Praszczęta z czekoladą – kiedy autor płacze do poduszki

Agnieszka Hałas
17.06.2018

Jeśli za kryterium różnicowania przyjąć odporność na krytykę, to istnieją dwa rodzaje autorów: zrównoważeni i wrażliwcy. Ci pierwsi są jak yeti albo uczciwi politycy – podobno występują w przyrodzie, ale twardych dowodów na to nie ma... Żartuję oczywiście. Niemniej wrażliwców spotyka się chyba częściej i to o nich będzie niniejszy felieton.

Jedni przeżywają największe rozterki na etapie tworzenia, wyrzucając do kosza kolejne pomysły, konspekty i brudnopisy rozpoczętych tekstów, które wydają się niewystarczająco dobre. Inni męczą się straszliwie podczas redakcji – albo są przywiązani do każdego zdania i będą walczyć o byle przecinek, albo wszystkie komentarze fachowca trafiają w bolesny nerw „to nie jest wystarczająco dobre, aaa, katastrofa”. W takim stanie ducha niektórzy mają ochotę zastrzelić redaktora, inni schować się pod kołdrą i płakać, zakąszając łzy czekoladą. A tu trzeba wykazać się kreatywnością w sytuacji kryzysowej i sprawnie przerobić zakwestionowane fragmenty – ratunku! Jeszcze inni przeszli ostrą zaprawę na forach dla młodych adeptów pióra, gdzie krytykowano ich od góry do dołu, a niekiedy na wyrost, więc teraz nie lękają się niczego i każdą opinię przyjmą z uśmiechem na twarzy. Są też tacy, którzy na początku drogi twórczej stresowali się okropnie, ale z czasem nauczyli się zachowywać spokój – bez względu na to, czy właśnie czekają na odzew w sprawie propozycji wydawniczej, czy grają z redaktorem w tekstowego ping-ponga, przesyłając wte i wewte plik pełen zaznaczeń w trybie śledzenia zmian, czy niedawno odbyła się premiera ich książki.

Sam proces wydawniczy uczy odporności na frustrację. Okres oczekiwania na decyzję potrafi ślimaczyć się w nieskończoność. Poprawki redakcyjne czasem idą sprawnie, czasem niekoniecznie. Bywa, że ciśnienie podniesie nam niechcący korekta, która wygenerowała błędy tam, gdzie wcześniej ich nie było, względnie gapowaty składacz (w przypadku publikacji książkowych trzeba zawsze prosić, aby przesłano nam do wglądu ostateczną wersję pliku po dwóch korektach i składzie!). Ale kiedy opowiadanie czy książka po długich bojach wreszcie ukaże się drukiem, a czytelnicy zaczynają czytać i dzielić się wrażeniami – och, wtedy dopiero robi się ciekawie.

W czasach przed upowszechnieniem się Internetu (dla młodzieży – abstrakcja) rolę opiniotwórczą pełniły głównie recenzje prasowe, ale kiedy to było? Internet umożliwił publikację opinii czytelniczych oraz kontakt autorów z czytelnikami na niespotykaną wcześniej skalę. Mniejsza o to, że w sieci można znaleźć recenzje i „recenzje” (blogować o książkach może każdy – nie ma co krytykować tego stanu rzeczy, równie dobrze można byłoby marudzić, że deszcz pada). Co czuje autor, kiedy obserwuje z dnia na dzień, w czasie rzeczywistym, jak świat ocenia jego dzieło? Ponieważ zaczynam poruszać tematy drażliwe, pozwolę sobie najpierw podkreślić to i owo.

1. Czytelnik ma prawo napisać o książce wszystko, co uważa za stosowne (żeby mi tu nikt nie imputował, że twierdzę, jakoby miękkie brzuszki autorów należało wyłącznie głaskać pochwałami!).

2. Trafiają się jednogwiazdkowe oceny wybitnych dzieł, jak i dziesięciogwiazdkowe oceny straszliwych gniotów, ale to nie znaczy, że wszystko, absolutnie wszystko jest względne; nie bez znaczenia są proporcje, w jakich rozkładają się oceny (choć percepcja jakości książki zawsze zależy od tego, czy książkę ocenia odpowiednia grupa docelowa).

3. Do opinii czytelniczych autor powinien podchodzić z szacunkiem, ale i pewną dozą profesjonalnej indyferencji. Co nie znaczy, że czasem go nie zaboli, bo boleć jest rzeczą ludzką (czy jakoś tak).

