Jak opowiedzieć o wojnie?

Adam Jastrzębowski
28.01.2020

Korespondenci wojenni to według Wikipedii „dziennikarze pracujący dla prasy, radia, telewizji lub kronik filmowych, specjalizujący się w relacjonowaniu przebiegu konfliktów zbrojnych, przewrotów wojskowych lub rewolucji”. Innymi słowy – wojenne ćpuny uzależnione od adrenaliny.

Jak opowiedzieć o wojnie?

Tak sama siebie oraz swoich kolegów i koleżanki po fachu nazywa Anna Wojtacha, reporterka wojenna relacjonująca wojny między innymi w Iraku, Afganistanie, Gruzji czy Strefie Gazy. Jej poruszające relacje ze stref objętych działaniami wojennymi mogli oglądać telewidzowie głównych polskich stacji informacyjnych: TVP Info, TVN24 i Polsat News. W swoich książkach – w „Kruchym lodzie. Dziennikarzach na wojnie” oraz w mającej premierę w tym tygodniu publikacji „Ćpuny wojny. Tego nie zobaczysz w relacjach z frontu” – w bezkompromisowy sposób opisuje pracę reportera na wojnie. Pokazuje, jak blisko trzeba być strefy wojny, by nakręcić i przedstawić odbiorcom prawdziwe obrazy konfliktu. W końcu wszyscy relacjonujący konflikty dziennikarze działają według dewizy jednego z najwybitniejszych fotoreporterów wojennych, Roberta Capy:

Jeśli twoje zdjęcia nie są dostatecznie dobre, to znaczy, że nie jesteś dostatecznie blisko (...if your pictures aren’t good enough, you’re not close enough).

Reklama

W swojej książce Wojtacha opisuje pracę dla telewizji informacyjnej w XXI wieku, w czasach relacji na żywo, gdy siedząc na wygodnym fotelu przed 40-calowym telewizorem, widzowie mogą oglądać „lajfy” i obrazki z wojny. Pracę, która jest nierozerwalnie związana z rozwojem technologii przepływu informacji, a czasem wręcz od jej dostępności uzależniona. Najlepszy materiał filmowy nie będzie miał szansy się ukazać, jeśli nie zostanie przesłany do redakcji tego samego dnia. Świat pędzi tak szybko, że nikogo nie będą interesowały zdjęcia opublikowane z tygodniowym poślizgiem. Dzisiaj zarówno redakcje, jak i odbiorcy treści chcą wszystko na teraz, na już. Na żywo.

A jak to wyglądało w czasach przedinternetowych?

Korespondenci wojenni w XIX wieku

Nazywany pierwszym fotoreporterem wojennym Roger Fenton pojechał dokumentować wojnę krymską na zlecenie brytyjskiego dworu królewskiego. Był rok 1855, fotografia dopiero raczkowała. Fenton musiał wozić ze sobą na konnym zaprzęgu całe laboratorium fotograficzne. Ówczesny proces fotograficzny wymagał, by zaraz po wykonaniu zdjęcia szklana płytka z obrazem została wywołana, a następnie wysuszona. Dodatkowym utrudnieniem był fakt, że czas naświetlania wynosił, w zależności od warunków atmosferycznych, od paru do parudziesięciu sekund. Oznaczało to, że Fenton mógł fotografować tylko sceny statyczne. Stąd jego fotoreportaż tak różni się od tego, co możemy obserwować dzisiaj choćby na konkursie World Press Photo. 

Asystent Rogera Fentona, Marcus Sparling, na wozie, w którym znajdowało się jego laboratorium fotograficzne w czasie wojny krymskiej

Koniec XIX i pierwsza połowa XX wieku to dynamiczny rozwój prasy drukowanej i coraz większa liczba międzynarodowych konfliktów, których kulminacją były dwie wojny światowe. Gazety potrzebują więcej zdjęć i coraz mocniejszych materiałów. Ułatwieniem był rozwój możliwości przesyłu informacji – dość wspomnieć, że w początkach swojego istnienia, w latach 50. XIX wieku, późniejszy potentat na rynku informacji, Agencja Reutera, do przesyłania wiadomości używał… gołębi pocztowych. Dzięki takim możliwościom, jak rozwój telegrafu i szerzej telekomunikacji czy lotnictwa, spisane depesze i materiały nie musiały czekać na publikację. Kit Coleman, czyli pierwsza korespondentka wojenna na świecie, mogła publikować cotygodniową sobotnią kolumnę w „Daily Mail” dotyczącą wojny na Kubie. 

Reklama

Literaci podczas I i II wojny światowej

Pierwsza połowa XX wieku to czas wielkich, wstrząsających całym globem wojen światowych. To również czas, gdy po newsy z pierwszej linii frontu wysyłani są dziennikarze, którzy po skończeniu wojennych zmagań staną się literatami pierwszej klasy. Najznamienitszym przykładem jest zapewne Ernest Hemingway, późniejszy laureat Pulitzera i Nagrody Nobla w dziedzinie literatury, a w czasie wojny hiszpańskiej i II wojny światowej – akredytowany korespondent, który między innymi przypłynął do Normandii 7 czerwca 1944 roku na jednej z barek desantowych, by napisać sugestywną relację z lądowania na zajętej przez Niemców plaży podczas D-Day. 

W Polsce, przy II Korpusie Polskim gen. Władysława Andersa, w charakterze korespondenta wojennego pracował Melchior Wańkowicz. Z armią Andersa Wańkowicz przemierzył szlak od Iranu i Iraku aż po Włochy. Relacjonował między innymi walki o Monte Cassino. Efektem jego pracy jest między innymi trzytomowy reportaż „Bitwa o Monte Cassino”, który ukazał się zaraz po wojnie.

