Clarkson i jego nowy świat już wkrótce w Polsce!

LubimyCzytać
03.11.2014

(materiały wydawcy)

Już niedługo na półki polskich księgarń trafi najnowszy tom „Świata według Clarksona” – najchętniej kupowanego w Polsce książkowego cyklu felietonów. To już piąta część tej kultowej serii! 

W "Świecie według Clarksona 5", zatytułowanym Przecież nie proszę o wiele…, Jeremy Clarkson na 600 stronach zamieścił aż 116 nowych, rozbrajająco zabawnych, niepoprawnych politycznie i obrazoburczych felietonów. Prezenter Top Gear i najsłynniejszy chyba dziennikarz motoryzacyjny na celownik swojego ostrego pióra bierze ekologów, inspektorów BHP, Szkotów, Albańczyków, członków Partii Pracy, rowerzystów, technomaniaków i malkontentów. Pisze o dziwnych zachowaniach niektórych Norwegów, każe brać przykład z Rosjan (przynajmniej w jednej kwestii) i o dziwo – pierwszy raz chwali Amerykanów. No i rzecz jasna – drwi z samego siebie, w czym zresztą jest mistrzem. W „Świecie według Clarksona 5” przeczytacie o jego problemach z psami, o zabijaniu czasu polowaniem na osy, o ultranowoczesnym mieszkaniu, którego nie umiał obsługiwać i o jednej z jego najbardziej przykrych (oprócz częstego kaca) przypadłości – wysokim wzroście. W najnowszym świecie nie zabraknie tradycyjnych już drwin z współprowadzących Top Gear kolegów – Jamesa Maya i Richarda Hammonda – jak również doskonałych porad, dzięki którym znaczna część społeczeństwa będzie mogła odmienić swoje życie: dowiecie się między innymi jak zbić interes na kamieniach w ogródku i co zrobić, by swoje życie na emeryturze uczynić nieco bardziej urozmaiconym. „Świat według Clarksona 5: Przecież nie proszę o wiele…” – książka Jeremy’ego Clarksona, której po prostu nie można przegapić....


Poniżej przedpremierowy fragment książki, w którym Jeremy Clarkson snuje rozważania na temat czasu i jego wartości, szukając złotej recepty, jak tracić go możliwie najmniej. I dochodzi do przerażających wniosków. Czas tracimy głównie w wyniku bycia uprzejmym. Musimy więc wziąć przykład z narodu, który uprzejmością nigdy się zbytnio nie przejmował…

Czas. To dziś rzecz tak cenna, że ochoczo wydajemy prawdziwą fortunę, by robić wszystko szybciej – tylko po to, żeby mieć czas robić więcej.

Jeszcze jakieś dziesięć lat temu, kiedy odczuwaliście naglącą potrzebę obejrzenia w sieci filmiku z przewracającym się kotem, załadowanie go zajmowało waszemu internetowi około minuty. Minuty, na poświęcenie której nikt z nas nie mógł sobie pozwolić. Następnie wpadliśmy na pomysł oglądania takich filmików także poza domem. Na szczęście konglomerat międzynarodowych operatorów komórkowych zapłacił brytyjskiemu rządowi dwadzieścia dwa miliardy funtów za coś, co zwie się 3G. Dzięki temu na obejrzenie przewracającego się kota wystarczyło poczekać ledwie pięć sekund, no i przez chwilę wszyscy byliśmy niezwykle szczęśliwi.

Potem jednak uświadomiliśmy sobie, że we współczesnym świecie pięć sekund to również o wiele za długo. Ostatnio operatorzy komórkowi zapłacili więc rządowi kolejną sumę – 2,3 miliarda funtów – za 4G, czyli usługę, która zapewnia niemal natychmiastowy dostęp do komicznych wypadków z udziałem zwierząt.

Identyczne zjawisko obserwujemy w przypadku wind. Potrzebujemy specjalnego przycisku do zamykania drzwi, ponieważ po prostu nie możemy czekać czterech sekund na to, aż zamkną się same. Zupełnie słusznie. Dwie podróże windą dziennie oznaczają stratę ośmiu sekund. W ciągu całego tygodnia roboczego daje to łącznie czterdzieści sekund. Przez ten czas zdążylibyśmy obejrzeć sześć przewracających się kotów. Oraz zabawną katastrofę śmigłowca.

