-
Artykuły
„Odpowiedź kryje się w tobie” – Katarzyna Wolwowicz zdradza, jak ją odnaleźć
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Nowa karkonoska powieść Sławka Gortycha! „ŚWIĘTO KARKONOSZY”- już wkrótce! KONKURS
LubimyCzytać5 -
Artykuły
Wielkanocna chwila odpoczynku z literaturą – okazje na ebooki do -95% i ranking top tytułów
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Nie żyje Wiesław Myśliwski. Autor „Kamienia na kamieniu” i „Traktatu o łuskaniu fasoli” miał 94 lata
LubimyCzytać47
Biblioteczka
Dwa lata po wielkim sukcesie "Żeby nie było śladów" świeżo upieczony laureat Nike cofnął się w przeszłość jeszcze głębiej, bo aż do międzywojnia, by przyjrzeć się bodaj najgłośniejszej sprawie o zabójstwo w historii II RP. W przeddzień Sylwestra 1931 roku w makabrycznych okolicznościach straciła życie nastoletnia córka cenionego lwowskiego architekta Henryka Zaremby. Podejrzenia padły na guwernantkę Ritę Gorgon, po dwóch poszlakowych procesach skazaną na 8 lat więzienia (w pierwszym wyroku na karę śmierci, w drugim uznano "afekt" jako okoliczność łagodzącą). Oskarżona nigdy nie przyznała się do winy, a jej losy po wrześniowej amnestii z 1939 roku nie są jasne. Natomiast wina - mimo jedynie poszlak, a nie twardych dowodów - nie pozostawia raczej wątpliwości i Łazarewicz, starając się jak najrzetelniej przedstawić wszystkie okoliczności, motywy i niejasności, nie dąży do sensacyjnej rewizji sprawy. Tworzy natomiast sugestywny, duszny i przykry w odbiorze portret ludzi zamkniętych w emocjonalnym klinczu, w którym właściwie każdy jest postacią współwinną rozgrywającego się dramatu (choć w największym stopniu chyba nie morderczyni, a ojciec zamordowanej). Fascynująca jest też oczywiście obserwacja przedwojennej kryminalistyki w działaniu - zarówno w śledztwie jak i na etapie obu procesów. Ogólnie - ciężka historia, do której przy choćby odrobinie empatii nie chce się wracać myślami.
--
www.ZaOkladkiPlotem.pl | Rzetelne recenzje od 2011 r.
Dwa lata po wielkim sukcesie "Żeby nie było śladów" świeżo upieczony laureat Nike cofnął się w przeszłość jeszcze głębiej, bo aż do międzywojnia, by przyjrzeć się bodaj najgłośniejszej sprawie o zabójstwo w historii II RP. W przeddzień Sylwestra 1931 roku w makabrycznych okolicznościach straciła życie nastoletnia córka cenionego lwowskiego architekta Henryka Zaremby....
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
ŁODZIE POD PRĄD
Richard Russo to pisarz wyspecjalizowany w portretowaniu małomiasteczkowej Ameryki, położonej z dala od wielkich metropolii, słynnej Drogi 66 i szlaków turystycznych. Że amerykańska prowincja jest interesująca literacko, wiadomo nie od dziś - w tym przypadku urodzony na wschodnim wybrzeżu Russo zaprasza do stanu Maine, nad rzekę Knox. Trzeba odnotować także jego związki z filmem - zwłaszcza, że telewizyjna ekranizacja "Empire Falls" odniosła spory sukces (2 nagrody Emmy i tyleż Złotych Globów w samych kluczowych kategoriach), a ekranizacja jego wcześniejszej powieści "Naiwniak" przyniosła nominację do Oscara Paulowi Newmanowi. Newman zresztą zagrał i współprodukował "Empire Falls".
To pozornie nieatrakcyjny portret zbiorowości mieszkańców podupadłego miasteczka, którego byt jest uzależniony od miejscowej potentatki, a ta właśnie rozważa sprzedaż największego zakładu produkcyjnego w okolicy, od lat nieczynnego. Zbiorowość stopniowo odsłania swoją złożoną strukturę. W centrum opowieści pozostaje Miles Roby, wrażliwiec - nieudacznik, aktualnie w trakcie rozwodu, od lat prowadzący - nie całkiem z własnej woli - podupadający grill-bar. Wokół Milesa i jego baru orbituje kilkanaście postaci, tworzących zasadniczy zrąb małomiasteczkowej społeczności. Osobowości każdej z nich określone są wyrazistą kreską, na mocnych charakterystycznych cechach, ale nie tłumi to subtelności, bo wszystkie portrety są ciepło zniuansowane, nierzadko na drodze retrospekcji sięgających kilkadziesiąt lat wstecz. Wzajemne sympatie i antypatie wywodzą się bowiem z głębokiej przeszłości, a dawne wydarzenia zaskakująco dla samych bohaterów rzutują na obecną sieć wzajemnych powiązań. Dotyczy to zwłaszcza Milesa, dla którego wspomnienie tajemniczego romansu matki z czasów, gdy był dziewięcioletnim dzieckiem, okaże się kluczem do całego życia (odkrytym dzięki starej fotografii). Miles, z natury skłonny do dzielenia włosa na czworo, kompulsywnie rozpamiętuje własną i cudzą przeszłość, w myśl unoszącego się nad Empire Falls słynnego cytatu z Fitzgeralda: "Tak oto dążymy naprzód, kierując łodzie pod prąd, który nieustannie znosi nas w przeszłość". Dopiero zrozumienie tamtej historii pozwoli mu zrozumieć siebie. I jakkolwiek z daleka śmierdzi to banałem, w prozie Russo wypada autentycznie i nienaiwnie.
Dzięki meandrom fabuły i licznym dygresjom mamy okazję przyjrzeć się ciepło sportretowanym mieszkańcom Empire Falls. O dziwo niejeden z nich może budzić mniejszą lub większą irytację, ale serdeczność autora pozwala zrozumieć nawet postać tak pogubioną jak prawie-była żona Milesa - Janice, jak skrajnie nieodpowiedzialny ojciec głównego bohatera - Max, wreszcie - jak makiaweliczna właścicielka większości miasteczka, pani Francine Withing. Szczególne miejsc zajmuje też 16-letnia córka Milesa, Trick, której przenikliwe spojrzenie na dorosłych ujawnia więcej, niżby sobie życzyli. Russo jest bacznym obserwatorem, i w wielu z dziesiątek scen i scenek jego powieści, w emocjach i przeżyciach gromadki jego bohaterów, można się przejrzeć jak w lustrze. Być może nie wszystkie te historie są równie istotne dla fabuły i pisarz ostatecznie nie uniknął pewnego przeładowania, ale przecież niemal każdy detal w tej układance ludzkich osobowości ma swój ciężar.
Pod serdeczną, miejscami trochę ironiczną wizją Richarda Russo kryje się wiele melancholii i cierpienia. Jest to w końcu historia niewybaczonej krzywdy, nieodwzajemnionych uczuć, niezrealizowanych marzeń, zawiedzionych nadziei. Bohaterowie czują się wolni jedynie poza Empire Falls, a konkretnie w pewnym letniskowym ośrodku nad oceanem (z wyjątkiem Maxa - ten wyjeżdża jak najdalej się da). To tam przeżywa najszczęśliwsze chwile Grace Roby, i to tam jej syn Miles będzie po latach odbudowywał zdruzgotaną osobowość swojej córki. Bo też i on sam tylko poza Empire Falls jest czuje się szczęśliwy, choć nie potrafi zeń wyjechać na stałe.
Russo swoją zniuansowaną powieścią złożył hołd nieco zapomnianej małomiasteczkowej Ameryce, ale też udało mu się spleść go z opowieścią o akceptacji życia - nie w żadnym hurraoptymistycznym ujęciu, ale raczej pomimo wszystko. Idealne wyważenie melancholii i humoru - trochę w stylu obyczajowych powieści Larry'ego McMurtry'ego - sprawiło, że uniknął pułapki przesłodzenia tematu i ostatecznie przyniosło mu nagrodę Pulitzera (na pobitym polu zostawił wówczas Jonathana Franzena i jego "Korekty", co z perspektywy czasu i świadomości znaczenia tej ostatniej powieści wydaje się, przy całej sympatii dla bohaterów Russo, werdyktem dyskusyjnym).
___
www.ZaOkladkiPlotem.pl | Rzetelne recenzje od 2011 r.
ŁODZIE POD PRĄD
Richard Russo to pisarz wyspecjalizowany w portretowaniu małomiasteczkowej Ameryki, położonej z dala od wielkich metropolii, słynnej Drogi 66 i szlaków turystycznych. Że amerykańska prowincja jest interesująca literacko, wiadomo nie od dziś - w tym przypadku urodzony na wschodnim wybrzeżu Russo zaprasza do stanu Maine, nad rzekę Knox. Trzeba odnotować także...
