DO_DZIEŁA 
status: Czytelnik, ostatnio widziany 23 godziny temu
Teraz czytam
  • Drwale
    Drwale
    Autor:
    Książka autorki bestsellerowych „Kronik portowych” oraz „Tajemnicy Brokeback Mountain”. Pod koniec XVII wieku dwóch młodych mężczyzn bez grosza przy duszy, René Sel i Charles Duquet, przybywa do Now...
    czytelników: 806 | opinie: 32 | ocena: 7,29 (139 głosów) | inne wydania: 1
  • Jak zawsze
    Jak zawsze
    Autor:
    Komedia ironiczno-romantyczna o parze, która dostała szansę przeżycia jeszcze raz swojej miłości. I o narodzie, który dostał szansę przeżycia jeszcze raz swojej historii. I o tym, co z tego wynikło. ...
    czytelników: 6979 | opinie: 585 | ocena: 6,97 (3115 głosów)
  • Jankeski fajter
    Jankeski fajter
    Autor:
    LITERACKA PETARDA Z MEKSYKU W końcu martwy się urodziłem i niczego się nie boję Liborio – nielegalny meksykański imigrant w Stanach Zjednoczonych – nie ma nic. Żyje z dnia na dzień, pracując w podrz...
    czytelników: 111 | opinie: 7 | ocena: 6,13 (23 głosy)
  • Opowiadania bizarne
    Opowiadania bizarne
    Autor:
    Świat staje się coraz bardziej bizarny. Najnowszy zbiór opowiadań Olgi Tokarczuk. Zaskakujące i nieprzewidywalne opowiadania, dzięki którym inaczej spojrzymy na otaczającą nas rzeczywi...
    czytelników: 1513 | opinie: 128 | ocena: 6,97 (763 głosy)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-12-08 22:10:17
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

(...) Przyjaciel z szafy to dzieło brytyjskiego duetu: A.F. Harrold (tekst) & E. Gravett (ilustracje). Autorką polskiego przekładu jest Maria Jaszczurowska. Książka ukazała się wiosną tego roku nakładem Wydawnictwa Literackiego. To opowieść o chłopcu, którego istnienie uwarunkowane jest od wyobraźni innych i dziewczynce potrafiącej za pomocą myśli stwarzać niezwykłe światy. Choć koncept... (...) Przyjaciel z szafy to dzieło brytyjskiego duetu: A.F. Harrold (tekst) & E. Gravett (ilustracje). Autorką polskiego przekładu jest Maria Jaszczurowska. Książka ukazała się wiosną tego roku nakładem Wydawnictwa Literackiego. To opowieść o chłopcu, którego istnienie uwarunkowane jest od wyobraźni innych i dziewczynce potrafiącej za pomocą myśli stwarzać niezwykłe światy. Choć koncept wymyślonego przyjaciela może wydawać się oklepany, to pierwszy znany mi przypadek, w którym, jeśli musiałabym wybrać głównego bohatera, raczej postawiłabym na „wyobrażonego”. Mieszkający w szafie Amandy Rudger (intrygujące pierwsze zdanie: „Tamtego wieczoru Amanda Szuruburska otworzyła drzwi do szafy i powiesiła kurtkę na jakimś chłopcu”.) szybko staje się jej kompanem do zabawy. Wyobraźnia dziewczynki przemienia dom i ogród w przestrzeń kosmiczną, łódź podwodną albo ciemną jaskinię. Nigdy im się nie nudzi. Kiedy Amanda i Rudger zaakceptowali fakt, iż nikt poza dziewczynką nie może go zobaczyć, w historii pojawiają się burzący to wyobrażenie pan Trznadel i jego niewidzialna przyjaciółka. To za ich sprawą na parkingu koło basenu dochodzi do wypadku, w wyniku którego Amanda nieprzytomna trafia do szpitala. Rudger zostaje sam na ulicy: nie ma się gdzie podziać, a co gorsza, zapomniany zaczyna znikać. Z pomocą wymyślonego kota trafia do wylęgarni wyobraźni – biblioteki. W końcu, jak mawia Amanda, „każda książka to przygoda”.

(...) Harrold stworzył nieoczywistą, pełną zwrotów akcji opowieść na cześć wyobraźni. Nic nie jest w niej niemożliwe, a jednocześnie wszystko wydaje nam się prawdopodobne. Nie jest trudno w ten świat uwierzyć. Historia opowiadana jest dynamicznie, każde zdanie narratora wnosi do historii coś nowego. Dialogi brzmią autentyczne, są pełne humoru. Język nie jest przekombinowany, co traktuję jako atut sprzyjający samodzielnej lekturze książki przez młodego czytelnika, choć po pierwszym zdaniu spodziewałam się więcej świeżych i zaskakujących fraz, które ucieszyłyby także dorosłych. Na treść książki nie składają się jednak same słowa. Ciekawe i wyraziste ilustracje Emily Gravett budują nastrój opowieści, stając się równie sugestywne jak tekst. Czarna strona pozwala poczuć wywołaną burzą awarię prądu, a zastosowanie barw tylko w nielicznych przypadkach podkreśla, że czasem bardziej żywe jest to, co wyobrażone. Pewne jest, że Przyjaciel z szafy powstał dzięki artystom obdarzonym ogromną wyobraźnią.

The Imaginary – Wyobraźnia (bo tak brzmi oryginalny tytuł opowieści) to pochwała nieskrępowanego fantazjowania. Nigdy nie jest się za dużym na bujanie w chmurach, oderwanie od rzeczywistości pomaga lepiej ją znosić – tak brzmi niepisany manifest autorów książki. Dodatkowo, pod płaszczykiem budzącej grozę i jednocześnie niepozbawionej humoru powieści przygodowej przemycone zostały ważne idee. Jest nią niewątpliwie potrzeba rodzicielskiej miłości pełnej zrozumienia i empatii (Amanda mieszka z mamą, która szanuje uczucia i wyobraźnię córki. Przypomniawszy sobie własnego wymyślonego przyjaciela, wspiera dziewczynkę, nie widząc w jej zabawie nic zdrożnego. Niestety nie jest to powszechna postawa rodzicielska, na co Harrold zwraca uwagę w opowiadanej historii). Drugą bardzo ważną myślą jest ukazanie siły znoszącej podziały przyjaźni (dziewczynka kilkukrotnie wspomina o swoich przyjaciołach ze szkoły, którzy są zupełnie inni: poważniejsi, stroniący od ubogacania rzeczywistości za pomocą wyobraźni). Dzieci nie zważają na pochodzenie czy stan majątkowy swoich kolegów, nie obchodzą ich relacje między ich rodzicami. Przyjaźń dziecięca jest szczera i bezwarunkowa. Pod tym względem wolałabym nigdy nie dorastać. Po trzecie, ale nie najmniej ważne, autorzy doceniają literaturę jako tę dziedzinę aktywności ludzkiej, dzięki której możemy być tym kim chcemy i gdzie chcemy. W książkach wszystko jest możliwe, dlatego wymyślony Rudger może żyć w bibliotece – miejscu, gdzie wyobraźnia nie zna granic. Wszystko to zostało przemycone w treści książki jakby mimochodem, bez zbędnego bajdurzenia i moralizatorstwa.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2018/12/08/przyjaciel-z-szafy-a-f-harrold-tekst-emily-gravett-ilustracje/

