Śmierć w operze. Anna Potyra opowiada o kryminale „Potwory”

Ewa Cieślik
09.12.2020

Jej mistrzem jest Jo Nesbø, który tworzy nie tylko intrygującą intrygę, lecz także historię zostającą w czytelniku na dłużej. Tak samo jest z najnowszą książką Anny Potyry. „Potwory” to opowieść o krzywdzie i zazdrości, dzięki której autorka udowadnia, że wie, jak trzymać w garści uwagę czytelnika i napisać kryminał zasługujący na wysoką notę. Jego średnia ocena na lubimyczytać.pl to 8,6 / 10!

Śmierć w operze. Anna Potyra opowiada o kryminale „Potwory”

[Opis wydawcy] W warszawskim lasku miejskim zostają odnalezione zwłoki kobiety. To wschodząca gwiazda polskiej sceny operowej. Piękna, młoda i utalentowana. I… poliamorystka.

Uważała, że można kochać więcej niż jedną osobę, że pozostawanie w związkach otwartych może je wzbogacać. Nie miała wrogów, wszyscy mówią o niej dobrze.
A jednak została brutalnie zamordowana…

Obraz miejsca zbrodni nie pozostawia wątpliwości. Takiego czynu mogła dokonać jedynie osoba ogarnięta szałem nienawiści. Tylko do kogo była ona skierowana? Do zamordowanej kobiety, dlatego że jej talent był dla kogoś zagrożeniem? Dlatego że była wyznawczynią poliamorii, czy do kobiet w ogóle?

Czy odkrycie sekretów życia śpiewaczki pozwoli wyjaśnić tajemnicę jej śmierci? A może w Warszawie zaczęła grasować bestia, dla której zabicie drugiego człowieka nie znaczy nic w obliczu zaspokojeniu chorych popędów? Śledczy ścigają się z czasem, pełni obaw, że ta zbrodnia jest tylko początkiem krwawej serii… Tylko, że nic w tej sprawie nie jest tym, na co wygląda.

– Rozumie pan to? – Olczak nie czekała na odpowiedź, mówiła dalej. – Dorośli są często tak bardzo przywiązani do pewnego porządku świata, że nie dostrzegają tego, co dzieje się w rzeczywistości.

Lorenz zacisnął szczęki. Po tym, co usłyszał, był jeszcze bardziej zły na siebie. Dał się zwieść pozorom jak jakiś pospolity matoł. Przez rok nie rozszyfrował wołania o pomoc swojej małej sąsiadki tylko dlatego, że jej oprawca chodził w schludnych ubraniach, jeździł schludnym samochodem i uśmiechał się uprzejmie, gdy mówił mu „dzień dobry”.

„Potwory”, Anna Potyra

Reklama

Ewa Cieślik: Od książek dla dzieci po kryminały. Skąd taka zmiana?

Anna Potyra: Zawsze chciałam pisać kryminały, tyle że przez myśl mi nie przeszło, że to jest w ogóle możliwe. Nie planowałam kariery literackiej. To, że zaczęłam pisać dla dzieci, było dziełem przypadku. Dało mi to sporo przyjemności, ale przede wszystkim pozwoliło zrozumieć, że nie trzeba być nadczłowiekiem, aby napisać książkę. Dzięki tej wprawce na krótszych tekstach nabrałam odwagi, by zmierzyć się z tym, co stanowiło moje prawdziwe marzenie.

W pani debiutanckim kryminale, zatytułowanym „Pchła” – zresztą bardzo ciepło przyjętym – przedstawiła pani czytelnikom bohaterów: komisarza Adama Lorenza, profilerkę Izę Rawską. Wracają oni, wraz z aspirantem Mateuszem Corsettim, także w „Potworach”. Jak pracowała pani nas stworzeniem takich wyrazistych, a jednocześnie bardzo „ludzkich” postaci?

