-
Artykuły
Nadciąga Gwiazdozbiór Kryminalny!
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać11 -
Artykuły
"Dom bestii" - jak ofiara zamienia się w kata. Akcja recenzencka do nowej książki Katarzyny Bondy!
LubimyCzytać10 -
Artykuły
Umrę, jeśli tego nie polubisz - weź udział w konkursie i wygraj wspomnienia influencerki
LubimyCzytać39
Biblioteczka
Odbyłam świetną podróż ze Zbigniewem Rokitą "Siódemką", tramwajem przez Aglomerację. Mało znam Śląsk, dzięki tej książce i wcześniejszej "Kajś" mam poczucie, że moja wiedza o tym regionie wzbogaciła się.
Autor bardzo ciekawie, zatrzymując się na kolejnych przystankach, opowiada o przeszłości i teraźniejszości swoich rodzinnych stron. Wiele tu wciąż białych plam, o powstaniach śląskich, o plebiscycie, o roku 1945.
Pisze Rokita i o tym, co ważne dziś, o kwestiach związanych z językiem śląskim, o likwidowanych kopalniach.
Włącza fragmenty swoich utworów. Emocjonalnie opisuje mecz Szombierek czy grę Lucasa Podolskiego w Górniku.
Podkreśla silną więź ze Śląskiem, akcentując ją w ostatnim zdaniu: "Nie chcę się chwalić, ale jestem ze Śląska".
Odbyłam świetną podróż ze Zbigniewem Rokitą "Siódemką", tramwajem przez Aglomerację. Mało znam Śląsk, dzięki tej książce i wcześniejszej "Kajś" mam poczucie, że moja wiedza o tym regionie wzbogaciła się.
Autor bardzo ciekawie, zatrzymując się na kolejnych przystankach, opowiada o przeszłości i teraźniejszości swoich rodzinnych stron. Wiele tu wciąż białych plam, o...
"Bezlitośnie długie, jesienne deszcze", wszędzie błoto, brud, zapach rozkładu, mrok, w oddali słychać dźwięk dzwonów. Jakaś osada zapomniana przez Boga i ludzi, dziwni mieszkańcy czekający na coś, co może się wydarzy, coś się zmieni. Teraz pozostaje palinka, obserwowanie sąsiadów, "szatańskie tango" w karczmie.
"Brnęłam" przez ten świat, niemalże "tonąc w błocie", przebijając się przez kolejne długie zdania, pochłaniające mnie w otchłań rozpaczy i samotności będących udziałem bohaterów. Czasami wydawało mi się, że nie dam rady dalej czytać, zwłaszcza gdy doszłam do rozdziału "Rozpada się", w którym Estike Horgos męczy kota Micura.
Zdołałam jednak przejść do części drugiej i tam akcja przyśpieszyła, perspektywy mieszkańców za sprawą "zmartwychwstałego" Irimiasa zaczynają się jawić niby w pogodniejszych barwach.
To tylko jednak iluzja, zrujnowany "pałac" i folwark Almassych nie jest dobrym schronieniem, "trzyma ich w lodowatej, bezlitosnej niewoli".
Niesamowite są obrazy w tej powieści, poruszają brzydotą, przynoszą wizje nie z tego świata; zwłoki Estike unoszą się nad ziemią, nikogo nie ma wokół, a "rozlega się perlisty śmiech, swawolny chichot..." Mgła, senne majaki, zmęczenie - "człowiek widzi wtedy najdziwniejsze rzeczy".
Przygnębiająca, pesymistyczna proza węgierskiego noblisty to duże wyzwanie czytelnicze, ale na pewno warte wysiłku.
"Bezlitośnie długie, jesienne deszcze", wszędzie błoto, brud, zapach rozkładu, mrok, w oddali słychać dźwięk dzwonów. Jakaś osada zapomniana przez Boga i ludzi, dziwni mieszkańcy czekający na coś, co może się wydarzy, coś się zmieni. Teraz pozostaje palinka, obserwowanie sąsiadów, "szatańskie tango" w karczmie.
"Brnęłam" przez ten świat, niemalże "tonąc w błocie",...
Lubię prozę francuskiej noblistki, czytam kolejne ukazujące się u nas jej książki., to bodajże szósta, jeśli dobrze liczę.
Skoro "powroty", to wiadomo, że będzie zwrot ku przeszłości. Autorka wraca do Yvetot, miasteczka, gdzie spędziła dzieciństwo i młodość. Jest tu także ciekawa relacja ze spotkania, po wielu latach , z czytelnikami z rodzinnej miejscowości. Są listy do koleżanki, sporo zdjęć. Mnie najbardziej zainteresowały dwie pierwsze opowieści, "Wstyd" i "Powrót do Yvetot".
W prozie noblistki "rozpoznaję coś z samej siebie", posłużę się tu słowami z posłowia Marguerite Cornier, i dalej: "jakieś czasy, zwyczaje, codzienne słowa i gesty". "Trafiam do własnej pamięci", odnajduję echo minionych dawno dni, zatrzymanych na zdjęciach obrazów. Po przeczytaniu książek Ernaux lubię wracać do starych zdjęć. Jest na nich, jak pisze noblistka, "uwięziony czas".
Podoba mi się pewien chłód, z jakim pisze o sobie, rodzicach, koleżankach i nauczycielach z prywatnej szkoły katolickiej, do której uczęszczała.
Często podkreśla klasowe uwikłanie, poczucie, że jako córka sklepikarzy należy do tej gorszej, niższej części społeczeństwa. Wybrzmiewa to w każdej z jej książek.