LECZENIE ROZPACZY
Chwała Czarnej Owcy za wznowienie tej wyjątkowej pozycji - ceny pierwszego wydania "Niezschego" na rynku wtórnym, grubo przekroczyły pułap 100 zł. Autor, z zawodu psychoterapeuta, w beletrystycznej formie pokazał mechanizmy jakimi posługuje się jego dziedzina, ale dzięki starannie wybranemu osadzeniu historycznemu i niezwykle precyzyjnej narracji nie jest to w żadnym razie suche omówienie przypadku. Wiedeński lekarz Josef Breuer i filozof Friedrich Nietzsche co prawda w rzeczywistości nigdy się nie spotkali, lecz - jak pokazuje autor w posłowiu, w oparciu o autentyczną korespondencję - do takiego spotkania o mały włos nie doszło. Punktem wyjścia jest próba wyleczenia słynnego (dodajmy - pośmiertnie słynnego) filozofa z rozpaczy i katastrofalnych migren, leczenie zaś Breuer prowadzi nieznaną w owych czasach metodą - rozmową z elementami hipnozy (przy czym autentyczny Breuer faktycznie wcześniej prowadził taką pionierską terapię na pacjentce). Yalom w fascynujący sposób pokazuje w praktyce przebieg rozmów terapeutycznych, prowadzonych trochę na oślep z powodu ich pionierskiego charakteru, jednocześnie - i to płaszczyzna równie fenomenalna - przybliżając filozofię Nietzschego. I tu trzeba podkreślić, że jego dzieła, błędnie i krzywdząco kojarzone z nazizmem (co jest winą siostry filozofa, Elizabeth), odegrały prominentną choć niedocenianą rolę w budowaniu podstaw psychoterapii przez Sigmunda Freuda (a to kolejna ważna postać w powieści), i do dziś stanową doskonały punkt wyjścia do podjęcia wysiłku samodoskonalenia. Nie wgłębiam się w dynamikę rozmów i w ogóle relacji Breuera i Nietzschego, dość powiedzieć tylko, że ów miesiąc rozmów zmienia ich obu, ale także może zmienić czytelnika. Z kolei nie chcąc odsłaniać się zbytnio, mogę tylko zaświadczyć, że zarówno psychoterapia jak i filozofia Nietzschego, a nawet elementy hipnozy i medytacje, to rzeczy które mogą zmienić życie. Yalom nadał swojemu dziełu podtytuł "Powieść psychoterapeutyczna" - i czytelnikowi poszukującemu, stojącemu na rozdrożu, czy zagubionemu we własnym wnętrzu, to wyjątkowe dzieło może po prostu pokazać jak sobie pomóc "od wewnątrz" i gdzie pomocy szukać na zewnątrz, a dla zainteresowanych psychologią i filozofią również może stanowić fascynującą lekturę. W gruncie rzeczy jej bohaterowie mierzą się z pytaniami, przed którymi prawdopodobnie każdy myślący i wrażliwy człowiek prędzej czy później stanie.
___
www.ZaOkladkiPlotem.pl | Rzetelne recenzje od 2011 r.
LECZENIE ROZPACZY
Chwała Czarnej Owcy za wznowienie tej wyjątkowej pozycji - ceny pierwszego wydania "Niezschego" na rynku wtórnym, grubo przekroczyły pułap 100 zł. Autor, z zawodu psychoterapeuta, w beletrystycznej formie pokazał mechanizmy jakimi posługuje się jego dziedzina, ale dzięki starannie wybranemu osadzeniu historycznemu i niezwykle precyzyjnej narracji nie jest...
BIAŁY CZŁOWIEK, CZARNE SERCE
Mam kłopot z tą, zaliczaną do arcydzieł Conrada, nowelą. Nie ulega wątpliwości, że mimo skromnych rozmiarów jest to dzieło o wręcz niewyobrażalnej w stosunku do rozmiarów sile kulturotwórczej. To archetypiczna podróż w głąb, przy czym płaszczyzna realistyczna (w głąb lądu) stapia się z symboliczną (w głąb siebie) aż po samopoznanie, które wcale nie rozjaśnia, tylko zagęszcza mrok (w może aż nazbyt nachalnej symbolice na ostatnich stronach). Słowem - podróż w serce dzikiego kraju jest podróżą w dzikość serca. Jako dzieło symboliczne, "Jądro ciemności" niewiele ma sobie równych. Natomiast odstręcza mnie, i nic na to nie poradzę, rasistowski fundament warstwy realistycznej. Zdaję sobie sprawę z czasu jej napisania, ale mimo to utożsamienie mrocznej dzikości duszy z "dzikością" afrykańskiego ludu, rozsiane po tekście liczne dehumanizujące porównania, jak również pełne niedowierzania i wewnętrznego oporu odkrywanie przez Marlowa skromnego śladu pokrewieństwa z czarnoskórym sternikiem jako człowiekiem (dopiero po jego śmierci!) - budzi mój głęboki sprzeciw. W innych utworach Conrada ta kwestia nie rzuca się tak w oczy lub jest po prostu nieobecna, tu zaś - ponadczasowa, podkreślam, warstwa symboliczna ufundowana jest na perspektywie, która zestarzała się wyjątkowo źle. Ale to może jeszcze byłoby do zbycia argumentem, że Conrad był człowiekiem swojej epoki - tylko że - jak widać po osobie przyjaciela Conrada, Rogera Casementa (Vargas Llosa poświęcił mu niedawną powieść "Marzenie Celta") - taki wyrastający z kolonialnej tradycji rasizm nie był już wtedy jedyną opcją. Casement i E.D. Morel poświęcili wiele wysiłków i dobrych kilka lat na rzecz walki z bestialskim traktowaniem Afrykanów w belgijskim Kongu. Autor "Jądra ciemności", pogrążony w metafizycznej zadumie, jakby w tej kwestii nie odnalazł w sobie moralnego kompasu w realnym świecie, jednoznacznie odmawiająć przyjacielowi pomocy, podczas gdy Casement podjął walkę i za swoje wybory ostatecznie zapłacił cenę najwyższą. Zaś polski przyjaciel w decydującej o życiu i śmierci chwili z rozmysłem nie wyciągnął doń pomocnej dłoni. Nie mówcie mi, że to wszystko nie rzutuje - bo rzutuje. No, ale pozostała nam genialna alegoria.
___
www.ZaOkladkiPlotem.pl | Rzetelne recenzje od 2011 r.
BIAŁY CZŁOWIEK, CZARNE SERCE
Mam kłopot z tą, zaliczaną do arcydzieł Conrada, nowelą. Nie ulega wątpliwości, że mimo skromnych rozmiarów jest to dzieło o wręcz niewyobrażalnej w stosunku do rozmiarów sile kulturotwórczej. To archetypiczna podróż w głąb, przy czym płaszczyzna realistyczna (w głąb lądu) stapia się z symboliczną (w głąb siebie) aż po samopoznanie, które wcale...
ZAKISZENI
Druga odsłona planowanego na cztery tomy wojennego cyklu, którym mistrz kryminału zamierza połączyć wątki i postacie swoich już istniejących wcześnieszych siedmiu dzieł. Niestety wygląda na to, że krewki pisarz na stare lata zakochał się bez pamięci we własnym stylu i pisząc o Los Angeles w pierwszych miesiącach po Pearl Harbor (styczeń-kwiecień 1942) zapomniał jak prowadzi się fabułę i konstruuje wiarygodnych bohaterów. W efekcie powieść obejmująca trzy miesiące akcji liczy aż 826 stron, a jej fabuła, zbudowana - klasycznie dla Ellroya - z trzech splatających się śledztw kręci się większość czasu w kółko. Kolejne osoby powtarzają tu całymi stronami stwierdzenia dopiero wygloszone przez innych, dochodzą po kilka razy do tych samych wniosków, drepczą w miescu i pakują w siebie kolejne kilogramy benzendryny, która zresztą, jak się zdaje, wcale nie rozjaśnia im umysłów.
