczuć cały dramat i piękno tamtych czasów.
Autorka znakomicie oddała klimat upadającego imperium rosyjskiego – świat blichtru, złudzeń i wielkich oczekiwań, który krok po kroku rozpada się pod ciężarem rozczarowań, zdrad i nieszczęść. Bardzo mocno uderzyło mnie zestawienie dwóch rzeczywistości: przepychu carskiego dworu i bezradności młodej kobiety, Iriny Duminy, która walczy o swoje dziecko, a potem musi zmierzyć się z najcięższą stratą.
To, co zrobiło na mnie ogromne wrażenie, to postacie – autentyczne, wielowymiarowe, pełne sprzeczności. Irina nie jest tylko ofiarą losu, ale też bohaterką, która mimo ciosów, jakie zsyła na nią życie, stara się szukać nadziei i sensu. Bardzo przeżywałam jej historię – to, jak los zmusza ją do podejmowania trudnych wyborów i jak mimo wszystko w niej jest siła i duma.
Monika Raspen pięknie splata losy jednostki z wielką historią. Obok tragedii Iriny pojawia się dramat carskiej rodziny – oczekiwanie na następcę tronu, które kończy się kolejnym zawodem i poronieniem carycy. Te dwie historie układają się w mozaikę: prywatne dramaty i narodowe oczekiwania, wielka polityka i cichy ból zwykłego człowieka. To pokazuje, jak nierozerwalnie splecione są losy ludzi – niezależnie od pozycji czy tytułów.
Styl autorki jest niezwykle malowniczy – obrazowy, pełen detali, a jednocześnie emocjonalny. Czytając, miałam wrażenie, że sama spaceruję ulicami Petersburga, słyszę stukot kopyt, czuję upalne powietrze sierpnia 1902 roku i widzę złociste kopuły cerkwi. To powieść, którą się przeżywa wszystkimi zmysłami.
Dla mnie „Wnuczka Fabergé” to książka o miłości i stracie, o złudzeniach i rozczarowaniach, ale też o sile kobiet, które wbrew wszystkiemu próbują ocalić swoje człowieczeństwo. To historia o tym, że wielkie imperia mogą upaść, a wielka polityka przeminie – ale emocje, uczucia i ludzkie dramaty pozostają uniwersalne.
Z czystym sumieniem wystawiam tej książce 9/10. To lektura piękna, poruszająca i wciągająca, która na długo zostaje w pamięci. Polecam każdemu, kto lubi powieści historyczne z silnym ładunkiem emocji – mnie ta historia naprawdę oczarowała i poruszyła do głębi.
„Wnuczka Fabergé” to powieść, która mnie absolutnie porwała i zachwyciła swoją atmosferą, rozmachiem i emocjonalną głębią. Monika Raspen stworzyła historię, która nie tylko przenosi czytelnika do Petersburga początku XX wieku, ale też pozwala poczuć cały dramat i piękno tamtych czasów.
Autorka znakomicie oddała klimat upadającego imperium rosyjskiego – świat blichtru,...
2025-09-11
Akademik” Macieja Olejnika to książka, która miała potencjał, ale niestety nie do końca go wykorzystała. Opis obiecywał mroczną, pełną tajemnic historię Wrocławia, gdzie przeszłość miesza się z mitologią i koszmarem. Niestety w praktyce powieść okazała się bardzo przeciętna – taka, którą czyta się bez większego zaangażowania, a chwilę po odłożeniu łatwo zapomnieć.
Sam pomysł na fabułę jest intrygujący: brutalne morderstwo, sekrety miasta, zagadki historyczne i wątki grozy. Brzmi jak przepis na wciągającą lekturę, jednak zabrakło tu klimatu, który wciągnąłby czytelnika w tę opowieść. Narracja bywa nierówna, momentami nużąca, a bohaterowie nie zapadają w pamięć. Jest w tym wszystkim pewna poprawność – akcja się rozwija, są zwroty i tajemnice – ale brakuje napięcia i tego „czegoś”, co sprawia, że książkę trudno odłożyć.
Nie jest to pozycja całkowicie zła – można ją potraktować jako lekką rozrywkę na kilka wieczorów, zwłaszcza jeśli ktoś lubi historie z nutą mroczności i lokalnych legend. Ale nie oczekiwałabym po niej głębokich emocji czy wyjątkowego klimatu. To raczej powieść „do przeczytania i zapomnienia” niż tytuł, który zostanie w pamięci na dłużej.