To samo dotyczy naszego ulubionego supermarketu. Jeśli kolejki będą zbyt długie, pójdziemy gdzie indziej. Nawet jeśli zdajemy sobie sprawę, że sprzedawane w sąsiednim sklepie hamburgery zawierają koninę, paznokcie u stóp i purée z nietoperzy.

Zdaję sobie sprawę, że moja niechęć do marnowania czasu jest jeszcze bardziej chorobliwa niż u większości ludzi, ale jestem pewien, że wy także toczycie pianę z ust, kiedy chcecie obejrzeć film na DVD, a elektroniczne zabezpieczenia uniemożliwiają wam przeskoczenie poprzedzających go zastrzeżeń prawnych. Bo w ten sposób prawnicy kradną nasze życie. A my tego nie cierpimy.

Ale jedno wydaje się dziwne. Wściekamy się z powodu korków na drodze i klniemy, kiedy ludzie na chodniku idą zbyt wolno, a mimo to jesteśmy gotowi tracić codziennie całe godziny na wykrzywianie się w groteskowych uśmiechach i jałowe pogaduszki z obcymi.

Obsesja brytyjskiej klasy średniej na punkcie dobrych manier powoduje, że czujemy się zobowiązani porozmawiać z listonoszem o pogodzie i z fryzjerem o naszych wakacjach. Piszemy niedorzecznie długie listy z wyrazami wdzięczności do osób, którym zdążyliśmy już podziękować ustnie. W służbowych e-mailach używamy wielu najzupełniej zbędnych słów, ponieważ pragniemy być uprzejmi, a kiedy musimy zapytać o drogę, zawsze zaczynamy od: „Przepraszam najmocniej, że zawracam głowę, ale…”

Lecieliście gdzieś ostatnio samolotem? Przez wszechobecną uniżoność wygłoszenie dowolnego komunikatu zabiera pół godziny. „Czy życzyłby pan sobie może jakieś pieczywo?”

Wspominam o tym, bo dopiero co spędziłem tydzień w Rosji, gdzie dobre maniery najwyraźniej nie zostały jeszcze wynalezione. Kiedy recepcjonistce w hotelu potrzebny jest wasz paszport, nie powie: „Jeśli nie sprawi to panu kłopotu, to czy mogłabym zerknąć na pański paszport?”. Oznajmi tylko: „Paszport”. A jeśli nie zdołacie go znaleźć w ciągu trzech sekund, doda: „Ale już!”.

Kiedy wybieracie z karty dań rybę, której akurat nie ma, rosyjski kelner nie drażni was załamywaniem rąk. Stwierdza krótko: „Ryba wyszła”. A gdy usiłujecie przepchnąć bagaż przez obrotowe drzwi, nikt nie będzie cierpliwie czekać, aż się z tym uporacie. Zamiast tego wszyscy będą raz po raz popychać drzwi, dopóki nie zmiażdżą całej zawartości waszej walizki i nie odetną wam palców.

Kiedy brytyjski fan chce zrobić sobie ze mną zdjęcie, najpierw godzinami opowiada mi o tym, jak jego syn ogląda nasz program na jakimś kanale tematycznym, jak wspaniale potrafi mnie parodiować i jakim kultem otaczany jest w ich rodzinie Top Gear. Tymczasem w Rosji fani mówią po prostu: „Zdjęcie”. A jeśli nie mają przy sobie aparatu, każą nie ruszać się z miejsca, dopóki nie przywiozą go z domu.

Czy zdarzyło się wam kiedyś utknąć między dwoma Brytyjczykami w kolejce do wyciągu narciarskiego? „Pan przodem”. „Nie, to pan był pierwszy”. „Ależ nie, jestem pewien, że stałem za panem”. „Och, nic nie szkodzi. Mogę zaczekać. Taki piękny dziś dzień”. „Jest znacznie cieplej niż rok temu”. I po chwili macie ochotę zadźgać ich obu kijkiem narciarskim.