No właśnie - używki i cała reszta. Gliniarze Ellroya to nigdy nie byli aniołowie, ale to co na kartach "Burzy" odwalają wszystkie niemal bez wyjątku postacie, przechodzi ludzkie pojęcie. I nie, nie jeży włosów na głowie. Moralna zgnilizna w postaci używek, rozpasania seksualnego i fascynacji faszystowską i komunistyczną ikonografią jest tu skodensowane do tak kompletnie groteskowego stężenia, że odbiera choćby cień powagi. A szkoda, bo o nastrojach w wojennej Ameryce czy działaniach japońskiej V kolumny chciałoby się przeczytać coś poważnego. Niestety - zamiast społecznej panoramy dostajemy zakiszonych we własnym sosie 30 dewiantów, wśród których są co prawda policjanci, Japończycy, emigranci z Europy, naziści, komuniści, cesarska piąta kolumna i nawet gubernator z Meksyku, ale to nie przekłada się na żaden sensowny obraz poza absurdalnym wręcz dążeniem wszystkich do wydymania - dosłownie lub/i w przenośni - wszystkich pozostałych, ekhm, członków tej zapeklowanej w tomiszczu grupy. W przedziwny też sposób wiele osób wywala tu przed dopiero co spotkanymi obcymi własne i cudze brudy tylko po to, żeby ktoś, ekhm, posiadł określoną wiedzę. Nie pomaga też słynne ellroyowskie stacatto, które powtórzeniami fraz tylko pogłębia poczucie jałowości lektury. Nie jest to więc ani udana powieść kryminalna, bo śledztwa kręcą się tu w kółko, ani udana powieść historyczna, jaką planował autor, bo w nakreślonej tu fabule i świecie nie ma za grosz wiarygodności. Zupełnie inaczej niż w - pozornie podobnej - Perfidii, bo tam jednak z gorączkowej narracji wyłaniał się tętniący życiem portret zbiorowy. Tu zaś jedno, co się jako tako broni, to tylko fragmenty pewnego dziennika, bo w nich Ellroy odpuszcza swój męczący styl na rzecz bardziej normalnego pisania. Żal zmarnowanego potencjału, zwłaszcza że spora część postaci w "Burzy" to postaci autentyczne i o ciekawych życiorysach.
Najbardziej zaś jestem zaś wściekły na Ellroya za uczynienie ze swojego podobno ukochanego bohatera - Dudleya Smitha - karykaturalnego dewianta zafascynowanego zgoła erotycznie faszystowską estetyką. No kurde, tego już za wiele. Niestety jest to wisienka na strasznie zakalcowatym cieście - ukoronowanie najgorszej w dorobku powieści Ellroya, którą na koniec - niestety odległy od początku - odkłada się z ulgą i poczuciem dużej ilości zmarnowanego czasu. A to dopiero połowa planowanego czteroksięgu!
Jedno co budzi mój podziw, to wprost fenomenalny przekład Violetty Dobosz, weteranki Ellroya, która nie pierwszy raz imponuje im kunsztem w tworzeniu bardzo bezpośredniego, brudnego, ale jednocześnie niezwykle barwnego języka.
___
www.ZaOkladkiPlotem.pl | Rzetelne recenzje od 2011 r.
ZAKISZENI
Druga odsłona planowanego na cztery tomy wojennego cyklu, którym mistrz kryminału zamierza połączyć wątki i postacie swoich już istniejących wcześnieszych siedmiu dzieł. Niestety wygląda na to, że krewki pisarz na stare lata zakochał się bez pamięci we własnym stylu i pisząc o Los Angeles w pierwszych miesiącach po Pearl Harbor (styczeń-kwiecień 1942) zapomniał...
CENA WŁADZY
O Williamsie poczytajcie gdzie indziej, natomiast tylko ta jedna z czterech jego powieści przyniosła mu jakąkolwiek nagrodę (National Book Award). To epistolarne studium dojrzewania do władzy, balansowania między etyką a pragmatyzmem w jej sprawowaniu, i wreszcie wysokiej ceny za przywilej jej sprawowania. Oktawian pokazany jest z wielu perspektyw, także od wewnątrz, najbardziej zaś przejmuje wątek konieczności dożywotniego uwięzienia ukochanej córki Julii. Augustowe rozmyślania bliskie są filozofom stoickim, jakkolwiek finalnie zaprawione znaczną - i zrozumiałą - dawką goryczy. Po serialu "Rzym" i (podobnie epistolarnych) "Idach marcowych" Wildera powieść Williamsa stanowi znakomite rozwinięcie ich wątków, w eleganckiej i przemyślanej literackiej formie. Teraz do kompletu tego autora życzyłbym sobie jeszcze przekład westernowego "Butcher's Crossing".
CENA WŁADZY
O Williamsie poczytajcie gdzie indziej, natomiast tylko ta jedna z czterech jego powieści przyniosła mu jakąkolwiek nagrodę (National Book Award). To epistolarne studium dojrzewania do władzy, balansowania między etyką a pragmatyzmem w jej sprawowaniu, i wreszcie wysokiej ceny za przywilej jej sprawowania. Oktawian pokazany jest z wielu perspektyw, także od...
OGNIA!
Doceniam koncept 'szczęśliwego' społeczeństwa ogłupionego ze szczętem ekranową papką (który w sumie jest dość proroczy) i pomysł ze szwadronami palaczy książek, ale jako całość to szacowne dzieło razi łopatologią, bohaterowie to tylko nosiciele określonych postaw, a deklaratywność dialogów przyprawia o ból głowy. Nad brakiem logiki w szczegółach nie chcę się nawet rozwodzić, ale szkicowe światotwórstwo to cecha, której w s-f nie cierpię. Ocenę stawiam głównie za tą legendę, jaką książka Bradbury'ego jest owiana, ale do wyobraźni takiego na przykład Dicka czy Huxleya to tu daleko.
___
www.ZaOkladkiPlotem.pl | Rzetelne recenzje od 2011 r.
OGNIA!
Doceniam koncept 'szczęśliwego' społeczeństwa ogłupionego ze szczętem ekranową papką (który w sumie jest dość proroczy) i pomysł ze szwadronami palaczy książek, ale jako całość to szacowne dzieło razi łopatologią, bohaterowie to tylko nosiciele określonych postaw, a deklaratywność dialogów przyprawia o ból głowy. Nad brakiem logiki w szczegółach nie chcę się nawet...
Nie jestem i nie będę obiektywny, bo ofiara, Kasia, była moją koleżanką, ale moim zdaniem o tym konkretnym zwyrodnialcu nie powinno się w ogóle wspominać w przestrzeni publicznej póki żyje. Niech gnije w głuchej ciszy i samotności. Robienie, pod przykrywką poszukiwania "prawdy" czy "odpowiedzi", celebryty ze zwyrodnialca tylko nakręca i karmi jego poebany umysł. Może nie byłbym tak kategoryczny, gdyby nie wypowiedzi samego sprawcy w obszernym artykule Dobrowolskiej opublikowanym wiosną 2024 r. w "GW", z których jasno wynika, że jest głodny uznania i sławy. Zatem powtarzam - niech gnije.
Nie jestem i nie będę obiektywny, bo ofiara, Kasia, była moją koleżanką, ale moim zdaniem o tym konkretnym zwyrodnialcu nie powinno się w ogóle wspominać w przestrzeni publicznej póki żyje. Niech gnije w głuchej ciszy i samotności. Robienie, pod przykrywką poszukiwania "prawdy" czy "odpowiedzi", celebryty ze zwyrodnialca tylko nakręca i karmi jego poebany umysł. Może nie...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toDziwnie czyta się książkę opartą na koncepcie, ktory samemu się wymyśliło i wdrożyło kilka lat wcześniej z oparciu o klasyków Zen. Pomysł by zaprząc samurajów do psychoterapii brzmi karkołomnie, ale serio - współczesna psychologia śmiało sięga do dobrodziejstw buddyzmu z medytacją na czele. I bardzo dobrze, bo medytacja to potężne narzędzie. Anterfermo zaś, nawet dla kogoś oblatanego w temacie, stworzył świetną syntezę, przejrzysty przewodnik po zen-terapii, okraszony pouczającymi, obrazowymi anegdotami, których w pisarstwie Zen jest mrowie. Tak więc pozornie "Droga samuraja" może wyglądać zabawnie, ale jak chcecie uporządkować swoje wnętrze, poskromić emocje, odbić się od demonów - macie tu parę dobrze dobranych narzędzi do pracy. Dobrze też, że autor jest psychologiem - to inna jakość pisania. Warto jednak przypomnieć, że jeśli zmagacie się z poważnymi problemami, warto sięgnąć po bezpośrednią pomoc i udać się do lekarza-psychiatry.