Akademik” Macieja Olejnika to książka, która miała potencjał, ale niestety nie do końca go wykorzystała. Opis obiecywał mroczną, pełną tajemnic historię Wrocławia, gdzie przeszłość miesza się z mitologią i koszmarem. Niestety w praktyce powieść okazała się bardzo przeciętna – taka, którą czyta się bez większego zaangażowania, a chwilę po odłożeniu łatwo zapomnieć.
Sam...
2025-07-06
„Niebezpiecznie jest być znanym z tego, że się niczym nie wyróżnia.”
„Mleczarz” to książka, która wymaga skupienia i cierpliwości, ale odwdzięcza się czymś znacznie głębszym niż tylko dobrą historią. Na początku przytłoczył mnie styl – brak imion, długie dygresje, gęsty język, ale szybko zrozumiałam, że to nie przypadek. To właśnie forma buduje klimat tej opowieści.
Zanurzyłam się w świat głównej bohaterki, która próbuje po prostu... przetrwać. Nie chce wybierać stron, nie chce się wyróżniać, nie chce być częścią wojny, która dzieje się wokół niej. A mimo to staje się celem. Przez to, kim nie jest.
To nie jest książka, którą czyta się jednym tchem – i dobrze. Trzeba dać sobie czas. Przyswajać ją powoli, słuchać tego, co niewypowiedziane. Bo „Mleczarz” to historia o dorastaniu w lęku, o presji społecznej, o tym, jak plotki potrafią niszczyć życie. I o tym, że w milczeniu czasem kryje się krzyk.
To jedna z tych książek, które zostają z tobą na dłużej. I z którymi nie da się przejść przez życie obojętnie.
„Niebezpiecznie jest być znanym z tego, że się niczym nie wyróżnia.”
„Mleczarz” to książka, która wymaga skupienia i cierpliwości, ale odwdzięcza się czymś znacznie głębszym niż tylko dobrą historią. Na początku przytłoczył mnie styl – brak imion, długie dygresje, gęsty język, ale szybko zrozumiałam, że to nie przypadek. To właśnie forma buduje klimat tej...
2025-06-09
„Ludzie płakali z powodu zakończeń, ale czasami trzeba tez zapłakać z powodu nowych początków.”
Aurora De La Torre po latach wraca w rodzinne strony. Ludzi, których kiedyś znała, już tutaj nie ma. A zatem musi od nowa nauczyć się żyć w tym miejscu. Ale Tobias Rhodes, mężczyzna, od którego miała wynająć mieszkanie oskarżył ją o wtargnięcie na jego teren oraz włamanie. Obiecująco zapowiadająca się znajomość, prawda? Co wyniknie z tej niezbyt dobrze rozpoczętej znajomości?
Od razu nasuwa się myśl – takie typowe romansidło. Sięgnęłam po nie jednak z ciekawością i nie zawiodłam się. Miejscami może i są dłużyzny, a dla kogoś akcja może toczyć się za wolno, ale w końcu taki urok slow burnów! I ta książka jest godnym przedstawicielem tego gatunku. Czyta się dość szybko i mi osobiście owe wspomniane dłużyzny tutaj nie przeszkadzały.
Książka ma niesamowity urok, a bohaterowie są bardzo dobrze wykreowani. Taka bardzo klimatyczna powieść. No i to budowanie napięcia! Czytelnik oczekuje, kiedy między głównymi postaciami w końcu się coś wydarzy i to jest naprawdę ciekawe doświadczenie, bo trzeba troszkę poczekać. Emocje dawkowane są stopniowo i to napięcie, to oczekiwanie…
Książka jest idealna dla miłośników romansów typu slow burn. Bo każda miłość jest inna, każda wyjątkowa, prawda? A dobrze jest poznać różne jej oblicza. Polecam!
„Ludzie płakali z powodu zakończeń, ale czasami trzeba tez zapłakać z powodu nowych początków.”
Aurora De La Torre po latach wraca w rodzinne strony. Ludzi, których kiedyś znała, już tutaj nie ma. A zatem musi od nowa nauczyć się żyć w tym miejscu. Ale Tobias Rhodes, mężczyzna, od którego miała wynająć mieszkanie oskarżył ją o wtargnięcie na jego teren oraz włamanie....