Wiedziała, że są "dwie drogi ucieczki: "wiedza zdobywana w szkole i lektury". Dzięki temu Anne Ernaux osiągnęła sukces, i jak wyjawia to publiczności w czasie spotkania autorskiego, "pojednała się z Yvetot".
Czekam na kolejne tłumaczenia jej książek.
Lubię prozę francuskiej noblistki, czytam kolejne ukazujące się u nas jej książki., to bodajże szósta, jeśli dobrze liczę.
Skoro "powroty", to wiadomo, że będzie zwrot ku przeszłości. Autorka wraca do Yvetot, miasteczka, gdzie spędziła dzieciństwo i młodość. Jest tu także ciekawa relacja ze spotkania, po wielu latach , z czytelnikami z rodzinnej miejscowości. Są listy do...
Ciekawa opowieść rozciągnięta w czasie, od września 1989 roku do 2017 roku, napisana z punktu widzenia różnych postaci.
Wiele się wydarzy, będzie wojna, rozpadnie się Jugosławia.
Dla rodziny Velów dramat zacznie się właśnie w 1989 roku, gdy zaginie siedemnastoletnia Silva. Rodzice (zwłaszcza ojciec) i brat bliźniak nie ustają w poszukiwaniach. Co mogło się stać? Gdzie mogła wyjechać? Różne poszlaki, tropy, wskazówki...
Czytałam z dużym zainteresowaniem, bo zagadka długo pozostaje nierozwiązana. Autor buduje napięcie, pokazując jednocześnie, jak cała historia wpływa na osoby mające z nią związek. Trauma dotyczy nie tylko Velów, ale i innych rodzin w małym chorwackim miasteczku Mista, sprawa Silvi wpłynie znacząco na prowadzącego śledztwo szefa milicji w Splicie Gorkiego Szaina.
Co wydarzyło się na rybackim festynie? Dlaczego Mate wciąż szuka siostry? Kto anonimowo zadzwonił na milicję? Gdzie wiodą kolejne tropy?
Nie udało mi się rozwiązać kryminalnej zagadki, dla mnie to duży plus dla autora.
Przy okazji zainteresował mnie też tłumacz powieści, Leszek Małczak, profesor Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, znawca literatury i kultury chorwackiej.
Może warto by sięgnąć po którąś z jego publikacji dotyczącą tych zagadnień.
Ciekawa opowieść rozciągnięta w czasie, od września 1989 roku do 2017 roku, napisana z punktu widzenia różnych postaci.
Wiele się wydarzy, będzie wojna, rozpadnie się Jugosławia.
Dla rodziny Velów dramat zacznie się właśnie w 1989 roku, gdy zaginie siedemnastoletnia Silva. Rodzice (zwłaszcza ojciec) i brat bliźniak nie ustają w poszukiwaniach. Co mogło się stać? Gdzie...
To czwarta książka W.G. Sebalda, którą przeczytałam. O tym pisarzu, zmarłym tragicznie i przedwcześnie, dowiedziałam się z eseju Dariusza Czai z "Lekcji ciemności".
"Austerlitz" poznałam w sierpniu 2025 roku, wprawił mnie w zachwyt i ten stan utrzymał się przy kolejnych: "Czuję. Zawrót głowy", "Wyjechali", i teraz "Pierścieni Saturna". "Tropiąc" Sebalda, przeczytałam "Trzy pierścienie" Daniela Mendelsohna i biografię niemieckiego pisarza autorstwa Carole Angier pt. "Ciszo przemów. Szukając W.G. Sebalda".
Wygląda na to, że znam teraz jego najważniejsze dzieła. Może uda mi się dotrzeć do esejów, które ukazały się u nas w 2019 roku.
W "angielskiej pielgrzymce" (podtytuł "Pierścieni Saturna") Sebald wędruje po terenach wschodniej Anglii. Kiedy się zatrzymuje i przygląda krajobrazowi, od razu następuje dygresja, która kieruje czytelnika do lat dawno minionych, do historii związanych z tym zakątkiem. Są to bardzo obszerne dygresje i trzeba się pilnować, by po nich wrócić do bieżącej narracji. Pisarz bowiem, opowiadając np. o Alecu Garrardzie budującym model Świątyni Jerozolimskiej, o Chateaubriandzie i jego pamiętnikach czy odwiedzinach u swego przyjaciela Michaela Hamburgera, to im oddaje głos, by potem znów płynnie przejść do swoich refleksji i przemyśleń.
Dygresje dotyczą bardzo wielu spraw, oprócz już przykładowo wspomnianych. Dowiemy się o hodowli jedwabnika, o losach Józefa Korzeniowskiego, zanim stał się Josephem Conradem, i jego rodzinie. Pojawią się i mniej znani czy bezimienni mieszkańcy "pielgrzymkowych" miejsc.
Wędrówka skłania Sebalda do własnych wspomnień, opisuje też czasem ze szczegółami swoje sny.
Całość jest, jak to u niego, naznaczona melancholią i smutkiem. A jednak, o czym pisze w świetnym posłowiu Maciej Płaza, "czytamy jak zahipnotyzowani, bez sprzeciwu znosząc depresyjną aurę tej książki". Tak ma ten, "kto dał się zauroczyć prozie Sebalda" zaznacza dalej autor "Golema".
