Szaleństwo Cthulhu Arthur C. Clarke 6,0

ocenił(a) na 22 lata temu Przyznam szczerze, że oceniłem książkę po okładce, zarówno zachęcającej grafice, jak i literach złożonych w wyrazy, które stanowiły dla mnie obietnicę. Kup, a będzie dobrze, będziesz zadowolony. Doświadczysz jeszcze ciężkiego, mglistego powietrza świata Lovecrafta.
A wyszło jak zwykle. Ileż ja bym dał, by okładka jakością nigdy nie odbiegała od zawartości, która się za nią skrywa. Ileż czasu by mi to oszczędziło, a ile pieniędzy!
No, ale, do rzeczy.
Przeczytałem do pewnego stopnia dwa pierwsze opowiadania, następujące po klasyku jakim jest „W górach szaleństwa”. Po tych dwóch pierwszych opowiadaniach, z których żadnego nie dokończyłem, skazałem cały zbiór na banicję, poza granicę mojej uwagi, a w przyszłości i pamięci. Iście komunistyczne podejście, dwóch mi zawiniło, więc skazuję na śmierć całą rodzinę. Czy mogło jednak być inaczej? Nie mogło i każdy kogo wzrok spoczął na opowiadaniach takich jak:
- W górach pomroczności,
- Shoggoth z Fillmore,
zrozumie mnie do przesady. Wiele rzeczy już widziałem, czułem i słyszałem, niejednego doświadczyłem, co nieco udało mi się w tym życiu zrozumieć, a jednak, za młody wciąż jestem by pojąć, jak ktoś może być dyletantem tak krótkowzrocznym i zapatrzonym w siebie, by stwierdzić: no w sumie Lovecraft to fajne uniwersum stworzył, ale ja mam też parę fajnych pomysłów, co mu do głowy nie przyszły, to se je napiszę i dodam trochę, he he he.
Brzmi znajomo? Tak, ten rak, ten obrzydliwy pasożyt trawi też dzisiejsze adaptacje filmowe, a produkt tego trawienia serwuje się właśnie nam, odbiorcom, przekonując o jego niekwestionowanej jakości. Jeśli piekło istnieje, za sam ten grzech, za wykroczenie przeciwko kunsztowi ludzkiej kreatywności i wszechstronności w obróbce słowa, za brak poszanowania dokonań innych, przekonany jestem, że miejsce docelowe pośmiernych podróży takowych pokutników, będzie to Królestwo WszechPenetracji Khorna Rozpruwacza. Nic innego Wam się nie należy, drodzy Państwo, pogarda jedynie, zapomnienie i skazanie na siebie samych.
Gdybym miał to odnieść, sparafrazować, coby uczynić to zjawisko, którego doświadczyłem bardziej czytelnym i jasnym, powiedziałbym, że to tak jakbyś długo czegoś wypatrywał i szukał, tracąc nadzieję, ale jednak pielęgnując jakiś jej mały fragment w sobie, zawsze. I gdy on wykiełkuje, gdy zobaczysz już, że pojawiają się pierwsze liście, wtedy to, gdy nieco podrośnie, odkrywasz, że nie jest to fragment nadziei lecz chwast, który wyjałowił ziemię pod nią, a później wyrósł żywiąc się jej truchłem.
Tym właśnie jest ta książka.
Vesper oficjalnie traci miano mojego ulubionego wydawnictwa, choć większą już zbrodnię – współpracę z Urbanowiczem – jeszcze jakoś Wam wybaczyłem, teraz to koniec. Ani złotówka już do Was ode mnie nie popłynie, bo i nie jesteście jej w moich oczach warci. I choćbyście tworząc te okładki stawali na głowach i jajami klaskali, nie spojrzę nawet w Waszym kierunku. Nigdy więcej.