Korespondent wojenny 2 Korpusu Polskiego Melchior Wańkowicz (1. z lewej) w towarzystwie nierozpoznanych osób, na szczycie

Wojna w Wietnamie. Pierwsza wojna telewizyjna

Starcia na Półwyspie Indochińskim nazywane są pierwszą wojną telewizyjną. Ma to związek z gwałtownym rozwojem telewizji w Stanach Zjednoczonych po II wojnie światowej. Wpływ mediów na postrzeganie przez amerykańskie społeczeństwo ciągnącego się latami konfliktu w Wietnamie był ogromny. Lata 60. to w Ameryce czas kontrkultury i dzieci kwiatów. Relacje telewizyjne, fotoreportaże i gazetowe opisy krwawych walk bulwersowały opinię publiczną i trafiały na podatny grunt. Postępująca technologia i miniaturyzacja kamer telewizyjnych sprawiały, że łatwiej było z nimi dotrzeć do wcześniej niedostępnych miejsc oraz towarzyszyć żołnierzom podczas misji. Wyemitowany 5 sierpnia 1965 roku reportaż Morleya Safera, korespondenta stacji CBS, ukazujący amerykańskich żołnierzy podpalających zapalniczkami trzcinowe dachy w wiosce Cam Ne zbulwersował miliony widzów, jednocześnie jednak przyczynił się do wzmożenia przez Ministerstwo Obrony USA działań cenzorskich. 

Zatoka Perska. Wojna 24h

Reklama

Model korespondencji wojennej, który znamy dzisiaj, ma swoje źródło w 1991 roku. Wtedy, podczas konfliktu w Zatoce Perskiej, CNN było pierwszą w historii stacją telewizyjną, która relacjonowała zmagania wojenne na żywo. Dzięki zainstalowaniu specjalnych telefonicznych łącz „4 Wire” możliwa była rozmowa telefoniczna pomiędzy redakcją w Stanach Zjednoczonych a korespondentami relacjonującymi na żywo walki na ulicach Bagdadu, w tym z wyrastającym na gwiazdę CNN Peterem Arnettem. Rozmowa z pominięciem wszechobecnej w Iraku cenzury. Wojna w Zatoce Perskiej to również pierwsze w historii świata starcia, w trakcie których widzowie mogli oglądać na żywo działania wojenne – zarówno dzięki udostępnianym przez wojsko amerykańskie materiałom wideo z kulisami pracy baz wojskowych, jak i filmom z nocnych nalotów. Peter Arnett jest również osobą, która łączy wojnę w Wietnamie (podczas której za swoją pracę dla agencji AP został uhonorowany Pulitzerem) ze starciami w Iraku. Co ciekawe, w obu przypadkach był oskarżany o „niepatriotyczne dziennikarstwo”. 

Dziennikarstwo wojenne w dobie Instagrama

Dochodzimy do czasów opisywanych w książce Anny Wojtachy. Czasów, w których reporter wojenny ma dwie możliwości. Albo być oficjalnie akredytowanym przy oddziale wojskowym, mieszkać w bazie wraz z żołnierzami i za cenę względnego bezpieczeństwa być uzależnionym od informacji dozowanych dziennikarzom przez rządy i wojskowe biura prasowe, albo działać na własną rękę, niekoniecznie przy aprobacie i wiedzy urzędników. Opisani w książce polskiej reporterki korespondenci to ten drugi typ. Mieszkający nieopodal spadających bomb, wynajmujący lokalnego przewodnika i kierowcę. I modlący się o to, by zagubione rakiety jednej czy drugiej strony konfliktu nie obrały ich sobie za cel. Tak jak stało się to z Marie Colvin, legendarną brytyjsko-amerykańską korespondentką, która relacjonowała konflikty w Czeczenii, Kosowie, Sierra Leone, Zimbabwe, Sri Lance czy Timorze Wschodnim. Śmierć, od opisu której zaczyna swoją książkę Wojtacha, dopadła ją w Syrii. 

Anna Wojtacha, autorka książki Ćpuny Wojny podczas pracy

Po Colvin, Wojtasze czy także znajdujących się na kartach książki dziennikarzach Marcinie Firleju i Piotrze Góreckim przychodzą kolejni, skuszeni misją opowiadania o najważniejszych wydarzeniach. Dzięki nowoczesnym technologiom pracują już inaczej. Znakami rozpoznawczymi nowej fali korespondentów działających w rejonie wojen i katastrof są błyskawicznie publikowane na Twitterze filmy, relacje strumieniowe w mediach społecznościowych możliwe dzięki smartfonom i sieciom LTE, a także urządzeniom nadawczym mieszczącym się w plecaku, niebędącym wielkości wozu transmisyjnego.

Z poprzednimi pokoleniami łączy ich dążenie do prawdy, uzależnienie od adrenaliny i przygody. I gotowość do wyjazdu do strefy konfliktu na każde wezwanie. 

Artykuł powstał na podstawie książki Anny Wojtachy „Ćpuny wojny”

Reklama

komentarze [2]

Sortuj:
Dodaj wypowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

64
21
28.01.2020 12:35

Zapraszam do dyskusji.


936
252
29.01.2020 09:16

Czytałam „Kruchy lód”, zapewne sięgnę po „Ćpunów”.
W artykule zabrakło wspomnienia o jednym z najważniejszych polskich korespondentów wojennych - Waldemarze Milewiczu.


zgłoś błąd