pokaż więcej

 
2018-12-08 22:09:28
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

(...) Kto zna prozę Myśliwskiego, ten wie, że oscyluje ona wokół spraw najważniejszych. Nie inaczej jest tym razem. Ucho Igielne to powieść-pytanie. Piszący i czytający, przewracając kolejne kartki, zastanawiają się: kim jest wpisany w czas człowiek? Nie wyabstrahowana jednostka ludzka badana przez egzystencjalistów czy antropologów, ale pojedynczy byt, jak ja czy ty. Uporczywie powraca... (...) Kto zna prozę Myśliwskiego, ten wie, że oscyluje ona wokół spraw najważniejszych. Nie inaczej jest tym razem. Ucho Igielne to powieść-pytanie. Piszący i czytający, przewracając kolejne kartki, zastanawiają się: kim jest wpisany w czas człowiek? Nie wyabstrahowana jednostka ludzka badana przez egzystencjalistów czy antropologów, ale pojedynczy byt, jak ja czy ty. Uporczywie powraca pytanie: kim byłeś przed laty, wczoraj, kim jesteś teraz, kim będzie za czas jakiś. Genetycznie wciąż jesteśmy tacy sami, ale oglądając fotografie sprzed lat, trudno odnaleźć nam ciągłość z tamtym sobą. Problemem tożsamości osobowej naukowo zajmował się m.in zmarły w ubiegłym roku Derek Parfit (zainteresowanych odsyłam do jego książki Racje i osoby). Rozterki stanowiące punkt wyjścia badań brytyjskiego filozofa obecne są w prozie Myśliwskiego, której bohaterowie: pełne sił witalnych ja i ja starcze spotykają się w Uchu Igielnym, rzeczywiście istniejącej w Sandomierzu zielonej dolinie. To taka brama, przez którą nie sposób przejść w dwie osoby bez otarcia się o siebie i spojrzenia sobie w oczy. Myśliwski z wrażliwością i uwagą rejestruje to spotkanie starości z młodością, kiedy ożywają wspomnienia. Gdzieś po środku drogi spotykają się więc wybiegające w przyszłość aspiracje młodzieńca i oglądające się wstecz myśli starca.

(...) Jest więc Ucho Igielne historią o przemijaniu. Nie zdradzę konceptu fabuły (rewelacyjny, nieoczywisty i trzymający w napięciu początek!), jednak już od pierwszych stron powieść przywiązała mnie do siebie i zajęła myśli. Myśliwski z poszanowaniem dla swojego bohatera prowadzi czytelnika po meandrach pamięci protagonisty. To podróż przez polską historię ubiegłego wieku, która wymagała redefiniowania tak własnej, jak i zbiorowej tożsamości. „Przeszłość wciąż się w nas dzieje, dopominając się o naszą pamięć” – konstatuje bohater. Upływ czasu daje szansę na zdystansowany ogląd tego, co się już stało; pozostaje jednak pytanie, czy nasze wspomnienia odzwierciedlają wydarzenia mające miejsce lata temu. Jakiej obróbce poddajemy zwłaszcza te bolesne momenty; co wypieramy z pamięci, a co stanowi naszą fantazję nie znajdującą odzwierciedlenia w rzeczywistości? Myśliwski w subtelny, właściwy sobie sposób pokazuje, co robi z nami czas, oraz, że na przeszłość składa się niemożliwy do rozdzielenia mariaż jawy ze snem. A może, wbrew zdrowemu rozsądkowi, to właśnie marzenia senne należałoby uznać za prawdę – pyta.

(...) Zupełnie nie lubię książek obłożonych obwolutą. Obwoluta buduje dystans, przywodzi na myśl album, który powinno się oglądać z namaszczeniem, po czym z należytą ostrożnością odłożyć na półkę. A powieść ma służyć przecież do czytania, czasem wielokrotnego wertowania przeczytanych stron. Do zaznaczania ważnych miejsc (kto odważyłby się pisać po albumie!?); do lektury w autobusie czy w łóżku, nierzadko w towarzystwie jedzenia czy picia; do pożyczania. Obwoluty chroniące książki Myśliwskiego są jednak w pełni uzasadnione. Nie znam drugiej równie szlachetnej prozy, a taką należałoby chronić przed zębem czasu oraz przed zapomnieniem. „Trywialność i wzniosłość to niemal siostry syjamskie” – pisze w Uchu Igielnym Myśliwski. Wielka to rzecz opisywać emocje i problemy, z jakimi musi się zmierzyć człowiek, bez zbędnego zawoalowania, nie narażając się przy tym na śmieszność. To chyba przywilej życiowej mądrości i wyzucia potrzeby popisywania się przed sobą i światem. Myśliwskiemu jak nikomu innemu wychodzi trudna sztuka pisania tego, co niby wszyscy wiemy, w sposób zasługujący na podziw i uznanie. Ucho Igielne to książka o tym, co robi z nami czas, na której lekturę i późniejszy namysł potrzeba czasu właśnie. Jednemu i drugiemu sprzyja jesień. Do dzieła.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2018/11/16/ucho-igielne-wieslaw-mysliwski/

pokaż więcej

 
2018-10-25 15:38:48
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

(...)
Książka z Gaudím w tytule nie ogranicza się do przybliżenia losów jednego z najbardziej znanych architektów XX wieku. Trudno byłoby wskazać wszystkie pojawiające się w niej wątki. Dużo tu historii: architektury, techniki, Kościoła, Hiszpanii i Katalonii oraz świata w ogóle. Są też niekrótkie kawałki dla smakoszy: receptury i historia powstania paelli, lodów, waty cukrowej i absyntu. I...
(...)
Książka z Gaudím w tytule nie ogranicza się do przybliżenia losów jednego z najbardziej znanych architektów XX wieku. Trudno byłoby wskazać wszystkie pojawiające się w niej wątki. Dużo tu historii: architektury, techniki, Kościoła, Hiszpanii i Katalonii oraz świata w ogóle. Są też niekrótkie kawałki dla smakoszy: receptury i historia powstania paelli, lodów, waty cukrowej i absyntu. I dużo biogramów – często przywoływane aforyzmy i złote myśli skutkują szczegółowym przypisem (na taki zasłużył sobie m.in. Ch. Baudelaire). Dobre kilka stron zawiera życiorys Jacka Jonsona, ciemnoskórego pięściarza, który miał uratować Gaudíego od zbirów zaczepiających go na ulicy (ciekawe, czy ich spotkanie w ogóle miało miejsce). Jest też drobiazgowa definicja geometrii euklidesowej. I wiele innych. Ten ekstra materiał, którym z godną podziwu swobodą operują autorzy, rozmywa narrację i zwyczajnie irytuje. Do zarysowania tła z powodzeniem wystarczyłyby trzy wątki historyczne. Warto znać ubiegłowieczną architekturę, by dostrzec geniusz i szaleństwo Gaudíego; dobrze jest orientować się w kwestiach religii i, której – zwłaszcza w ostatnich latach życia – architekt był gorliwym wyznawcą; nie bez znaczenia pozostają dzieje Katalonii jako obszaru, do którego artysta zawężał swoją ojczyznę. W tych trzech planach przedstawiony został Antoni Gaudí.

