DO_DZIEŁA 
status: Czytelnik, ostatnio widziany 3 dni temu
Teraz czytam
  • Drwale
    Drwale
    Autor:
    Książka autorki bestsellerowych "Kronik portowych" oraz "Tajemnicy Brokeback Mountain". Pod koniec XVII wieku dwóch młodych mężczyzn bez grosza przy duszy, René Sel and Charles Du...
    czytelników: 774 | opinie: 32 | ocena: 7,27 (134 głosy) | inne wydania: 1
  • Jak zawsze
    Jak zawsze
    Autor:
    Komedia ironiczno-romantyczna o parze, która dostała szansę przeżycia jeszcze raz swojej miłości. I o narodzie, który dostał szansę przeżycia jeszcze raz swojej historii. I o tym, co z tego wynikło. ...
    czytelników: 6528 | opinie: 553 | ocena: 6,97 (2851 głosów)
  • Jankeski fajter
    Jankeski fajter
    Autor:
    LITERACKA PETARDA Z MEKSYKU W końcu martwy się urodziłem i niczego się nie boję Liborio – nielegalny meksykański imigrant w Stanach Zjednoczonych – nie ma nic. Żyje z dnia na dzień, pracując w podrz...
    czytelników: 108 | opinie: 7 | ocena: 6,09 (22 głosy)
  • Opowiadania bizarne
    Opowiadania bizarne
    Autor:
    Świat staje się coraz bardziej bizarny. Najnowszy zbiór opowiadań Olgi Tokarczuk. Zaskakujące i nieprzewidywalne opowiadania, dzięki którym inaczej spojrzymy na otaczającą nas rzeczywi...
    czytelników: 1211 | opinie: 92 | ocena: 7,01 (527 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-10-15 13:07:13
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

(...) Łowca posagów autorstwa Brytyjki Daisy Goodwin to oparta na prawdziwych wydarzeniach opowieść o dziewiętnastowiecznej Anglii: małżeństwach zawieranych trochę z miłości, a trochę z wyrachowania, polowaniach, pasjach i życiowych dylematach. Epizodem historycznym, wokół którego pisarka osnuła opowieść jest (trwający w rzeczywistości około pięciu lat, a w powieści sporo krócej) romans... (...) Łowca posagów autorstwa Brytyjki Daisy Goodwin to oparta na prawdziwych wydarzeniach opowieść o dziewiętnastowiecznej Anglii: małżeństwach zawieranych trochę z miłości, a trochę z wyrachowania, polowaniach, pasjach i życiowych dylematach. Epizodem historycznym, wokół którego pisarka osnuła opowieść jest (trwający w rzeczywistości około pięciu lat, a w powieści sporo krócej) romans cesarzowej Austrii, Elżbiety Bawarskiej i kapitana kawalerii nazwiskiem Middleton. I choć sama zdecydowałam się na lekturę tej książki z uwagi na postać niekonwenjonalnej w zachowaniu i obsesyjnie dbającej o swoją urodę Sisi, (dla przypomnienia: ponoć tak do cesarzowej zwracali się przyjaciele i pod tym imieniem została rozsławiona, stając się jedną z najbardziej obecnych w popkulturze koronowanych głów) dla Goodwin jest ona istotnym, ale jednak pretekstem do zarysowania pejzażu minionej epoki. Chwała jej za to. Dwojgiem równie ważnych bohaterów są Charlotte i Middleton, nazywany Bayem. Dziewczynę poznajemy na początku powieści. To dwudziestoletnia dziedziczka rodzinnej fortuny, stroniąca od salonów i dworskich zabaw, fotopasjonatka. Prezentowane przez Charlotte poglądy oraz jej nowatorskie jak na tamte czasy zainteresowanie czynią ją postacią charyzmatyczną, której trudno nie polubić – zarówno czytelniczce i czytelnikowi, jak Middletonowi, który, choć pozbawiony szlacheckiego urodzenia, jest przystojnym, zawadiackim kapitanem kawalerii oraz jeźdźcem, który w całej Europie nie ma sobie równych. Z uwagi na różnicę w statusach majątkowych i towarzyszącą kapitanowi opinię łowcy posagów, znajomość Charlotte i Baya nie wszystkim jest w smak, zwłaszcza, że majątek dziewczyny gwarantuje dostatnie życie jej brata i jego przyszłej żony oraz owdowiałej ciotki. Kiedy wreszcie wydaje się, że wszystko zmierza ku dobremu, na zaproszenie Korony Brytyjskiej na polowanie przyjeżdża cesarzowa Elżbieta. Spełniając polecenie przełożonego, Middleton zostaje opiekunem Sisi, gorliwie pełniącym swoje obowiązki jako przewodnik podczas polowań, a z czasem także jako kochanek dziesięć lat starszej, życiowo nieszczęśliwej kobiety. Będąc na usługach koronowanej głowy, kapitan może zapłacić wysoką cenę w grze o własne życie.

Książkę Goodwin warto przeczytać nie tylko dla historii skandalizującego romansu. Szczególnie cenne jest oddanie klimatu epoki wiktoriańskiej, możliwe dzięki wiarygodnemu przedstawieniu jej atrybutów (strojów, rozrywek, etykiety), jak i zarysowaniu społeczno – obyczajowego tła rozgrywających się wydarzeń. To także spektrum trosk i dylematów towarzyszących dziewiętnastowiecznym brytyjskim kobietom, zwłaszcza tym, którym los poskąpił zapewniającego dostatnie życie posagu. Sportretowane przez Goodwin kobiety, bez względu na status majątkowy, są silne i wyraziste. Mimo że konwenanse ograniczają ich poczynania, mają swój głos i swoje pasje. Bardzo ciekawy – mimo że zmyślony, a przynajmniej domniemany – jest wątek fotograficzny. Autorka przyznaje, że o prawdziwej Charlotte nie wiadomo zbyt wiele, a podzielana przez nią pasja fotograficzna jako ówcześnie modne zajęcie zamożnych panien stanowi wytwór jej wyobraźni. Fotografia stanowi oryginalne medium do rozprawiania o żywionych uczuciach i namiętnościach.