Dziwnie czyta się książkę opartą na koncepcie, ktory samemu się wymyśliło i wdrożyło kilka lat wcześniej z oparciu o klasyków Zen. Pomysł by zaprząc samurajów do psychoterapii brzmi karkołomnie, ale serio - współczesna psychologia śmiało sięga do dobrodziejstw buddyzmu z medytacją na czele. I bardzo dobrze, bo medytacja to potężne narzędzie. Anterfermo zaś, nawet dla kogoś...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
PRZYPOWIEŚĆ O POJEDNANIACH
Przeszło dekadę po czwartej powieści cyklu, twórczyni Ziemiomorza w jednym roku zaserwowała czytelnikom aż dwa tomy: zbiór opowiadań, oraz piątą, ostatnią powieść. Warto przypomnieć sobie ostatni tekst tamtego zbioru ("Ważka"), gdyż stanowi on swoisty łącznik między "Tehanu" (bohaterki tych tekstów mają wspólną pewną fundamentalną cechę) a "Innym wiatrem" (gdzie się spotykają). Podobnie jak w czasie rzeczywistym, również kilkanaście lat upłynęło w historii najpiękniejszej z literackich krain, gdy niepokojące wydarzenia na granicy świata żywych i świata umarłych alarmują króla Lebannena (Arren z "Najdalszego brzegu"), magów z Roke, angażują smocze dziecko - już nastoletnią Tehanu i jej przybraną matkę Tenar ("Grobowce Atuanu"), a nawet trzymających się dotąd z dala od spraw Archipelagu wojowniczych mieszkańców Kargardu. Jedynie Ged zwany Krogulcem ("Czarnoksiężnik z Archipelagu") świadomie usuwa się na margines, co budzi w czytelniku odruchowy sprzeciw, ale po zastanowieniu trzeba przyznać, że jest to lekcja wielkiej pokory w duchu filozofii Wschodu. Zbiorowa wyprawa, szlakiem podobnym do wyprawy Krogulca i Arrena ze trzy dekady wcześniej, postawi swoich uczestników wobec konieczności przełamania narosłych między nimi barier, zburzenia wewnętrznych murów, pokonania wyuczonych czy wrodzonych lęków, wyciągnięcia ręki i współpracy. Szczególnie widać to w pełnej społecznych lęków Tehanu, u której makabryczne przeżycia z dzieciństwa okaleczyły nie tylko pół twarzy, ale też psychikę. O tej dziewczynie czyta się ze ściśniętym sercem, podobnie jak historię młodego czarodzieja Olchy i jego zmarłej żony, od których wszystko się zaczyna. Za to dla równowagi wątek opornie idącej integracji króla Lebannena z obcą kulturowo księżniczką Kargardu generuje akcenty humorystyczne, niepozbawione zresztą feministycznej szpilki. W istocie jest to powieść o szukaniu porozumienia i jedności, zarówno między ludźmi jak i między światami. Efekt wysiłków naszych bohaterów kieruje całość w stronę taoistycznego rozumienia życia po śmierci, co nie dziwi zważywszy bliskość tego nurtu samej Autorce i liczne elementy taoizmu rozsiane szczodrze po całym cyklu. Finalnie "Inny wiatr" pozostawia pewien niedosyt, być może przez znaczną liczbę bohaterów i rozproszenie uwagi, być może przez niedomknięcie pewnych wątków (los Geda dopełni się dopiero w późniejszym aż o 17 lat opowiadaniu "Blask ognia"). Z perspektywy czasu w światotwórstwie cyklu widać też szwy, "Inny wiatr" podważa wiedzę o zaświatach wyniesioną z wcześniejszych części (zwłaszcza z "Najdalszego brzegu"), podobnie jak zmienia się przedstawienie smoków, a w tej kwestii od pierwszego do ostatniego tomu Autorka wykonała zwrot o pełne 180 stopni. Trudno jednak, w tak złożonym, nasyconym symboliką, filozofią i znaczeniami, tworzonym przez aż 54 lata (!) wieloczęściowym fresku, o niezmienność idei i pomysłów, zwłaszcza że Autorka sama nieraz podkreślała, że dojrzewała wraz ze swym cyklem, a cykl wraz z nią. I w moim ostatnim tekście o Ziemiomorzu chcę to wyraźnie sformułować - jest on (cykl) jako całość czymś absolutnie wyjątkowym, bezprecedensowym na wielu płaszczyznach, nasyconym symboliką, filozoficznie mądrym i estetycznie spełnionym, godzącym intymne skupienie i epickie światotwórstwo, a wreszcie - i to może najważniejsze - łączącym powieść z medytacją. Dzieło niezwykłe.
Ode mnie:
Inny wiatr: 5,0 / 6
Ziemiomorze (cykl): 6 / 6
___
www.ZaOkladkiPlotem.pl : Rzetelne recenzje od 2011 r.
PRZYPOWIEŚĆ O POJEDNANIACH
Przeszło dekadę po czwartej powieści cyklu, twórczyni Ziemiomorza w jednym roku zaserwowała czytelnikom aż dwa tomy: zbiór opowiadań, oraz piątą, ostatnią powieść. Warto przypomnieć sobie ostatni tekst tamtego zbioru ("Ważka"), gdyż stanowi on swoisty łącznik między "Tehanu" (bohaterki tych tekstów mają wspólną pewną fundamentalną cechę) a "Innym...
POSZERZANIE ŚWIATA
Pięć opowiadań ze świata najpiękniejszego literackiego archipelagu to próba uzupełnienia niektórych z luk przed i pomiędzy kolejnymi powieściowymi historiami składającymi się na cykl o Ziemiomorzu. "Szukacz", będący w zasadzie z racji rozbudowanej konstrukcji bardziej nowelą niż opowiadaniem, przybliża genezę czarnoksięskiej szkoły na Roke, której początki obracają się wokół młodego Wydry tak jak wielkie skrzydła wrót szkoły obracają się wokół niepozornych zawiasów. "Diament i Czarna Róża" to historia wyboru między uczuciem a powołaniem. Najbardziej chyba dramatyczne "Kości Ziemi" dotykają młodości Ogiona, późniejszego nauczyciela Geda/Krogulca. "Historia z Górskich Moczarów" to znowóż czarnoksięskie dylematy, choć w nieco innym ujęciu niż w "Diamencie..." (mające miejsce w czasie arcyksiężnikowania Geda na Roke). Z kolei "Ważka", kolejny dłuższy tekst w zbiorze, zarówno przez postać bohaterki jak i fabułę, wpasowuje się pomiędzy późniejsze tomy Ziemiomorza (a dokładnie po "Tehanu"). Przy okazji tych epizodów poznajemy różne niuanse rzeczywistości i historii Archipelagu (jak choćby obecność i nieobecność kobiet w czarnoksięskiej szkole), a nawet te teksty, które pozornie niewiele wnoszą do cyklu i wiedzy o jego świecie ("Diament…" i "Historia...") , są udanymi migawkami, skłaniającymi do zadumy na przykład nad tym, że sam talent nie oznacza jeszcze przeznaczenia, kiedy nie ma woli by pójść za tym talentem. Ale to pierwsze, trzecie i piąte opowiadanie przesądzają o wartości zbioru, i to w nich, wewnątrz fabuł, najwięcej wplecionych jest zatrzymujących uwagę refleksji. W każdym razie piękno, prostota i niemal mitologiczny uniwersalizm przenikają te utwory w stopniu nie mniejszym, niż powieściowe odsłony cyklu o tym chyba najpiękniejszym z literackich światów.
Ode mnie: 5,5 / 6
___
www.ZaOkladkiPlotem.pl : Rzetelne recenzje od 2011 r.
POSZERZANIE ŚWIATA
Pięć opowiadań ze świata najpiękniejszego literackiego archipelagu to próba uzupełnienia niektórych z luk przed i pomiędzy kolejnymi powieściowymi historiami składającymi się na cykl o Ziemiomorzu. "Szukacz", będący w zasadzie z racji rozbudowanej konstrukcji bardziej nowelą niż opowiadaniem, przybliża genezę czarnoksięskiej szkoły na Roke, której...
PRZYPOWIEŚĆ O PORANIONYCH
Cykl o Ziemiomorzu ma tę cechę, że poszczególne opowieści splatają się i zazębiają, ale zachowują znaczną autonomię. Dzielą je spore odstępy czasowe i przestrzenne, a łączące je nitki wydarzeń podane są często mimochodem, a nie w formie jednolitej fabularnej sagi. Każda odsłona z trzech poprzednich obraca się wokół innej postaci (czarnoksiężnik Ged, kapłanka Tenar, książę Arren). "Tehanu" sprowadza ich wszystkich w jedno miejsce, na znaną nam już z pierwszej powieści wyspę Gont, ale kluczową rolę pełni tym razem jeszcze ktoś nowy: poparzone i okaleczone dziecko, dziewczynka cudem uratowana ze złych rąk przez niegdysiejszą kapłankę z Atuanu. Jednooka Therru nie jest jedyną pokiereszowaną osobą na Goncie, bo podobnie zdruzgotany jest Ged zwany Krogulcem, do niedawna Arcymag, przywieziony na Gont przez smoka zaraz po tym jak utracił swą czarnoksięską moc w finale "Najdalszego brzegu". Oboje, i Ged, i Therru, ale każde inaczej, będzie próbowało określić siebie na nowo, zbudować nową tożsamość na bliznach i gruzach, zmagając się z depresją i klasycznym zespołem stresu pourazowego. Brzmi to może mało literacko, ale takie jest sedno: "Tehanu", najbardziej kameralna i introwertyczna, ale zarazem najbardziej przejmująca odsłona Ziemiomorza, jest przypowieścią właśnie o re-konstruowaniu siebie.