Wiedząc już, ile jest w Antonim Gaudím. Czarodzieju architektury Gaudíego (objętościowo, myślę, że trochę ponad połowa książki), przejdźmy do jego postaci. Książkę rozpoczyna rozdział wstępny, hołd złożony artyście i saldo jakie pozostawił z chwilą śmierci. Następny w kolejności jest prolog stanowiący zapis samotniczej śmierci mistrza (1926), który wpadł pod tramwaj i, wzięty za włóczęgę, zmarł w hospicjum dla ubogich. Dalej zaczynają się właściwe rozdziały chronologicznie przedstawiające losy Gaudíego, który przychodzi na świat w katalońskim Reus w roku 1852. Każda z części poświęcona jest innemu etapowi życia artysty, w końcowej partii wracamy do otwierającego powieść wypadku (jako że po lekturze prologu wiemy, w jaki sposób zginął Gaudí, autorzy budują napięcie, wrzucając go pod tramwaj w sumie trzykrotnie).

Gaudí jako architekt to artysta niepodrabialny. Jego twórczość, choć czerpie z wzorców epok ją poprzedzających, nie przypomina niczego, co tworzono wcześniej ani później. „Bujny romantyzm i rozwichrzona secesja” – tak określona została jego spuścizna. Warto wspomnieć, że stworzone przez niego kościoły, budynki, bramy, latarnie i inne detale, które dziś urosły do rangi symboli Barcelony, nie znalazły powszechnej aprobaty za życia Gaudíego. Podobnie jak Sagrada Familia – jego najznamienitsze dzieło, którego budowa rozpoczęła się w 1882 roku i trwa do dziś (według rozpowszechnianych w sieci informacji, prace mają dobiec końca w 2026 roku, a więc w setną rocznicę śmierci człowieka, który odmówiwszy przyjęcia choćby złotówki za budowę świątyni, poświęcił jej dwanaście lat życia. Autorzy jako datę końcową wskazują natomiast rok 2030.), wzbudzały nie lada emocje, często prowadząc do rodzinnych waśni i obyczajowych skandali. Budynki wychodzące spod ręki Gaudíego były wolne od linii prostych, a motywami królującymi w zdobieniach, które zazwyczaj sam rzeźbił czy wykuwał była natura, Katalonia oraz… symbole masonerii, o przynależność do której był posądzany, czego jednak mu nie udowodniono. W książce zostały opisane wszystkie jego projekty i ich realizacje.
Gaudí – katolik to człowiek, który wychował się w głęboko religijnej rodzinie. Sam jednak dość szybko wiarę porzucił na rzecz hulaszczego życia chwilą. Potwierdzenie odwrotu od Boga stanowi jego fascynacja kulturą masońską, magią i astrologią. Jednak, jeżeli w młodości Antoniego można mówić o zaniedbaniu wiary, to wiek dojrzały, a zwłaszcza schyłek jego życia były okresami duchowego wzrostu. Odtrącony przez kobietę, którą darzył ogromnym uczuciem, Gaudí został świeckim zakonnikiem i żył jak asceta (przez cały rok nosił jedno ubranie i nigdy nie najadał się do syta). Mówił, że tworzył na chwałę Boga, Wielkiego Architekta. W 1992 roku rozpoczęto jego proces beatyfikacyjny, który trwa do dziś.
Katalończyk Gaudí patriotyzm ograniczał do, stanowiącej administracyjny odpowiednik naszego województwa, wspólnoty autonomicznej, w której urodził się i mieszkał całe życie. Z pełną świadomością mówił jedynie w języku katalońskim – bez względu na to, czy jego pracodawcą był człowiek spoza tego obszaru, czy jego opus magnum przyjechała obejrzeć królowa, czy wreszcie, kiedy posługiwania się tym językiem zabraniało prawo. Starał się być blisko katalońskiego ludu – wspierał robotników, brał udział w lokalnych ruchach, chętnie rozprawiał na, powiedzielibyśmy dzisiaj, geopolityczne tematy (choć nigdy nie związał się z żadną partią).

(...) Przechodząc do stylu pisarskiego autorów, jest on kwiecisty, zwłaszcza w opisach pór roku i pogody. Są one iście malarskie, co potwierdza jeden z licznych fachów Przemysława Słowińskiego (strzelam, że jest pejzażystą). Nie mogę sobie odmówić chociaż dwóch przykładów: „Oblany letnim słońcem poranek był złocisty jak miąższ dojrzałej brzoskwini” albo „Dzień od rana kisł w mżawce, atramentowy wieczór z zasnutym niskim niebem rozpadał się drobnym, zimnym deszczem. (…) [ludzie] w miodowym blasku latarni odpływali za krawędź światła wchłaniani przez mrok”. I tak co kilka stron. W pewnym sensie Słowińscy w tych pełnych ornamentów opisach odzwierciedlili nie znający umiaru styl Gaudíego, który budzi podziw, ale nie zawsze znajduje zrozumienie. Idąc dalej, zwłaszcza część otwierająca książkę przypomina bardziej dzieło hagiograficzne pełne patosu i wyświechtanego moralizatorstwa („Istnieją nawet przypuszczenia, że sam Gaudí był masonem. (…) Osąd ten wywodzi się z opinii, jakoby artysta „obracał się w masońskim środowisku”. I owszem, Josep Fontserè i Mestre sympatyzował z masonerią, ale w żaden sposób nie świadczy to automatycznie o tym, że Gaudí, jako jego bliski przyjaciel, również należał do tego ugrupowania. Nigdy nie sądźmy człowieka po jego przyjaciołach. Judasz na ten przykład miał ich nienagannych…”). Moim zdaniem, nie tylko w biografii, ale w literaturze w ogóle, nie ma miejsca na takie frazy. Na końcu książki znalazł się wykaz głównych dzieł Gaudíego, kalendarium (i znów, są tu nie tylko daty ważnych wydarzeń w życiu artysty, ale także proklamacja II Cesarstwa Francuskiego czy data wynalezienia telefonu), słownik użytych w książce terminów (obecność haseł pokroju „dachówki”, „pałacu” i „gipsu” zastanawia, czy autorzy tak nisko cenią odbiorców książki, czy zakładają, że sięgną po nią przedszkolaki). Całość wieńczy bibliografia, która jednoznacznie dowodzi, że nie jest to książka czysto biograficzna – wykaz nie zawiera ani jednego opracowania w języku katalońskim, czy nawet hiszpańskim, a publikacje naukowe stawiane są tu na równi z Cieniem wiatru Zafóna. Jeśli przymkniemy na to wszystko oko, książkę czyta się gładko, a lektura bywa pasjonująca, zwłaszcza, kiedy nie podzielając zainteresowania piętrzącymi się dygresjami, pozwolimy sobie na opuszczenie kilku stron. Co do wydania książki, nie jest to szczególnie udana okładka, za to znajdujące się w środku wkładki z fotografiami dzieł artysty cieszą oko (szkoda jedynie, że na zdjęciach zostały uwiecznione tylko te bardziej znane budowle, podczas gdy przeczytać możemy o wszystkich projektach A.G.). Część z tych zdjęć zobaczycie w filmiku promującym książkę.

