Tratwa z pomarańczami

Okładka książki Tratwa z pomarańczami autora Maciej Hen, 9788368180619
Okładka książki Tratwa z pomarańczami
Maciej Hen Wydawnictwo: Wydawnictwo Filtry literatura piękna
312 str. 5 godz. 12 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Data wydania:
2025-08-27
Data 1. wyd. pol.:
2025-08-27
Liczba stron:
312
Czas czytania
5 godz. 12 min.
Język:
polski
ISBN:
9788368180619
Średnia ocen

7,2 7,2 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Tratwa z pomarańczami w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Tratwa z pomarańczami



książek na półce przeczytane 449 napisanych opinii 191

Oceny książki Tratwa z pomarańczami

Średnia ocen
7,2 / 10
37 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Tratwa z pomarańczami

avatar
310
310

Na półkach:

Bardzo ciekawe wspomnienia. Choć generalnie nie przepadam za wspomnieniami z dzieciństwa i wczesnej młodości, te bardzo przypadły mi do gustu. Nie bez znaczenia na pewno było to, że autor sporo pisze o swoim ojcu. A Józef Hen to mój ulubiony pisarz.

Bardzo ciekawe wspomnienia. Choć generalnie nie przepadam za wspomnieniami z dzieciństwa i wczesnej młodości, te bardzo przypadły mi do gustu. Nie bez znaczenia na pewno było to, że autor sporo pisze o swoim ojcu. A Józef Hen to mój ulubiony pisarz.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
366
118

Na półkach:

SZTUKA PAMIĘTANIA

W swojej szóstej już książce Maciej Hen (rocznik 1955) wraca do własnego dzieciństwa, by opowiedzieć skrawek historii w skali mikro. Warszawa lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, portretowana z godną podziwu spostrzewczością i pamięcią do szczegółów, jest tu przestrzenią pozornie zwyczajną: szkoła, podwórko, dom, radio. Co czyni wyjątkową tę akurat rodzinę to zanurzenie w kulturze, wszak ojciec młodego Maćka to pisarz-erudyta, stąd chłopiec dorasta w niezwyczajnej w jego wieku świadomości dzieł sztuki - od Beatlesów, przez Prousta, po Rubensa. Nierzadko więc przekłada własne, uroczo sensualnie ale z żartobliwym dystansem ujęte doświadczenia chłopięcego życia emocjonalnego, na ich odbicie w sztuce. Do pewnego zresztą momentu te przeżycia per se nie wykraczają poza uniwersalne doświadczenia dorastającego małolata - może poza towarzyszącym im otoczeniem, a dokładnie przewijającymi się w świecie Maciusia postaciami znanymi z katalogów bibliotecznych, jak Adam Bahdaj, Hanna Ożgowska, później Maciej Słomczyński ("zgryźliwy rudzielec"),czy Witold Wirpsza. No i poza epizodycznymi występami w filmach. Nie mogło w tym wszystkim zabraknąć, rzecz jasna, fascynacji muzyką Beatlesów, która w dorosłym już życiu zaowocowała arcyciekawą książką.

Ale pod tą codziennością powoli zbiera się mrok, przemoc, której źródeł dziecko początkowo nie potrafi zrozumieć, Antysemityzm wydarzeń marcowych ’68 nie wkracza w opowieść z hukiem, Hen nie czyni też przy tej okazji wykładu z historii, konsekwentnie trzymając się indywidualnej perspektywy wczesnego nastolatka. To raczej pęknięcia w świecie, który dotąd wydawał się stabilny. Ktoś znika z klasy (jak Monika Unger, córka Leopolda),dla kogoś przestajesz być "swój", narasta przemoc rówieśnicza - słowna i fizyczna, kolejni znajomi rodziców "podają na wyjazd". Historia wdziera się tu w życie nie przez wielkie słowa, ale przez indywidualne doświadczenie agresji, z którym chłopak próbuje sobie radzić najlepiej jak potrafi (jak w scenie z papierosem i "jogą").