2025-05-23
„Tchórzostwo i dostosowywanie się do tyrana jest jak trucizna ukryta w winie. Nie zabija od razu, ale jest śmiertelna.”
W powieści tej poznajemy historię studentki filozofii na Harvardzie – Jane Coulfield. W 1936 roku Jane udaje się do Niemiec, by lepiej zgłębić filozofię Martina Heideggera. Nawiązuje tam też przelotny romans z młodym Niemcem. Kiedy jej sytuacja nieco się komplikuje, wyjeżdża do Francji. Po wybuchu II wojny światowej wskutek splotu różnych okoliczności trafia do jednego z najstraszniejszych na świecie obozów – Jasenovaca, prowadzonego przez chorwackich ustaszy w Jugosławii. Tak staje oko w oko z demonicznym komendantem i ucieleśnieniem największego zła - Miroslavem Filipoviciem-Majstoroviciem. Czy uda jej się przetrwać?
Nie sądziłam, że tak bardzo będę przeżywać tą historię. Zwłaszcza część poświęconą pobytowi głównej bohaterki w obozie. Autor bowiem nie szczędzi nam okrutnych szczegółów. Metody tortur ustaszy były tak makabryczne, że momentami musiałam książkę odkładać, bo musiałam wziąć głęboki oddech. A czytałam już naprawdę wiele na ten temat… Jak widać – wciąż za mało.
Historia Jane splata się także z życiem postaci znanych z historii – pojawiają się tutaj m.in. Josip Broz-Tito, Gertrude Stein, Hannah Arendt. Los rzuca ją także na pokład statku „Andrea Doria”, który uległ katastrofie w 1956 roku. Na tle ważnych wydarzeń historycznych cała powieść wydaje się jeszcze bardziej dramatyczna, a my przeżywamy ją z główną bohaterką i dosłownie nią żyjemy. Autor tak umiejętnie miesza tutaj powieść historyczną, romans, wątek obyczajowy i traktat filozoficzny, że nie mogło być inaczej – wszystko tutaj wydaje się niezwykle realistyczne.
Jest to jedna z lepszych powieści dotyczącej wojny, jaką udało mi się przeczytać i dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy, które są zgodne z prawdą historyczną. Warto sięgnąć po „Amerykankę”! Naprawdę warto.
„Tchórzostwo i dostosowywanie się do tyrana jest jak trucizna ukryta w winie. Nie zabija od razu, ale jest śmiertelna.”
W powieści tej poznajemy historię studentki filozofii na Harvardzie – Jane Coulfield. W 1936 roku Jane udaje się do Niemiec, by lepiej zgłębić filozofię Martina Heideggera. Nawiązuje tam też przelotny romans z młodym Niemcem. Kiedy jej sytuacja nieco się...
2025-04-19
"Poszli do powstania i dojrzali mężczyźni, i młodzi chłopcy, i kobiety, wszyscy znosili poniewierkę oraz ból, żeby już nikt więcej nie groził im we własnym domu, we własnym kraju, żeby nie musieli się dłużej bać, żeby nikt za pragnienie wolności nie wieszał ich na szubienicy, żeby przerwać beznadziejny krąg okrucieństwa, gwałtu i bezprawia.”
Trzeci tom Sagi wileńskiej… Co tym razem dzieje się w rodzinie Łempickich? Dostajemy tutaj historię Oktawii Łempickiej, nestorki rodu, z początku XIX wieku oraz oczywiście dalsze losy Wiktorii i Ksawerego. A mamy rok 1863, a więc wybucha powstanie styczniowe. Wiktoria, jako wnuczka i córka powstańców, nie chce zgodzić się, aby jej ukochany wziął udział w walkach. Jednak dochodzi i do tego. A nadchodzące wiadomości z pola bitwy są coraz gorsze…
Nie chcę tutaj nikomu robić spoilerów, więc lwią część moich odczuć związanych z tą częścią zachowam dla siebie. Ale powiem tyle – dawno nie czułam się tak przygnębiona po zakończeniu książki. Naprawdę bardzo dawno. Bo nigdy nie może być za dobrze… Tak jak w życiu. Mam nadzieję, że niedługo dostaniemy kolejną cześć Sagi wileńskiej i wtedy można będzie się uśmiechnąć i powiedzieć, że dobro jednak zatriumfuje, ale w przypadku „Czarnej sukienki”… Nie mogę tego, niestety, powiedzieć.