Antoni Gaudí. Czarodziej architektury pióra Słowińskich to książka, której lektury nie odradzam, ale też trudno mi ją przy tych wszystkich zastrzeżeniach polecić. Wyłania się z niej obraz człowieka, który – jak mówi okładka -„tworzył jak geniusz, żył jak święty, zmarł jak żebrak”. Bez wątpienia wiele można się z niej o życiu jednego z największych Katalończyków dowiedzieć, co nie znaczy, że wszystkie opisane wydarzenia rzeczywiście miały miejsce. W całym zamieszaniu, mnogości wątków, które czasem trudno w jakikolwiek sposób skojarzyć z tytułowym bohaterem, postać „Czarodzieja architektury” zwyczajnie ginie. Dostajemy powieść historyczną, w której sportretowany został nie tylko Antoni Gaudí, ale cała jego epoka. Książka uosabia postać mistrza: (na przemian) zaciekawia, budzi podziw, irytuje.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2018/10/22/antoni-gaudi-czarodziej-architektury-przemyslaw-slowinski-krzysztof-k-slowinski/

pokaż więcej

 
2018-10-15 13:07:13
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

(...) Łowca posagów autorstwa Brytyjki Daisy Goodwin to oparta na prawdziwych wydarzeniach opowieść o dziewiętnastowiecznej Anglii: małżeństwach zawieranych trochę z miłości, a trochę z wyrachowania, polowaniach, pasjach i życiowych dylematach. Epizodem historycznym, wokół którego pisarka osnuła opowieść jest (trwający w rzeczywistości około pięciu lat, a w powieści sporo krócej) romans... (...) Łowca posagów autorstwa Brytyjki Daisy Goodwin to oparta na prawdziwych wydarzeniach opowieść o dziewiętnastowiecznej Anglii: małżeństwach zawieranych trochę z miłości, a trochę z wyrachowania, polowaniach, pasjach i życiowych dylematach. Epizodem historycznym, wokół którego pisarka osnuła opowieść jest (trwający w rzeczywistości około pięciu lat, a w powieści sporo krócej) romans cesarzowej Austrii, Elżbiety Bawarskiej i kapitana kawalerii nazwiskiem Middleton. I choć sama zdecydowałam się na lekturę tej książki z uwagi na postać niekonwenjonalnej w zachowaniu i obsesyjnie dbającej o swoją urodę Sisi, (dla przypomnienia: ponoć tak do cesarzowej zwracali się przyjaciele i pod tym imieniem została rozsławiona, stając się jedną z najbardziej obecnych w popkulturze koronowanych głów) dla Goodwin jest ona istotnym, ale jednak pretekstem do zarysowania pejzażu minionej epoki. Chwała jej za to. Dwojgiem równie ważnych bohaterów są Charlotte i Middleton, nazywany Bayem. Dziewczynę poznajemy na początku powieści. To dwudziestoletnia dziedziczka rodzinnej fortuny, stroniąca od salonów i dworskich zabaw, fotopasjonatka. Prezentowane przez Charlotte poglądy oraz jej nowatorskie jak na tamte czasy zainteresowanie czynią ją postacią charyzmatyczną, której trudno nie polubić – zarówno czytelniczce i czytelnikowi, jak Middletonowi, który, choć pozbawiony szlacheckiego urodzenia, jest przystojnym, zawadiackim kapitanem kawalerii oraz jeźdźcem, który w całej Europie nie ma sobie równych. Z uwagi na różnicę w statusach majątkowych i towarzyszącą kapitanowi opinię łowcy posagów, znajomość Charlotte i Baya nie wszystkim jest w smak, zwłaszcza, że majątek dziewczyny gwarantuje dostatnie życie jej brata i jego przyszłej żony oraz owdowiałej ciotki. Kiedy wreszcie wydaje się, że wszystko zmierza ku dobremu, na zaproszenie Korony Brytyjskiej na polowanie przyjeżdża cesarzowa Elżbieta. Spełniając polecenie przełożonego, Middleton zostaje opiekunem Sisi, gorliwie pełniącym swoje obowiązki jako przewodnik podczas polowań, a z czasem także jako kochanek dziesięć lat starszej, życiowo nieszczęśliwej kobiety. Będąc na usługach koronowanej głowy, kapitan może zapłacić wysoką cenę w grze o własne życie.

Książkę Goodwin warto przeczytać nie tylko dla historii skandalizującego romansu. Szczególnie cenne jest oddanie klimatu epoki wiktoriańskiej, możliwe dzięki wiarygodnemu przedstawieniu jej atrybutów (strojów, rozrywek, etykiety), jak i zarysowaniu społeczno – obyczajowego tła rozgrywających się wydarzeń. To także spektrum trosk i dylematów towarzyszących dziewiętnastowiecznym brytyjskim kobietom, zwłaszcza tym, którym los poskąpił zapewniającego dostatnie życie posagu. Sportretowane przez Goodwin kobiety, bez względu na status majątkowy, są silne i wyraziste. Mimo że konwenanse ograniczają ich poczynania, mają swój głos i swoje pasje. Bardzo ciekawy – mimo że zmyślony, a przynajmniej domniemany – jest wątek fotograficzny. Autorka przyznaje, że o prawdziwej Charlotte nie wiadomo zbyt wiele, a podzielana przez nią pasja fotograficzna jako ówcześnie modne zajęcie zamożnych panien stanowi wytwór jej wyobraźni. Fotografia stanowi oryginalne medium do rozprawiania o żywionych uczuciach i namiętnościach.

Łowcę posagów śmiało rekomenduję zwolennikom powieści historycznych, jednak upodobania do odkrywania przeszłości nie stanowią warunku koniecznego do odnalezienia przyjemności z lektury. Dzięki lekkiemu pióru (stylizowany, ale w pełni zrozumiały język, wiarygodne dialogi) Daisy Goodwin oraz świetnemu tłumaczeniu Niny Dzierżawskiej książka zasługuje na zainteresowanie także tych, którzy nie specjalizują się w tym gatunku. Pozytywny odbiór książki gwarantuje także wysoki standard wydawniczy i redakcyjny, który zawdzięczamy Marginesom. Subtelna i oryginalna okładka wyróżnia się na tle innych tytułów, stanowiąc obiecującą zapowiedź tego, co znajdziemy w środku.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2018/09/27/lowca-posagow-daisy-goodwin/

pokaż więcej

 
2018-10-15 13:04:37
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

(...) Amerykańska pisarka Kelly Barnhill ma w swoim dorobku poezję, eseje i opowiadania dla dorosłych oraz utwory fantasy i science fiction skierowane do młodszych czytelniczek i czytelników. Jej ostatnia, wydana w 2016 roku książka jest pierwszą, która za sprawą Wydawnictwa Literackiego ukazała się w Polsce. Autorka Dziewczynki, która wypiła księżyc odniosła w USA olbrzymi sukces, m.in.... (...) Amerykańska pisarka Kelly Barnhill ma w swoim dorobku poezję, eseje i opowiadania dla dorosłych oraz utwory fantasy i science fiction skierowane do młodszych czytelniczek i czytelników. Jej ostatnia, wydana w 2016 roku książka jest pierwszą, która za sprawą Wydawnictwa Literackiego ukazała się w Polsce. Autorka Dziewczynki, która wypiła księżyc odniosła w USA olbrzymi sukces, m.in. została uhonorowana Medalem Johna Newberry’ego za wybitny wkład w amerykańską literaturę dziecięcą.