Jednocześnie "Tratwa..." nie jest książką ponurą. Autor z czułością zapisuje drobiazgi: zapachy, gesty, często podszyte komizmem spotkania rówieśnicze, więź z rodzicami, rozmowy z innymi ważnymi członkami rodziny. To one budują przeciwwagę dla historycznego ciężaru. Hen zdaje się mówić: nawet w czasach tektonicznych wstrząsów życie nie przestaje się toczyć, a pamięć nie składa się wyłącznie z ran. Mimo wszystko młody Maciek kończy podstawówkę i rozpoczyna nowy etap.

Warto tę książkę czytać bez pośpiechu, by nie umknęła jej zmysłowość i drobne smaczki poszczególnych scen. O ile o gomułkowskiej rzeczywistości w skali makro jest dużo opracowań, to jej codzienne doświadczenie ożywa właśnie w indywidualnych wspomnieniach. To niezwykle cenne, że ktoś potrafi przelać je na papier.

___
www.ZaOkladkiPlotem.pl : Rzetelne recenzje od 2011 r.

SZTUKA PAMIĘTANIA

W swojej szóstej już książce Maciej Hen (rocznik 1955) wraca do własnego dzieciństwa, by opowiedzieć skrawek historii w skali mikro. Warszawa lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, portretowana z godną podziwu spostrzewczością i pamięcią do szczegółów, jest tu przestrzenią pozornie zwyczajną: szkoła, podwórko, dom, radio. Co czyni wyjątkową tę akurat...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
303
26

Na półkach:

Maciej Hen w „Tratwie z pomarańczami” zabiera nas w niezwykłą podróż po Warszawie, ale nie tej znanej z przewodników, to Warszawa z lat 50 i 60, pełna wspomnień, duchów przeszłości i złożonych historii ludzi, których życie splata się z dziejami miasta.

Hen znakomicie oddaje atmosferę Warszawy, która jest niemal jednym z bohaterów opowieści. W szczególności zapadają w pamięć fragmenty, gdy autor opisuje ulice swojego dzieciństwa, grę w pikuty, wyprawę po mąkę macową, opowiadanie o kolejce Piko, wyprawę do cyrku, spacer z matką po choinkę, wizyty z ojcem w księgarni.

Narracja jest prowadzona z perspektywy chłopca, który stara się zrozumieć swoją żydowską tożsamość. Jego relacja z matką, pełna ciepła i miłości, to jeden z najsilniejszych motywów książki. Szczególnie wzruszająca jest ta scena, gdy matka milczy na temat Zagłady, bo straciła całą rodzinę, tylko czasem wyrywa jej się bolesne: „O mamusiu moja”, jeśli dobrze zapamiętałam.

Hen nie unika trudnych tematów: wspomnień rodzinnych o wojnie, przemian politycznych i społecznych, prześladowań Żydów w latach 1967-68. Jednak robi to z wyczuciem, nie pozwalając, by historia przytłoczyła bohaterów. Wręcz przeciwnie, on pokazuje, jak mimo burz dziejowych, człowiek potrafi zachować godność i miłość do życia. Mam tu na myśli m.in historię wujka Sewka z Ameryki. Historia o psie ratującym mu życie jest wyjątkowa.

Styl pisania Hena jest na wskroś realistyczny, jego zdania są precyzyjne, pełne obrazów i emocji, co czyni lekturę wyjątkowo angażującą. Doskonałym przykładem jest scena, gdy bohater płynie po Wiśle i wyłania pończochę z martwymi kotkami.

Metafora tytułowej tratwy z pomarańczami jest symbolem podróży młokosa, który za chwilę rozwinie żagiel i popłynie przez życie. Zapewne będzie pamiętał zapach pomarańczy, które ciotka wysłała mu z Jaffy. Ten zapach to także symbol dzieciństwa spędzonego w socjalizmie. Święta tak wtedy pachniały. Pomarańcze były rzadkim luksusem.

„Tratwa z pomarańczami” to opowieść autobiograficzna o dorastaniu chłopca z Warszawy,, to bildungsroman, który łączy w sobie historię intelektualnej rodziny żydowskiej, która cudem ocalała z Zagłady, a jednocześnie opowiada uniwersalną historię o poszukiwaniu siebie.
To książka ciepła, mądra i pięknie napisana i zdecydowanie warta lektury.

