Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
DO_DZIEŁA 
status: Czytelnik, ostatnio widziany 3 tygodnie temu
Teraz czytam
  • Jak zawsze
    Jak zawsze
    Autor:
    Komedia ironiczno-romantyczna o parze, która dostała szansę przeżycia jeszcze raz swojej miłości. I o narodzie, który dostał szansę przeżycia jeszcze raz swojej historii. I o tym, co z tego wynikło. ...
    czytelników: 1658 | opinie: 64 | ocena: 7,37 (221 głosów)
  • Jankeski fajter
    Jankeski fajter
    Autor:
    LITERACKA PETARDA Z MEKSYKU W końcu martwy się urodziłem i niczego się nie boję Liborio – nielegalny meksykański imigrant w Stanach Zjednoczonych – nie ma nic. Żyje z dnia na dzień, pracując w podrz...
    czytelników: 93 | opinie: 6 | ocena: 5,79 (14 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2017-11-09 11:45:22
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
 
2017-11-09 11:45:00
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

Pamiętacie serię przygód Mikołajka, francuskiego chłopca, którego perypetie opisał René Goscinny? Na pewno pamiętacie. Mikołajek, Mikołajek i inne chłopaki, Wakacje Mikołajka… zdające się nie mieć końca (jest ich ponad 200!) krótkie zabawne historyjki o dzieciństwie i dojrzewaniu. Żart, beztroska, zabawa… takie nastroje towarzyszyły głównemu bohaterowi (i mnie jako czytelniczce) nawet wówczas,... Pamiętacie serię przygód Mikołajka, francuskiego chłopca, którego perypetie opisał René Goscinny? Na pewno pamiętacie. Mikołajek, Mikołajek i inne chłopaki, Wakacje Mikołajka… zdające się nie mieć końca (jest ich ponad 200!) krótkie zabawne historyjki o dzieciństwie i dojrzewaniu. Żart, beztroska, zabawa… takie nastroje towarzyszyły głównemu bohaterowi (i mnie jako czytelniczce) nawet wówczas, gdy nie wszystko układało się po jego myśli. Książka, o której chcę dziś napisać, przy pominięciu zdradzających dramat bohatera prologu i wstępu, zapowiadała się jak egzotyczne przygody Gabriela, rówieśnika Mikołajka, pół-Francuza, pół-Ruandyjczyka. I pewnie takimi by były, gdyby nie wojna w Burundi i ludobójstwo w Ruandzie.

Gaël Faye znany jest przede wszystkim jako francuski hiphopowiec. Od dawna pisze piosenki, a ostatnio wydał powieść. W gruncie rzeczy ciągle pisze w podobny sposób i o tym samym. Jego teksty są liryczne, pełne wrażliwości i nostalgii. Wszystkie bez nadmiernej wzniosłości opowiadają o tęsknocie. Pod takim właśnie tytułem, za sprawą wydawnictwa W.A.B. ukazała się w Polsce wydana w oryginale w 2016 roku powieść Faye’a Petit pays (dosłownie: mały kraj). Decyzja o tak niewiernym tłumaczeniu może dziwić, jednak tylko do momentu sięgnięcia po lekturę. Trudno bowiem znaleźć słowo, które lepiej opisywałoby emocje głównego bohatera, niemal alter ego pisarza, który po wybuchu wojny w Ruandzie, by się ratować, opuszcza ojczystą Burundię. Za ten ruch, ale przede wszystkim za cały przekład należy się Katarzynie Marczewskiej olbrzymie uznanie. Na uwagę zasługuje także projekt okładki i stron tytułowych autorstwa Tomasza Majewskiego. Przygotowane z taką starannością wydanie czyni lekturę książki Gaëla Faye’a jeszcze przyjemniejszą.