W książce są, co też jest charakterystyczne dla twórcy "Austerlitza", czarno-białe zdjęcia. Oglądamy na nich m.in. widoki miejsc w hrabstwie Suffolk, gąsienice jedwabnika, zdjęcia opisywanych postaci. Jest i sam autor stojący pod wiekowym libańskim cedrem w Ditchingham.
W nocie od wydawcy znalazło się takie zdanie: "Pisarstwo W.G. Sebalda to bodaj najbardziej niezwykła rzecz, jaka przytrafiła się literaturze europejskiej drugiej połowy XX wieku".
Bardzo się cieszę, że mogę doświadczyć zachwytu nim w tłumaczeniu "mistrzyni literackiego przekładu", Małgorzaty Łukasiewicz.
Maciej Płaza proponuje powtórną, uważną lekturę "Pierścieni Saturna", by wynotować sobie aluzje i wzmianki, sam podaje kilka, świadczące wg jego interpretacji, że "Sebald jest duchem".
Myślę, że to zrobię, bo mam książkę, i chętnie będę do niej wracać.
To czwarta książka W.G. Sebalda, którą przeczytałam. O tym pisarzu, zmarłym tragicznie i przedwcześnie, dowiedziałam się z eseju Dariusza Czai z "Lekcji ciemności".
"Austerlitz" poznałam w sierpniu 2025 roku, wprawił mnie w zachwyt i ten stan utrzymał się przy kolejnych: "Czuję. Zawrót głowy", "Wyjechali", i teraz "Pierścieni Saturna". "Tropiąc" Sebalda, przeczytałam...
Bardzo dobrze czytało mi się felietony nieodżałowanego Marcina Wichy. Publikowane w latach tzw. "dobrej zmiany" dotyczą wielu absurdów tamtych lat. Zwracają uwagę na sprawy wciąż aktualne, felieton o misiu Paddingtonie na kwestie imigracji, "Papier i ludzie" jest o "nieuniknionym końcu papieru". W kilku tekstach pisze autor o edukacji, z pozycji rodzica, ale i, patrząc w przeszłość, z pozycji ucznia. Ubolewa, a ja razem z nim, nad likwidacją gimnazjów.
Mądre, świadczące o wnikliwej obserwacji, poszyte ironią i humorem pokazują świat, który, jak ujęła to żona Wichy, "kryje się w rzeczach", i dodała jeszcze: "Odnajduje sens w drobiazgach, dokumentując ducha czasu".
Dobrze rozłożyć sobie lekturę na kilka dni, mieć czas na refleksję, na przyjrzenie się rysunkom autora zamieszczonym w książce. Warto też zapamiętać niektóre celne i zabawne sformułowania, śmiałam się w głos, gdy czytałam "Cios puri w plecy", gdzie wymienionych jest bardzo dużo nazw chlebów, które możemy zakupić w piekarniach. Wśród wyszukanych i barwnych pojawia się "magnat krojony" z dopiskiem Wichy ("Jakub Szela poleca" :)
Przeczytałam wcześniej dwie książki Marcina Wichy, wierzyłam, że będzie ich jeszcze wiele, niestety:( wielki żal :(
Bardzo dobrze czytało mi się felietony nieodżałowanego Marcina Wichy. Publikowane w latach tzw. "dobrej zmiany" dotyczą wielu absurdów tamtych lat. Zwracają uwagę na sprawy wciąż aktualne, felieton o misiu Paddingtonie na kwestie imigracji, "Papier i ludzie" jest o "nieuniknionym końcu papieru". W kilku tekstach pisze autor o edukacji, z pozycji rodzica, ale i, patrząc w...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Skończyłam czytać opowiadania Laszlo Krasznahorkaia i poczułam się trochę dumna, że dałam radę "przedrzeć się przez gąszcz" tej bardzo trudnej i wymagającej prozy.
Do długich zdań przywykłam od W. Odojewskiego i jego "Zasypie wszystko, zawieje" czy "Oksany". Czytany niedawno W.G. Sebald też lubi rozciągać zdanie na kilka stron. Węgierski noblista chyba jednak dzierży tu palmę pierwszeństwa. Niektóre jego opowiadania składają się z jednego zdania, najlepiej więc przeczytać je bez przerw, i tak starałam się robić.
Forma to jedno, ale treść niesie ze sobą tyle smutku, melancholii i przygnębienia, że dobrze było zrobić sobie przerwę między poszczególnymi tekstami, by odetchnąć nieco od apokaliptycznej wizji naszego świata.
"On"-narrator/autor/bohater w trzech częściach: "Mówi", "Opowiada", "Żegna się". Dwadzieścia jeden opowiadań pokazuje świat, w którym człowiek czuje się coraz bardziej samotny i zagubiony. Podróżuje do Szanghaju, by tam znaleźć się w środku NIne Dragon Crossing (Skrzyżowanie Dziewięciu Smoków), wielopoziomowego i bardzo skomplikowanego węzła drogowego; przytłacza go to, podobnie jak pobyt w Indiach, w Waranasi nad świętą rzeką Ganges.
Opowiadanie "Bankowcy" pokazuje z kolei świat wielkich pieniędzy, interesów (niekoniecznie czystych), ale i ukraińskiej Strefy skażonej wybuchem radioaktywnym.
Tłumaczka, Elżbieta Sobolewska, w posłowiu pisze o medytacyjnym i hipnotycznym charakterze tej prozy. Zgadzam się z jej zdaniem, rzeczywiście, gdy już wniknęłam całkowicie w ten transowy rytm, miałam wrażenie oderwania się od rzeczywistości. Noblista pokazuje świat, w którym nie bardzo znajdujemy sens. Atakowani zewsząd informacjami, gadżetami, krótkimi komunikatami, zgiełkiem i hałasem myślimy za Krasznahorkaiem "jaki piękny byłby świat". Pisarz proponuje "Cykl wykładów z teorii krajobrazu", zaznacza wszak, że moglibyśmy nimi "położyć kres żegnającemu się z nami światu".