W Rosji stanie w kolejkach jest znacznie prostsze – bo nikt nie zawraca sobie nimi głowy. Maszerujecie po prostu na sam przód, a jeśli ktoś protestuje – to, co teraz powiem, zdarzyło się naprawdę – wyciągacie portfel i pokazujecie zrzędzie swoje karty kredytowe. Po rosyjsku oznacza to: „Jestem od ciebie bogatszy, słoneczko, więc się przymknij”.

Podobnie wygląda rosyjska wersja rozmowy, którą u nas określa się mianem uprzejmej dyskusji. Kontrargumentów nie owija się tam w subtelne aluzje. Rosjanie mówią po prostu: „Mylisz się” i idą dalej. Oto rozmowa, w której sam uczestniczyłem:

– Światem rządzą Żydzi.

– Prawdę mówiąc, nie wydaje mi się, żeby tak było.

– Mylisz się.

– Ale jest szereg przykładów na to, że…

– Powiedziałem: „Mylisz się”.

Dla Brytyjczyka to wszystko jest nadzwyczaj irytujące. Ale po pewnym czasie zaczęło do mnie docierać, że bycie niegrzecznym pozwala zaoszczędzić masę czasu i w dodatku nic nas nie kosztuje. Kiedy ktoś zatruwa wam wieczór swoimi idiotyzmami, powiedzcie mu po prostu, że się myli, i odejdźcie. Kiedy jesteście w sklepie mięsnym, nie zawracajcie sobie głowy towarzyskimi pogawędkami. Powiedzcie: „Dwa kotlety z kością” i czekajcie, aż podadzą wam cenę. Jeśli ktoś wlecze się chodnikiem, zepchnijcie go z drogi. Będąc w barze, nie starajcie się przyciągnąć spojrzenia barmana. Po prostu wykrzyczcie swoje zamówienie z końca kolejki.

Z pewnością działa to w Aerofłocie. Ich piloci startują, zanim jeszcze wszyscy pasażerowie zdążą się rozsiąść w fotelach, a kiedy samolot podchodzi do lądowania, pilot nie opowiada żadnych bzdur o pogodzie i nie życzy wam bezpiecznej dalszej podróży. Każe jedynie wyprostować oparcia i nie wstawać, dopóki samolot się nie zatrzyma. Ale i tak nikt go nie słucha.

Po wylądowaniu na Heathrow natknąłem się na bardzo przyjacielskiego urzędnika imigracyjnego. „Czy długo bawił pan za granicą?” – zagadnął uprzejmie. Zaoszczędziłem dwie sekundy, nie udzielając mu odpowiedzi.

Czułem się potem okropnie. Zżerały mnie wyrzuty sumienia. Ale na tym właśnie polega przekleństwo bycia Brytyjczykiem. To dlatego potrzebujemy 4G, przycisków do zamykania drzwi w windzie i szybkich kolei. Pozwalają nam one zaoszczędzić trochę czasu, który możemy poświęcić na pisanie bardzo długich listów z podziękowaniami i na pogawędki z mleczarzem.
 
3 marca 2013 roku

Reklama

komentarze [4]

Sortuj:
1803
334
03.11.2014 16:39

Mam jeszcze do nadrobienia kilka wcześniejszych części, ale jak tylko uda mi się to gdzieś dorwać, to chętnie zatopię się w lekturze, bo Clarksona z jego genialnym poczuciem humoru wręcz uwielbiam^^


1132
218
03.11.2014 15:45

Clarkson jak zwykle w świetnej formie. Dowcipny, cyniczny, celnie diagnozujący a następnie piętnujący otaczającą nas głupotę. Na pewno sięgnę po książkę.


1507
393
03.11.2014 15:44

Szczerze mówiąc to zamykam drzwi do windy, żeby nie dzielić z nikim (albo nikim więcej) kabiny. Co do książki, to nie mogę się doczekać :)


2801
4
03.11.2014 12:57

Zapraszamy do dyskusji.


zgłoś błąd