Choć nie tylko. Przyjęta perspektywa, a jest nią punkt widzenia ponad 40-letniej już Tenar, pociąga za sobą wykładnię kobiecego widzenia świata, życia i przemijania. Opowieść, zamkniętą w obrębie tylko jednej wyspy i zaledwie trzech-czterech lokacji, w dodatku niemal zupełnie odartą z elementów fantastycznych, determinują relacje między bohaterami: ze zdruzgotanym Gedem, a także - może nawet ważniejsza - z poparzoną Therru. Tenar, która niegdyś sama odrzuciła splendor powierniczki Pierścienia Erreta-Akbego i wybrała proste pasterskie życie na wyspie Gont, jest teraz punktem odniesienia dla tych obojga po przejściach. Jej historia to też opowieść o odnajdywaniu swojej siły w prostocie codzienności, i o trudnym ale koniecznym wyzwalaniu się z ciasnego gorsetu ról społecznych. Role te nie są bowiem dane raz na zawsze, nie są samą tożsamością, a ta - też nie jest niezmienna. Tak, jest tu wyraźna perspektywa feministyczna (którą Autorka podkreśla także w posłowiu), ale jest to przesłanie na wskroś ogólnoludzkie. Arcymag nie musi być do śmierci arcymagiem, a pokiereszowane i zdruzgotane dziecko może rozwinąć skrzydła. Trzeba tylko czasu.
Ode mnie: 5,5 / 6
___
www.ZaOkladkiPlotem.pl : Rzetelne recenzje od 2011 r.
PRZYPOWIEŚĆ O PORANIONYCH
Cykl o Ziemiomorzu ma tę cechę, że poszczególne opowieści splatają się i zazębiają, ale zachowują znaczną autonomię. Dzielą je spore odstępy czasowe i przestrzenne, a łączące je nitki wydarzeń podane są często mimochodem, a nie w formie jednolitej fabularnej sagi. Każda odsłona z trzech poprzednich obraca się wokół innej postaci (czarnoksiężnik...
PRZYPOWIEŚĆ O ŚMIERTELNOŚCI
Minęło kilkadziesiąt lat od wydarzeń opisanych w "Grobowcach Atuanu", kiedy Ged zwany Krogulcem był młodym czarnoksiężnikiem, a tym bardziej od wydarzeń pierwszej części cyklu o Ziemiomorzu, gdy dopiero uczył się magicznego fachu. Tu jest tuż starym Arcymagiem, władającym mocami wokół szkoły magów na wyspie Roke. Tam właśnie trafia książę Arren z Enladów, jednego z królestw północnej części Archipelagu. We dwóch podejmą się próby ratowania świata, gdyż w Ziemiomorzu niepokojąco zanika znajomość pieśni, zaklęć magicznych i rzemiosła, a razem z nimi zagrożone jest istnienie całyej ziemiomorskiej społeczności. Przeto doświadczony mag i młody dziedzic obierają kurs śladem napływających złych wieści, najpierw na Południowe Rubieże, a następnie na zachód, aż poza krańce znanego świata... a także w zaświaty, gdyż misja wymagać będzie stawienia czoła Złu czającemu się w Krainie Umarłych.
Zachowując charakter swoich baśni z Ziemiomorza jako dzieł o procesie dojrzewania, mistrzyni fantastyki dotyka za każdym razem jego innego aspektu. Tym razem podróż każe bohaterom zmierzyć się z własną śmiertelnością, kruchością życia, ale też nietrwałością otaczającego świata. Krogulec, którego osoba znajdowała się w centrum pierwszej odsłony cyklu, jest tutaj, podobnie jak w drugiej, postacią ważną, może nawet kluczową, ale nie centralną. W jego przypadku mamy naturalne kontinuum losów, wyłaniające się tego co już wiemy z poprzednich obu tomów, jak i uzupełniane w podanych mimochodem dopowiedzeniach. W ten sposób dowiadujemy się jak po odnalezieniu Pierścienia Erretha Akbe na Atuanie Ged objął godność Arcymaga, albo o Tenar, zamieszkałej obecnie na wyspie Gont, rodzinnej wyspie Geda. Teraz będzie musiał stawić czoła dawnemu przeciwnikowi, kto wie, czy nie potężniejszemu od siebie. Czy zatem rejs na tytułowy najdalszy brzeg to ostatnia misja jego życia?
Jednak emocjonalnie centrum powieści stanowi młody książę Arren, na którego arcytrudna misja spada nagle i niespodziewanie, zwłaszcza że on sam nie posiada magicznych zdolności, a jedynie rodzinny miecz. W podróży z mądrym, ale z biegiem czasu coraz bardziej wycofanym do wewnątrz starzejącym się Arcymagiem, chłopak będzie musiał stawić czoła świadomości, iż podróż na południe i zachód jest ostatnim aktem jego nieprzesadnie długiego życiorysu, a domu, który za sobą zostawił, nie ujrzy już nigdy, bo z Krainy Umarłych nie wraca się żywym. Czy zatem przyjdzie mu złożyć swoje młode życie w ofierze?
Jakkolwiek będzie, na pewno jednak Arren uczy się, że śmiertelność jest niezbywalną częścią życia, a w gruncie rzeczy dopiero mając jej świadomość mozna to życie odpowiednio docenić. Jak mówi Ged: "Odrzucić śmierć, to znaczy odrzucić życie". Kolejna więc historia opisuje - podobnie jak poprzednie tomy ale zarazem inaczej - "rytuał przejścia". A w zasadzie dwa rytuały: inicjacyjny Arrena i schyłkowy Krogulca. Oba doświadczenia są komplementarne wobec siebie, akceptacja nieuchronnego losu splata się z przyzwoleniem na własną kruchość i nietrwałość. Wyzwanie z gruntu magiczne jest w istocie metaforą rzeczywistych doświadczeń człowieka, fantazyjna baśń przekłada się na życie.
Używanie magii zresztą ma w tym świecie konkretne ograniczenia, co kilkukrotnie podkreśla Arcymag, jej użycie nie może bowiem zakłócać wewnętrznej równowagi świata. Przeto sztuka magiczna - a w szerszym, metaforycznym ujęciu wszelka przewaga, moc czy władza - jest nierozerwalnie związana z odpowiedzialnościa i powściągliwością. Toteż powieściowe niepokojące wypadki to właśnie zakłócenie tej, skądinąd rozumianej bardzo w duchu taoistycznym, harmonii. A świat, Ziemiomorze, zniewala tu urodą, zachwyca jeszcze większym niż w poprzednich epizodach epickim rozmiarem morskich przestrzeni, od zakamarków wysp, po nieskończone połacie wody w odległych miejscach poza Archipelagiem, których nie obejmują już mapy. Naturalnie podróż oznacza tu przeważnie żeglugę. Wisienką na torcie jest pływająca kolonia Dzieci Otwartego Morza - ludu żyjącego na tratwach. No i smoki, te wielkie smoki, piękne i straszne, przedwieczne i ponadczasowe! Kraina to na wskroś niezwykła, będąca dziełem wyobraźni splecionej z wielką wrażliwością na urodę świata. Jest w tej kreacji poetyckie zacięcie, melodyjność i powściągliwość opisów, malarskie ujęcie przestrzeni, wód, mgieł, świateł. Coś nieskończenie pięknego.
Ode mnie: 5,5 / 6
___
www.ZaOkladkiPlotem.pl : Rzetelne recenzje od 2011 r.
PRZYPOWIEŚĆ O ŚMIERTELNOŚCI
Minęło kilkadziesiąt lat od wydarzeń opisanych w "Grobowcach Atuanu", kiedy Ged zwany Krogulcem był młodym czarnoksiężnikiem, a tym bardziej od wydarzeń pierwszej części cyklu o Ziemiomorzu, gdy dopiero uczył się magicznego fachu. Tu jest tuż starym Arcymagiem, władającym mocami wokół szkoły magów na wyspie Roke. Tam właśnie trafia książę Arren...
Mało znana, a jedna z najlepszych, najciekawszych i czytelniczo najbardziej zajmujących pozycji z literatury obozowej. Jest to połączenie pisanego w kolejnych ukryciach dziennika (ten kończy się 21 czerwca 1944, w pierwszą rocznicę tytułowej ucieczki) z uzupełniającym go reportażem o późniejszych losach J.P. Zapiski b. więźnia są literacko szorstkie, ale miejscami rozdzierające. Jego tragedia i wewnętrzna przemiana, dramatyczna eskapada, wreszcie (uzasadniona) zawziętość sądów o Niemcach oraz niektórych (nie wszystkich) Polakach - składają się na dynamiczną opowieść o kapitalnym potencjale filmowym. Pfeffer przewyższa na tym polu, moim zdaniem, Szpilmana. Jego opowieść jest bardziej wielowymiarowa, portrety ludzi - nieoczywiste, napięcie - większe, a i pole do dyskusji o złu i dobru w narodach - bogatsze. Reportaż Agaty Blei, stanowiący 1/3 książki, dopowiada powojenne losy Pfeffera, a w nich jak na dłoni widać trudny happy-end, na którym długim cieniem kładzie się trauma nieludzkiej straty. Ta część jest ładnie napisana, inteligentnie wprowadzająca ważną postać Marii, a także podkreślająca ciężar przeszłości w amerykańskim życiu J.P. Wisienką na torcie jest spotkanie z Jerzym Kwiatkowskim, innym pamiętnikarzem z Majdanka. To najpierw u niego właśnie przeczytałem o Pfefferze i jego ucieczce. Relacje obu Jerzych znakomicie się uzupełniają, bo Pfeffer stosunkowo mało miejsca poświęca samemu obozowi, a Kwiatkowski pisze w większości o Majdanku, bardzo rzeczowo i wyczerpująco - to chyba największa kopalnia wiedzy pośród relacji z KL Lublin. Zainteresowanym tematyką Holocaustu zwracam na Pfeffera uwagę - warto tę zapomnianą pozycję odszukać na rynku wtórnym (nie jest droga). W bibliografii źródeł obozowych i wojennych to wyjątkowa historia, z której niezwykle łatwo byłoby wykroić scenariusz filmowy.