(...) Punktem wyjścia opowieści jest bezlitosny rytuał: w miasteczku Protektorat co roku składana jest ofiara z niemowlęcia. Dziecko ma być pożywką dla czarownicy, która w zamian za to zapewnia mieszkańcom spokój. Dlatego, gdy przychodzi Dzień Ofiary, za powszechnym przyzwoleniem z objęć matki wyrywane jest najmłodsze dziecko. Opowiedziana przez Barnhill historia rozpoczyna się w dniu, w którym Rada Starszych z pomocą Sióstr Gwiazd odbiera rodzicom i porzuca w lesie jako łup dla wiedźmy tytułową bohaterkę (która wtedy nosi inne, nieznane nam imię). Matka dziewczynki popada w obłęd. Świadkiem zdarzenia jest kilkuletni Antain, który jako jedyny sprzeciwia się dyktaturze wiedźmy i nie uczestniczy w pochodach. Ale to jedynie część historii. Owszem, w lesie żyje pięćsetletnia wiedźma imieniem Xan, ale jest ona wyjątkowo przyjaźnie usposobiona. Co więcej, każdego roku ratuje porzucone w lesie przez protektorian dzieci, karmi je światłem gwiazd i znajduje kochające rodziny w Wolnych Miastach. Kiedy Xan znajduje Lunę, wie, że jest to dziecko wyjątkowe. Los chciał, że wiedźma nakarmiła niemowlę zbyt dużą ilością księżycowego światła i dziewczynka została umagiczniona. Przepełniona magią dziewczynka mieszka z babcią Xan oraz mądrym potworem Glerkiem i pociesznym smokiem Fyrianem. Mijają lata. Antain i jego żona Ethyne spodziewają się dziecka, które w Dniu Ofiary będzie najmłodszym noworodkiem w Protektoracie. Obawa przed utratą wyczekiwanego potomka sprawi, że Antain podejmie wyzwanie rozprawienia się z wiedźmą, a sprawy przyjmą nieoczekiwany obrót.

(...) Mimo posługiwania się klasycznym, typowo baśniowym (i coraz rzadziej pojawiającym się we współczesnej literaturze dziecięcej) językiem, Barnhill podejmuję grę z konwencją tego gatunku. Po pierwsze, kategorie dobra i zła są nieoczywiste i trudno orzec, kto jest po której stronie. Prawie na pewno chociaż raz źle odczytacie zamiary którejś z postaci. To charakterologiczne skomplikowanie bohaterów zmusza czytelnika do zachowania czujności i pokazuje, że pozory mylą i nie należy pochopnie oceniać innych. Poza tym – zdaje się mówić między wierszami Barnhill – z początku wszyscy byliśmy dobrzy, ale doznane przez nas krzywdy sprawiły, że, nie chcąc pozwolić się więcej ranić, skryliśmy dobro gdzieś głęboko w sobie, stając się twardymi i niedostępnymi dla innych. Z kolei nawet postacie, które określilibyśmy jako dobre, dopuszczają się zła, mimo iż czynią to w obronie własnej lub swoich najbliższych. Po drugie, autorka proponuje nowatorską dla baśni wielość perspektyw, z których snuta jest opowieść. W kolejnych krótkich rozdziałach narracja prowadzona jest przez różne postacie. Czasem, skutkiem zmiany narratora jest to, że w danym rozdziale wiemy mniej, niż wiedzieliśmy wcześniej, kiedy indziej cofamy się w czasie albo przeżywamy ten sam moment, co w poprzedniej narracji, jednak teraz poznajemy go od innej strony. Co pewien czas pojawiają się też opowieści o wiedźmie, które wyjaśniają podtrzymywany przez pokolenia mit o złu, które miałoby dokonywać się z udziałem Xan. Bernhill dokonuje tego zabiegu w sposób zręczny i wiarygodny. Po trzecie, Dziewczynka zawiera w sobie powszechnie znane w literaturze i popkulturze motywy, które jako całość stanowią nową jakość. Motyw corocznie składanej w postaci dziecka ofiary przywodzi na myśl biblijno-mitologiczne skojarzenia z jednej, a bestsellerowe Igrzyska Śmierci z drugiej strony. Idąc dalej, w baśni występuje dobra wiedźma i zła czarownica (i nie jest to ta sama postać); niewinne dziecko przełamuje zły czar, waleczny młodzieniec w obronie swojej rodziny podejmuje walkę ze złem, a smok podtrzymuje świat w swoim istnieniu.

(...) Warto zwrócić uwagę na konstrukcję bohaterów tej opowieści. Po pierwsze, Bernhill tworzy świetne postacie kobiecie, nienachalnie wpisujące się w ogólnoświatowy trend girl power. Przedstawia trzy pokolenia kobiet, które mimo odmiennych osobowości łączy upór, odwaga i gotowość do poświęceń wobec tych, których kochają. Po drugie, mimo że tytuł książki może sugerować, że jest ona skierowana wyłącznie do dziewczynek, wcale tak nie jest. Dzięki wielości perspektyw, o której już pisałam, nie mniej ważnymi bohaterami są Antain, czy Glerk i Fyrian, z którymi śmiało może utożsamić się także chłopiec.