Tęsknota to opowieść o losach żyjącego w afrykańskiej Burundzie chłopca, który zbyt szybko musiał dorosnąć. Dzięki pierwszoosobowej narracji Gabriela czytelnik staje się świadkiem tego, jak idylliczne dzieciństwo wojna zmienia w koszmar. Jak z dnia na dzień trzeba porzucić ganianie za owocami mangowca, nurkowanie w rzece czy snucie planów o włóczęgach we wraku volkswagena kombi. Jak zaułek będący dotąd ostoją staje się przestrzenią budzącą lęk. Jak nawet w domu przestaje być bezpiecznie, a sen, jeśli w ogóle nadchodzi, ulotny jest i przestaje nieść odpoczynek. Jak ziemia będąca dla Gabriela rajem, naznaczona nienawiścią wrogich plemion Tutsi i Hutu rozpada się na jego oczach.
Beztroska głównego bohatera odchodzi w zapomnienie jeszcze przed wybuchem wojny, kiedy to rozstają się jego rodzice. Rozpad rodziny zakłóca spokój w życiu chłopca, którego świat będzie odtąd pękał na coraz więcej kawałków. Przemoc i gniew, któremu tak ławo poddali się jego przyjaciele stawia między nimi mur. Matka Ruandyjka, stając przed koniecznością grzebania krewnych, którzy padli ofiarą ludobójstwa popada w obłęd i oskarża o ich śmierć męża i Gabriela – Francuzów. Ogrom doświadczonego przez nią cierpienia sprawił, że ich relacje zostały zerwane na dobre. Mimo starań odizolowania się od brutalnego świata protagonista przekonuje się, że od wszechogarniającej przemocy nie ma ucieczki. Wojna jest faktem w którym – chcąc nie chcąc – każdy bierze udział. Będąc świadkiem powszedniego rozlewu krwi i znieczulenia na krzywdę i ból innych, w końcu sam, doprowadzony do kresu sił, powodowany bezsilnością i gniewem, pozbawia życia drugiego człowieka.

Decyzją ojca Gabriel i jego siostra Ana opuszczają pogrążoną wojną Burundię i emigrują do Francji, gdzie czeka na nich rodzina zastępcza. Po latach wiedziony tęsknotą za ojczystą ziemią mężczyzna wraca do Afryki, by przekonać się, że powrotu już nie ma. Widok ukochanej ziemi, której każdy skrawek znał na pamięć, ziemi splamionej krwią, niesie ból, podobnie jak ten odczuwany będąc z dala od niej. Pół-Francuz, pół-Ruandyjczyk urodzony w Burundi przekonuje się, że nigdzie nie jest u siebie, że każda próba ustalenia swojej tożsamości musi spełznąć na niczym. Ale przecież nie można być nikim; od dzieciństwa jak mantrę powtarzano mu, że każdy z urodzenia przynależy do jednego z obozów. Ta traumatyzująca obcość wyalienowuje Gabriela – nie tylko z Afryki czy z Europy, ale ze świata w ogóle. Obojętność związana z jego pochodzeniem jest pozorna.


Faye opisując znaną sobie rzeź wschodniej Afryki ostatnich lat ubiegłego wieku z intymnej perspektywy dziecka, wymownie obnaża zło, które się tam dokonało. Nie trzeba do tego drastycznych opisów rekonstruujących kolejne masakry czy statystyk; „wystarczy” kontrastująca z przemocą i gwałtem delikatność i bezbronność doświadczającego piekła wojny dziecka. Gaël Faye podejmuje się wielkiego przedsięwzięcia: Tęsknota to z jednej strony powieść inicjacyjna, w której naznaczona wojną rzeczywistość odbiera chłopcu dzieciństwo, z drugiej – wnikliwe i poczynione z ogromną wrażliwością studium człowieczeństwa. Przejmująca, dojrzała, szczera. Napisana z czułością daleką od naiwności. Chciałabym więcej tak fantastycznych debiutów. Chapeau bas. We Francji książkę nominowano do wielu nagród, w Polsce wyróżniona została Nagrodą Goncourtów: polski wybór.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2017/11/08/tesknota-gael-faye/

pokaż więcej

 
2017-11-06 22:50:28
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Seria: Poza serią