W ostatniej części, "Żegna się", autor pisze "niczego stąd nie chcę", i wyjaśnia: "bo wejrzałem w to, co nadejdzie".
Trudno zatem znaleźć w tych opowiadaniach promyk nadziei, pocieszenia, optymizmu. Raczej przyjdzie się zmierzyć z bardzo pesymistyczną wizją świata. W sumie to nie ma tu odpowiedzi, dlaczego tak jest, nie padają też pytania. Jest człowiek, który nie bardzo widzi sens swego istnienia, brak mu duchowości, "chodzi w terenie, którego nikt nie pobłogosławił".
Wymowne są puste strony "tekstu" "Łabędź ze Stambułu" poświęconego pamięci Konstandinosa Kawafisa, mamy tylko dołączone 79 przypisów.
A jednak "świat trwa", czy ma to być pocieszenie?
Mnie ten tytuł przypomina słowa z "Nocy i dni" Marii Dąbrowskiej: "Rodzimy się, umieramy, a życia wciąż wystarcza. Z nami czy bez nas, noce i dnie jednakowo się toczą, jakby nas wcale nie było na tym świecie". I jeszcze "Koniugacje" Poświatowskiej: "ja minę/ty miniesz/on minie/mijamy/mijajmy(...) już nas nie ma".
Chciałabym przeczytać za jakiś czas którąś z powieści węgierskiego pisarza, choć pewnie nie ma co liczyć, że będą one mniej przygnębiające i tak dojmująco smutne.
Laszlo Krasznahorkai w rozmowie po przyznaniu mu Nagrody Nobla stwierdził, że "zasmuca go stan współczesnego świata, a głównym źródłem inspiracji jest dla niego gorycz".
Trzeba przyznać, że z tej goryczy rodzą się piękne teksty, takie jak w zbiorze "A świat trwa".
Skończyłam czytać opowiadania Laszlo Krasznahorkaia i poczułam się trochę dumna, że dałam radę "przedrzeć się przez gąszcz" tej bardzo trudnej i wymagającej prozy.
Do długich zdań przywykłam od W. Odojewskiego i jego "Zasypie wszystko, zawieje" czy "Oksany". Czytany niedawno W.G. Sebald też lubi rozciągać zdanie na kilka stron. Węgierski noblista chyba jednak dzierży tu ...
Profesor Ryszard Koziołek dla celów felietonowych powołał do życia sąsiadkę, jak pisze we wstępie, "żeby była świadectwem, jak pożytecznie jest rozmawiać z innymi od siebie".
Książka zawiera felietony pisane dla "Polityki". Są w niej humorystyczne rysunki Jacka Świdzińskiego ilustrujące kolejne teksty.
Każdy felieton zaczyna się krótką rozmową autora z sąsiadką i jest wprowadzeniem tematu, potem następuje ciekawy wywód profesora wzbogacony często tekstami literackimi.
Zagadnienia aktualne, od polityki migracyjnej, oświatowej, poprzez ekologię, sprawę Grenlandii po wybory prezydenckie i rozważania na temat prawa i prawdy. Oczywiście to tylko kilka z wielu podejmowanych przez rektora Koziołka i sąsiadkę tematów prowadzonych m.in. na placu Karola Miarki, na ławkach, u fryzjera, na klatce schodowej.
Najbardziej zainteresowały mnie rozważania dotyczące literatury, języka, spisu lektur. Odnajdywałam w nich echa czytanych wcześniej książek profesora: "Czytać, dużo czytać", "Dobrze się myśli literaturą", "Wiele tytułów. Eseje przygodne".
Mogłam upewnić się, że "Lalka" to jedna z jego ulubionych powieści, bo w felietonach często odwołuje się do niej. Wokulski, Izabela Łęcka czy Rzecki bywają ilustracją poglądów i rozważań.
Chętnie czytałam o "sztuce trzeźwienia", gdzie Ryszard Koziołek dowodzi, że "dobry czytelnik musi trzeźwieć", i "pozwolić innym, aby pomogli nam otrzeźwieć z odurzenia literaturą".
Dobrze jest zatem dzielić się z innymi swoimi wrażeniami, rozmawiać o czytanych lekturach, a nawet znosić krytykę wobec tych pozycji, które nas zachwyciły.
Podoba mi się, i trafia do przekonania, uzasadnienie profesora dotyczące lektur szkolnych, twierdzi, że trzeba je krytycznie czytać, "żeby zrozumieć Polskę i jej obywateli, na czele z sobą samym".
Zgodzę się z nim, gdy pisze: "Język polski jest najważniejszym z przedmiotów szkolnych i słusznie kłócimy się o to, jak i czego na nim uczyć". Felieton nosi tytuł "Myśleć po polskim".
Warto czytać książki profesora i językoznawcy Ryszarda Koziołka.
Profesor Ryszard Koziołek dla celów felietonowych powołał do życia sąsiadkę, jak pisze we wstępie, "żeby była świadectwem, jak pożytecznie jest rozmawiać z innymi od siebie".
Książka zawiera felietony pisane dla "Polityki". Są w niej humorystyczne rysunki Jacka Świdzińskiego ilustrujące kolejne teksty.