(...) Posługując się klasycznym, pięknym językiem Kelly Bernhill opowiedziała nowatorską baśń. Jest w nim trochę patosu, ale i dużo humoru, dzięki czemu książkę czyta się z dużą łatwością. Tę lekkość zawdzięczamy świetnemu przekładowi, którego autorką jest polska pisarka fanstasy Marta Kisiel-Małecka. Duża czcionka i krótkie rozdziały sprzyjają samodzielnej lekturze dziecka. I tu zmierzam do sedna. Książkę przeczytałam z przyjemnością, ale przede wszystkim dzięki dużej empatii wobec literatury dziecięcej. Bo choć Dziewczynka, która wypiła księżyc niesie uniwersalne przesłanie, do którego autorka prowadzi czytelniczki i czytelników w niebanalny sposób, to licząca 356 stron opowieść, której akcja konsekwentnie, ale dosyć powoli nabiera tempa może być dla dorosłego nużąca.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2018/09/30/dziewczynka-ktora-wypila-ksiezyc-kelly-barnhill/

pokaż więcej

 
2018-10-15 12:50:54
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Seria: Mundus

(...) Na czwartej stronie okładki "Skąd się biorą Holendrzy" zostali nazwani „podręcznikiem kulturowym”. Podoba mi się ta kategoria, bo mamy do czynienia z książką, która wykracza poza literaturę podróżniczą, nie jest klasycznym reportażem, a jej autor, w usiłowaniu zrozumienia tego narodu za wysoko stawia sobie poprzeczkę, by uznać ją za dziennik czy prozę wspomnieniową. Ben Coates –... (...) Na czwartej stronie okładki "Skąd się biorą Holendrzy" zostali nazwani „podręcznikiem kulturowym”. Podoba mi się ta kategoria, bo mamy do czynienia z książką, która wykracza poza literaturę podróżniczą, nie jest klasycznym reportażem, a jej autor, w usiłowaniu zrozumienia tego narodu za wysoko stawia sobie poprzeczkę, by uznać ją za dziennik czy prozę wspomnieniową. Ben Coates – Brytyjczyk z urodzenia, a – od kilku lat – Holender z wyboru, były autor mów politycznych i doradca, z godnym podziwu uporem poznaje geografię i historię nowej ojczyzny. Relacjonuje podróże w różne zakątki kraju oraz udział w lokalnych uroczystościach i wydarzeniach, opatrując je komentarzem, w którym swobodnie operuje wiedzą z zakresu historii, religii, kultury i polityki Holandii.

Kiedy Coates – przypadkiem! – trafia do Holandii, jego pojęcie o tym kraju nie jest większe niż przeciętnego Europejczyka. Wiatraki, tulipany, rowery, chodaki i ser, duuużo sera. Legalna, uprawiana na szeroką skalę prostytucja i łatwy dostęp do narkotyków. Postanawiając osiedlić się w Rotterdamie na dłużej, oczywistością staje się dla niego konieczność poznania nieznanej kultury. Już w pierwszych tygodniach pobytu na obczyźnie Coates podejmuje naukę niderlandzkiego, znajduje pracę i podróżuje. Przejeżdża i przepływa Holandię wzdłuż i wszerz, nabywając wiedzę, której nie powstydziłby się rdzenny mieszkaniec nizinnego kraju. Każda podróż staje się inspiracją do poszerzania horyzontów, a czasem zupełnie na odwrót – przeczytawszy lub usłyszawszy jakąś ciekawą anegdotę, autor decyduje się na wycieczkę. Coates opisuje dzieje Holandii – kraju od zawsze zmagającego się z żywiołem wody, zamieszkiwanego przez mistrzów żeglugi i odkrywców, kraju protestancko-katolickich wojen, który posiadał wiele kolonii, kraju głęboko naznaczonego II wojnę światową. Odkrywa także czarne karty historii Królestwa Niderlandów – handel niewolnikami w epoce kolonialnej i kobietami masowo trafiającymi do domów publicznych od drugiej połowy XIX wieku oraz kolaborację części Holendrów z hitlerowskim wrogiem. Brytyjczyk podejmuje także kwestię tolerancji (seksualnej, religijnej, światopoglądowej) i szeroko idących swobód – leseferystycznego podejścia do seksu za pieniądze, łagodnych przepisów dotyczących konsumpcji narkotyków, prawa do eutanazji i tłumaczy, dlaczego obecna jest tendencja do ich ograniczania.

(...) Odkrywanie Holandii jest dla Coatesa przygodą, a nie przykrym obowiązkiem. Czytając książkę widać, że autor świetnie się bawił, kiedy ją pisał. Oprócz przedstawienia ważnych dla zrozumienia holenderskiej tożsamości wydarzeń z przeszłości, gromadzi mnóstwo zaskakujących obcokrajowców smaczków z kraju tulipanów. Wspomina o wiatrakach, których skrzydła służyły kiedyś do sąsiedzkiej komunikacji oraz o ogromnej rodzinności Holendrów organizujących urodzinowe „party w kręgu”. Opisuje holendersko-belgijskie miasteczko (lub miasteczka), w którym (lub których) na półtorakilometrowym odcinku kilkanaście razy można przekraczać międzynarodowe granice czy świąteczny zwyczaj morusania twarzy na czarno na cześć Czarnego Piotrusia i Sinterklassa (pierwowzoru Świętego Mikołaja), przez który zarzuca się Holendrom rasizm. Coates zainteresował mnie nawet historią holenderskiej piłki nożnej i koncepcją futbolu totalnego, mimo że sport to nie moja bajka.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2018/10/13/skad-sie-biora-holendrzy-ben-coates/

pokaż więcej

 
2018-09-22 21:39:46
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

(...) Patchworkowy Berlin wydaje nam się każdy, tylko nie niemiecki. Rytm berlińskiego dnia wybijają niekoniecznie Niemcy, a raczej ludzie z całego świata, przede wszystkim z Turcji, Syrii, Iranu, ale i Polski, która stanowi drugą (po Turcji) co do liczności mniejszość narodową Niemiec. Tę kulturową różnorodność widać zwłaszcza na Kreuzebergu czy Neukölln, dzielnicy, w której znajduje się... (...) Patchworkowy Berlin wydaje nam się każdy, tylko nie niemiecki. Rytm berlińskiego dnia wybijają niekoniecznie Niemcy, a raczej ludzie z całego świata, przede wszystkim z Turcji, Syrii, Iranu, ale i Polski, która stanowi drugą (po Turcji) co do liczności mniejszość narodową Niemiec. Tę kulturową różnorodność widać zwłaszcza na Kreuzebergu czy Neukölln, dzielnicy, w której znajduje się księgarnia Buch|bund, gdzie kupiłam książkę Ewy Wanat pod znamiennym tytułem Deutsche nasz. Reportaże Berlińskie (Świat Książki). I choć nie wszystko mi się w tym reportażu podoba, nie sposób mu odmówić dostarczenia szeregu argumentów dla zrozumienia „nowych Niemiec”, a to – zwłaszcza dla polskiej czytelniczki i polskiego czytelnika, do których skierowana jest ta książka – niewątpliwie bardzo dużo.

(...) Wanat napisała reportaż składający się z ośmiu części, które z kolei podzielone zostały na mniejsze, kilkustronicowe rozdziały. Często jeden rozdział równa się historii jednej rodziny, którą (zazwyczaj w niepełnym składzie) los przygnał do Berlina. To także opowieści „nowych Niemców”. Każda z części poświęcona jest trochę innemu problemowi, ale tworzą one spójną całość. Wanat maluje bowiem obraz Berlina jako miasta, w którym dom znaleźli wykluczeni, obcy, Inni. Tacy, których nie chciano tam, gdzie się urodzili lub których życie w ojczyźnie było stale zagrożone (zewnętrznie obcy). Także tacy, którzy mimo „czystej niemieckiej krwi” reprezentują inność (obcy wewnętrznie). Nie oznacza to bynajmniej pełnej zgodności Niemców co do przyjmowania uchodźców, przyznania prostytutkom praw pracowniczych czy zalegalizowania małżeństw i adopcji par homoseksualnych, jednak – ogólnie rzecz ujmując – współczesne społeczeństwo niemieckie uchodzi za najbardziej otwarte w Europie. Motywacją do przyjęcia takiej postawy przez państwo jako kierowaną przez kanclerz Niemiec całość, ale i przez pojedynczych ludzi, w tym bohaterów reportażu Wanat, jest wyrzut sumienia, moralny kac za okrucieństwo drugiej wojny światowej. „Wielu Niemców doszło do wniosku, że otwartość na Innych może ocalić ich od tego, czego się w sobie przestraszyli, stała się lekarstwem i próbą zadośćuczynienia – czytamy na czwartej stronie okładki.

