Zło, które czai się w każdym z nas – Marek Krajewski o zbrodni i demonach w ludzkiej skórze

LubimyCzytać
14.11.2019

Jeśli szukacie wciągającej lektury na jesienne wieczory, mamy świetną propozycję: najnowszą powieść mistrza kryminału, Marka Krajewskiego, „Mock. Golem”.

Przenosimy się do dekadenckiego Wrocławia „dzikich, zepsutych i złotych lat dwudziestych”. Mock musi rozwiązać zagadkę zaginięcia trzyletniej Rosemarie, a w jego życiu dokonuje się ważny przełom – musi stoczyć walkę z najstraszniejszym ze swoich demonów. To wszystko w najnowszym thrillerze kryminalnym Marka Krajewskiego, który z okazji 20-lecia swojej twórczości postanowił podwójnie zaskoczyć czytelników: w maju zaczytywaliśmy się w „Dziewczynie o czterech palcach”, jesienią świętujemy powrót do cyklu o najsłynniejszym w Polsce komisarzu „retro”, Eberhardzie Mocku.

„Mock. Golem” to nie tylko wciągająca intryga kryminalna, ale także historia pełna trafnych spostrzeżeń na temat ludzkiej psychiki i demonów, które trawią umysł.

Prezentujemy fragmenty książki i polecamy lekturę!

Walka z obłędem

Reklama

„Mock nie chciał rozmawiać ze śmiercią. Padł na barłóg – głową do przodu, jak bałwan. Wtulił twarz w zatęchłą poduszkę, zacisnął powieki, a uszy zakrył dłońmi. Trwał w tej niewygodnej pozycji dłuższą chwilę. Czuł się teraz bezpieczny – jakby zamknięty w szklanej bańce, przykryty kloszem, który go oddzielał od widm poalkoholowego infernum. Komfort trwał niedługo. Kiedy na chwilę odsłaniał uszy – oczy wciąż zaciskał ze strachu – słyszał grzechotanie żuchwy. Kostucha wciąż przy nim była.

Pot spływający teraz obficie spod włosów wdarł się pomiędzy palce i rozszedł po szyi. Dłonie zaczęły się ślizgać na małżowinach, izolacja od świata upiorów stawała się nieskuteczna. W końcu przekręcił się na plecy w gwałtownym rzucie. Usiadł. Zlustrował pokój przekrwionymi oczami.

Śmierci już nie było. Ale jakiś dźwięk wciąż drgał w ciężkim smrodzie meliny. Dochodził skądeś z dołu. Z pokoju piętro niżej. Był to dziwny odgłos – jakby metal pocierał o metal, jakby jakiś nóż albo piła wycinała w powietrzu wysokie świszczące tony.

– To zgrzyt zębów kostuchy – objaśniał sam sobie. – Poszła już, poszła. – Odetchnął z ulgą. – Do kogoś niżej wlazła…

Siedział teraz na łóżku – półnagi, z torsem błyszczącym od potu. Oddychał ciężko i palcami o czarnych paznokciach ścierał słone krople wykwitające mu na skórze. Z każdym oddechem potęgowała się suchość w jego gardle.

Wsłuchiwał się przez chwilę w dźwięki dochodzące z dołu. To nie był jednak zgrzyt piły, lecz rozdzierający płacz małego dziecka. Nagłe przerażenie zalało go gorącą falą.

Zerwał się na równe nogi z mokrej pościeli i zaczął przeszukiwać pokój. To nie dziecko było powodem jego przerażenia. Nie przejął się tym, że może być ono przez kogoś krzywdzone, nie obchodziło go to, że jakiś chaos wdarł się w brudny świat Sierocińca, że jakiś mały fragment świata wymaga korekty, a on sam nie jest przecież nikim innym jak tylko specjalistą od jego naprawiania. Nie, teraz myślał tylko o sobie, kac zamknął go w kręgu egoizmu. Wiedział, że głowa mu pęknie, jeśli jeszcze przez kilka minut będzie musiał słuchać tego płaczu. Chyba, że znajdzie gdzieś odrobinę lekarstwa, które wprowadzi jego umysł na spokojne ciche morze alkoholowego ukojenia.