Łowcę posagów śmiało rekomenduję zwolennikom powieści historycznych, jednak upodobania do odkrywania przeszłości nie stanowią warunku koniecznego do odnalezienia przyjemności z lektury. Dzięki lekkiemu pióru (stylizowany, ale w pełni zrozumiały język, wiarygodne dialogi) Daisy Goodwin oraz świetnemu tłumaczeniu Niny Dzierżawskiej książka zasługuje na zainteresowanie także tych, którzy nie specjalizują się w tym gatunku. Pozytywny odbiór książki gwarantuje także wysoki standard wydawniczy i redakcyjny, który zawdzięczamy Marginesom. Subtelna i oryginalna okładka wyróżnia się na tle innych tytułów, stanowiąc obiecującą zapowiedź tego, co znajdziemy w środku.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2018/09/27/lowca-posagow-daisy-goodwin/

pokaż więcej

 
2018-10-15 13:04:37
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

(...) Amerykańska pisarka Kelly Barnhill ma w swoim dorobku poezję, eseje i opowiadania dla dorosłych oraz utwory fantasy i science fiction skierowane do młodszych czytelniczek i czytelników. Jej ostatnia, wydana w 2016 roku książka jest pierwszą, która za sprawą Wydawnictwa Literackiego ukazała się w Polsce. Autorka Dziewczynki, która wypiła księżyc odniosła w USA olbrzymi sukces, m.in.... (...) Amerykańska pisarka Kelly Barnhill ma w swoim dorobku poezję, eseje i opowiadania dla dorosłych oraz utwory fantasy i science fiction skierowane do młodszych czytelniczek i czytelników. Jej ostatnia, wydana w 2016 roku książka jest pierwszą, która za sprawą Wydawnictwa Literackiego ukazała się w Polsce. Autorka Dziewczynki, która wypiła księżyc odniosła w USA olbrzymi sukces, m.in. została uhonorowana Medalem Johna Newberry’ego za wybitny wkład w amerykańską literaturę dziecięcą.

(...) Punktem wyjścia opowieści jest bezlitosny rytuał: w miasteczku Protektorat co roku składana jest ofiara z niemowlęcia. Dziecko ma być pożywką dla czarownicy, która w zamian za to zapewnia mieszkańcom spokój. Dlatego, gdy przychodzi Dzień Ofiary, za powszechnym przyzwoleniem z objęć matki wyrywane jest najmłodsze dziecko. Opowiedziana przez Barnhill historia rozpoczyna się w dniu, w którym Rada Starszych z pomocą Sióstr Gwiazd odbiera rodzicom i porzuca w lesie jako łup dla wiedźmy tytułową bohaterkę (która wtedy nosi inne, nieznane nam imię). Matka dziewczynki popada w obłęd. Świadkiem zdarzenia jest kilkuletni Antain, który jako jedyny sprzeciwia się dyktaturze wiedźmy i nie uczestniczy w pochodach. Ale to jedynie część historii. Owszem, w lesie żyje pięćsetletnia wiedźma imieniem Xan, ale jest ona wyjątkowo przyjaźnie usposobiona. Co więcej, każdego roku ratuje porzucone w lesie przez protektorian dzieci, karmi je światłem gwiazd i znajduje kochające rodziny w Wolnych Miastach. Kiedy Xan znajduje Lunę, wie, że jest to dziecko wyjątkowe. Los chciał, że wiedźma nakarmiła niemowlę zbyt dużą ilością księżycowego światła i dziewczynka została umagiczniona. Przepełniona magią dziewczynka mieszka z babcią Xan oraz mądrym potworem Glerkiem i pociesznym smokiem Fyrianem. Mijają lata. Antain i jego żona Ethyne spodziewają się dziecka, które w Dniu Ofiary będzie najmłodszym noworodkiem w Protektoracie. Obawa przed utratą wyczekiwanego potomka sprawi, że Antain podejmie wyzwanie rozprawienia się z wiedźmą, a sprawy przyjmą nieoczekiwany obrót.

(...) Mimo posługiwania się klasycznym, typowo baśniowym (i coraz rzadziej pojawiającym się we współczesnej literaturze dziecięcej) językiem, Barnhill podejmuję grę z konwencją tego gatunku. Po pierwsze, kategorie dobra i zła są nieoczywiste i trudno orzec, kto jest po której stronie. Prawie na pewno chociaż raz źle odczytacie zamiary którejś z postaci. To charakterologiczne skomplikowanie bohaterów zmusza czytelnika do zachowania czujności i pokazuje, że pozory mylą i nie należy pochopnie oceniać innych. Poza tym – zdaje się mówić między wierszami Barnhill – z początku wszyscy byliśmy dobrzy, ale doznane przez nas krzywdy sprawiły, że, nie chcąc pozwolić się więcej ranić, skryliśmy dobro gdzieś głęboko w sobie, stając się twardymi i niedostępnymi dla innych. Z kolei nawet postacie, które określilibyśmy jako dobre, dopuszczają się zła, mimo iż czynią to w obronie własnej lub swoich najbliższych. Po drugie, autorka proponuje nowatorską dla baśni wielość perspektyw, z których snuta jest opowieść. W kolejnych krótkich rozdziałach narracja prowadzona jest przez różne postacie. Czasem, skutkiem zmiany narratora jest to, że w danym rozdziale wiemy mniej, niż wiedzieliśmy wcześniej, kiedy indziej cofamy się w czasie albo przeżywamy ten sam moment, co w poprzedniej narracji, jednak teraz poznajemy go od innej strony. Co pewien czas pojawiają się też opowieści o wiedźmie, które wyjaśniają podtrzymywany przez pokolenia mit o złu, które miałoby dokonywać się z udziałem Xan. Bernhill dokonuje tego zabiegu w sposób zręczny i wiarygodny. Po trzecie, Dziewczynka zawiera w sobie powszechnie znane w literaturze i popkulturze motywy, które jako całość stanowią nową jakość. Motyw corocznie składanej w postaci dziecka ofiary przywodzi na myśl biblijno-mitologiczne skojarzenia z jednej, a bestsellerowe Igrzyska Śmierci z drugiej strony. Idąc dalej, w baśni występuje dobra wiedźma i zła czarownica (i nie jest to ta sama postać); niewinne dziecko przełamuje zły czar, waleczny młodzieniec w obronie swojej rodziny podejmuje walkę ze złem, a smok podtrzymuje świat w swoim istnieniu.