(...) Monika Sznajderman snuje opowieść o życiu swojej rodziny w świecie przedholocaustowym, w którym to istniały dwie równoległe rzeczywistości – polska i żydowska. Na przykładzie najbliższej sobie, a tak długo obcej, bo nieznanej historii pokazuje, że już przed drugą wojną światową te dwie nacje nie współżyły ze sobą, a jedynie dzieliły jedną przestrzeń. Cytując za autorką Fałszerzy pieprzu... (...) Monika Sznajderman snuje opowieść o życiu swojej rodziny w świecie przedholocaustowym, w którym to istniały dwie równoległe rzeczywistości – polska i żydowska. Na przykładzie najbliższej sobie, a tak długo obcej, bo nieznanej historii pokazuje, że już przed drugą wojną światową te dwie nacje nie współżyły ze sobą, a jedynie dzieliły jedną przestrzeń. Cytując za autorką Fałszerzy pieprzu Singera, „Żydzi i Polacy nie istnieli dla siebie nawzajem jako ludzie”. Każda ze stron dostrzegała obecność tej drugiej jedynie wówczas, gdy mogło to okazać się pożyteczne. Jednak to polska, sanacka część rodziny Sznajderman zapisała się na kartach historii. Tę żydowską starannie wygumowano. Sznajderman pisząc tę książkę w planie osobistym oddaje głos niemej, zapomnianej części rodziny ze strony ojca – jedynego, który przeżył Zagładę. Przeżył i zdecydował się milczeć. To dlatego otrzymujemy narrację drugoosobową, w której córka chce być głosem swojego ojca. W planie szerszym, uniwersalnym Sznajderman odmawia przyzwolenia na obojętność i zapomnienie. Oddaje głos tym, (o) których nikt nie słuchał, nie obarczając jednak winą rodziny polskiej, dzięki której, jak pisze, w przeszłości nie czuła pustki związanej z tą wielką nieobecnością. To obudzone po latach poczucie braku i bunt przeciwko zapomnieniu napisało Fałszerzy pieprzu.

W Fałszerzach wzajemnie dopełniają się tekst i rodzinne fotografie. Od tych ostatnich wszystko się zaczęło; przypadkowo odzyskane zdjęcia dały początek powrotowi do zapomnianych, trudnych czasów minionego wieku. Ich awersy i rewersy oplatane słowami są efektem prywatnego śledztwa autorki. Czytelnik otrzymuje więc osobistą i zarazem uniwersalną historię Polski przedwojennej i tej z lat późniejszych spisaną ze wspomnień, archiwów, gazet z tamtych lat i literatury oddającej klimat epoki. Książka wymyka się gatunkowemu skatalogowaniu – z jednej strony jest rodzinną kroniką, pamiętnikiem, historią pamiętania, z drugiej – esejem o polsko-żydowskiej rzeczywistości. Taka forma wynika zapewne z wykształcenia autorki – antropolożki kultury i uprawianego zawodu wydawcy, przede wszystkim reportaży (Monika Sznajderman prowadzi Wydawnictwo Czarne). Dzięki wspomnianym fotografiom i wyciągniętym z ich obserwacji wnioskom łatwiej ożywić tych, którzy choć w pełni już nie wrócą, pojawiają się w świadomości autorki, jej bliskich i, jak ma nadzieję Sznajderman, kolejnych pokoleń jej rodziny. Publikując Fałszerzy pieprzu, a więc nie zamykając się ze swoją wyrwaną zapomnieniu historią, Sznajderman oddaje hołd tym, którzy musieli zginąć tylko dlatego, że żyli w takim miejscu i czasie. Bo choć na Fałszerzy składają się narracje dotyczące obu stron rodziny autorki i nie ulega wątpliwości, że pamięć należy się wszystkim przodkom, z lektury wyziera szczególna potrzeba przedstawienia tych, o których nikt się nie dopominał.

Książka Moniki Sznajderman dowodzi, że nie sposób żyć w oderwaniu od swoich korzeni, a pamięć, choć niedoskonała (wybiorcza, z czasem coraz więcej w niej białych plam) jest nieodłączną częścią ludzkiej tożsamości. Historie swoich przodków polskiego i żydowskiego pochodzenia autorka traktuje z jednaką czułością, mimo iż przeszłość tych drugich była niewspółmiernie trudniejsza, być może także za sprawą tych pierwszych. Nie znam drugiej książki, która w podobny – delikatny i dobitny, intymny i ważny dla polskiego społeczeństwa – sposób opowiadała historię zła dokonanego w minionym stuleciu.

Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna Moniki Sznajderman to książka szczególna. Siedzi w człowieku długo po przeczytaniu ostatniej strony. Jest dowodem odwagi i siły autorki w mierzeniu się z uwierającą przeszłością. To wreszcie zapis jednostki cierpiącej w wyniku straty bliskich, których nie było dane jej poznać. Sznajderman z literackim wyczuciem niesie jednoznaczny przekaz: trzeba pamiętać. Z moim uznaniem dla tej książki nie pozostaję odosobniona – Fałszerze pieprzu znaleźli się w finale Nagrody Literackiej „Nike” 2017, byli nominowani w tym roku m.in. do Nagrody in. Ryszarda Kapuścińskiego oraz Literackiej Nagrody Europy Środkowej „Angelus”, zdobyli Nagrodę im. Jerzego Turowicza. Dla mnie lektura obowiązkowa.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2017/11/03/falszerze-pieprzu-monika-sznajderman/