Maciej Hen w „Tratwie z pomarańczami” zabiera nas w niezwykłą podróż po Warszawie, ale nie tej znanej z przewodników, to Warszawa z lat 50 i 60, pełna wspomnień, duchów przeszłości i złożonych historii ludzi, których życie splata się z dziejami miasta.

Hen znakomicie oddaje atmosferę Warszawy, która jest niemal jednym z bohaterów opowieści. W szczególności zapadają w...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

144 użytkowników ma tytuł Tratwa z pomarańczami na półkach głównych
  • 102
  • 41
  • 1
13 użytkowników ma tytuł Tratwa z pomarańczami na półkach dodatkowych
  • 5
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Maciej Hen
Maciej Hen
Książka Macieja Hena "Solfatara" została nominowana w Plebiscycie Książka Roku 2015 lubimyczytać.pl w kategorii Powieść historyczna. Urodził się w 1955 roku w Warszawie. W 1980 r. ukończył wydział operatorski łódzkiej PWSFTiT. Próbował swoich sił w różnych dziedzinach: bywał operatorem filmowym, scenarzystą, fotografem, reżyserem filmów dokumentalnych, dziennikarzem, tłumaczem, muzykiem i aktorem. Debiutował w roku 2004 powieścią "Według niej", którą opublikował pod pseudonimem Maciej Nawariak.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Równiny Gerald Murnane
Równiny
Gerald Murnane
Jest niezerowa szansa, że jestem za głupia na tą książkę. A na pewno jestem na nią za głupia w tym momencie (Q4=zapierdol=mózg dziurawy jak durszlak). Cały czas miałam podobne wrażenie jak w czasach studenckich, kiedy codziennie musiałam przebijać się przez zadane teksty i z kilkudziesięciu stron antropologicznego pitolenia destylować tą jedną stronę treści, o którą faktycznie chodziło. Nie wiem czy to kwestia długich zdań Murnane'a czy jego języka, który jest równocześnie suchy i taki meandrująco-poetycki, ale cały czas miałam wrażenie, że trzyma mnie na wyciągnięcie ręki, nie pozwalając się zbliżyć do tego wydestylowanego znaczenia. Zwłaszcza w części drugiej, przy rozkminach o bibliotece i Czasie, mój mózg był w jakimś zupełnie innymi wymiarze i jakoś obok tego wszystkiego przepłynęłam, już nawet nie próbując skumać czy jest tu jakieś znaczenie czy kompletnie nie. Zdaje się, że autora porównuje się do Borgesa i Calvino. Faktycznie miałam podczas lektury wrażenie, że Murnane sobie heheszkuje z takiego artystyczno-intelektualnych analiz i poszukiwania głębi we wszelkich tekstach kultury (zwłaszcza w pierwszej części kiedy bohater i osoby, z którymi gada próbują skonstruować Równiny i ich mieszkańców, którzy na maksa chcą się odróżnić od reszty świata). Ale może wcale nie taki był zamiar, tylko znów ja czegoś nie zrozumiałam. Z pewnością trollowanie Borgesa i Calvino jest dla mnie bardziej przejrzyste i prostsze do skumania. No więc daję 6/10, bo doświadczenie czytania tej książki było dla mnie po prostu poprawne. Nie będę jej rozkminiać, a za pół roku pewnie w ogóle nie będę o niej pamiętać, ale to raczej kwestia tego, że to po prostu nie "mój" typ książki.
symulakrum - awatar symulakrum
ocenił na63 miesiące temu
Trzewia Aleksandra Paduch
Trzewia
Aleksandra Paduch