(...) Warto zwrócić uwagę na konstrukcję bohaterów tej opowieści. Po pierwsze, Bernhill tworzy świetne postacie kobiecie, nienachalnie wpisujące się w ogólnoświatowy trend girl power. Przedstawia trzy pokolenia kobiet, które mimo odmiennych osobowości łączy upór, odwaga i gotowość do poświęceń wobec tych, których kochają. Po drugie, mimo że tytuł książki może sugerować, że jest ona skierowana wyłącznie do dziewczynek, wcale tak nie jest. Dzięki wielości perspektyw, o której już pisałam, nie mniej ważnymi bohaterami są Antain, czy Glerk i Fyrian, z którymi śmiało może utożsamić się także chłopiec.

(...) Posługując się klasycznym, pięknym językiem Kelly Bernhill opowiedziała nowatorską baśń. Jest w nim trochę patosu, ale i dużo humoru, dzięki czemu książkę czyta się z dużą łatwością. Tę lekkość zawdzięczamy świetnemu przekładowi, którego autorką jest polska pisarka fanstasy Marta Kisiel-Małecka. Duża czcionka i krótkie rozdziały sprzyjają samodzielnej lekturze dziecka. I tu zmierzam do sedna. Książkę przeczytałam z przyjemnością, ale przede wszystkim dzięki dużej empatii wobec literatury dziecięcej. Bo choć Dziewczynka, która wypiła księżyc niesie uniwersalne przesłanie, do którego autorka prowadzi czytelniczki i czytelników w niebanalny sposób, to licząca 356 stron opowieść, której akcja konsekwentnie, ale dosyć powoli nabiera tempa może być dla dorosłego nużąca.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2018/09/30/dziewczynka-ktora-wypila-ksiezyc-kelly-barnhill/

pokaż więcej

 
2018-10-15 12:50:54
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Seria: Mundus

(...) Na czwartej stronie okładki "Skąd się biorą Holendrzy" zostali nazwani „podręcznikiem kulturowym”. Podoba mi się ta kategoria, bo mamy do czynienia z książką, która wykracza poza literaturę podróżniczą, nie jest klasycznym reportażem, a jej autor, w usiłowaniu zrozumienia tego narodu za wysoko stawia sobie poprzeczkę, by uznać ją za dziennik czy prozę wspomnieniową. Ben Coates –... (...) Na czwartej stronie okładki "Skąd się biorą Holendrzy" zostali nazwani „podręcznikiem kulturowym”. Podoba mi się ta kategoria, bo mamy do czynienia z książką, która wykracza poza literaturę podróżniczą, nie jest klasycznym reportażem, a jej autor, w usiłowaniu zrozumienia tego narodu za wysoko stawia sobie poprzeczkę, by uznać ją za dziennik czy prozę wspomnieniową. Ben Coates – Brytyjczyk z urodzenia, a – od kilku lat – Holender z wyboru, były autor mów politycznych i doradca, z godnym podziwu uporem poznaje geografię i historię nowej ojczyzny. Relacjonuje podróże w różne zakątki kraju oraz udział w lokalnych uroczystościach i wydarzeniach, opatrując je komentarzem, w którym swobodnie operuje wiedzą z zakresu historii, religii, kultury i polityki Holandii.

Kiedy Coates – przypadkiem! – trafia do Holandii, jego pojęcie o tym kraju nie jest większe niż przeciętnego Europejczyka. Wiatraki, tulipany, rowery, chodaki i ser, duuużo sera. Legalna, uprawiana na szeroką skalę prostytucja i łatwy dostęp do narkotyków. Postanawiając osiedlić się w Rotterdamie na dłużej, oczywistością staje się dla niego konieczność poznania nieznanej kultury. Już w pierwszych tygodniach pobytu na obczyźnie Coates podejmuje naukę niderlandzkiego, znajduje pracę i podróżuje. Przejeżdża i przepływa Holandię wzdłuż i wszerz, nabywając wiedzę, której nie powstydziłby się rdzenny mieszkaniec nizinnego kraju. Każda podróż staje się inspiracją do poszerzania horyzontów, a czasem zupełnie na odwrót – przeczytawszy lub usłyszawszy jakąś ciekawą anegdotę, autor decyduje się na wycieczkę. Coates opisuje dzieje Holandii – kraju od zawsze zmagającego się z żywiołem wody, zamieszkiwanego przez mistrzów żeglugi i odkrywców, kraju protestancko-katolickich wojen, który posiadał wiele kolonii, kraju głęboko naznaczonego II wojnę światową. Odkrywa także czarne karty historii Królestwa Niderlandów – handel niewolnikami w epoce kolonialnej i kobietami masowo trafiającymi do domów publicznych od drugiej połowy XIX wieku oraz kolaborację części Holendrów z hitlerowskim wrogiem. Brytyjczyk podejmuje także kwestię tolerancji (seksualnej, religijnej, światopoglądowej) i szeroko idących swobód – leseferystycznego podejścia do seksu za pieniądze, łagodnych przepisów dotyczących konsumpcji narkotyków, prawa do eutanazji i tłumaczy, dlaczego obecna jest tendencja do ich ograniczania.