Przejrzał każdy kąt, wciąż potykając się o puste butelki, które kopniakami wprawiał w ruch wirujący. Nigdzie nie było remedium. Chwycił za blat szafki nocnej. Wyrwał poprzypalany papierosami kawałek lakierowanego drewna.

Odrzucił go z przekleństwem na ustach na środek pokoju. Wywalił szuflady. Jakieś guziki zastukały na podłodze. Kopnął mebel ze złością. Runął na środku pokoju, kierując w sufit swe nogi. Mock rzucił się w stronę szafy. Urwał kawałek brudnej tkaniny, która zastępowała jej drzwi. Pękł sznurek, po którym przesuwały się metalowe kółka. Potoczyły się one z brzękiem na wszystkie strony. Niestety, lekarstwa nigdzie nie było”.

Posłuchaj audycji: Marek Krajewski o „Mocku. Golemie”, muralu i premierze spektaklu „Mock. Czarna burleska” w Polskim Radio.

Największe zło rodzi się z ambicji

„Tymczasem zgasła elektryczność i salę spowił mrok. Po chwili otworzyły się wielkie podwójne drzwi na samym dole. Padł z nich snop światła, w którego blasku jakby ożyły dwie ogromne tablice anatomiczne. Jedna z nich przedstawiała ludzki układ kostny, druga mięśniowy. Wszyscy słuchacze spostrzegli teraz, że od drzwi prowadzą wąskie szyny, które się kończą na środku amfiteatralnej sceny. W tym świetle pojawiła się niewysoka postać ubrana w długi surdut. Nikogo jednak nie zmyliłoby ani to odzienie, ani krótko obcięte włosy, ani niski głos. Dla wszystkich było jasne, że mają przed sobą kobietę.

– Dobry wieczór! – rozległ się jej donośny głos. – Zanim zaprezentuję panom nasz główny eksponat, zrobię krótkie historyczne wprowadzenie do mojego wykładu. Moje przedsięwzięcie jest na gruncie nauki, a ściśle mówiąc, psychologii, zupełnym novum, jest niezwykłym i nowatorskim eksperymentem. Musiałam go jakoś nazwać. Myślałam długo i wymyśliłam. Otóż zapraszam panów do zapoznania się z eksperymentem „Golem”!

Rozległy się oklaski tak rzęsiste, że poderwały z nóg zasypiającego już Uhlego. Przyjrzał się prelegentce – znanej sobie zresztą dobrze, bo to z nią przecież uzgadniał szczegóły nocnego wykładu. Stała ona w padającym zza drzwi elektrycznym blasku, który podświetlał ją od tyłu. Jej cień był wobec tego nienaturalnie wydłużony. Niska osoba rzucała cień olbrzyma.

– Golem jest figurą z mitologii żydowskiej – kontynuowała wykład, kiedy brawa już umilkły. – Potworem, którego ulepił z gliny… Tu przypominam panom biblijny mit o stworzeniu człowieka, gdzie glina jest również budulcem ludzkiego ciała… Otóż, ulepił go i ożywił pewien rabin, niejaki Eliasz Baal Szem z Chełma. Ów stwór bronił Żydów przed chłopami i wykonywał bezmyślnie różne polecenia. To tyle w kwestii nazewnictwa.

Prelegentka nabrała tchu, co dało się wyraźnie słyszeć w sali odznaczającej się świetną akustyką.

– Celem eksperymentu, który od kilku lat przeprowadzam na ludziach wraz z trzema współpracownikami, jest zmuszenie tych ludzi do działań przeze mnie pożądanych. Środkiem do tego celu jest metoda nazwana przez nas „mocną perswazją”. I znów: cząstka historii mojego przedsięwzięcia. Na drodze do wszelkich odkryć naukowych często zalegają różne przeszkody. Na drodze mocnej perswazji również ich nie brakowało.

Przerwała i spojrzała w górę. Widziała dziesiątki wpatrzonych w siebie oczu. Zaległa cisza, która była dobrym retorycznym interludium.