Każdy felieton zaczyna się krótką rozmową autora z sąsiadką i jest...
Dołączam do rozczarowanych, to pierwsza książka Brudnika, po którą sięgnęłam, i ostatnia.
Od czasu do czasu czytam kryminały, by odetchnąć od poważniejszych treści. Oczekuję, że autor skoncentruje się na śledztwie i sensownie doprowadzi do rozwiązania zagadki, tworząc też postać lub postaci ciekawych śledczych.
Tu nawet jest interesująca Katarzyna Łezka czy pomagający jej Michał Gazda, są góry (to dość częste miejsce akcji ostatnimi czasy), jednak dla mnie to za mało.
Za to zdecydowanie za dużo tu chaosu, trupów, różnych powiązań i zależności, w których nie dałam rady się zorientować; może nawet nie bardzo miałam na to ochotę.
Właściwie to nie wiem, po co doczytałam do końca, mimo że w sumie nie byłam ciekawa, jaki będzie finał.
Może chciałam sprawdzić, czym autor "błyśnie" w sferze językowej. Dużo tu "wypełniaczy", które niczemu nie służą, chyba po prostu mają powiększyć objętość książki. Pseudopoetyckie sformułowania pojawią się dość często, np. "wiatr porywał płatki śniegu do tańca-łamańca, bez rytmu ani tempa", autor animizuje samochody, które "choć jak zwykle zbierały się w grupki przed ulicznymi sygnalizatorami, zdawały się jakieś cichsze, spokojniejsze, niewidoczne" czy kolejkę, która "nie działała, bo walczyła o życie".
Z kolei niebo "od dawna nie było niebieskie, ale dziś nie było nawet białe. Szare, niech będzie..."
Jest też "dobosz w klatce piersiowej Gazdy i w twórczym szale wygrywa ostatnie takty "W grocie króla gór". Litości!!! Czytam kryminał, nie ma potrzeby silić się na "poezję"!
Nie polecam.
Dołączam do rozczarowanych, to pierwsza książka Brudnika, po którą sięgnęłam, i ostatnia.
Od czasu do czasu czytam kryminały, by odetchnąć od poważniejszych treści. Oczekuję, że autor skoncentruje się na śledztwie i sensownie doprowadzi do rozwiązania zagadki, tworząc też postać lub postaci ciekawych śledczych.
Tu nawet jest interesująca Katarzyna Łezka czy pomagający jej...
Schyłek II wojny światowej, gdzieś w górach "dwóch parszywców tropi człowieka". Majda i Strzelecki to bohaterowie krótkiej powieści autorki "Toni". Wzorowani na Estragonie i Vladimirze z "Czekając na Godota" Becketta (Szatrawska ciekawie mówi o tym w wywiadzie z dn. 4.09. 2025 roku w GW) mają do wykonania wyrok zlecony im przez dowódcę "leśnych", Wida.
Ruszają w niełatwą drogę, wiosenne roztopy, śnieg, błoto, ludzka niechęć. Mijają spalone wsie, cały czas muszą mieć się na baczności. Wiele ich różni, dowiadujemy się o nich nieco w trakcie ich wędrówki, poznajemy myśli i przypatrujemy się otaczającej ich przyrodzie. "Szemrzący las" sprzyja lękom, pogłębiają go przepowiednie starej Ostapowej i twarde zasady gospodarza Gęśli, który radzi, by je zapamiętali.
Jak wspomniałam, powieść jest dość krótka, 167 stron, za wiele się tu nie wydarzy. Klimat jest mroczny, czasem straszny, przygnębiający. Ma się wrażenie oblepiającego bohaterów i czytelnika błota, zła, nieufności, donosicielstwa.
Tym, co szczególnie przykuwa uwagę jest język współgrający z opisywanymi zdarzeniami i otoczeniem.
Szatrawska we wspomnianym przeze mnie wywiadzie mówi o swojej fascynacji barokiem, "o rozbudowanych środkach stylistycznych -oksymoronach, hiperbolach, antytezach, inwersjach". Mamy okazję doświadczyć tego w "Wyroku". Zdania są tu często wielokrotnie złożone, zdają się "oplatać" nas i zaskakiwać nieoczekiwanymi porównaniami, są też archaizmy i dosadne słownictwo.
Pięknie się to komponuje i daje okazję przeżywania, a nawet współuczestniczenia w wędrówce Majdy i Strzeleckiego.
Takie np. zwykłe i uciążliwe błoto, a Szatrawska widzi je tak: "Schło błoto w czystość matową, pękało na nogawkach, kruszało na tysiąc drobinek".
Z kolei bohaterowie szli "oślepieni kłamstwem, po nici pogłosek", a droga "gore. pnie się, upada, skrzy od szadzi jak siwy włos, bo i ziemia zmęczona, trupem pokryta jak liszajem".
Długo by cytować, mam tę książkę i pewnie będę do niej zaglądać, mimo niełatwych treści. Autorka podkreśla, że w "Wyroku" "interesuje ją moment, gdy człowiek wybiera zło i wtedy nie ma już odwrotu".
Ważna powieść, zawsze aktualna.
Schyłek II wojny światowej, gdzieś w górach "dwóch parszywców tropi człowieka". Majda i Strzelecki to bohaterowie krótkiej powieści autorki "Toni". Wzorowani na Estragonie i Vladimirze z "Czekając na Godota" Becketta (Szatrawska ciekawie mówi o tym w wywiadzie z dn. 4.09. 2025 roku w GW) mają do wykonania wyrok zlecony im przez dowódcę "leśnych", Wida.