(...) Bohaterowie Deutsche nasz reprezentują szereg odmienności od konserwatywnie przyjętej normy, którą Niemcy starają się konsekwentnie rozszerzać. To, głównie tureccy, gastarbeiterzy – przyjmowani w latach 60. i 70. ubiegłego wieku z otwartymi ramionami cudzoziemscy robotnicy, którzy mieli wypełnić pracownicze niedostatki związane z gwałtownym rozwojem gospodarki RFN-u. Dziś Berlin zamieszkują ich dzieci i wnuki -musiało minąć sporo czasu, zanim niemiecki rząd zrozumiał, że ich przodkowie nie byli tylko tanią siłą roboczą, ale przede wszystkim ludźmi, którzy marzyli o domu i osiedlili się w Niemczech na stałe. Wanat przywołuje zarzuty, które często padają pod adresem społeczeństwa tureckiego pochodzenia: niechęć do asymilacji i nieznajomość lub znikoma znajomość niemieckiego. I choć trudno się z nimi nie zgodzić, niewielu podnoszących je zdaje sobie sprawę, że to władze stworzyły tureckie getta przez dziesięciolecia zezwalając się na ich osiedlanie jedynie w czterech dzielnicach Berlina (m.in. na imigranckim Kreuzebergu). W podobny sposób reporterka obnaża skomplikowanie i niejednoznaczność sytuacji pozostałych „odmieńców”. Najbardziej gorący jest oczywiście problem uchodźczy, z którym – choć w mniejszym stopniu – zmaga się cała Europa. Reporterka opisuje trudną codzienność starania się o azyl, o mieszkanie, o pozwolenie na pracę. Pisze o trwaniu w ciągłej niepewności uchodźców spowodowanej zmienianiem się ich statusu prawnego, o nieoczekiwanych deportacjach. Wanat przedstawia też losy szczególnej grupy imigrantów – homoseksualistów pochodzących z krajów muzułmańskich, gdzie bycie gejem czy lesbijką jest niemal powszechnie nieakceptowalne, a przeprowadzka do Berlina bynajmniej nie rozwiązuje ich kłopotów. Kolejne bohaterki i bohaterowie to prostytutki i streetworkerki, transseksualiści (w 2017 roku niemiecki Sąd Najwyższy oficjalnie uznał istnienie trzeciej płci) czy squotersi, których w stolicy nie brakuje.

To pierwszy zbiór reportaży o współczesnym Berlinie i Niemczech w ogóle, jaki czytałam. Jego premiera miała miejsce kilka miesięcy temu, a więc jest bardzo aktualny. W tym przypadku czytanie nowości jest dużym walorem. Wanat opisuje obecny Berlin, przytacza dane liczbowe, twarde fakty, które dopełnia jednostkowymi historiami. Jest wnikliwa, o czym świadczy m.in. pokaźna bibliografia zamieszczona na końcu książki). Dzięki niewątpliwej empatii, jej rozmówczynie i rozmówcy otwierają się przed nią, dzieląc się smutnymi, bolesnymi przeżyciami. Połączenie faktów i relacji bohaterów stanowią o sile tej książki.
Jeśli chodzi o ton i sposób prowadzenia narracji, trzeba przyznać, że Deutsche nasz nie jest klasycznym reportażem. Narracja nie jest przezroczysta, mieszkająca od 2016 roku w Belinie reporterka jest emocjonalnie zaangażowana w problemy swoich rozmówców. Jest także współorganizatorką warsztatów dla młodzieży – za jej przyczyną poznańscy licealiści przyjechali do Niemiec na zajęcia z ich rówieśnikami i napływowymi mieszkańcami Berlina. Wanat nie kryje swoich poglądów, co niekoniecznie sprzyja bezstronności reportażu, ale też nie pogrywa z czytelnikiem, udając, że przedstawia mu obiektywną, jedyną właściwą prawdę. Przeszkadza mi miejscami rwana narracja przejawiająca się m.in. występowaniu po sobie szeregu zdań, spośród których każde kolejne rozpoczyna się od akapitu. Najbardziej jednak irytują mnie przywołane myśli mądrych głów (filozofów, polityków, socjologów), które nie pojawiają się jako motta, ale w ramach podsumowania wywodu i nie zostają opatrzone żadnym komentarzem autorki. W książce Wanat zgromadziła sporo takich pozostawionych samym sobie cytatów, na które – w mojej opinii – nie ma miejsca zarówno w dyskursie naukowym, jak i w reportażu czy literaturze w ogóle.

Tym, co rozczarowuje jest także skład i redakcja książki. Po pierwsze, wolumin mógłby być z powodzeniem kilkadziesiąt stron cieńszy. Nie mam na myśli uszczuplenia treści, ale zmniejszenie przesadnie dużej czcionki o przynajmniej jeden rozmiar i zredukowanie światła na stronach rozpoczynających kolejne części (każda część oddzielona jest kartką zawierającą jedynie tytuł, a właściwa treść rozpoczyna się dopiero w 1/3 kolejnej kartki). Nie jest to istotne z punktu widzenia ceny okładkowej, która nie budzi zastrzeżeń (34,90 zł), a raczej z troski o zużycie papieru, poręczność i ilość miejsca zajmowanego na półce. Zastaną objętość książki rozumiałabym, gdyby strony pozbawione tekstu wypełniały zdjęcia; wówczas byłabym z takiego zabiegu zadowolona. Takie rozdmuchane wydanie sugeruje (przeważającą nad treścią) istotność rozmiaru książki. To niestety zabieg coraz bardziej w Świecie Książki powszechny (który apogeum osiągnął w książce Z nienawiści do kobiet Justyny Kopińskiej). Po drugie, co pewien czas w książce pojawiają się twarde dane i statystyki dotyczące m.in. przyjmowania przez Niemcy uchodźców czy poparcia dla poszczególnych niemieckich partii. Te bogate w liczby, ważne i potrzebne dla zrozumienia książki, informacje zostały podane w okropnych ramkach, którym do pełnej tabloizacji, a przynajmniej do formy podręcznikowego vademecum brakuje jedynie napisu „Czy wiesz, że…”. Gorsze mogły być tylko diagramy i inne infografiki dewaloryzujące literacki aspekt reportażu. Po trzecie, książka nie jest wolna od niezgrabności językowych i literówek.