Na początku, gdy jest zupełnie czysta karta, rozważam, jakimi atrybutami mogę obdarzyć daną postać. To zaledwie szkielet, ale daje mi punkt zaczepienia. Potem dochodzi reszta. Nie buduję bohaterów przymiotnikami, które w gruncie rzeczy nie mają znaczenia, tylko wrażeniami. Wyobrażam sobie ich reakcje, postawę, nawyki, sposób bycia. Określam ich sytuację życiową i historię, których często nawet nie wspominam w książce. Jednak muszę je znać, aby bohater był dla mnie kompletny. Po prostu zamykam oczy i myślę nad nim tak długo, aż czuję, że go znam. Wtedy już pisze się sam.

Kryminał „Pchła” pojawił się w spocie promującym polskie książki zagranicą – New Books from Poland. Wiedziała pani o tym zanim wideo zostało opublikowane? Jak przyjęła pani tę wiadomość… i czy możemy spodziewać się „Pchły” po angielsku?

Wiedziałam, że „Pchła” została wybrana do promocji polskiej literatury za granicą, ale to wszystko było dość enigmatyczne. Zanim dostałam jakiekolwiek informacje z Instytutu Książki, skontaktowali się ze mną filmowcy, którzy zaprosili mnie na nagrywanie spotu, w którym miałam opowiedzieć o swojej książce. To było dla mnie przede wszystkim ogromnym zaskoczeniem. Dopiero, gdy poskładam strzępy informacji w spójny obraz, z którego wynikało, że moja książka nie dość że znalazła się w katalogu dla zagranicznych wydawców, to na dodatek będzie miała swój własny spot promocyjny, ucieszyłam się. To nie było coś, czego się spodziewałam jako autorka debiutu. A czy „Pchła” ukaże się w innym języku? To by było spełnienie marzenia, którego jeszcze nawet nie miałam śmiałości przyznać sama przed sobą.

W poprzedniej książce sięgnęła pani po wątek związany z historią Polski, a konkretnie z powstaniem warszawskim. W „Potworach” podobnego motywu nie ma – jest za to wątek prowadzący do przeszłości jednej z postaci. Intryguje panią, jak minione czasy wpływają na teraźniejszość, jakie są skutki swego rodzaju „efektu motyla”?

Myślę, że poruszanie się w obrębie różnych płaszczyzn czasowych dodaje powieści głębi. Stara tajemnica nie tylko zaciekawia czytelnika, ale sprawia, że wszystko co dzieje się teraz, wydaje się bardziej intrygujące. A „efekt motyla”? Dla mnie nawet nie tyle ważne jest, jak minione czasy wpływają na teraźniejszość, ale jak kształtują bohatera. Chcę, aby w miarę, jak odkrywają się sekrety z przeszłości, stawał się on bardziej zrozumiały i bliższy czytelnikowi.

Skąd decyzja, by tłem dla sprawy o zabójstwo uczynić świat muzyki i śpiewu, wielkich estradowych występów? Lubi pani operę?

To nie jest muzyka, jaką włączam sobie podczas długiej podróży samochodem, ale co jakiś czas bywam w operze i muszę przyznać, że bardzo mi imponuje jej rozmach i talent artystów. Tam wszystko jest bardziej intensywne niż w rzeczywistości. Lubię przepych opery i jej ponadczasowość. Uznałam, że będzie ciekawym, nieco egzotycznym, tłem dla mojej opowieści. A kiedy przygotowując się do napisania książki, poszłam zwiedzić gmach warszawskiego Teatru Wielkiego, tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że to będzie dobry wybór. Przecież wszyscy znamy banki, szpitale, sklepy, szkoły, biura. Opera wydaje się w tym zestawieniu fascynująca, zwłaszcza, gdy się wejdzie za kulisy.

„Potwory” poruszają zagadnienie poliamorii. Pisze pani o zdradach i wręcz przeciwnie – związkach otwartych na bliskich zbliżeniach z innymi. To ciekawy wątek, który chyba jeszcze nie pojawił się w polskim kryminale.

Moim celem jest wzbudzanie w czytelniku emocji, a zagadnienie poliamorii doskonale się do tego nadaje. Sięgnęłam po ten temat ponieważ wydał mi się intrygujący, a poza tym doskonale uzupełniał to, co chciałam pokazać. Dla mnie „Potwory” to książka o zazdrości, o jej różnych obliczach. Poliamoria dodaje kolejny punkt widzenia. Dopełnia obraz.