Ruszają w niełatwą...
Strony wypełnione zwartym i drobnym drukiem, teksty źródłowe zapisane jeszcze mniejszą czcionką, żadnego zdjęcia, czarna okładka z przekreśloną twarzą Franza Kafki - "koszmar" czytania pięćsetstronicowej biografii autora "Zamku" i "Procesu".
Przyznam, że miałam chwile, gdy wydawało mi się, że nie dam rady i odłożę książkę. Jednak, mimo przerw w czytaniu, wracałam do niej i w pewnym momencie miałam pewność, że przeczytam do końca.
Nie jest to taka zwykła biografia, życie Kafki pokazane jest na bardzo obszernie zarysowanym tle historycznym i społeczno-politycznym. Powoli zaczyna dogorywać, zdawałoby się, niezwyciężona monarchia austro-węgierska, nadchodzi i przetacza się I wojna światowa, idą zmiany.
O Pradze i świecie, w którym dorastał Kafka, Pawel pisze, że "był niesamowity, korzeniami tkwił jeszcze w średniowieczu, niczym otoczona murem tajemnicy legenda zakuta w kamień".
Wilgotne, ponure i ciasne mieszkania, szkoła z "obłąkańczo kwiecistymi przepisami" i wrażliwy chłopiec cierpiący na nawracające depresje, nasilającą się z czasem hipochondrię aż do realnych dolegliwości.
Pawel prowadzi czytelnika przez kolejne etapy życia autora "Wyroku", pisze o jego skomplikowanych relacjach rodzinnych, zwłaszcza z ojcem; o przyjaciołach, o Maxie Brodzie, najważniejszym z nich, bo przecież dzięki niemu ocalał dorobek Kafki.
Wędrujemy śladami jego licznych podróży, odwiedzamy sanatoria, w których się leczył i wypoczywał, śledzimy jego rozwój zawodowy jako pracownika agencji ubezpieczeniowej.
Bardzo skrupulatnie, ze szczegółami, oddany jest proces tworzenia "lodowatej prozy, za pomocą której sondował własne koszmary".
Są w książce liczne fragmenty "Listu do ojca" i wielu listów pisanych przez niego i do niego. Możemy przyjrzeć się burzliwym dziejom, w dużej mierze korespondencyjnego, pięcioletniego związku z Felicją Bauer czy znacznie krótszego z Mileną Jesenską; Pawel zaznacza jednak, że była to "prawdopodobnie jedyna, prawdziwa miłość jego życia".
Książka niemiecko-amerykańskiego pisarza jest wymagająca, trzeba jej poświęcić dużo czasu i skupienia, jednak bezwzględnie warto.
Po jej lekturze mam podobne odczucia, jak te, o których pisał Franz Kafka do swego przyjaciela z lat młodości Oskara Pollaka: " trzeba czytać tylko takie książki, które nas gryzą i żądlą" i dalej: " Książka niczym topór musi się wbijać w zamarznięte wewnątrz nas morze. Tak uważam".
Wspaniała biografia, bardzo polecam.
Strony wypełnione zwartym i drobnym drukiem, teksty źródłowe zapisane jeszcze mniejszą czcionką, żadnego zdjęcia, czarna okładka z przekreśloną twarzą Franza Kafki - "koszmar" czytania pięćsetstronicowej biografii autora "Zamku" i "Procesu".
Przyznam, że miałam chwile, gdy wydawało mi się, że nie dam rady i odłożę książkę. Jednak, mimo przerw w czytaniu, wracałam do niej i...
Dobrze się czyta o książkach, czytaniu, a nawet o (nie)czytaniu. W znanym mi wydaniu z 2016 roku autorka unosi sztućce nad otwartą książką, teraz na okładce jest piękny, kolorowy obraz Ewy Kuryluk "Martwa natura z książką i krajobrazem".
Niektóre treści pojawiły się w tamtej edycji, jak też i w napisanej wspólnie z Anną Dziewit-Meller "Stówce".
O książkach, które warto przeczytać, mogłam posłuchać też bezpośrednio na spotkaniu z Justyną Sobolewską w 2023 roku. Znam opublikowane przez nią biografie Kornela Filipowicza i Jadwigi Stańczakowej. Chętnie czytam jej recenzje w tygodniku "Polityka".
Sporo przywoływanych przez nią lektur jest mi znanych, wiele jednak wciąż pozostaje na półce "chciałabym przeczytać".
Odczuwam też różnego rodzaju lęki związane z czytaniem i nieczytaniem, o których pisze autorka. Obawiam się, że czegoś nie znam, a powinnam, że mnie nie zachwyca, a innych tak, a może czegoś nie rozumiem, może nie mogę się skupić.
Dobrze zatem robić notatki, jak podpowiada Sobolewska - "te wszystkie zaznaczenia, zakładki, uwagi na marginesie dobrze działają".
Wśród wielu rozdziałów moją uwagę zwróciły: "Posturologia, czyli o pozycjach czytania", "Tego nie robi się książce" czy "Książki, których nie ma". Oczywiście to tylko kilka przykładów pojawiających się zagadnień. Zaciekawiły mnie i inne, w tym pierwsze zdania, a wśród nich te najbardziej znane z "Anny Kareniny" czy z "Popiołów".
Zabawne są fragmenty rozdziału opisujące spotkania autorskie. Są i bardzo aktualne sprawy związane z czytnikami, sztuczną inteligencją i wojną w Ukrainie.