pokaż więcej

 
2017-09-23 10:55:09
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

(...) Wydana z dużą starannością przez Wydawnictwo Literackie: ciekawa okładka, ilustrowana w środku (piękna wyklejka!), dobry papier, szycie. Obcowanie z tą książką jako przedmiotem było naprawdę przyjemne. Co zatem poszło nie tak?
Lektura Księgi morza, a właściwie książki: Księga morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku ciągnęła mi się...
(...) Wydana z dużą starannością przez Wydawnictwo Literackie: ciekawa okładka, ilustrowana w środku (piękna wyklejka!), dobry papier, szycie. Obcowanie z tą książką jako przedmiotem było naprawdę przyjemne. Co zatem poszło nie tak?
Lektura Księgi morza, a właściwie książki: Księga morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku ciągnęła mi się tak długo, jak jej pełny tytuł. Na pierwszy rzut oka mamy do czynienia z dziennikiem podróży – bohaterowi i jego przyjacielowi Hugonowi przyświeca jeden cel: chcą złowić rekina polarnego. Podobno zadanie to niełatwe (nie zdradzę, czy się udało, ale zdradzę, że autor nie buduje napięcia wokół (nie)powodzenia tej akcji. A ponieważ taka żegluga musi się dłużyć, oprócz opowieści o życiu morskich istot (całkiem ciekawych nawet dla amatora), autor serwuje nam różnego rodzaju wynurzenia. Trochę wspomina, trochę streszcza morskie mity i norweskie opowieści, trochę cytuje tych, którzy wcześniej pisali o morzu. Nie ulega wątpliwości erudycja autora. Widać też, że Strøksnes uwielbia literaturę i dobrze zna jej historię, jednak każde jego powołanie się na inny tekst literacki sprawia, że – chcąc nie chcąc – zestawiam cytowane fragmenty z właściwą książką. I autor Księgi morza wypada na tle tego porównania blado (choć, trzeba przyznać, Strøksnes przytacza słowa głównie gigantów literatury). Nie wiem, czy to kwestia tłumaczenia, czy język w podobnie beznamiętny sposób „płynie” w oryginale, tj. po norwesku, ale mnie ta książka nużyła okropnie. Próżno szukać tu spójności, która po zakończeniu lektury krótkiego rozdziału pchałaby czytelnika naprzód. Niewątpliwie Strøksnes jest gawędziarzem, jednak historie, które – wierzę – mogły okazać się pasjonujące podczas żeglugi, zebrane na kartach książki ociekają monotonią. W trakcie trwającej ponad miesiąc lektury wielokrotnie porzucałam tę książkę i czytałam coś innego; prawdopodobnie, gdyby nie recenzja, nie dotarłabym do ostatniej strony.
Chcę jednak wspomnieć o walorach tej książki, których nie brakuje. Opowieści o tajemnicach morskiego dna w dużej mierze okazały się dla mnie zaskakujące, jednak tym, co najbardziej mnie w Księdze morza ujęło, był zapis przyjaźni Mortena i Hugona. Na pontonie w otoczeniu morskich fal znalazło się bowiem nie tylko dwóch miłośników morza, ale przede wszystkim para przyjaciół. Będąc na morzu albo czekając na wypłynięcie w domu Hugona, mężczyźni spędzili razem niewyobrażalną – zwłaszcza z punktu widzenia braku pokrewieństwa i powinowactwa – ilość czasu. Poznali swoje dobre i złe strony, musieli się nawzajem znosić, choć nie zawsze było łatwo. Socjologicznie rzecz ujmując, był to ciekawy aspekt książki.
(...)
PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2017/09/23/ksiega-morza-morten-a-stroksnes/

pokaż więcej

 
2017-09-16 01:50:57
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
Autor:
 