W „Potworach” w zasadzie nie ma jednego śledztwa, lecz dwa. Dwóch detektywów to lepiej niż jeden?

Intryga w „potworach” ma dość misterną konstrukcję i musiałam się trochę nagłowić, żeby to wszystko odpowiednio pokazać. Wprowadzić wszystkie elementy w odpowiedniej kolejności. Pisać tak, żeby historia była tajemnicza i wielopoziomowa, ale jednocześnie zrozumiała. Dlatego właśnie postanowiłam rozdzielić partnerów z poprzedniego tomu i pokazać dwa równoległe śledztwa, formalne i nieformalne. To trochę jak kręcenie sceny dwoma kamerami. Dla osiągnięcia zamierzonego efektu można zmienić perspektywę.

Krzywda, gniew, wstyd. Pani najnowsza powieść dotyka poważnych problemów. Tym właśnie jest dla pani dobry kryminał – książką, która poza rozrywką polegającą na próbie rozwiązania zagadki proponuje także głębszą refleksję?

Chyba rzeczywiście tak jest, ale nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopóki nie zaczęłam pisać. W „Pchle” to samo wyszło. Widocznie coś takiego we mnie siedzi. Kiedy podjęłam decyzję, że spróbuję napisać kryminał, zaczęłam wymyślać intrygi. Ileż ja tego miałam! Były zwroty akcji, trup się gęsto ścielił, były zaskakujący finały. Wszystko. A jednak porzucałam te pomysły jeden po drugim. Jakieś takie płaskie mi się wydawały. A potem spadła na mnie „Pchła”. Dosłownie. Znikąd pojawiła się myśl, refleksja, przesłanie. I wokół tego sama wyrosła intryga. Tak samo było z „Potworami”. Dopiero teraz zaczynam nazywać to, co wcześniej robiłam bez żadnych definicji. Teraz już wiem, że chcę napisać taki kryminał, który da czytelnikowi pole do refleksji i zostanie z nim na dłużej, a nie zniknie minutę po tym, jak się wyjaśni, kto mordował.

Reklama

A kto jest dla pani mistrzem, jeśli chodzi o konstruowanie kryminalnych intryg?

Jo Nesbø. Proponuje czytelnikowi takie rozwiązania, które wbijają w fotel, ale przede wszystkim tak buduje fabułę, że człowiek chce się w nią zanurzać. Nesbø nie tylko serwuje kryminalne łamigłówki, ale opowiada historie, które mnie angażują. Gdzieś spotkałam się ze stwierdzeniem, że dobry kryminał to taki, który daje satysfakcję, nawet jeśli pozbawi się go ostatniego rozdziału. Dla mnie tak właśnie pisze Nesbø. Rozwiązanie intrygi to tylko wisienka na torcie, a nie sens lektury.

Czy fani pani twórczości mogą niedługo spodziewać się kolejnej części przygód komisarza Lorenza, czy też na razie ma pani w planach kolejną książkę dla młodszych czytelników?

Teraz pracuję nad kolejnym kryminałem z serii. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z planem i ukaże się w przyszłym roku. Ale dla małych czytelników też coś będzie. Po ukończeniu „Potworów” napisałam książkę o niepełnosprawnej dziewczynce, która ma głowę pełną marzeń i przyjaciela, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Kryminały są dla mnie obecnie punktem centralnym, ale przerywniki na literaturę dziecięcą dobrze mi robią. Dają mi przestrzeń, kiedy mogę odpocząć od złych emocji, pozbierać myśli i zatęsknić.

Książka „Potwory” jest już do kupienia w księgarniach online

Przeczytaj fragment książki „Potwory” Anny Potyry

Rozdział 3

Jest noc. Przez okno wpada trochę księżycowego światła. W ciemności można dojrzeć jedynie jaśniejszą plamę dywanu i białe drzwi. Czuje, jak mocno wali jej serce. Dlaczego tak jest? – zastanawia się. Może się zepsuło? Wtedy jeszcze nie wie, że strach może rozkołatać ten bodaj najważniejszy mięsień, zamienić go w bęben, na który spadają niewidzialne dłonie. Tłuką mocno i szybko, wprawiając w drżenie całe ciało.