Mało znana, a jedna z najlepszych, najciekawszych i czytelniczo najbardziej zajmujących pozycji z literatury obozowej. Jest to połączenie pisanego w kolejnych ukryciach dziennika (ten kończy się 21 czerwca 1944, w pierwszą rocznicę tytułowej ucieczki) z uzupełniającym go reportażem o późniejszych losach J.P. Zapiski b. więźnia są literacko szorstkie, ale miejscami...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toUWAGA - OSOBY ZAINTERESOWANE EBOOKIEM ZROBIONYM Z ODCINKÓW DRUKOWANYCH W "PRZEKROJU", O KTÓRYCH MOWA W INNYM KOMENTARZU, NIECH PISZĄ DO MNIE NA PRIV (ŁATWO MNIE NAMIERZYĆ).
UWAGA - OSOBY ZAINTERESOWANE EBOOKIEM ZROBIONYM Z ODCINKÓW DRUKOWANYCH W "PRZEKROJU", O KTÓRYCH MOWA W INNYM KOMENTARZU, NIECH PISZĄ DO MNIE NA PRIV (ŁATWO MNIE NAMIERZYĆ).
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Spodziewałem się trącącej myszką, trochę koturnowej opowieści o młodych akowcach (to akurat wiadomo), takiej harcersko-wojenno-sentymentalnej gawędy, z prostym stylem i sztucznymi dialogami. A dostałem panoramiczną, szczerą do bólu historię, w której króluje nieprzerwane zmaganie ze strachem, brutalna przemoc i przygnębiająco pesymistyczny ton. Bratny, sam w czasie wojny walcząc w AK, operuje własnymi wspomnieniami z niedalekich przecież czasów - powieść ukończył w 1956 roku, tylko kilka lat po zamknięciu się jej fabuły. Splata losy kilku młodych mężczyzny, zaangażowanych w walkę z okupantem: lewicującego inteligenta Jerzego (alter ego samego autora), trochę narwanego Kolumba o żydowskich korzeniach, rozsądnego Zygmunta, Czarnego Ola z ziemiańskiej rodziny, dobrodusznego Malutkiego. Są też dziewczyny - ukochane, rzadziej żony; później, w Powstaniu - łączniczki, sanitariuszki. Ich przedpowstaniowe losy to przekrojowy obraz codziennego życia stłamszonej okupacją Warszawy. Ciągły strach (łapanki, aresztowania, nasłuch na radiostacie) sąsiaduje ze zrywami odwagi w aktach oporu. Trafiają się Polacy dobrzy i podli, ale też źli i porządni Niemcy - jak żołnierz Wehrmachtu odwiedzający akowca Jerzego. Okresy względnego spokoju przerywają co rusz bądź akty ślepego terroru, bądź ukierunkowane akcje okupanta, często odwetowe. W efekcie niektórzy bohaterowie nie dożyją nawet do końca pierwszego tomu.
Jednak "noc" okupacyjna to nic w porównaniu z grozą Powstania. Trzeba przyznać, że lapidarny reportażowy styl Bratnego znakomicie sprawdza się w rwanej, niespokojnej stylistyce opisów walk ulicznych. Takie sceny jak atak "goliata", słynne przebicie "Radosława" ze Starówki czy przejście kanałami szarpią nerwy, a kolejne zgony punktują tą tragiczną opowieść w mocny, rozdzierający sposób. Szczególnie dramatyczny los staje się udziałem kobiet, które niemal wszystkie giną w potwornych okolicznościach - gwałcone, płonące, torturowane w katowniach Gestapo. Bratny nie oszczędza czytelnika, ale gdzie trzeba zachowuje powściągliwość, często pozostawiając pole do popisu czytelniczej wyobraźni, przez co niekiedy naprawdę przechodzi dreszcz. Osiąga efekt podobny filmowemu - zwłaszcza w tomie środkowym, powstaniowym, często odnosi się wrażenie kręconego "z ręki" reportażu. Istotne jest też, że niejedna ważna scena znalazła się "poza kadrem" - ale bohaterowie którym towarzyszymy, też nie wszystko widzieli na własne oczy (niemniej wśród tych pominięć wydaje mi się błędem pisarskim nagłe zniknięcie Aliny, żony Jerzego, która w połowie 2. tomu wyparowuje z fabuły bez śladu).
Zaskakuje otwartość polityczno-historyczna "Kolumbów". Bratnemu udało się wstrzelić ze swoją powieścią w moment gomułkowskiej odwilży, przez co przez cenzurę przeszła zdumiewająca otwartość tekstu w sprawach śliskich politycznie. W pierwszym tomie wielokrotnie omawiana jest sprawa Katynia, wspomniana została agresja sowiecka 17 września 1939 roku (a nawet współpraca Sowietów z Niemcami), wzajemna niechęć AK i berlingowców, wpływ zatrzymania się Rosjan na wschodnim brzegu Wisły na upadek Powstania - to wszystko przedstawione jest szokująco otwarcie bez owijania w eufemizmy. Podobnie w 3., powojennym tonie - z bliska opisana jest walka LWP z dawnymi akowcami, zakłamanie propagandy, bezduszne machinacje systemu podporządkowującego sobie rzeczywistość w imię "wyższej prawdy" i cierpienie ludzi skazanych przez ów system na różne formy niebytu. Jedni z "kolumbów" dadzą się uwieść socjalistycznemu mirażowi, inni będą starali się po prostu przystosować do nowych warunków, a jeszcze inni znajdą się poza nawiasem oficjalnego życia. Posępność lat powojennych przełamuje tylko łotrzykowska historia Kolumba, który z towarzyszami broni trudni się przemytem samochodów (i czego jeszcze się da).
Bratny z "Kolumbów" nie jest wybitną indywidualnością pisarską. Miejscami osuwa się w sztuczność, patos (zwłaszcza w rozmyślaniach Jerzego). Najlepiej wypada tam, gdzie wybiera reportażowy konkret, lapidarność stylu, wyrazisty obraz i nerwowy, rwany rytm narracji. Na szczęście niewiele jest w "Kolumbach" zadęcia. Za to zaskakująco dużo szczerości - i okrucieństwa wojny. Ludzie, z którymi się rozstajemy na końcu, sprawiają wrażenie jakby przeżyli całe życie - a przecież żaden z nich nie ma jeszcze 30 lat. Zakończenie powieści, przynajmniej dla tych którzy go dożyli, pozostaje otwarte, wiele wątków niedomkniętych; po prostu zostawiamy "kolumbów" gdzieś w ciągłości ich pogmatwanych życiorysów, przed kolejnymi decyzjami, w poplątanej rzeczywistości. Ważna, i - mimo wad - sugestywna powieść.
5 / 6
___
www.ZaOkladkiPlotem.pl : Rzetelne recenzje od 2011 r.
Spodziewałem się trącącej myszką, trochę koturnowej opowieści o młodych akowcach (to akurat wiadomo), takiej harcersko-wojenno-sentymentalnej gawędy, z prostym stylem i sztucznymi dialogami. A dostałem panoramiczną, szczerą do bólu historię, w której króluje nieprzerwane zmaganie ze strachem, brutalna przemoc i przygnębiająco pesymistyczny ton. Bratny, sam w czasie wojny...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
LEKCJA HISTORII KLASYCZNEJ
Nazwisko Wildera poznałem kompletując na blogu listę pulitzerową, gdyż w 1928 roku był laureatem za powieść "Most San Luis Rey" (nagrodę tę otrzymał potem jeszcze dwukrotnie za sztuki teatralne). Napisał w życiu sporo, a dwie dekady po "Moście..." opublikował powieść epistolarną o Juliuszu Cezarze. A dokładnie o ostatnich miesiącach życia Dyktatora, z nieuchronną kulminacją w dniu 15 marca 44 p.n.e., wskazaną juz w tytule.