(...) Odkrywanie Holandii jest dla Coatesa przygodą, a nie przykrym obowiązkiem. Czytając książkę widać, że autor świetnie się bawił, kiedy ją pisał. Oprócz przedstawienia ważnych dla zrozumienia holenderskiej tożsamości wydarzeń z przeszłości, gromadzi mnóstwo zaskakujących obcokrajowców smaczków z kraju tulipanów. Wspomina o wiatrakach, których skrzydła służyły kiedyś do sąsiedzkiej komunikacji oraz o ogromnej rodzinności Holendrów organizujących urodzinowe „party w kręgu”. Opisuje holendersko-belgijskie miasteczko (lub miasteczka), w którym (lub których) na półtorakilometrowym odcinku kilkanaście razy można przekraczać międzynarodowe granice czy świąteczny zwyczaj morusania twarzy na czarno na cześć Czarnego Piotrusia i Sinterklassa (pierwowzoru Świętego Mikołaja), przez który zarzuca się Holendrom rasizm. Coates zainteresował mnie nawet historią holenderskiej piłki nożnej i koncepcją futbolu totalnego, mimo że sport to nie moja bajka.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2018/10/13/skad-sie-biora-holendrzy-ben-coates/

pokaż więcej

 
2018-09-22 21:39:46
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

(...) Patchworkowy Berlin wydaje nam się każdy, tylko nie niemiecki. Rytm berlińskiego dnia wybijają niekoniecznie Niemcy, a raczej ludzie z całego świata, przede wszystkim z Turcji, Syrii, Iranu, ale i Polski, która stanowi drugą (po Turcji) co do liczności mniejszość narodową Niemiec. Tę kulturową różnorodność widać zwłaszcza na Kreuzebergu czy Neukölln, dzielnicy, w której znajduje się... (...) Patchworkowy Berlin wydaje nam się każdy, tylko nie niemiecki. Rytm berlińskiego dnia wybijają niekoniecznie Niemcy, a raczej ludzie z całego świata, przede wszystkim z Turcji, Syrii, Iranu, ale i Polski, która stanowi drugą (po Turcji) co do liczności mniejszość narodową Niemiec. Tę kulturową różnorodność widać zwłaszcza na Kreuzebergu czy Neukölln, dzielnicy, w której znajduje się księgarnia Buch|bund, gdzie kupiłam książkę Ewy Wanat pod znamiennym tytułem Deutsche nasz. Reportaże Berlińskie (Świat Książki). I choć nie wszystko mi się w tym reportażu podoba, nie sposób mu odmówić dostarczenia szeregu argumentów dla zrozumienia „nowych Niemiec”, a to – zwłaszcza dla polskiej czytelniczki i polskiego czytelnika, do których skierowana jest ta książka – niewątpliwie bardzo dużo.

(...) Wanat napisała reportaż składający się z ośmiu części, które z kolei podzielone zostały na mniejsze, kilkustronicowe rozdziały. Często jeden rozdział równa się historii jednej rodziny, którą (zazwyczaj w niepełnym składzie) los przygnał do Berlina. To także opowieści „nowych Niemców”. Każda z części poświęcona jest trochę innemu problemowi, ale tworzą one spójną całość. Wanat maluje bowiem obraz Berlina jako miasta, w którym dom znaleźli wykluczeni, obcy, Inni. Tacy, których nie chciano tam, gdzie się urodzili lub których życie w ojczyźnie było stale zagrożone (zewnętrznie obcy). Także tacy, którzy mimo „czystej niemieckiej krwi” reprezentują inność (obcy wewnętrznie). Nie oznacza to bynajmniej pełnej zgodności Niemców co do przyjmowania uchodźców, przyznania prostytutkom praw pracowniczych czy zalegalizowania małżeństw i adopcji par homoseksualnych, jednak – ogólnie rzecz ujmując – współczesne społeczeństwo niemieckie uchodzi za najbardziej otwarte w Europie. Motywacją do przyjęcia takiej postawy przez państwo jako kierowaną przez kanclerz Niemiec całość, ale i przez pojedynczych ludzi, w tym bohaterów reportażu Wanat, jest wyrzut sumienia, moralny kac za okrucieństwo drugiej wojny światowej. „Wielu Niemców doszło do wniosku, że otwartość na Innych może ocalić ich od tego, czego się w sobie przestraszyli, stała się lekarstwem i próbą zadośćuczynienia – czytamy na czwartej stronie okładki.

(...) Bohaterowie Deutsche nasz reprezentują szereg odmienności od konserwatywnie przyjętej normy, którą Niemcy starają się konsekwentnie rozszerzać. To, głównie tureccy, gastarbeiterzy – przyjmowani w latach 60. i 70. ubiegłego wieku z otwartymi ramionami cudzoziemscy robotnicy, którzy mieli wypełnić pracownicze niedostatki związane z gwałtownym rozwojem gospodarki RFN-u. Dziś Berlin zamieszkują ich dzieci i wnuki -musiało minąć sporo czasu, zanim niemiecki rząd zrozumiał, że ich przodkowie nie byli tylko tanią siłą roboczą, ale przede wszystkim ludźmi, którzy marzyli o domu i osiedlili się w Niemczech na stałe. Wanat przywołuje zarzuty, które często padają pod adresem społeczeństwa tureckiego pochodzenia: niechęć do asymilacji i nieznajomość lub znikoma znajomość niemieckiego. I choć trudno się z nimi nie zgodzić, niewielu podnoszących je zdaje sobie sprawę, że to władze stworzyły tureckie getta przez dziesięciolecia zezwalając się na ich osiedlanie jedynie w czterech dzielnicach Berlina (m.in. na imigranckim Kreuzebergu). W podobny sposób reporterka obnaża skomplikowanie i niejednoznaczność sytuacji pozostałych „odmieńców”. Najbardziej gorący jest oczywiście problem uchodźczy, z którym – choć w mniejszym stopniu – zmaga się cała Europa. Reporterka opisuje trudną codzienność starania się o azyl, o mieszkanie, o pozwolenie na pracę. Pisze o trwaniu w ciągłej niepewności uchodźców spowodowanej zmienianiem się ich statusu prawnego, o nieoczekiwanych deportacjach. Wanat przedstawia też losy szczególnej grupy imigrantów – homoseksualistów pochodzących z krajów muzułmańskich, gdzie bycie gejem czy lesbijką jest niemal powszechnie nieakceptowalne, a przeprowadzka do Berlina bynajmniej nie rozwiązuje ich kłopotów. Kolejne bohaterki i bohaterowie to prostytutki i streetworkerki, transseksualiści (w 2017 roku niemiecki Sąd Najwyższy oficjalnie uznał istnienie trzeciej płci) czy squotersi, których w stolicy nie brakuje.