2017-09-16 01:48:44
Ma nowego znajomego: adb
 
2017-09-16 01:46:33
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

(...) Pocałunki składane na chlebie to opowieść o losach madrytczyków z apogeum kryzysu. Bazując na prawdziwych historiach ludzi, którzy musieli się z nim zmierzyć, autorka tworzy postacie z krwi i kości (znamy ich rodzinne koligacje, zawody, wiemy, jak wyglądają ich domy), dzięki czemu szybko stają się nam bliskie. Grandes tworzy pomiędzy bohaterami sieć powiązań – przestrzenią „wspólną”... (...) Pocałunki składane na chlebie to opowieść o losach madrytczyków z apogeum kryzysu. Bazując na prawdziwych historiach ludzi, którzy musieli się z nim zmierzyć, autorka tworzy postacie z krwi i kości (znamy ich rodzinne koligacje, zawody, wiemy, jak wyglądają ich domy), dzięki czemu szybko stają się nam bliskie. Grandes tworzy pomiędzy bohaterami sieć powiązań – przestrzenią „wspólną” staje się m.in. zakład fryzjerski Amalii czy bar Pascuala – pokazując, że trudny los staje się choć trochę lżejszy, jeśli nie pozostajemy zdani tylko na siebie. Podczas wspomnianego spotkania autorka podaje definicję kryzysu zaproponowaną przez jej fryzjerkę: „Wcześniej ludzie strzygli się u mnie, farbowali i czesali, dziś już tylko się farbują”.
Begoña nie jest szczęśliwa i nie wie dokładnie dlaczego. Żyje w przekonaniu, że ciągle jej czegoś brakuje, że szczęście, tak hojne a może nawet rozrzutne dla tych, którzy ją otaczają, wobec niej okazał się sknerą. Nie może pozbyć się tego wrażenia, które przyciemnia jej obraz jak ciemne okulary, barwi na szarą całą jej rzeczywistość, dom, który nigdy się jej nie podobał, meble, nie tak piękne, jak te, które widzi w domach znajomych, samochód zawsze zachlapany na zewnątrz, a w środku pełen torebek po chipsach konsumowanych namiętnie przez jej dzieci na tylnym siedzeniu. I wreszcie własne odbicie w lustrze.
W Pocałunkach składanych na chlebie czytelnik poznaje około dwudziestu ludzkich losów. Wśród nich jest Pepe, mężczyzna, który był u szczytu kariery w prężnie rozwijającej się branży budowlanej, która jako pierwsza zaliczyła gwałtowny krach. Pepe z trudem zyskuje pracę w stróżówce, gdzie codziennie mija go człowiek, który doprowadził do upadku jego firmy. Jest też Diana, lekarka żyjąca w ciągłym strachy, że pacjent, którego przyjmuje jest jej ostatnim pacjentem. W końcu przychodnia zostaje zamknięta (na szczęście, dzięki społecznemu zaangażowaniu, nie na długo), co w kontekście nagłej prywatyzacji stawianej dotąd za wzór hiszpańskiej publicznej służby zdrowia pokazuje, że kryzys wszystko wywrócił do góry nogami. Sofia, nauczycielka na własną rękę dokarmia w szkole niedożywione dzieci (wbrew dyrekcji i większości grona pedagogicznego, które stara się zamieść problem pod dywan: „Głodujące dzieci? W centrum Madrytu? Bzdura!”), a potem organizuje wraz z przyjaciółmi socjalną stołówkę. Kryzys na swojej skórze odczuwa także fryzjerka Amalia, zwłaszcza, gdy naprzeciwko jej salonu otwiera się kilkukrotnie tańszy biznes prowadzony przez Chinki (które później także wezmą udział w manifestacji przeciwko zamknięciu przychodni). W obliczu kryzysu wiele biznesów zostało zamknięte, a zastąpiły je ich tańsze, w większości chińskie odpowiedniki. Wreszcie olbrzymi problem eksmisji, który w Pocałunkach uosabia Ahmed i jego rodzina – imigranci, którzy najdotkliwiej i najszybciej poczuli kruchość umów zawartych z bankami i stracili dach nad głową, gdy z powodu utraty pracy nie byli w stanie spłacić kolejnej raty kredytu.
Bezrobocie, głód, eksmisje… kryzys nie oszczędził nikogo. A przecież nie można zapominać – i Grandes tego nie robi – że to jedynie część problemów wywołanych przez zewnętrzny kryzys, a prócz niego bohaterowie borykają się także z osobistymi, wewnętrznymi problemami (są zdradzani, przewlekle chorzy, samotni, szukają swojej tożsamości).