Nieczęsto spotykany gatunek powieści epistolarnej, której najsłynniejszym chyba przykładem są "Niebezpieczne związki" de Laclosa, zaś najnowszym wspaniała "Solfatara" M. Hena, to w wydaniu amerykańskiego pisarza kolekcja przeszło 70 listów, raportów i wierszy (skądinąd tylko te ostatnie są autentyczne), pogrupowanych w precyzyjnie przemyślanych czterech kolekcjach. Każda kolejna część zaczyna się wcześniej i kończy się później niż poprzednia, począwszy od pierwszej, ograniczonej do jednego miesiąca 45 roku p.n.e. Ostatnim dokumentem w książce jest relacja Swetoniusza o zabójstwie Cezara. Zanim jednak do tego dojdzie, zagłębimy się w galimatias animozji, ambicji, przemyśleń i namiętności toczących rzymskie wyższe kręgi. Centralną postacią jest tu Juliusz Cezar, którego działania i motywacje poznajemy z listów, za pośrednictwem których komunikuje swoje decyzje, oraz tych pisanych do zaufanego niewidomego przyjaciela na Capri - a tylko wobec niego władca świata odsłania swoje najgłębsze wątpliwości i refleksje. Stąd nieraz listy Cezara do Turrynusa tłumaczą rzeczywiste motywy, stojące za rzeczowymi listami do innych. A jest o czym pisać, bo Cezara otacza gęstniejąca atmosfera niechęci wśród rzymskiej arystokracji, mściwa namiętność fascynującej i nieobliczalnej skandalistki Klodii, podszyta niejasnością przyjaźń z Markiem Brutusem, a emocje u wszystkich budzi też wizyta królowej Egiptu w Wiecznym Mieście. Nie zabraknie oczywiście zamachów, a nawet profanacji obrzędów religijnych. Choć nie warto uczyć się od Wildera szczegółów historii klasycznej, gdyż dla potrzeb opowieści poprzesuwał niektóre wydarzenia, o czym zresztą lojalnie uprzedza we wstępie.
Szkatułkowa konstrukcja odsłania stopniowo motywacje bohaterów i następstwa ich czynów, ale prócz tego czteroaktowa struktura wyodrębia pewne tematyczne dominanty. Pierwsza porcja listów rozstawia figury i rozrysowuje zależności między nimi, druga koncentruje się na miłości i relacjach osobistych, w trzeciej dominującym tematem jest religia i jej rola społeczno-polityczna - przy czym tu trzeźwe spojrzenie Cezara na obrzędy i "wolę bogów" ujawnia, jakim wdzięcznym jest ona narzędziem manipulacji. Ostatnia część dokłada do tego zadumę nad przemijaniem i spaja wszystko w spójną, domykającą się całość. Thornton Wilder jest przy tym myślicielem-humanistą i nie szuka towarzyskich skandali, ale koncentruje się przemyśleniach swoich bohaterów i znaczeniach, osobistych bądź symbolicznych, jakie niosą poszczególne fakty. Ważnym spoiwem jest tu polityka, przy czym raczej rozumiana jako sztuka zarządzania społeczeństwem, a nie sztuka intrygi, bo pisarza zupełnie nie obchodzą personalne rozgrywki i ta sfera jest niemal nieobecna. Nad wszystkim unosi się za to autorska refleksja o relacjach człowieka zarządzającego z zarządzanym, o władzy jako darze i zobowiązaniu, o odpowiedzialności męża stanu i samotności jednostek wyrastających ponad innych swojej epoki. A także o równości wobec nagiego faktu, że wszyscy tak czy inaczej umrą.
W "Idach marcowych" Wilder pożenił tradycyjną epistolarną formę z nowoczesną (nie tylko jak na swoje czasy) refleksją, łączącą emocjonalny i socjologiczny wymiar polityki. Z racji mnogości szczegółów, zwłaszcza niuansów powracających wydarzeń, powieść domaga się dwukrotnej lektury, niemniej mimo pozornie ciężkiej w odbiorze materii wciąga w sieć osobistych zależności i uwodzi mądrością Cezarowych przemyśleń, wśród których nie brak zdań wartych zapamiętania. Dyktator Rzymu w ogóle jest tu postacią większą niż życie, a na pewno wyrastającą ponad swoją epokę (skądinąd widziałem go wciąż z twarzą Ciarana Hindsa z wybitnego serialu HBO). Idy mają też sporo pokrewnego ze słynnym "Ja, Klaudiusz" Gravesa i dla miłośników tej powieści są szczególnie wskazane: stanowią dzieło pokrewne stylistycznie, równie barwnie ożywiające starożytny Rzym i jego mieszkańców, a finałowe partie niemalże stykają się z początkiem narracji cesarza-jąkały.
Ode mnie: 5,0 / 6
___
www.ZaOkladkiPlotem.pl : Rzetelne recenzje od 2011 r.
LEKCJA HISTORII KLASYCZNEJ
Nazwisko Wildera poznałem kompletując na blogu listę pulitzerową, gdyż w 1928 roku był laureatem za powieść "Most San Luis Rey" (nagrodę tę otrzymał potem jeszcze dwukrotnie za sztuki teatralne). Napisał w życiu sporo, a dwie dekady po "Moście..." opublikował powieść epistolarną o Juliuszu Cezarze. A dokładnie o ostatnich miesiącach życia...
PRZYPOWIEŚĆ O WYBORZE
Druga odsłona klasycznego cyklu o Ziemiomorzu jest tak bardzo odmienna od poprzedniczki, jak tylko może być historia dziejąca sie w tym samym uniwersum. "Czarnoksiężnik" to powieść drogi, dynamiczna historia dojrzewania, prezentacja barwnego i rozległego świata. "Grobowce" to rzecz osadzona w jednym tylko zakątku, kameralna, skupiona. I pozornie oderwana od poprzedniczki. Pozornie, bo ostatecznie wszystko się zazębia jak powinno.
Tenar, dziewczynka wyznaczona przez Los i Wiarę na kapłankę grobowców Bezimiennych, od najmłodszego dzieciństwa dorasta w zamkniętym klasztorze, pod przybranym imieniem Arhe przygotowując się w surowych warunkach do pełnienia zaszczytnej roli. Tyle, że wiara ta jest, jak z czasem sobie uświadomi, traktowanym instrumentalnie nawet przez starsze, surowe kapłanki martwym reliktem, z którym nie liczy się świat zewnętrzny. W iście średniowiecznej atmosferze nastąpi wyłom, kiedy los ześle intruza w postaci znanego z poprzedniego tomu młodego czarnoksiężnika Geda. Tenże w podklasztornych labiryntach poszukuje pewnego artefaktu....
W budzącej dreszcz scenerii klasztornego Podgrobia Le Guin przeprowadza reinterpretację mitu o Tezeuszu i Ariadnie, przede wszystkim jednak przedstawia drugą, odmienną od poprzedniej, historię o dojrzewaniu. Sednem jest konieczność wyboru między powinnością a wolnością, między tym co wpojone od dzieciństwa, a tym, co odsłania się, gdy dojrzewający umysł wybija się na niezależność. Podobnie jak "Czarnoksiężnika", a może nawet bardziej, historię Tenar czytam na wpół świadomie w kluczu nastoletniego odbiorcy, rozważając dylemat między kursem bezpiecznym, zgodnym z oczekiwaniami "kapłanek" (rodziców), a zewem autonomii, który ciągnie w nieznane, być może groźne, ale upojne. Wpisany jest w to też wątek fascynacji drugim człowiekiem i jego światem, a wielobarwne napięcie między Tenar i Gedem jest podana ze smakiem i wyczuciem niuansów godnym wielkiej literatury, wielkiej pisarki. Mimo że Grobowce mają zupełnie niepozorne rozmiary, wypełnione są detalami z olśniewającą wyobraźnią, gęste od niesamowitej atmosfery i zupełnie mimochodem rozszerzają wiedzę o Ziemiomorzu. To epika, ale o introwertycznym, miejscami wręcz o medytacyjnym charakterze. Jakże odmienna od barokowo rozbuchanego w przestrzeni i czasie tolkienowskiego Śródziemia, którego wizja, bez umiaru obudowana genealogiami i fantasy-etnografią, zbyt często przypomina sztukę dla samej sztuki. U Le Guin nie ma tej światotwórczej ostentacji, natomiast jest skupienie na życiu wewnętrznym bohaterów, na znaczeniach i symbolach, dzięki czemu bez porównania lepiej znosi próbę czasu. Zwróćcie uwagę na przykład na rolę imion - już w tamtym tomie znana była ich moc, ale jak tutaj jest ona wykorzystana! A jeśli dodać nieprawdopodobną wręcz urodę opisów i - last but not least - elementy żeglarskie, bo w końcu jesteśmy na Archipelagu - to wpadam w ten świat bez zastrzeżeń.
Ode mnie: 5,5 / 6
___
www.ZaOkladkiPlotem.pl : Rzetelne recenzje od 2011 r.
PRZYPOWIEŚĆ O WYBORZE
Druga odsłona klasycznego cyklu o Ziemiomorzu jest tak bardzo odmienna od poprzedniczki, jak tylko może być historia dziejąca sie w tym samym uniwersum. "Czarnoksiężnik" to powieść drogi, dynamiczna historia dojrzewania, prezentacja barwnego i rozległego świata. "Grobowce" to rzecz osadzona w jednym tylko zakątku, kameralna, skupiona. I pozornie...