Co się tyczy samych postaci – Wiktoria i jej ukochany Wery (jak nazywa swojego męża) to dla mnie zdecydowanie para numer jeden tej książki. I tak zostanie. Choćby nie wiem co się działo! Natomiast historia pani Oktawii to kolejna historia wielkiej miłości do kogoś, kto wydawał się nieosiągalny, historia o niespodziewanych wydarzeniach, sekretach… Jednym słowem znajdziemy tutaj wszystko, za co pokochałam tę sagę.
Teraz niecierpliwie będę czekać na czwarta część (a to nastąpi zdaje się już całkiem niedługo), a teraz muszę przetrawić narastający we mnie smutek i poczucie niesprawiedliwości. Oczywiście polecam każdemu miłośnikowi sag, bo warto!
"Poszli do powstania i dojrzali mężczyźni, i młodzi chłopcy, i kobiety, wszyscy znosili poniewierkę oraz ból, żeby już nikt więcej nie groził im we własnym domu, we własnym kraju, żeby nie musieli się dłużej bać, żeby nikt za pragnienie wolności nie wieszał ich na szubienicy, żeby przerwać beznadziejny krąg okrucieństwa, gwałtu i bezprawia.”
Trzeci tom Sagi wileńskiej… Co...
2025-05-05
„Najlepszy rodzaj miłości nie zdarza się podczas spacerów przy księżycu czy na wakacjach w romantycznej scenerii. Najlepsza jest miłość wśród codziennych spraw.”
Justin i Emma – para ludzi, których połączył niezwykły zbieg okoliczności. Ona przeczytała na Redditcie, że dziewczyny, z którymi on zrywa, zaraz potem poznają miłość swojego życia. A ją dotknęło dokładnie to samo… Postanowiła do niego napisać. I tak zaczęła się ich przyjaźń na odległość. Ale doszli do wniosku, że sami mogą przełamać ciążące na nich ‘klątwy’ i zacząć umawiać się na niby, żeby potem zerwać i w końcu poznać ludzi, z którymi połączy ich głębsze uczucie. I to właśnie postanawiają zrobić!
Brzmi jak opis taniego romansidełka, ale książki Abby Jimenez, które miałam okazję przeczytać do tej pory nauczyły mnie tego, że zawsze znaleźć można tutaj coś głębszego i skłaniającego do refleksji. Tak było i tym razem. Akurat w tym przypadku były to skomplikowane relacje z rodziną. Sami główni bohaterowie także są świetnie wykreowani. Emma jest pielęgniarką podróżną i wraz ze swoją przyjaciółką podejmuje pracę w szpitalach w różnych stanach USA, a zdarza się, że i za granicą. Justin natomiast jest pracownikiem branży IT, ma brzydkiego psa, którego bardzo kocha i wydaje się bardzo sympatycznym facetem. Taki chłopak z sąsiedztwa, o którym marzy każda dziewczyna. Ale każde z nich ma swoje problemy, przede wszystkim są to problemy z matkami i sporo miejsca jest temu tutaj poświęcone. I to może dla niektórych stanowić jakieś niepotrzebne wątki, ale moim zdaniem idealnie się tutaj wkomponowują. Niczyje życie nie jest idealne i każdy z nas ma jakieś problemy – taka prawda.
Ale ta książka to nie tylko smutne momenty. Jest tutaj sporo humoru, żartów – chociażby pomiędzy dwójką głównych bohaterów. I choć wiadomo jak takie książki się kończą, to jednak warto przeczytać, poznać bliżej bohaterów i zakochać się w stylu pani Jimenez. Warta uwagi!
„Najlepszy rodzaj miłości nie zdarza się podczas spacerów przy księżycu czy na wakacjach w romantycznej scenerii. Najlepsza jest miłość wśród codziennych spraw.”
Justin i Emma – para ludzi, których połączył niezwykły zbieg okoliczności. Ona przeczytała na Redditcie, że dziewczyny, z którymi on zrywa, zaraz potem poznają miłość swojego życia. A ją dotknęło dokładnie to...
2025-04-27
„W prawdziwym świecie też nic nie jest stałe. Nasze postrzeganie rzeczy zależy od nastawienia.”