Mama mówi, że jest już dużą dziewczynką, dlatego śpi w swoim pokoju. Boi się potworów, więc czasem budzi się w nocy. Gdy jest naprawdę źle, idzie do mamy. Wolno jej tam poleżeć tylko pięć minut, potem musi wracać do siebie. Nie lubi wracać, ale gdy mama odprowadza ją do własnego łóżka, zapala małą lampkę i wtedy potwory znikają.

Ale teraz jest inaczej. Już wie, dlaczego się obudziła. Za ścianą jest rwetes. Słyszała krzyki. To one obudziły jej serce, sprawiły, że zaczęło bić szybko i mocno. I głośno. Każde uderzenie było jak huk. I to właśnie te huki ją obudziły.

Nie wie, co ma robić. Płacze cicho. Boi się coraz bardziej. Chce do mamy. Odkrywa kołdrę i już po chwili czuje pod stopami chłód podłogi. Podchodzi do drzwi, wyciąga rękę w górę i naciska klamkę.

Na korytarzu jest jaśniej. Gdzieś się pali światło. W pierwszej chwili przynosi jej to ulgę. Wtedy jednak jej wzrok pada na przeciwległą ścianę. Wie, że w rzeczywistości jest biała, ale teraz, w półmroku nocy ma osobliwy szaro-niebieski odcień. To jej nie niepokoi. Ale tuż nad ziemią jarzą się na niej czerwone plamy.

Tak naprawdę kolor jest zgaszony, jak wszystko w tym świetle. Ale jej mózg nakłada odpowiednie filtry i bezbłędnie rozpoznaje szkarłat krwi. Jest go tak dużo.

Przez chwilę stoi struchlała. Zaraz jednak zbiera w sobie całą odwagę i rusza korytarzem.

– Mamo – woła cicho. Jej głos łamie się ze strachu. Nawet ona to słyszy. – Mamo…

Drzwi do pokoju siostry są uchylone.

Teraz już wie, że mama jest w łazience. Idzie w tamtą stronę. Prowadzi ją czerwona smuga na podłodze. Hipnotyzuje ją. Przyciąga jej spojrzenie jak magnes opiłki metalu. Wcześniej, gdy była w swoim pokoju, bała się wrzawy, która panowała za ścianą. Teraz jeszcze bardziej przeraża ją cisza. Cisza i krew.

Reklama

Jej stopy człapią rytmicznie po parkiecie. Nagle rozlega się głos matki:

– Wracaj do pokoju!

Stoi w drzwiach łazienki, a zza jej pleców dochodzi szum wody i łagodne bębnienie strumienia wody o metalowy brodzik. Ręce mamy są mokre. Na twarzy i na ubraniu ma krew. Jest zdenerwowana.

– Wracaj do swojego pokoju! – krzyczy. Tym razem głośniej.

Dziewczynka nic z tego nie rozumie. Bardzo się boi. Dlaczego mama jest taka zdenerwowana? Czy to na nią się gniewa? Odwraca się i rusza biegiem. Wpada do pokoju i zatrzaskuje drzwi.

Do jej uszu docierają stłumione dźwięki, których nie umie rozpoznać. Może to potwory.

Wskakuje do łóżka i naciąga kołdrę na głowę. Zasłania uszy dłońmi i zaciska powieki, ale to nie pomaga. Wciąż słyszy krzyk matki. Jest zniekształcony, jakby wołała z głębokiej studni.

– Wracaj do pokoju! Wracaj do pokoju! Wracaj do pokoju!

Przez zaciśnięte powieki widzi krew.

Reklama

komentarze [4]

Sortuj:
263
225
09.12.2020 21:49

Czytałam  Pchła Pchła i polecam 📖🤗


4124
3884
09.12.2020 20:06

Kiedyś tam./Przeczytam,nie robię planów.


1760
213
09.12.2020 18:38

Muszę się w końcu zapoznać z twórczością tej Pani. Dużo dobrego słyszałam, ale chyba zacznę od 'Pchły". Wywiad bardzo ciekawy!


212
13
09.12.2020 13:17

Zapraszam do dyskusji.


zgłoś błąd