„Chowamy się za brzuchami wypełnionymi wszystkim tym, co nie może lub nie chce się ujawnić. Chowam się za historiami wypełnionymi wszystkim tym, co nie mogło lub nie chciało się ujawnić.” (s. 111). Obrazy rozpisane na mikrorozdziały połączone przestrzenią kuchni, która staje się intymnym centrum snucia historii. Aleksandra Paduch nie oszczędza czytelnika, wybiera mocne, soczyste, momentami bolesne zdania, karmi narrację mięsistymi i surowymi kadrami. Jest w tej opowieści gęsto od niedopowiedzeń, przemilczanych emocji, śmierci gnieżdżącej się w zniekształconych ciałach, dawnych rytuałach, byciu obok życia. Bohaterowie, bezimienni dziadkowie, zostają zakotwiczeni w konkretnych miejscach, opowiadają siebie przez mapę - tę przestrzenną i fizyczną, cielesną. Przeplatają się w narracji obrazy jedzenia, spożywania, nieustannej potrzeby napełniania braku, zajadanie niewypowiedzianych słów, pożeranie bólu, utraty. Codzienna krzątanina babki, matki w kuchni, momenty wspólnoty przy posiłkach, kiedy otwierały się drzwi wspomnień i opowieści. I za tym podążają narracje o utracie, śmierci, która nabiera fizyczności pod postacią umierających, bliskich ciał. „Dotyk umierał ostatni” i w „Trzewiach” jest mocny obraz oswajania śmierci, momenty pożegnań przeplatane z tym co codzienne, bez patosu i fałszu. Na ten brak odpowiedniego języka w obliczu straty odpowiada gest, mimika, dotyk. W te historie wchodzi się coraz głębiej i głębiej, trzewia pulsują, pochłaniają, tak wiele w nich zakamarków, labiryntów, każdy rozdział to schodzenie w podziemia wspomnień. Nie jest tu przyjemnie, stabilnie, przewidywalnie i dlatego narracja porywa nas w nieoczekiwane miejsca, w pozornie sprzeczne obrazy, które tworzą mapę pokoleń, naznaczonych wojną, przesiedleniami, pierwszymi powiewami kapitalizmu i konsumpcjonizmu. Pociągający jest sam tytuł - „Trzewia” - słowo tak nieobecne w potocznym języku, literackie, dźwięczne, a jak pojemne i plastyczne. Idealne aby być metaforyczną klamrą dla tych rodzinnych opowieści. Do czytania i przeżywania! Wynotowałam jeszcze jeden ważny cytat o pisaniu sobą, swoim życiem, o potrzebie zapisywania: „Nie rozmawialiśmy ze sobą, więc pisałam. Już nieco wcześniej, ale i znacznie później, pisanie biegło rownolegle z życiem” (s. 37). Wydawnictwo Czarne
Marcelina - awatar Marcelina
oceniła na826 dni temu
Którędy do wyjścia? Katarzyna Boni
Którędy do wyjścia?
Katarzyna Boni
Czy zdajemy sobię sprawę z tego,że kiedy pijemy wodę ,pijemy kosmos? A lodowce odkrywane są całunami ? Czy wyobrażamy sobie świat po zmianach klimatycznych za kilkanaście,kilkadziesiąt lat ? Książka " Którędy do wyjścia ?" jest wyrazem wrażliwości, uważności na sprawy klimatu,przyrody. Także dziesięcioletnią pracą naukową, (emocjonalną) nad kwestią zmian klimatu i kryzysami. Autorka przybliża nam kwestię żałoby po odchodzącym powoli świecie ( każdego dnia giną bezpowrotnie kolejne gatunki roślin,zwierząt ) i przekonuje,że " ...doświadczamy straty tylko w takim stopniu, w jakim doświadczaliśmy połączenia z tym , co utracone ". Pani Katarzyna Boni pokazuje jak naprawdę wygląda kryzys ,którego wszyscy doświadczamy i którego jesteśmy sprawcami. Książka porusza problem poczucia winy ,rozdźwięku między poczuciem straty a pędem codziennego życia. Znajdziemy tutaj informacje o zagrożonych gatunkach ,o wyprawie do krainy lodowców, o historii rozwoju technologii, o historii Smeerenburga, o sposobach naukowców na odtworzenie wymarłych gatunków zwierząt ,o Banku Nasion,o Bibliotece Końca Świata,gdzie za pięćset euro można oddać do depozytu własne wspomnienia ..o badaniach geologicznych ( plastikowe gwoździe !),o próbach stworzenia samodzielnego ekosystemu