Jak zaznacza autorka, ludzie różnie reagowali na kryzys, jednak ona pragnęła przedstawić te budujące zachowaniac, by pokazać, jak wytworzyła się hiszpańska solidarność ostatnich lat. Otrzymujemy więc splot smutnych, trudnych historii, ale z niosącym nadzieję przesłaniem. Bo choć daleko w nich od happy endu, te doświadczenia czynią bohaterów silniejszymi i pozwalają dostrzec, co naprawdę liczy się w życiu. Powieść składa się z trzech części: krótkiego otwarcia i zamknięcia („Przedtem” i „Później”) i wiodącego „Teraz”, a tym, co podnosi na duchu jest dla mnie symboliczna migawka: na pierwszych stronach książki babcia Martina ubiera choinkę kilka miesięcy przed Bożym Narodzeniem po to, by dodać otuchy rodzinie, rok później (w zwieńczeniu Pocałunków) robić już tego nie musi.

Pocałunki składane na chlebie to napisana z wrażliwością wobec ludzkiego losu powieść, której siłą są pełnowymiarowi bohaterowie. To gawęda o ludzkiej solidarności, wytworzonej w obliczu kryzysu, która pozwoliła i wciąż pozwala Hiszpanom iść do przodu. Dzięki formie powieści można ją czytać także bardziej uniwersalnie jako hymn na cześć bycia razem. Dla mnie bardzo ważna książka.

PEŁNA RECENZJA NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2017/08/23/pocalunki-skladane-na-chlebie-almudena-grandes/

pokaż więcej

 
2017-09-16 01:45:49
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

(...) lubię, gdy tomy poetyckie (ale też płyty muzyczne) są oparte na koncepcie. Tak właśnie jest w Tkance: pozornie rozproszone wiersze komponują się w całość. W trzydziestu pięciu krótkich utworach autorka przepuszcza prawdę o sobie przez różne przezrocza: przez drugiego człowieka (jego bliskość i stratę), przez przyrodę, przez pokonywaną drogę, przez zwykłe przedmioty. Natalia de Barbaro... (...) lubię, gdy tomy poetyckie (ale też płyty muzyczne) są oparte na koncepcie. Tak właśnie jest w Tkance: pozornie rozproszone wiersze komponują się w całość. W trzydziestu pięciu krótkich utworach autorka przepuszcza prawdę o sobie przez różne przezrocza: przez drugiego człowieka (jego bliskość i stratę), przez przyrodę, przez pokonywaną drogę, przez zwykłe przedmioty. Natalia de Barbaro wprowadza nas w intymny świat; opowiada o nim sensualnie, wydobywa emocje, przez co czytelnik (a przynajmniej ja) może przejrzeć się w nich jak w lustrze. Jej poezja jest osobista i prawdziwa, co czyni ją uniwersalną.

Natalia de Barbaro z wyczuciem tka swoje utwory, w których liczy się każde słowo. Poetka posługuje się językiem codzienności, proponując jednak nieoczywiste, abstrakcyjne zestawienia. Operuje twórczymi, niezużytymi metaforami. Wątkiem Tkanki jest życie (przede wszystkim wewnętrzne), osnową – świat. Warsztat pisarski de Barbaro przypomina zakład krawiecki, gdzie krojone są wiersze na miarę wrażliwego czytelnika. Zewsząd wyziera kruchość, ulotność, przemijanie.
Walorem poezji jest także to, że pozwala na odmienną względem prozy, bardziej niezobowiązującą lekturę. Mimo wspomnianej już kompozycji utworów zebranych w cztery podgrupy (Tropy, Tracenie, One, Żar), każdy z wierszy niesie także odrębne przesłanie. Można je zatem czytać także „wyrywkowo”. Po Tkankę Natalii de Barbaro warto sięgać wielokrotnie, choćby po to, by zatrzymać się na chwilę w codziennym biegu przez życie. Na koniec, choć bynajmniej nie jest to najmniej ważna kwestia, pragnę zwrócić uwagę na odwagę Wydawnictwa Literackiego. Dla mnie każde, ale zwłaszcza niezorientowane konkretnie na poezję, wydawnictwo decydujące się na liryczne publikacje jest bohaterem. Nie trzeba chyba wyjaśniać, że dużo łatwiej sprzedać poczytny kryminał niż tom poetycki obarczony stereotypem męczącej konieczności zgadywania, co autor miał na myśli. Wierzę, że podjęte ryzyko WL-ce się opłaci, bo mamy do czynienia z naprawdę wartym uwagi zbiorem.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2017/09/16/tkanka-natalia-de-barbaro/

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
43 37 162
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (2)

zgłoś błąd zgłoś błąd