Justyna Sobolewska często cytuje Marcina Wichę, który odszedł w młodym wieku, tak nagle.
Jej książka jest dla mnie w jakiś sposób hołdem dla tych, którzy dają nam, czytelnikom, szansę, że dzięki literaturze możemy przeżyć więcej.
Książka kończy się propozycją: "Czytelniku, podaj mi rękę".
Dobrze się czyta o książkach, czytaniu, a nawet o (nie)czytaniu. W znanym mi wydaniu z 2016 roku autorka unosi sztućce nad otwartą książką, teraz na okładce jest piękny, kolorowy obraz Ewy Kuryluk "Martwa natura z książką i krajobrazem".
Niektóre treści pojawiły się w tamtej edycji, jak też i w napisanej wspólnie z Anną Dziewit-Meller "Stówce".
O książkach, które warto...
Mikołaj Grynberg opowiada o przeżytym przez niego pierwszym zawale serca. Z lękiem, dramatyzmem, ale i humorem, czasem czarnym, dzieli się doświadczeniami pacjenta SOR-u, oddziału kardiologicznego i rehabilitacyjnego.
Wiele tu myśli o bliskich: zmarłych rodzicach, ale głównie jednak o dzieciach i żonie. Pojawiają się pytania: "Czy zdążę się zestarzeć?, Czy nauczę się cieszyć tym, co przyniosą kolejne lata?"
Zabawne są scenki z udziałem innych pacjentów, są celne spostrzeżenia o lekarzach i pielęgniarkach.
Autor opisuje sny, w których na nowo przeżywa zawał.
Mimo takich granicznych doświadczeń książka jest o życiu, o nadziei; bez wielkich słów, oszczędnie pisarz podkreśla to, co jest ważne.
Taką myśl sobie zanotowałam, może i nie tak bardzo odkrywczą, ale istotną, wartą zastosowania w praktyce: "Trzeba brać, co jest do wzięcia, i nie zajmować się tym, co już dawno nieaktualne".
Warto także "nie spędzać życia na walce z samym sobą i uważać na siebie".
Mikołaj Grynberg opowiada o przeżytym przez niego pierwszym zawale serca. Z lękiem, dramatyzmem, ale i humorem, czasem czarnym, dzieli się doświadczeniami pacjenta SOR-u, oddziału kardiologicznego i rehabilitacyjnego.
Wiele tu myśli o bliskich: zmarłych rodzicach, ale głównie jednak o dzieciach i żonie. Pojawiają się pytania: "Czy zdążę się zestarzeć?, Czy nauczę się...
2026-02-03
Pięknie wydana książka zawiera libretto Olgi Tokarczuk do opery Aleksandra Nowaka wystawionej podczas festiwalu Sacrum Profanum w Krakowie w 2018 roku. Większą jej część zajmują komentarze nieodżałowanego profesora Zbigniewa Mikołejki.
Mit o sumeryjskiej bogini miłości i wojny Inannie poznałam dzięki przeczytanej w 2013 roku świetnej książce noblistki "Anna In w grobowcach świata".
Libretto ukazuje część tej opowieści. Komentarzom profesora towarzyszą zdjęcia pokazujące różne zabytkowe posągi, płaskorzeźby, reliefy z czasów sprzed naszej ery i obrazy, m.in. Rubensa, Bruegla, możemy obejrzeć zdjęcia z przedstawienia opery.
Przyznam, że erudycyjne wywody prof. Mikołejki trochę mnie przerosły, jednak rada jestem, że zagłębiłam się w nie. Mitologiczne wędrówki przez różne teksty, sięganie do Biblii, by i tam znaleźć wiele podobnych historii. Zamierzchłe czasy dawnych wierzeń i mitów, ich "uniwersalizm ma u podstaw objawienie najgłębszych prawd o (...) kondycji ludzkiej, jej troskach i trwogach, jej przepastnych, nierozstrzygalnych dramatach, jej pustoszeniu przez nicość."-pisze Mikołejko.
Olga Tokarczuk zaś słowami Ereszkigal, władczyni świata podziemi, siostry bliźniaczki Inanny mówi: "Życie.../Ja-mroczny fundament świata,/noc i ciemność,/ domy śmierci, lamenty, ból i kurz./Wieczność, unieważnienie czasu. (...) Tylko dlatego, że ja jestem śmiercią,/ty możesz być życiem".
Pięknie wydana książka zawiera libretto Olgi Tokarczuk do opery Aleksandra Nowaka wystawionej podczas festiwalu Sacrum Profanum w Krakowie w 2018 roku. Większą jej część zajmują komentarze nieodżałowanego profesora Zbigniewa Mikołejki.
Mit o sumeryjskiej bogini miłości i wojny Inannie poznałam dzięki przeczytanej w 2013 roku świetnej książce noblistki "Anna In w grobowcach...
Zainteresowałam się esejami Daniela Mendelsohna, ponieważ czytałam ostatnio prozę W.G. Sebalda i jego biografię. Tu zaś miały być nawiązania do tego pisarza-wygnańca, jednego z trzech, obok Ericha Auerbacha i Francoisa Fenelona.
Faktycznie, w ostatnim eseju pt. "Świątynia" pojawia się Sebald, ale głównie jego "Pierścienie Saturna", a tej książki jeszcze nie znam.
Nie była to przeszkoda, by wniknąć w "studium wędrówki, obcości i niemocy". Książka ma podtytuł "rzecz o wygnaniu, opowieści i losie".