na ziemi etc. Żałoba osobista po dziadkach splata się z żałobą po świecie przyrody. A nieprzewidywalność życia ( zmienione plany osobiste ,pandemia ) wymagają od człowieka odwagi ,żeby każdą żałobę przeżywać i doświadczać życia we wszystkich jego aspektach. " Przestań jęczeć,zacznij tańczyć". I co zostaje ? Tam gdzie jest strach przed utratą, skrywa się przecież miłość do tego świata . ....pieczenie bułeczek z Maciupkiem ,obserwowanie ślimaków ,opiekowanie się roślinami ,dotyk futra psa ,kota,zapach ziemi po deszczu, sadzenie roślin..,świadome życie. Dobre to było .
Vera - awatar Vera
oceniła na812 dni temu
Kapo Aleksandar Tišma
Kapo
Aleksandar Tišma
Kto mnie zna ten wie, że temat Zagłady i literackie świadectwa z czasów II wojny światowej od zawsze znajdują się w kręgu moich zainteresowań. Szukam w nich odpowiedzi na pytania o granice ludzkiej wytrzymałości, czytając historie ludzi, którzy przeszli przez piekło obozów koncentracyjnych. "Kapo", książka, której pozytywne opinie przykuły moją uwagę zapowiadała się na lekturę, która uderzy we mnie z wielką siłą. I rzeczywiście początek tej opowieści jest niezwykle wciągający. Autor Aleksandar Tišma wrzuca czytelników w sam środek brutalnej, wojennej machiny, gdzie życie ludzi nie większej wartości. Szybko jednak okazuje się, że ta początkowa dynamika to tylko wstęp do ciężkiej i bardziej statycznej formy narracji. Z czasem fabuła zwalnia a my czujemy się jak zamknięci w pułapce, którą jest umysł głównego bohatera. Historia skupia się na losach więźnia, który w brutalnych warunkach obozu koncentracyjnego przyjmuje funkcję tytułowego kapo. Śledzimy jego drogę od momentu przybycia do obozu, przez dramatyczną walkę o przeżycie każdego dnia, aż po moment, w którym staje się on narzędziem w rękach oprawców. Bohater to postać, która wywołuje w czytelniku poczucie dyskomfortu. Jest ofiarą i katem w jednym co sprawia, że nasz stosunek do niego jest zabarwiony niechęcią i brakiem zrozumienia. "Kapo" to studium poczucia winy i znużenia. Narracja z czasem staje się przytłaczająca i monotonna gdyż w niemal w całości skupia się na wewnętrznych przemyśleniach bohatera, który próbuje się rozliczyć z własną przeszłością. Obserwujemy kogoś, kto obsesyjnie analizuje każdą podjętą decyzję, każdy zły uczynek i każdy moment, w którym instynkt przetrwania wygrał z ludzką przyzwoitością. W naszych głowach rodzi się pytanie o moralność, w czasach, gdy akurat ta postawa nie jest specjalnie w cenie. Choć druga połowa książki bywa nużąca "Kapo" to lektura, która drapie sumienia. To lektura trudna i momentami przegadana, ale dla osób zainteresowanych psychologicznym aspektem wojny może wydać się interesująca. Mnie specjalnie nie porwała, a przyznam, że na to liczyłam.
Jeżynka - awatar Jeżynka
oceniła na61 miesiąc temu
Grzeczne dłonie. Wszystko, co złe, i wszystko, co piękne na świecie Ana Dragu
Grzeczne dłonie. Wszystko, co złe, i wszystko, co piękne na świecie
Ana Dragu Eduard Dragu-Sălăgean