CIEPŁO, CIEPŁO
Michael Mann to pewnie największy obecnie stylista kina sensacyjnego, indywidualista portretujący w swoich wystylizowanych dramatach twardych, skoncentrowanych, oddanych swojej profesji mężczyzn. Przeważnie profesja ta polega na łamaniu prawa, rzadziej - jego pilnowaniu. Zaś w przypadku "Gorączki", trzygodzinnego epickiego kolosa z Alem Pacino i Robertem De Niro, chodzi symetrycznie o przedstawicieli obu tych profesji, gdyż Mann sportretował w niej na równych prawach napadającego na banki złodzieja Neila McCauleya i ścigającego go Vincenta Hannę z LAPD. Twórca udanie pożenił tu peckinpahowskie motywy wzajemnych relacji między ścigającym i ściganym z chłodną poetyką pejzaży współczesnego Los Angeles i niezwykle perfekcyjną aranżacją scen akcji (jedno i drugie w obiektywie wielkiego Dante Spinottiego). Od lat nosił się później z pomysłami na kontynuację tej opowieści, dodajmy że bogatej już na ekranie w postaci drugoplanowe i uzupełniające historie (ostatecznie trzygodzinny metraż nie wziął się znikąd). Powieść, która ukazała się w 2021 roku, jest jednocześnie kontynuacją i poprzedzeniem fabuły "Gorączki".
Mann dwutorowo opowiada o akcji sprzed 7 lat względem macierzystego filmu oraz o tym, co działo się bezpośrednio po śmierci McCauleya i ucieczce związanego z nim Chrisa Shiherlisa z LA. Fabuła z 1988 roku pokazuje nam Neila jako profesjonalistę, ale jeszcze nie tak wyobcowanego, jak ma to miejsce w "Gorączce". To on powie później: "Nie wiąż się z niczym, czego nie mógłbyś porzucić w ciągu pół minuty kiedy zrobi się gorąco". Ale jeszcze nie teraz. Natomiast Mann dostarczy nam szarpiącej nerwy niezwykle brutalnej fabuły w klimatach współczesnego amerykańskiego pogranicza z Meksykiem (to trochę literacji teren Dona Winslowa), w ciągu której będziemy mogli przekonać się, jak McCauley stał się taki. Z kolei dzieje Chrisa po 1995 roku zahaczają o Amerykę Południową, nielegalny handel hackowanymi systemami zabezpieczeń i cyberprzestępczość. Jeśli to echa "Hakera", ostatniego, niezbyt udanego filmu Manna, to na szczęście wypadają lepiej niż ten tytuł. W dodatku koniec końców wszystko w tej rozłożystej fabule elegancko się zazębia i dopina.
Generalnie jest to lektura wyłącznie dla wielbicieli Gorączki, którzy odnajdą tu znanych bohaterów i poznają ich nieznane dotychczas losy. Książka nie sprawia wrażenia napisanej na siłę kontynuacji, wierzę Mannowi, że nieraz wracał do uniwersum swojego opus magnum, stopniowo budując sobie w głowie całą sagę. Fabularnie nie mam się czego czepić, ta historia aż się prosi na ekran. Jeśli coś drażni, to zaskakująca, jak na tych akurat bohaterów, emocjonalność, no ale McCauley jest tu jeszcze stosunkowo młody, a Shiherlis zawsze miał bardziej impulsywną osobowość niż szef. Co do porucznika Hanny, to najciekawsze jest jego spalanie się w pościgu za zwyrodnialcem, za którym już w 1988 roku omal nie trafia na Neila. Ale co się odwlecze, to nie uciecze ;-)
Jedyną wyraźną słabością dzieła Manna i wspomagającej go Gardiner jest, no własnie, dwoistosć stylu. Przy czym mam dziwne wrażenie, że najlepsze partie, lakoniczne ale pełne klimatu, oparte na tworzących nastrój detalach i dobrej dynamice, należą do reżysera, zaś pisarka odpowiada za zbyt łopatologiczne opisy, toporne i powtarzalne dopowiedzenia emocji które jeśli mamy odrobinę empatii sami wywnioskowaliśmy, oraz za snucie patetycznych refleksji nieprzystających do konkretu mannowskich postaci. Ten rozdźwięk przez całą książkę uderza i omal nie zacząłem zakreślać ołówkiem odstających stylem akapitów. Stąd, mimo świetnej opowieści sensacyjnej, tylko 4,5 - no i życzę sobie zobaczyć to wszystko na ekranie.
Od mnie: 4,5 / 6
___
www.ZaOkladkiPlotem.pl : Rzetelne recenzje od 2011 r.
CIEPŁO, CIEPŁO
Michael Mann to pewnie największy obecnie stylista kina sensacyjnego, indywidualista portretujący w swoich wystylizowanych dramatach twardych, skoncentrowanych, oddanych swojej profesji mężczyzn. Przeważnie profesja ta polega na łamaniu prawa, rzadziej - jego pilnowaniu. Zaś w przypadku "Gorączki", trzygodzinnego epickiego kolosa z Alem Pacino i Robertem De...
SZTUKA PAMIĘTANIA
W swojej szóstej już książce Maciej Hen (rocznik 1955) wraca do własnego dzieciństwa, by opowiedzieć skrawek historii w skali mikro. Warszawa lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, portretowana z godną podziwu spostrzewczością i pamięcią do szczegółów, jest tu przestrzenią pozornie zwyczajną: szkoła, podwórko, dom, radio. Co czyni wyjątkową tę akurat rodzinę to zanurzenie w kulturze, wszak ojciec młodego Maćka to pisarz-erudyta, stąd chłopiec dorasta w niezwyczajnej w jego wieku świadomości dzieł sztuki - od Beatlesów, przez Prousta, po Rubensa. Nierzadko więc przekłada własne, uroczo sensualnie ale z żartobliwym dystansem ujęte doświadczenia chłopięcego życia emocjonalnego, na ich odbicie w sztuce. Do pewnego zresztą momentu te przeżycia per se nie wykraczają poza uniwersalne doświadczenia dorastającego małolata - może poza towarzyszącym im otoczeniem, a dokładnie przewijającymi się w świecie Maciusia postaciami znanymi z katalogów bibliotecznych, jak Adam Bahdaj, Hanna Ożgowska, później Maciej Słomczyński ("zgryźliwy rudzielec"), czy Witold Wirpsza. No i poza epizodycznymi występami w filmach. Nie mogło w tym wszystkim zabraknąć, rzecz jasna, fascynacji muzyką Beatlesów, która w dorosłym już życiu zaowocowała arcyciekawą książką.
Ale pod tą codziennością powoli zbiera się mrok, przemoc, której źródeł dziecko początkowo nie potrafi zrozumieć, Antysemityzm wydarzeń marcowych ’68 nie wkracza w opowieść z hukiem, Hen nie czyni też przy tej okazji wykładu z historii, konsekwentnie trzymając się indywidualnej perspektywy wczesnego nastolatka. To raczej pęknięcia w świecie, który dotąd wydawał się stabilny. Ktoś znika z klasy (jak Monika Unger, córka Leopolda), dla kogoś przestajesz być "swój", narasta przemoc rówieśnicza - słowna i fizyczna, kolejni znajomi rodziców "podają na wyjazd". Historia wdziera się tu w życie nie przez wielkie słowa, ale przez indywidualne doświadczenie agresji, z którym chłopak próbuje sobie radzić najlepiej jak potrafi (jak w scenie z papierosem i "jogą").
Jednocześnie "Tratwa..." nie jest książką ponurą. Autor z czułością zapisuje drobiazgi: zapachy, gesty, często podszyte komizmem spotkania rówieśnicze, więź z rodzicami, rozmowy z innymi ważnymi członkami rodziny. To one budują przeciwwagę dla historycznego ciężaru. Hen zdaje się mówić: nawet w czasach tektonicznych wstrząsów życie nie przestaje się toczyć, a pamięć nie składa się wyłącznie z ran. Mimo wszystko młody Maciek kończy podstawówkę i rozpoczyna nowy etap.
Warto tę książkę czytać bez pośpiechu, by nie umknęła jej zmysłowość i drobne smaczki poszczególnych scen. O ile o gomułkowskiej rzeczywistości w skali makro jest dużo opracowań, to jej codzienne doświadczenie ożywa właśnie w indywidualnych wspomnieniach. To niezwykle cenne, że ktoś potrafi przelać je na papier.
___
www.ZaOkladkiPlotem.pl : Rzetelne recenzje od 2011 r.
SZTUKA PAMIĘTANIA
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toW swojej szóstej już książce Maciej Hen (rocznik 1955) wraca do własnego dzieciństwa, by opowiedzieć skrawek historii w skali mikro. Warszawa lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, portretowana z godną podziwu spostrzewczością i pamięcią do szczegółów, jest tu przestrzenią pozornie zwyczajną: szkoła, podwórko, dom, radio. Co czyni wyjątkową tę akurat...