To pierwszy zbiór reportaży o współczesnym Berlinie i Niemczech w ogóle, jaki czytałam. Jego premiera miała miejsce kilka miesięcy temu, a więc jest bardzo aktualny. W tym przypadku czytanie nowości jest dużym walorem. Wanat opisuje obecny Berlin, przytacza dane liczbowe, twarde fakty, które dopełnia jednostkowymi historiami. Jest wnikliwa, o czym świadczy m.in. pokaźna bibliografia zamieszczona na końcu książki). Dzięki niewątpliwej empatii, jej rozmówczynie i rozmówcy otwierają się przed nią, dzieląc się smutnymi, bolesnymi przeżyciami. Połączenie faktów i relacji bohaterów stanowią o sile tej książki.
Jeśli chodzi o ton i sposób prowadzenia narracji, trzeba przyznać, że Deutsche nasz nie jest klasycznym reportażem. Narracja nie jest przezroczysta, mieszkająca od 2016 roku w Belinie reporterka jest emocjonalnie zaangażowana w problemy swoich rozmówców. Jest także współorganizatorką warsztatów dla młodzieży – za jej przyczyną poznańscy licealiści przyjechali do Niemiec na zajęcia z ich rówieśnikami i napływowymi mieszkańcami Berlina. Wanat nie kryje swoich poglądów, co niekoniecznie sprzyja bezstronności reportażu, ale też nie pogrywa z czytelnikiem, udając, że przedstawia mu obiektywną, jedyną właściwą prawdę. Przeszkadza mi miejscami rwana narracja przejawiająca się m.in. występowaniu po sobie szeregu zdań, spośród których każde kolejne rozpoczyna się od akapitu. Najbardziej jednak irytują mnie przywołane myśli mądrych głów (filozofów, polityków, socjologów), które nie pojawiają się jako motta, ale w ramach podsumowania wywodu i nie zostają opatrzone żadnym komentarzem autorki. W książce Wanat zgromadziła sporo takich pozostawionych samym sobie cytatów, na które – w mojej opinii – nie ma miejsca zarówno w dyskursie naukowym, jak i w reportażu czy literaturze w ogóle.

Tym, co rozczarowuje jest także skład i redakcja książki. Po pierwsze, wolumin mógłby być z powodzeniem kilkadziesiąt stron cieńszy. Nie mam na myśli uszczuplenia treści, ale zmniejszenie przesadnie dużej czcionki o przynajmniej jeden rozmiar i zredukowanie światła na stronach rozpoczynających kolejne części (każda część oddzielona jest kartką zawierającą jedynie tytuł, a właściwa treść rozpoczyna się dopiero w 1/3 kolejnej kartki). Nie jest to istotne z punktu widzenia ceny okładkowej, która nie budzi zastrzeżeń (34,90 zł), a raczej z troski o zużycie papieru, poręczność i ilość miejsca zajmowanego na półce. Zastaną objętość książki rozumiałabym, gdyby strony pozbawione tekstu wypełniały zdjęcia; wówczas byłabym z takiego zabiegu zadowolona. Takie rozdmuchane wydanie sugeruje (przeważającą nad treścią) istotność rozmiaru książki. To niestety zabieg coraz bardziej w Świecie Książki powszechny (który apogeum osiągnął w książce Z nienawiści do kobiet Justyny Kopińskiej). Po drugie, co pewien czas w książce pojawiają się twarde dane i statystyki dotyczące m.in. przyjmowania przez Niemcy uchodźców czy poparcia dla poszczególnych niemieckich partii. Te bogate w liczby, ważne i potrzebne dla zrozumienia książki, informacje zostały podane w okropnych ramkach, którym do pełnej tabloizacji, a przynajmniej do formy podręcznikowego vademecum brakuje jedynie napisu „Czy wiesz, że…”. Gorsze mogły być tylko diagramy i inne infografiki dewaloryzujące literacki aspekt reportażu. Po trzecie, książka nie jest wolna od niezgrabności językowych i literówek.

Deutsche nasz. Reportaże berlińskie to książka, po którą – mimo wskazanych przeze mnie mankamentów – warto sięgnąć, jeśli zależy nam na zrozumieniu „nowych Niemiec”. Świetnie czyta się ją właśnie tam, w Berlinie, na karuzeli kulturalnej różnorodności, jednak polecam jej lekturę niezależnie od szerokości geograficznej. Ewa Wanat wykonała ogromnie trudną pracę; po pierwsze, stając się powierniczką tragicznych historii tych, których wielu nie chce słuchać, po drugie – dokonując solidnej kwerendy bibliograficznej i posługując się tekstami z dwóch ostatnich dekad.