Teksty „Grzeczne dłonie” Any Dragu oraz „Wszystko, co złe, i wszystko, co piękne na świecie” Eduarda Dragu to poruszające świadectwa codzienności w obliczu zmagań z autyzmem. Pierwsza opowieść przedstawia samotną matkę, która dzień po dniu stara się tłumaczyć swojemu synowi w spektrum, jak funkcjonuje świat i relacje międzyludzkie. To historia matki poszukującej sposobów wsparcia dziecka w codziennym życiu. Druga opowieść ukazuje perspektywę chłopca autystycznego, uwypuklając jego spojrzenie na otoczenie, w którym żyje. W ten sposób nie tylko uzupełnia, ale i wzmacnia narrację pierwszej historii. Ana Dragu nie unika trudnych tematów. Jej opowieść jest emocjonalna, pozbawiona lukru, a jednocześnie ujmująca i szczera. To dziennik codziennych zmagań – od diagnozy, przez niekończącą się niepewność, po nocne lęki i samotność – wynikające z konieczności radzenia sobie z wyzwaniami wychowania dziecka w spektrum autyzmu. Autorka pokazuje macierzyństwo jako ogromną odpowiedzialność pełną miłości, ale też poczucie niesprawiedliwości i ból. Narracja Any Dragu łączy warstwę emocjonalną z matczyną delikatnością i wyczuciem dziecka w skrajnych sytuacjach. Prócz podejścia uczuciowego, autorka wplata konkretną, naukowo potwierdzoną wiedzę – o neurobiologii, zawiłościach rumuńskiego systemu zdrowia oraz barierach administracyjnych i społecznych. Eduard Dragu wnosi do tej historii równie istotny element: perspektywę dziecka-autysty, który nie tylko odbiera świat, ale i współtworzy go poprzez swoje reakcje, potrzeby i wyobrażenia. To głos często pomijany w podobnych publikacjach. Jego narracja pozwala czytelnikowi wejść w myśli osoby autystycznej, ułatwiając zrozumienie innego sposobu odczuwania i pojmowania rzeczywistości. Obie historie są autentyczne i życiowe, ukazując wielowymiarowo życie z osobą autystyczną. Obok perspektywy matki pojawiają się punkty widzenia rodzeństwa, nauczycieli, lekarzy czy opiekunek dziecka. To dokument budujący mosty – pokazuje, że zrozumienie i akceptacja autyzmu są możliwe, gdy łączy się wiedzę naukową z empatią i otwartością na inny sposób myślenia. Po lekturze pozostaje poczucie, że autyzm to nie tylko diagnoza medyczna ale przede wszystkim wyzwanie stawiane rodzicom i zagubionemu dziecku. To przede wszystkim codzienność wypełniona wzlotami i upadkami, małymi i większymi krokami oraz kolejnymi wyzwaniami do pokonania. Książka uwrażliwia, rozwija empatię i pokazuje, że odmienności nie należy oceniać ani się ich bać – warto je zrozumieć i zaakceptować. To także opowieść o wspaniałej odwadze i mądrości matki, która potrafi odróżnić rzetelną naukę od szarlatanerii i stara się wytłumaczyć zagubionemu dziecku zawiłości świata. Lektura obowiązkowa, poszerzająca perspektywę i wrażliwość czytelnika.
Dominika Rygiel - awatar Dominika Rygiel
ocenił na64 miesiące temu
Tylko durnie żyją do końca Zyta Rudzka
Tylko durnie żyją do końca
Zyta Rudzka
Lida zapłakała w życiu tylko raz, wyrażając żałobę po niespełnieniu największego marzenia; powoli godząc się z tym, że na pewne warunki nie ma rady. Nie przeskoczysz, choćbyś chciał bo świat i ludzie szybko sprowadzą cię do parkietu. Położą pod butem. A potem jeszcze oplują dla pewności, że zrozumiałeś swoje położenie. Lida zaczęła więc stopniowo wyłamywaĉ się z oswojonych pobieżnie schematów. Najpierw odrzuciła intelektualizm płynący w jej żyłach od strony rodziców, a kilka lat póżniej miasto, by na nowym, wiejskim terenie doświadczyć namacalnie deklasacji w podupadłym gospodarstwie. Ale na tym nie koniec postępującej degradacji. Bezlitosnego szargania rodzicielskich nadziei. Lida bowiem bewstydnie wikła się w autorski hedonizm: osobliwą mieszankę miłosnej - choć wytrwałej - swobody, poważania kultury fizycznej oraz koneserskiej, rzecz jasna wyłącznie "rekreacyjnej" kultury spożywania bimbru własnej produkcji. Zyta Rudzka serwuje nam szarpaną, stylizowaną i mocną w wydźwięku prozę. Taką w której wrodzona mądrość miesza się z filozoficznym bełkotem. Pijackim przegięciem. Swoistą pozą, którą bohaterowie przybierają, gdy brakuje już słów, które można by wypowiedzieć po wielu latach wspólnego życia w powszechnie nieakceptowanej konfiguracji. Autorka zdecydowanie nie uznaje półśrodków. Tam, gdzie trzeba uderza prosto w oczy i to ze zdwojoną siłą. Jednakże w momentach wymagających okazania śladu czułości, przywiązania czy zwyczajnej nostalgii za przeszłością stosownie tonuje język Lidy, naszej zapalczywej narratorki. Gorącej ciałem, mową i temperamentem. Polskiej Dolly Parton z imponującą kolekcją gwizdków trenerskich wyeksponowaną na szyi. "Tylko durnie żyją do końca" to historia ludzi żyjących w trójkącie, bez planu, na marginesie lokalnej społeczności. Wykolejonych, ale w pewnym sensie... szczęśliwych? Nie oglądających się na konwenanse, a zatem budzących takie zgorszenie, że nawet ksiądz ucieka na ich widok, gdzie pieprz rośnie. IG: zlizujelitery
Deppowa - awatar Deppowa
oceniła na71 dzień temu
Dzieci świętej Małgorzaty Ante Tomić
Dzieci świętej Małgorzaty
Ante Tomić
Święta Małgorzata jest patronką kobiet ciężarnych. I właśnie w intencji spłodzenia potomka przybywa do pewnego dalmatyńskiego miasteczka zdesperowane małżeństwo. To tu mają się odbywać obchody ku czci świętej. Ich wątek przeplata się z innymi: syryjskiego imigranta, bankrutującego biznesmena, przedsiębiorczego policjanta mającego w planach sprzedawać ćevapy i mogącego poszczycić się piękną córką. Kibicuje im osioł pana Mikuli, który bezbłędnie potrafi wyczuć chemię między ludźmi i nie waha się głośnym rykiem obwieszczać o tym światu. Czy obchody ku czci świętej Małgorzaty będą owocne? Ante Tomić swego czasu zauroczył mnie książka „Cud w Dolinie Poskoków”, więc bez wahana sięgnęłam po jego kolejną powieść, która na polskim rynku ukazała się dzięki oficynie literackiej Noir Sur Blanc. Ta zatytułowana jest „Dzieci Świętej Małgorzaty”. Chorwacki autor po raz kolejny serwuje nam satyrę i to nieco przaśną satyrę. I tu się na chwilę zatrzymam. Tomić pokazuje, że przaśność nie musi być wulgarna Że – pomimo iż – fabuła powieści kręci wokół robienia dzieci, można pisać o tym sympatycznie i zabawnie. Że seks może i jest tematem przewodnim, ale nie dominuje, nie przyćmiewa innych aspektów. Miasteczko, w którym dzieje się akcja to takie miejsce, gdzie po prostu się żyje. Ludzie mają sporo wyrozumiałości wobec sąsiadów. Może nie zawsze rozumieją świat, ale biorą go takim jaki jest, nie komplikując sobie specjalnie życia. I ta prostolinijność urzeka czytelnika, a na satyrycznej kanwie tworzy swego rodzaju krzywe zwierciadło relacji międzyludzkich, miłości, kochania. Po raz kolejny rewelacyjnie bawiłam się z książką tego chorwackiego pisarza. Tomić – trochę jak Mrożek – pokazuje, że satyra nie musi być skomplikowana. Ona nie musi przytłaczać czytelnika formą czy językowymi konstruktami. „Dzieci Święte Małgorzaty” to komedia pełną gębą. Komedia, która może być odświeżająca w świecie pełnym terminów i planowania. Czy jeszcze wiemy, co to spontaniczność?
Asia_czytasia - awatar Asia_czytasia
oceniła na96 dni temu

Cytaty z książki Tratwa z pomarańczami

Więcej
Maciej Hen Tratwa z pomarańczami Zobacz więcej
Więcej