Yuko Moriguchi jest nauczycielką i tego dnia po raz ostatni staje przed swoimi uczniami. Niedawno straciła córeczkę i to wydarzenie spowodowało, że chce zrezygnować z pracy. Co więcej – mówi swoim uczniom, że wie, kto zabił jej dziecko oraz, że sprawca znajduje się wśród nich…
Kiedy sięgałam po tę książkę nie sądziłam, że nie będę mogła się od niej oderwać. Wydarzenia są tutaj opisane z perspektywy kilku osób – ofiar, sprawców, ich przyjaciół, rodziny. Dostajemy więc coś niezwykłego i idealnie utkanego, niczym misterna sieć. Możemy sami ocenić, komu współczujemy, na kogo jesteśmy wściekli, kto zasługuje na nasze współczucie, a kto na potępienie… Nie dostajemy tutaj żadnych zbędnych i niepotrzebnych opisów. Wszystko ma znaczenie, a narracja pierwszoosobowa w przypadku każdej z osób daje nam pełniejszy obraz sytuacji. Wiemy, co czuł każdy z nich, co myślał, jakie kierowały nim pobudki…
Nie każdy rzecz jasna lubi literaturę azjatycką, więc nie każdy też doceni powieść „Wyznania”. Sama spotkałam się z nieco krytyczną oceną z ust bliskiej mi osoby. Ale rzecz jasna postanowiłam sama przeczytać i ocenić. Bo wiadomo, że każdy ma własną opinię i odczucia. A moje są takie, że nie należy oceniać niczego z jednej tylko perspektywy, bo każdy widzi wydarzenia inaczej i oceniając czyjeś zachowanie nie zawsze do końca wiemy, co tak naprawdę chciała zrobić druga osoba, o czym myślała. A to wszystko składa się na to, jak oceniamy rzeczywistość. Na to, jak postrzegamy świat. Oraz to, z czego się składa. Zakończenie też było dość zaskakujące i dające poczucie satysfakcji – przynajmniej mi.
Polecam powieść Kanae Minato, bo warto poświęcić czas na jej czytanie oraz przemyślenia w trakcie lektury oraz po niej.
„W prawdziwym świecie też nic nie jest stałe. Nasze postrzeganie rzeczy zależy od nastawienia.”
Yuko Moriguchi jest nauczycielką i tego dnia po raz ostatni staje przed swoimi uczniami. Niedawno straciła córeczkę i to wydarzenie spowodowało, że chce zrezygnować z pracy. Co więcej – mówi swoim uczniom, że wie, kto zabił jej dziecko oraz, że sprawca znajduje się wśród...
2025-04-17
„Są takie gruzy, z których już nic się nie zbuduje, nie poskleja. I są krzywdy, których nie sposób wybaczyć.”
W drugiej części Sagi wileńskiej poznajemy historię matki Wiktorii – Eufrozyny. Dowiadujemy się, dlaczego traktowała córkę z taką oziębłością i surowością. Kim była wcześniej i co takiego zaszło w jej życiu, że stała się tak zgorzkniała i niezdolna do jakiejkolwiek miłości? Mamy tutaj też historię Elizy Ruczyńskiej – panny mającej wyjść za Dominika Łempickiego. I która to panna zerwała zaręczyny, aby wyjść za rosyjskiego szlachcica wbrew woli rodziców. Czy to małżeństwo przyniesie jej szczęście? I czy jest szansa, że obie kobiety – Eufrozynę i Elizę – coś łączy?
Przyznam, że nigdy chyba tak szybko nie sięgnęłam po kolejną część jakiejkolwiek czytanej przeze mnie sagi. A uwielbiam sagi! To już jest wiadome nie od dzisiaj. Ale Saga wileńska Ewy Sobieniewskiej ma w sobie coś wyjątkowego. I taka też jest ta część. Dostajemy dwie niezwykłe historie kobiet, które nie zawsze dokonywały właściwych wyborów i dla których los nie był łaskawy. Bardzo ciekawe historie, które wiele wyjaśniają i przybliżają nam obie postacie. Ale ja… Najbardziej ciekawa byłam, jak potoczą się dalsze losy Ksawerego i Wiktorii, bo tej właśnie parze kibicowałam najbardziej i ucieszyłam się mogąc dowiedzieć się o nich więcej.