pokaż więcej

 
2018-09-22 21:37:01
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

O tym, jak niestarannie Znak wydał zbiór esejów Zadie Smith pisałam tutaj: http://dodziela.com.pl/2018/08/28/2096/. Tym razem będzie o treści. Co prawda, pozostawiające wiele do życzenia tłumaczenie i redakcja, pozostawiają wiele do życzenia i rzutują na odbiór książki, dlatego teksty, które podobały mi się najbardziej, przeczytałam kolejny raz, w oryginale. Jeśli jeszcze nie kupiliście tej... O tym, jak niestarannie Znak wydał zbiór esejów Zadie Smith pisałam tutaj: http://dodziela.com.pl/2018/08/28/2096/. Tym razem będzie o treści. Co prawda, pozostawiające wiele do życzenia tłumaczenie i redakcja, pozostawiają wiele do życzenia i rzutują na odbiór książki, dlatego teksty, które podobały mi się najbardziej, przeczytałam kolejny raz, w oryginale. Jeśli jeszcze nie kupiliście tej pozycji, polecam sięgnąć po angielską wersję (tytuł oryginału: Feel Free). Dopiero wówczas poznacie świetny styl pisarski Zadie: lekki, ale dobitny, niewymuszony i szczery. Pisząc te teksty, autorce zależało na bezpośredniości przekazu. Polscy czytelnicy skazani zostali na dystans, potykając się o pokraczne konstrukcje, literówki i wysyp dowolnie stosowanych znaków interpunkcyjnych. Ale miało być o treści…

(...) Widzi mi się to zbiór trzydziestu jeden tekstów, które powstawały w ciągu ośmioletniej prezydentury Baracka Obamy. Jak we wstępie zaznacza autorka, opisuje w nich świat, którego już nie ma. To rzeczywistość sprzed rządów Trumpa, sprzed brexitu, sprzed zamykania granic. Składające się na zbiór eseje i felietony zostały wcześniej opublikowane w angielskiej i amerykańskiej prasie, a przemówienia wygłoszone w rożnych zakątkach świata.
Teksty, które znalazły się w Widzi mi się są, w mojej opinii, nierówne. Najbardziej przenikliwe i zajmujące były dla mnie eseje dotyczące nierówności społecznych, których doświadczyła Zadie (np. Łazienka). Ich siłę i wiarygodność stanowi fakt, iż autorka wielokrotnie doświadczyła różnic w traktowaniu na własnej skórze, a dzięki temu, jak potoczyło się jej życie, mogła spojrzeć na ten problem z obydwu perspektyw. Najpierw była tą, która jako uboga ciemnoskóra dziewczyna i kobieta o wszystko musiała walczyć, później – kiedy zrobiła pisarską karierę – lepsza pozycja nadal uniemożliwiała jej nawiązywanie pogłębionych relacji z innym. Tym razem z klasą społeczną, z której się wywodzi. Te doświadczenia i uważny namysł nad ich przyczynami znajdują ujście w odważnych, charyzmatycznych esejach.

(...) Pozostałe teksty to recenzje książek pisane dla Harper’s Magazine oraz felietony inspirowane wytworami (pop)kultury, filozofią, sztuką. Tym, co przebija się przez nie wszystkie jest ciekawość świata i potrzeba jego zrozumienia. Jeśli chodzi o efekt – bywa różnie. Niektóre teksty zaskakują sposobem ujęcia tematu, są nowatorskie i błyskotliwe. Takim z całą pewnością jest felieton Poznajcie Justina Biebera przybliżający filozoficznym laikom istotę filozofii spotkania uprawianą przez Martina Bubera. Bazując na chwytliwej homonimii nazwisk Bieber – Buber, autorka zauważa powierzchowność relacji międzyludzkich. Kolejny świetny tekst – Lekcje tańca dla pisarzy – poświęcony jest istocie i sztuce pisarstwa. Medium, które posłużyło Smith do przedstawienia tego tematu jest taniec. Autora zestawia pary największych tancerek i tancerzy po to, by – z dala od sztampy – wydobyć sedno mozolnego zadrukowywania kolejnych kartek papieru. Przywołam jeszcze jeden tekst, chyba mój ulubiony: Uśmiercając o północy Orsona Wellesa. Tu Zadie snuje rozważania o naturze czasu. I tym razem punkt wyjścia zasługuje na zainteresowanie. Inspiracją stała się filmowa instalacja artystyczna Christiana Marclaya, z którą autor podróżuje po świecie i którą felietonistka oglądała w nowojorskiej Paula Cooper Gallery. The Clock to dwudziestoczterogodzinny film, który wskazuje aktualną godzinę (jeśli oglądasz go o 15:05, w filmie też jest 15:05). Marclay powyciągał migawki z filmów światowego kina, w których występują zegary lub w których mówi się o czasie – wypowiada się czas – tworząc nieprzerwaną narrację. Całość nie jest przypadkowym zlepkiem kadrów, ale totalnym doświadczeniem rytmu dnia, w którym czas rzeczywisty miesza się z czasem scenicznym. Smith drobiazgowo analizuje koncepcję Marclaya (pod względem artystycznym i filozoficznym) oraz zachowania ludzi, którzy przyszli obejrzeć jego film. Wszystko po to, by zbadać rytm życia człowieka wpisany w rytm dnia (wczorajszego, dzisiejszego, jutrzejszego, tego, który miał miejsce dziesięć at temu i tego, który dopiero przed nami) i zobaczyć, co robi z nami czas.