– Najpierw rozpoczęliśmy pracę z osobami chorymi psychicznie. I tutaj pojawiły różne trudności. Poważnie chorzy pod wpływem mocnej perswazji wpadali w katatonię albo zachowywali się irracjonalnie, czasami robili nawet coś przeciwnego do czynności żądanej. Lżej chorzy w ogóle nie reagowali. Wraz z moim współpracownikiem wyciągnęliśmy dwa wnioski. Po pierwsze, nieodzowny okazał się element przymusu. Perswazja mocna stała się, tu znów moja inwencja językowa, hiperperswazją. Po drugie, osobami poddanymi doświadczeniu nie mogli być ani ludzie poważnie chorzy psychicznie, ani ludzie całkiem zdrowi. Do eksperymentów wzięliśmy zatem ludzi lekko chorych psychicznie. Po przyjęciu tej poprawki osiągnęliśmy olśniewające efekty, które panowie sami zaraz zobaczą. Czy do tego, co powiedziałam, mają panowie jakieś pytania?

Nikt się nie odezwał. Kiedy pani psychiatra zaczerpnęła tchu, aby kontynuować, ktoś się jednak ośmielił.

– Ja mam pytanie – odezwał się głos z samej góry audytorium. – Co konkretnie szanowna prelegentka ma na myśli, mówiąc: „osoba lekko chora psychicznie”?

Kobieta nie odpowiedziała. Odwróciła się w stronę otwartych drzwi i dała znak komuś, kto stał za nimi. Rozległ się zgrzyt kół i na środek sceny wtoczył się wózek popychany przez pielęgniarza, który stanął obok drzwi, zamknąwszy je starannie. Kobieta klasnęła w dłonie”.

Książka dostępna w sieci sklepów Empik.

Fotografia otwierająca: Radosław Kaźmierczak, materiały prasowe Wydawnictwa Znak. Tekst i śródtytuły pochodzą od redakcji.

 

Artykuł sponsorowany

Reklama

komentarze [10]

Sortuj:
Dodaj wypowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

2465
4
14.11.2019 12:00

Zapraszamy do dyskusji.


3716
3478
14.11.2019 20:10

U mnie książka już w domu na półce.


1943
1217
15.11.2019 07:07

Krajewski jeszcze przede mną, ale przeczytam. Pewnie hurtowo cały cykl.


202
11
15.11.2019 09:48

Dla mnie przyjęcie medalu od Dudy zdyskwalifikowało Marka Krajewskiego. Od tego momentu jego książki są u mnie na "czarnej liście".


2108
194
15.11.2019 22:46

Pan prezydent Andrzej Duda. Troche szacunku!


202
11
16.11.2019 13:19

Prawdziwemu Prezydentowi to Duda buty może czyścić. Z szacunkiem oczywiście.


684
0
17.11.2019 20:11

A ja nie rozumiem tego mieszania polityki z dorobkiem literackim... Co to ma za znaczenie? Jestem po lekturze Dziewczyny o czterech palcach i śmiało mogę powiedzieć, że skuszę się na kolejny tytuł od pana Krajewskiego... I nie przeszkadzają mi jego poglądy, bądź nagrody jakie dostaje i od kogo.... Przykładowo nie podzielam światopoglądu naszej noblistki pani Tokarczuk, ale...

więcej

2108
194
17.11.2019 20:32

Jak pan TomekN przeczyta więcej książek niż 160, to z pewnością nabierze trochę kultury i szacunku. Czego życzę!


202
11
18.11.2019 10:12

Pani Ewie przeczytanie 2100 książek niczego nie dało.
Strata czasu i wyrzucone pieniądze.
EOT z mojej strony.


Dodaj odpowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

2108
194
18.11.2019 15:01

Cykl o Eberhardzie Mocku był wyjątkowy i niepowtarzalny, wnosił klimat starego Wrocławia, czytało się z zapartym tchem. Natomiast z cyklem o Popielskim było, z książki na książkę, coraz gorzej. Niesmacznie i fabuła przekombinowana. Skończyłam go na " Arenie szczurów". Zastanawiam się, czy czytać następne, na razie wszystko jest w zawieszeniu. Po ostatniej książce...

więcej

zgłoś błąd