A wracając do historii Eufrozyny i Elizy… Są to silne i genialnie napisane postaci kobiece, dla których życie nie było łatwe, ale każda z nich poradziła sobie w trudnych chwilach. Choć z różnym skutkiem. Ale obie żyły dalej, choć w przypadku matki Wiktorii życie to nie należało do najłatwiejszych. Czy wszystko jednak skończyło się dobrze? Tego zdradzać nie będę. Ale wiedząc, że jeszcze jedna część Sagi wileńskiej jest dostępna, na pewno zabiorę się za jej lekturę w najbliższym czasie. Choć kiedy dowiedziałam się, że planowana jest kolejna część z radości zajrzałam i przeczytałam opis… Zrobiłam sobie straszny spoiler, ale będę musiała jakoś sobie z tym poradzić, bo ta Saga… Ma w sobie to magiczne ‘coś’, co nie pozwala jej odstawić ani przejść obok niej obojętnie. Więc podejrzewam, że niedługo będę mogła podzielić się refleksjami po przeczytaniu tomu numer trzy.
„Są takie gruzy, z których już nic się nie zbuduje, nie poskleja. I są krzywdy, których nie sposób wybaczyć.”
W drugiej części Sagi wileńskiej poznajemy historię matki Wiktorii – Eufrozyny. Dowiadujemy się, dlaczego traktowała córkę z taką oziębłością i surowością. Kim była wcześniej i co takiego zaszło w jej życiu, że stała się tak zgorzkniała i niezdolna do jakiejkolwiek...
2025-04-08
Bohaterka powieści „Pod niebo za ostatnią górę” jest niezwykłą i bardzo nietuzinkową postacią. Nie tylko ze względu na wykonywaną pracę – jest bibliotekarką w obwoźnej bibliotece, ale też ze względu na kolor skóry. Jest przedstawicielką „niebieskich ludzi” z Kentucky. Możemy śledzić jej losy, jej relacje z ojcem, z innymi ludźmi, niechęć oraz odrazę jaką budzi w większości białych mieszkańców okolicy, w której mieszka.
Kilka lat temu natknęłam się na artykuł o „niebieskich ludziach”, ale nie miałam okazji nigdy przeczytać książki na ich temat. Tym bardziej byłam ciekawa jak potoczą się losy Cussy Mary Carter. Większość ludzi, z którymi się styka, ma ją za przedstawicielkę kolorowych, przez co dziewczyna podobnie jak osoby czarnoskóre uważana jest za gorszą, nie może na przykład korzystać z tej samej toalety, co biali ludzie w obawie o to, że może ich czymś zarazić. Dla nas w dzisiejszych czasach może to być niepojęte (choć z nietolerancją spotykamy się także teraz dość często). Dziewczyna bardzo kocha swojego ojca i martwi się, bo ten pracuje w kopalni w nieludzkich warunkach. Ona sama spotyka na swojej drodze różnych ludzi. Między osobami nieżyczliwymi i wrogo do niej nastawionymi są też jednak tacy, dla których jest ich Jagodą i kobietą od książek. Niektórzy natomiast są zdziwieni, że „niebieska” w ogóle potrafi czytać.
Cussy Mary jest silną postacią kobiecą, jej osobowość nie pozwala na załamanie się. Potrafi zjednać sobie ludzi, jest dla nich pomocna i życzliwa, a nawet znajduje miłość. Warto poznać jej losy, bo widać, że autorka posiada ogromną wiedzę na tematy, które tutaj poruszyła (i to nie tylko o „niebieskich ludziach”, ale też o rekcjach na inność i odmienność).
Bohaterka powieści „Pod niebo za ostatnią górę” jest niezwykłą i bardzo nietuzinkową postacią. Nie tylko ze względu na wykonywaną pracę – jest bibliotekarką w obwoźnej bibliotece, ale też ze względu na kolor skóry. Jest przedstawicielką „niebieskich ludzi” z Kentucky. Możemy śledzić jej losy, jej relacje z ojcem, z innymi ludźmi, niechęć oraz odrazę jaką budzi w większości...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-03-25
„Oni wszyscy pulsują pragnieniem, potrzebą, by zobaczyć, jak rośnie w niej dziecko, by poczuć, że zapewniła im następcę tronu. Widzą w niej bramę, środek przetrwania swojej rodziny.”
Lucrezia ma 16 lat i jest żoną księcia Ferrary. I ma nieodparte wrażenie, że mąż chce ją zabić. A ten jest gotów sięgnąć po najbardziej drastyczne środki, jeżeli tylko zajdzie taka potrzeba. Na początku małżeństwa była to niemal sielanka i dopóki nie okazało się, że Lucrezia nie jest w stanie dać księciu tego, czego on potrzebuje, wszystko się zmieniło. Ale czy na pewno chce on ją zabić? A może chodzi o coś innego?