(...) Mimo powyższych przykładów, wybór publicystycznych tekstów Zadie nie jest wolny od banału. Niektóre felietony ledwie przekraczają próg oczywistości (np. ten o mediach społecznościowych), a analizy literackie bywają powierzchowne. Mimo to, Widzi mi się jako całość wypada ciekawie. To zbiór, po który warto sięgać, ale w sposób przypominający ten, w jaki czytelnik anglojęzyczny otrzymał je pierwotnie. Czytanie tej książki „na raz” zabija jej urok, odziera z refleksyjności oferowanej przez gazetę, kiedy to otrzymujemy do lektury tylko jeden ze zgromadzonych tu tekstów. Polecam więc czytać najnowszą Zadie, ale powoli i na wyrywki. W oryginale, oczywiście.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2018/09/06/widzi-mi-sie-zadie-smith/

pokaż więcej

 
2018-08-09 13:14:09
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
 
2018-08-09 13:13:23
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
Autor:
 
2018-08-09 13:13:06
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
 
2018-08-09 13:12:23
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:
Cykl: Kwartet klimatyczny (tom 2)

(...) Podobnie jak w poprzedniej książce, Lunde nie ogranicza narracji do jednego głosu i jednego wątku. Tym razem mamy do czynienia z dwiema równolegle prowadzonymi opowieściami. Pierwsza dzieje się w teraźniejszości, w zachodniej Norwegii; druga wybiega trzy dekady w przód i przenosi czytelników na południe Francji. Bohaterką naszych czasów (rok 2017) jest siedemdziesięcioletnia Signe, która... (...) Podobnie jak w poprzedniej książce, Lunde nie ogranicza narracji do jednego głosu i jednego wątku. Tym razem mamy do czynienia z dwiema równolegle prowadzonymi opowieściami. Pierwsza dzieje się w teraźniejszości, w zachodniej Norwegii; druga wybiega trzy dekady w przód i przenosi czytelników na południe Francji. Bohaterką naszych czasów (rok 2017) jest siedemdziesięcioletnia Signe, która po latach decyduje się wrócić do miejsca swoich narodzin i dorastania. Powrót do domu przywołuje trudne wspomnienia: zimną relację z apodyktyczną matką, niemożność porozumienia się z ukochanym mężczyzną, utratę dziecka. To także konieczność zmierzenia się z rozpadem ukochanego świata. Zniknął piękny norweski krajobraz – wzgórza, rzeka, wodospady. Właściwie to „został zniknięty”, kiedy ludzie ujarzmili naturę na rzecz elektrowni wodnej. Ostał się tylko lodowiec, który teraz znalazł się w niebezpieczeństwie ze strony przedsiębiorców. Jedyną wnoszącą sprzeciw wobec przerobienia go na kostki lodu do drinków z okolicznych kurortów jest dziennikarka i aktywistka środowiskowa, która mimo podeszłego wieku wsiada na jacht – tytułowy Błękit – by ratować białą górę.
Równolegle snuta opowieść toczy się w roku 2014. Susza panująca na południu Francji, panosząca się zresztą w całej Europie, doprowadza do tragicznego w skutkach pożaru. Davidowi i jego jedenastoletniej córce Lou ledwie udaje się uciec i dotrzeć do obozu dla uchodźców. Nie wiadomo, jaki los spotkał mamę i młodszego brata dziewczynki. Co gorsza, obóz wcale nie okazuje się azylem – tu także brakuje wody. Poza tym, trzeba odnaleźć się w nowej społeczności. Sposobem na uczynienie czekania (na rodzinę, na wodę, na śmierć) bardziej znośnym okazują się wycieczki po okolicy. W trakcie jednej z nich, David i Lou znajdują starą łódź, która pozwala im snuć naiwne plany na przeżycie i wypłynięcie na szerokie wody. Pozostaje pytanie: kiedy spadnie deszcz?

(...) Na fali książek prośrodowiskowych, zazwyczaj ze słowem „sekretne” w tytule, proza Mai Lunde zdecydowanie się wyróżnia. Niby mamy do czynienia z fikcją, ale – niestety – bardzo realną. Podobnie jak w Historii pszczół, właściwie trudno zrelacjonować, co się w Błękicie dzieje. To raczej zapis stanu, w którym trwają pozbawieni wody ludzie. Bogactwo treści przy minimum akcji są dla mnie ważnym wyznacznikiem talentu Lunde. Idąc dalej, autorka kolejny raz daje się poznać jako uważna obserwatorka – tak ludzi, jak i natury. Stara się wniknąć w ludzką psychikę, by zrozumieć, co powoduje człowiekiem, który niszczy swoje środowisko życia. Aby to odkryć, bada najpierw pozornie bardziej trywialną kwestię, jaką są więzi międzyludzkie.
Błękit to proza miejscami wręcz poetycka (Rozmawiali ze sobą, a góra połykała ich słowa – jedno z moich zdań-faworytów powieści), napisana bogatym, wrażliwym językiem. Pełna wymownych niedopowiedzeń. Uznanie w tej kwestii należy się także Annie Marciniakównie, która przetłumaczyła powieść na język polski.

(...) Maja Lunde opowiedziała wrażliwą historię o ludziach i ich odpowiedzialności za środowisko naturalne. Nienachalnie ukazała tymczasowość rzeczywistości, nie tylko jednostkowych istnień ludzkich, ale także całej planety. Lunde daleko do brutalności apokaliptycznych wizji, ale to właśnie cisza i podskórnie odczuwane napięcie budzą grozę. Najpierw zniknęły pszczoły, teraz kończy się woda. Jak zapowiedziała pisarka w jednym z wywiadów, trzecia część tetralogii będzie poświęcona ginącym gatunkom. Lunde konsekwentnie przedstawia niepokojącą wizję końca świata, którego – choć już się zaczął – nie widzimy, bo nie chcemy widzieć. Ważna informacja dla tych, którzy dopiero zaczynają lekturę prozy Norweżki: każda książka to oddzielna opowieść – nie trzeba czytać ich po kolei.
Błękit to dobra skandynawska proza, która każe otworzyć oczy na drugiego człowieka i na świat wokół nas.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2018/08/08/blekit-maja-lunde/

pokaż więcej

 
2018-08-06 17:22:32
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:
Seria: Reportaż