Deutsche nasz. Reportaże berlińskie to książka, po którą – mimo wskazanych przeze mnie mankamentów – warto sięgnąć, jeśli zależy nam na zrozumieniu „nowych Niemiec”. Świetnie czyta się ją właśnie tam, w Berlinie, na karuzeli kulturalnej różnorodności, jednak polecam jej lekturę niezależnie od szerokości geograficznej. Ewa Wanat wykonała ogromnie trudną pracę; po pierwsze, stając się powierniczką tragicznych historii tych, których wielu nie chce słuchać, po drugie – dokonując solidnej kwerendy bibliograficznej i posługując się tekstami z dwóch ostatnich dekad.

pokaż więcej

 
2018-09-22 21:37:01
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

O tym, jak niestarannie Znak wydał zbiór esejów Zadie Smith pisałam tutaj: http://dodziela.com.pl/2018/08/28/2096/. Tym razem będzie o treści. Co prawda, pozostawiające wiele do życzenia tłumaczenie i redakcja, pozostawiają wiele do życzenia i rzutują na odbiór książki, dlatego teksty, które podobały mi się najbardziej, przeczytałam kolejny raz, w oryginale. Jeśli jeszcze nie kupiliście tej... O tym, jak niestarannie Znak wydał zbiór esejów Zadie Smith pisałam tutaj: http://dodziela.com.pl/2018/08/28/2096/. Tym razem będzie o treści. Co prawda, pozostawiające wiele do życzenia tłumaczenie i redakcja, pozostawiają wiele do życzenia i rzutują na odbiór książki, dlatego teksty, które podobały mi się najbardziej, przeczytałam kolejny raz, w oryginale. Jeśli jeszcze nie kupiliście tej pozycji, polecam sięgnąć po angielską wersję (tytuł oryginału: Feel Free). Dopiero wówczas poznacie świetny styl pisarski Zadie: lekki, ale dobitny, niewymuszony i szczery. Pisząc te teksty, autorce zależało na bezpośredniości przekazu. Polscy czytelnicy skazani zostali na dystans, potykając się o pokraczne konstrukcje, literówki i wysyp dowolnie stosowanych znaków interpunkcyjnych. Ale miało być o treści…

(...) Widzi mi się to zbiór trzydziestu jeden tekstów, które powstawały w ciągu ośmioletniej prezydentury Baracka Obamy. Jak we wstępie zaznacza autorka, opisuje w nich świat, którego już nie ma. To rzeczywistość sprzed rządów Trumpa, sprzed brexitu, sprzed zamykania granic. Składające się na zbiór eseje i felietony zostały wcześniej opublikowane w angielskiej i amerykańskiej prasie, a przemówienia wygłoszone w rożnych zakątkach świata.
Teksty, które znalazły się w Widzi mi się są, w mojej opinii, nierówne. Najbardziej przenikliwe i zajmujące były dla mnie eseje dotyczące nierówności społecznych, których doświadczyła Zadie (np. Łazienka). Ich siłę i wiarygodność stanowi fakt, iż autorka wielokrotnie doświadczyła różnic w traktowaniu na własnej skórze, a dzięki temu, jak potoczyło się jej życie, mogła spojrzeć na ten problem z obydwu perspektyw. Najpierw była tą, która jako uboga ciemnoskóra dziewczyna i kobieta o wszystko musiała walczyć, później – kiedy zrobiła pisarską karierę – lepsza pozycja nadal uniemożliwiała jej nawiązywanie pogłębionych relacji z innym. Tym razem z klasą społeczną, z której się wywodzi. Te doświadczenia i uważny namysł nad ich przyczynami znajdują ujście w odważnych, charyzmatycznych esejach.

(...) Pozostałe teksty to recenzje książek pisane dla Harper’s Magazine oraz felietony inspirowane wytworami (pop)kultury, filozofią, sztuką. Tym, co przebija się przez nie wszystkie jest ciekawość świata i potrzeba jego zrozumienia. Jeśli chodzi o efekt – bywa różnie. Niektóre teksty zaskakują sposobem ujęcia tematu, są nowatorskie i błyskotliwe. Takim z całą pewnością jest felieton Poznajcie Justina Biebera przybliżający filozoficznym laikom istotę filozofii spotkania uprawianą przez Martina Bubera. Bazując na chwytliwej homonimii nazwisk Bieber – Buber, autorka zauważa powierzchowność relacji międzyludzkich. Kolejny świetny tekst – Lekcje tańca dla pisarzy – poświęcony jest istocie i sztuce pisarstwa. Medium, które posłużyło Smith do przedstawienia tego tematu jest taniec. Autora zestawia pary największych tancerek i tancerzy po to, by – z dala od sztampy – wydobyć sedno mozolnego zadrukowywania kolejnych kartek papieru. Przywołam jeszcze jeden tekst, chyba mój ulubiony: Uśmiercając o północy Orsona Wellesa. Tu Zadie snuje rozważania o naturze czasu. I tym razem punkt wyjścia zasługuje na zainteresowanie. Inspiracją stała się filmowa instalacja artystyczna Christiana Marclaya, z którą autor podróżuje po świecie i którą felietonistka oglądała w nowojorskiej Paula Cooper Gallery. The Clock to dwudziestoczterogodzinny film, który wskazuje aktualną godzinę (jeśli oglądasz go o 15:05, w filmie też jest 15:05). Marclay powyciągał migawki z filmów światowego kina, w których występują zegary lub w których mówi się o czasie – wypowiada się czas – tworząc nieprzerwaną narrację. Całość nie jest przypadkowym zlepkiem kadrów, ale totalnym doświadczeniem rytmu dnia, w którym czas rzeczywisty miesza się z czasem scenicznym. Smith drobiazgowo analizuje koncepcję Marclaya (pod względem artystycznym i filozoficznym) oraz zachowania ludzi, którzy przyszli obejrzeć jego film. Wszystko po to, by zbadać rytm życia człowieka wpisany w rytm dnia (wczorajszego, dzisiejszego, jutrzejszego, tego, który miał miejsce dziesięć at temu i tego, który dopiero przed nami) i zobaczyć, co robi z nami czas.

(...) Mimo powyższych przykładów, wybór publicystycznych tekstów Zadie nie jest wolny od banału. Niektóre felietony ledwie przekraczają próg oczywistości (np. ten o mediach społecznościowych), a analizy literackie bywają powierzchowne. Mimo to, Widzi mi się jako całość wypada ciekawie. To zbiór, po który warto sięgać, ale w sposób przypominający ten, w jaki czytelnik anglojęzyczny otrzymał je pierwotnie. Czytanie tej książki „na raz” zabija jej urok, odziera z refleksyjności oferowanej przez gazetę, kiedy to otrzymujemy do lektury tylko jeden ze zgromadzonych tu tekstów. Polecam więc czytać najnowszą Zadie, ale powoli i na wyrywki. W oryginale, oczywiście.

PRZECZYTAJ CAŁĄ RECENZJĘ NA BLOGU: http://dodziela.com.pl/2018/09/06/widzi-mi-sie-zadie-smith/

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
72 62 336
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (3)

zgłoś błąd zgłoś błąd