Przyznam, że naprawdę dobrze czytało mi się powieść o życiu Lucrezii di Cosimo de'Medici d'Este. Oczekiwania miałam dość duże, ale nie zawiodłam się. Autorka ukazuje nam zmianę, jak zachodzi w życiu głównej bohaterki po ślubie. Sielanka zamienia się w strach i niepewność, bo dziewczyna nie jest pewna intencji męża. I dokładnie może odczuć, że małżeństwo było jedynie transakcją, a nie jakimkolwiek aktem miłości czy uwielbienia dla niej. Także ubrania, które musi teraz nosić, a są to gorsety i jedwabie powodują, że zaczyna czuć jak bardzo się dusi, zaczyna czuć presję. Także portret, który ma być uwiecznieniem jej piękna, staje się dla niej symbolem wiecznego zniewolenia oraz tego, że należy do męża w każdym tego słowa znaczeniu.
Bardzo podoba mi się to, jak został tutaj oddany klimat epoki. A realia nie było wówczas dla kobiet łaskawe i skazywały je na uległość i posłuszeństwo wobec mężów nie bacząc na ich potrzeby, nie mówiąc już o jakichkolwiek pragnieniach. Książka warta przeczytania.
„Oni wszyscy pulsują pragnieniem, potrzebą, by zobaczyć, jak rośnie w niej dziecko, by poczuć, że zapewniła im następcę tronu. Widzą w niej bramę, środek przetrwania swojej rodziny.”
Lucrezia ma 16 lat i jest żoną księcia Ferrary. I ma nieodparte wrażenie, że mąż chce ją zabić. A ten jest gotów sięgnąć po najbardziej drastyczne środki, jeżeli tylko zajdzie taka potrzeba....
Piąty tom uwielbianej przeze mnie Sagi Wileńskiej i po raz kolejny przekonałam się, jak bardzo lubię wracać do tego świata. To jedna z tych serii, przy których od pierwszych stron ma się poczucie powrotu do dobrze znanej historii, a jednocześnie wciąż odkrywa się coś nowego.
Autorka ponownie prowadzi nas przez kilka płaszczyzn czasowych i kilka kobiecych historii. Losy Franciszki, Cecylii i Ksmeny splatają się w opowieść o miłości, zdradzie, ambicji i błędach, które potrafią odbijać się echem przez pokolenia. Każda z tych kobiet musi zmierzyć się z własnymi wyborami i konsekwencjami decyzji podejmowanych często pod wpływem emocji, presji otoczenia czy rodzinnych oczekiwań.
To, co w tej sadze lubię najbardziej, to właśnie sposób prowadzenia historii. Kilka epok, kilka perspektyw i powoli odkrywane tajemnice przeszłości sprawiają, że całość czyta się z ogromnym zainteresowaniem. Autorka bardzo umiejętnie buduje napięcie, stopniowo odsłaniając kolejne sekrety rodzinne. W takich momentach naprawdę trudno odłożyć książkę.
Ogromną siłą tej powieści są również bohaterki. Kobiety z krwi i kości – czasem silne, czasem zagubione, czasem podejmujące decyzje, które zmieniają nie tylko ich własne życie, ale i losy kolejnych pokoleń. Dzięki temu historia nabiera emocjonalnej głębi i autentyczności.
Bardzo cenię pióro pani Ewy Sobieniewskiej. Jest w nim coś niezwykle wciągającego – lekkość opowieści połączona z dużą dbałością o szczegóły i atmosferę epoki. Czyta się to naprawdę wyśmienicie.
Dla mnie to książka niemal doskonała i kolejny bardzo mocny tom tej sagi. A ja, jak wiadomo, sagi po prostu kocham.
Piąty tom uwielbianej przeze mnie Sagi Wileńskiej i po raz kolejny przekonałam się, jak bardzo lubię wracać do tego świata. To jedna z tych serii, przy których od pierwszych stron ma się poczucie powrotu do dobrze znanej historii, a jednocześnie wciąż odkrywa się coś nowego.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toAutorka ponownie prowadzi nas przez kilka płaszczyzn czasowych i kilka kobiecych historii. Losy...