(...)
Choć reportaż Oli Synowiec miał traktować o religijności i wierzeniach Meksyku, jest to opowieść dużo szersza, ujawniająca mentalność jego współczesnych mieszkańców oraz to, w jaki sposób projektuje się zagraniczny wizerunek tego kraju. Niewątpliwym atutem jest fakt, iż autorka mieszka w Meksyku od 2011 roku, że książka nie jest rezultatem jej jednorazowej wycieczki w to miejsce....
(...)
Choć reportaż Oli Synowiec miał traktować o religijności i wierzeniach Meksyku, jest to opowieść dużo szersza, ujawniająca mentalność jego współczesnych mieszkańców oraz to, w jaki sposób projektuje się zagraniczny wizerunek tego kraju. Niewątpliwym atutem jest fakt, iż autorka mieszka w Meksyku od 2011 roku, że książka nie jest rezultatem jej jednorazowej wycieczki w to miejsce. Synowiec najpierw wyjechała do Meksyku (skąd pisała dla polskiej prasy), a dopiero później pojawiła się propozycja napisania reportażu. Czytając go widać, że fascynacja Meksykiem i rozległa wiedza na jego temat zdecydowanie wyprzedzają pragmatyczne zbieranie materiału do książki. Dzięki temu Synowiec udało się nakreślić obraz niejednorodnego społeczeństwa, w którym próżno szukać wiodącej religii, tradycji czy języka. Tym, co łączy Meksykanki i Meksykanów okazała się abstrahująca od swojego przedmiotu wiara. Na Dzieci szóstego słońca składa się siedem rozdziałów – w każdym z nich autorka oswaja jeden z aspektów meksykańskiej kultury. Są to kolejno: obchody Święta Zmarłych, rodzimowierstwo meksykańskie, ruch New Age, turystyka psychodeliczna, „coca-colonizacja” Meksyku, konflikt katolicyzmu i ewangelizmu oraz meksykańscy czarownicy.

(...)
W każdej części autorka startuje od przedstawienia, z czego Meksyk słynie, od obrazka z pogranicza prawdy (bo przecież dane wydarzenie miało miejsce, przecież je widzieliśmy) i mitu (bo ktoś zadbał, abyśmy taki właśnie obrazek mieli przed oczami). W dalszej części Synowiec pokazuje, jak wygląda meksykańska rzeczywistość od wewnątrz. Nie chcąc Wam psuć przyjemności odkrywania Meksyku poprzez lekturę, przytoczę tylko dwa przykłady.
Rozdział pierwszy otwiera opis parady z okazji Día de los Muertos z Bonda rodem. To nie żart, taki jest właśnie rodowód tej formy obchodów meksykańskiego Dnia Zmarłych. Choć to jedno z najważniejszych świąt, głęboko zakorzenionych w meksykańskiej kulturze, uroczysta parada, na którą zjeżdża się kraj i tysiące turystów z całego świata, zorganizowana została przede wszystkim dla tych drugich. Rząd, który musiał mocno postarać się o to, by Meksyk wylądował na srebrnym ekranie, tyle samo wysiłku włożył w to, by po obejrzeniu najnowszego filmu z agentem 007 w roli głównej widzowie nie zawiedli się, odwiedzając ich kraj. Wielu Meksykanów szybko uznało tę „wielką fiestę meksykańskości” (jak nazywa paradę jeden z bohaterów reportażu) za własną, jednak zdania są podzielone.
W rozdziale czwartym Synowiec opowiada o seansach uzdrawiania za pomocą grzybów halucynogennych. Niegdyś oczyszczające rytuały odbywały się w małej indiańskiej miejscowości o nazwie Hautla jedynie nocą i pod dachem. Legendarną znachorką – curanderą – była María Sabina, Mazatecka mistrzyni ezoterycznych uroczystości i jednocześnie katoliczka. Kobieta żyjąca w biedzie, bo za seans nie można było przyjąć pieniędzy, na której wizerunku zarabia teraz pół kraju. Dziś grzyby serwują wszyscy i wszędzie, a do Meksyku każdego dnia docierają rzesze psychodelicznych turystów. I pewnie można jeszcze spotkać curanderos z powołania, jednak niewielu ich dziś szuka. Dla wielu tubylców odprawianie kalekich względem tradycji rytuałów stało się przede wszystkim sposobem na łatwy zarobek. Dla turystów natomiast – hipsterską formą rozrywki, której oddawał się m.in. John Lennon.

(...)
Dzieci szóstego słońca Oli Synowiec to bardzo udany debiut, który przedstawia nieznany współczesny Meksyk – kraj coraz bardziej odległy od tego, który pięćset lat temu przyjął od Starego Kontynentu katolicyzm. Choć książka nie wyczerpuje poruszonych tematów – czasem brakowało mi odniesienia do historii Meksyku i genealogii opisywanych zjawisk – przekrojowo przedstawia, w co wierzy ta część Ameryki, a w co mają wierzyć, programowani przez rząd tego kraju, zagraniczni turyści. Oprócz dużej dawki informacji o meksykańskiej kulturze, odbiorca otrzymuje siedem dowodów na to, jak silnym narzędziem manipulacji może być religia, oraz, że tradycję można ukształtować w ciągu kilku chwil, jeśli tylko niesie ona za sobą obietnicę dużych pieniędzy. Poza tym, autorka świetnie puentuje swoją pracę, dowodząc, że każdy człowiek potrzebuje w coś wierzyć, i że dobrze upatrywać w tym fakcie element jednoczący ludzkość. Podoba mi się osobiste zaangażowanie Synowiec: wiedząc, że wyjechała do Meksyku w poszukiwaniu wiary, mam poczucie, że reportażystka możliwie dogłębnie zbadała opisane kwestie. Jest to więc w pewnym stopniu książka osobista, a dzięki temu autentyczna, spełniająca przy tym kryteria obiektywizmu. Napisana w przystępnej, nieprzegadanej formie. Budząca apetyt na podróż do Meksyku.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2018/08/06/dzieci-szostego-slonca-ola-synowiec/

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
69 59 306
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (3)

zgłoś błąd zgłoś błąd