W wojsku rosyjskim do XIX wieku stosowano karę cielesną o nazwie „praszczęta” – polegała ona na przepędzeniu (czasem wielokrotnym) winnego przez szpaler złożony z towarzyszy broni uzbrojonych w rózgi lub stemple od karabinów. Skazańcy często nie przeżywali takiej chłosty. Czytając w sieci opinie o swojej twórczości, rzadko kiedy obrywamy jednogłośnie i zewsząd – zwykle głosy negatywne współbrzmią z pozytywnymi. Mimo to droga twórcza jest trudniejsza – pod każdym względem, na każdym etapie – dla osób, które nie nauczyły się dystansu. Do tego, czy pomysł jest kapitalny i perfekcyjnie zrealizowany (nie ma książek doskonałych), czy wszyscy są zachwyceni (nigdy nie będą), czy książka stała się bestsellerem (na to składa się wiele czynników).

Na szczęście powyższy medal ma dwie strony – zadowoleni czytelnicy świetnie wpływają na pisarskie samopoczucie i pewność siebie. Oczywiście tzw. syndrom oszusta (ang. impostor syndrome) to paskudne świństwo i potrafi sprawić, że sto pochwał nie zabrzmi w naszych uszach równie donośnie jak jeden głos krytyczny. Generalnie jednak, jeśli ktoś wątpi w swoje umiejętności w dowolnej dziedzinie, to po zebraniu iluś tam wyważonych pozytywnych opinii może sobie poprawić samoocenę.

Wróćmy jednak do spektrum nerwowych autorów i ich reakcji na krytyczne opinie czytelnicze. Uśmiechnięty Twardziel nadrabia miną przy ludziach, a swój wrażliwy brzuszek ukrywa. Bojownik Batalion nie bardzo potrafi ów wrażliwy brzuszek opancerzyć, więc sięga po broń – wchodzi w polemikę z recenzentami (błąd), a w ekstremalnych przypadkach zyskuje opinię sieciowego awanturnika (duży błąd). Zrezygnowany Fatalista zakłada, że jest źle, jest okropnie, trzeba schować głowę w piasek i nie czytać żadnych recenzji... chyba że znajomi podeślą linka. Gorączkowy Guglacz kompulsywnie wyszukuje i czyta wszelkie możliwe recenzje, opinie, komentarze pod recenzjami i wpisy na forach. Po jakimś czasie orientuje się, że część opinii się powtarza, a niektóre są wzajemnie sprzeczne. Jeśli jest osobą rozsądną – stopniowo nabiera wspomnianego dystansu. Jeśli perfekcjonistą (a najczęściej perfekcjonistką), próbuje przy kolejnych książkach brać pod uwagę owe sprzeczne opinie, co może doprowadzić do przegrzania obwodów twórczych i paraliżu.

A jak zachowuje się autor zrównoważony (wcale niekoniecznie stary wyga, który już niejedną książkę sprzedał i wielu redaktorom odpowiadał kolorowymi dymkami na kolorowe dymki – z tego, co obserwuję, długi staż pomaga, ale niektórzy wykazują tę postawę od pierwszego opowiadania), mający niezbyt wybujałe ego, ale rozsądnie, pozytywnie nastawiony do własnej twórczości? Autor zrównoważony bierze pod uwagę zdanie czytelników, ale uznaje własne odczucia i wybory twórcze za decydujące; nie kłóci się z redaktorami, ale wie, kiedy bronić własnej koncepcji; wkłada w swoją pracę maksimum staranności i serca, ale nie śledzi kompulsywnie recenzji i nie stresuje się zanadto tym, czy efekt spodoba się (prawie) wszystkim, czy tylko niektórym. Autorom mniej zrównoważonym, cóż, pozostaje wspomagać się w chwilach stresu czekoladą, procentami, ciepłą kołdrą albo panicznym telefonem do przyjaciela...

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Reklama

komentarze [5]

Sortuj:
Aby napisać wiadomość zaloguj się
Paulina 19.06.2018 16:13
Czytelniczka

Jeszcze na świecie nie urodził się taki, co by wszystkim dogodził.
Oceniamy subiektywnie, nic się na to nie poradzi. Jesteśmy różni i ilu ludzi na świecie tyle opinii. Z jednymi się nie zgadzamy, z drugimi tak. Tak już jest.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
konto usunięte
19.06.2018 14:09
Czytelnik

Użytkownik wypowiedzi usunął konto

czytamcałyczas 17.06.2018 20:07
Czytelnik

Kiedy pisarz,oddaję swe najnowsze dzieło.Do druku,gdy trafia ono na półki księgarni.
Pisarze,pragną by ich książki były oceniane jak najwyżej.A tego nie ma,bo.My czytelnicy oceniamy,zgodnie z naszym sumieniem.
Choćby widziałem dwie skrajne oceny na Cień Wiatru.Od arcydzieła po beznadziejną.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
17.06.2018 14:36

Pisarze też ludzie. Decyduje osobowość - nadwrażliwcy mają trudniej bez względu na profesję.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Agnieszka Hałas 15.06.2018 16:27
Autorka

Zapraszam do dyskusji.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
zgłoś błąd