Autor w dużym stopniu sięga tu do "Odysei", wszak to Odyseusz jest wędrowcem, który przez lata szuka drogi do swej Itaki. Mendelsohn analizuje styl eposu, sięga do "Przygód Telemacha" Fenelona, zastanawia się nad konstrukcją pierścieniową. Każdy z trzech esejów zaczyna zdaniem: "Obcy dociera do nieznanego miasta po długiej podróży". Łączy historie swych bohaterów z własną biografią. Mendelsohn pisze o losie swej rodziny, Żydów, którzy mieszkali w polskim Bolechowie (obecnie ukraiński Bołechiw). Odbywa podróż ich śladami, zwiedza teren obozu w Bełżcu.
Nawiązuje do wielu utworów, m.in. dzieła Prousta, dramatów Racine'a czy Biblii.
Ciekawie wyjaśnia Mendelsohn swą "fascynację strukturami kołowymi, pierścieniowymi i włączającymi", pisze o klaustrofobii, na którą cierpi, o swych modelarskich zainteresowaniach i próbach stworzenia modelu Partenonu.
To niezwykła książka, pokazująca erudycję autora, który utwierdził mnie w moim zachwycie dla W.G. Sebalda i koniecznością przeczytania "Pierścieni Saturna".
Zainteresowałam się esejami Daniela Mendelsohna, ponieważ czytałam ostatnio prozę W.G. Sebalda i jego biografię. Tu zaś miały być nawiązania do tego pisarza-wygnańca, jednego z trzech, obok Ericha Auerbacha i Francoisa Fenelona.
Faktycznie, w ostatnim eseju pt. "Świątynia" pojawia się Sebald, ale głównie jego "Pierścienie Saturna", a tej książki jeszcze nie znam.
Nie była...
Włoska opowieść o sanatorium na "Skale" pod Palermo na Sycylii. Trafia tam latem 1946 roku narrator, którego możemy utożsamić z autorem doświadczonym gruźlicą. Nie ma w nim nadziei na wyzdrowienie, podkreśla, że "nie było dnia ani nocy na Skale, żebym nie czuł w pobliżu oddechu wszechobecnej śmierci..."
Smutna, melancholijna historia zaczynająca się snem o drodze otwartej na pustkę. Nawiązywanie przyjaźni, miłość, przepustki do miasta, wspomnienie tych, którzy odchodzą. Spacery po ogrodzie, werandowanie; poczułam trochę klimat "Czarodziejskiej góry", choć tu sam autor w wywiadzie zamieszczonym w książce, mówi o "sanatorium jako miejscu wybawienia i czarów", ale zastrzega jednocześnie, że książka Manna "nie miała na to wpływu".
Nie są tu ważne wydarzenia, nie jest ich zresztą za wiele, lecz powolne, spokojne obserwowanie toczącego się w rytm choroby życia i przemyślenia na różne tematy, często te dotyczące spraw ostatecznych.
"Dni jednak mijały, ale ich korowód, chociaż podobno nie zmierzały ku najgorszemu z rozwiązań, nie przestawał mnie przerażać, jakby złowróżbna chmura kruków zasłaniała co chwilę smolistymi smugami puste sklepienie nieba. (...) Odroczenie czy wyrok? Nieważne!"
Włoska opowieść o sanatorium na "Skale" pod Palermo na Sycylii. Trafia tam latem 1946 roku narrator, którego możemy utożsamić z autorem doświadczonym gruźlicą. Nie ma w nim nadziei na wyzdrowienie, podkreśla, że "nie było dnia ani nocy na Skale, żebym nie czuł w pobliżu oddechu wszechobecnej śmierci..."
Smutna, melancholijna historia zaczynająca się snem o drodze otwartej...
Emerytowana policjantka, Krystyna Lesińska, znów w akcji. Poproszona o pomoc, nie może przecież odmówić.
Policja szybko kończy sprawę podwójnego zabójstwa. Nie wszystko jednak wydaje się takie oczywiste.
Lesińska z pomocą absolwenta filozofii, początkującego pisarza, który nie ma co prawda swego hasła w Wikipedii, ale jego zdjęcie i notka biograficzna są na Lubimy czytać, zaczyna działać.
Olgierd Darski napisał dwie powieści, w tym kryminał, i według Krystyny ma zadatki na dobrego detektywa.
Lubię powieści Anny Kańtoch, czytam kolejne, które się ukazują, i wiem, że otwierając następną, mogę się spokojnie nastawić na pozytywne wrażenia.
Akcja koncentruje się tu na rozmowach, na dedukcji, szukaniu związków między osobami i zdarzeniami, wyciąganiu wniosków. Autorka pisze sprawnym, prostym językiem, podaje informacje, które są istotne dla rozwiązania zagadki kryminalnej.
W tej, czwartej już części z Lesińską, wraca "na chwilę" sprawa jej zaginionego bardzo dawno brata. Czy zaowocuje w następnej powieści, czy Olgierd Darski napisze swoją trzecią książkę? Myślę, że Anna Kańtoch ma wciąż wiele ciekawych pomysłów, czekam na jej kolejne kryminały.
Emerytowana policjantka, Krystyna Lesińska, znów w akcji. Poproszona o pomoc, nie może przecież odmówić.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPolicja szybko kończy sprawę podwójnego zabójstwa. Nie wszystko jednak wydaje się takie oczywiste.
Lesińska z pomocą absolwenta filozofii, początkującego pisarza, który nie ma co prawda swego hasła w Wikipedii, ale jego zdjęcie i notka biograficzna są na Lubimy czytać,...