Oficjalne recenzje użytkownika

Więcej recenzji
Okładka książki Na południe od nigdzie Jeffery Deaver
Ocena 7,1
Recenzja Mistrz thrillera w świetnej formie

Jeffery Deaver polskim czytelnikom jest doskonale znany z cyklu z Lincolnem Rhyme, szczególnie dzięki kultowemu „Kolekcjonerowi kości”. Patrząc na statystyki na portalu luibimyczytac.pl seria z Colterem Shaw, której piąta odsłona ma właśnie swoją premierę, cieszy się mniejszą...

Avatar
Bartosz Szafran Czytaj więcej
Okładka książki Ceremoniarz Grzegorz Brudnik
Ocena 7,9
Recenzja Oby to nie był finał cyklu

„Tę książkę się połyka, pochłania, a nie czyta, nie można się od niej oderwać” – takie zdanie pojawia się w recenzjach dość często. Pisarze lubią słyszeć i czytać takie sformułowania, zwłaszcza ci od literatury sensacyjnej. W przypadku większości z nich tak dobre powieści wychodzą raz...

Avatar
Bartosz Szafran Czytaj więcej

Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz

Na półkach:

Pierwszy raz miałem okazję czytać prozę Agnieszki Kuchmister i od razu ją polubiłem. Październikowa rdza to intrygująca podróż w czasie, choć nie w przestrzeni, podróż wstecz, ale i w głąb ludzkiej duszy, pełna magii, ale i mroku. Czasami zabawna, niekiedy liryczna, ostatecznie jednak dramatyczna i chyba pesymistyczna. Smutna. Na pewno jednak bardzo warta przeczytania.

Drugi raz na swojej czytelniczej drodze trafiłem na książkę, przy lekturze której nierzadko po głowie krążyła Olga Tokarczuk i te jej w moim osobistym rankingu najlepsze powieści - Empuzjon i Dom dzienny, dom nocny. Pierwszy raz miało to miejsce, kiedy zagłębiałem się w niezwykły świat Tarniny Marty Kucharskiej (na marginesie Marto droga, gdzie ta nowa książka, Ileż można... czekać), drugi zaś właśnie gdy smakowałem Październikową rdzę (nie miałem wyjścia, musiałem smakować, choć pragnąłbym połykać jak najszybciej, ale październik to jeden z najgorszych miesięcy dla czytelniczej części mojego życia). Bo to i przestrzeń ta sama - tajemniczy, magiczny, mało znany i poznany zakątek Dolnego Śląska, gdzieś między górami, borami, rzekami, w przepięknych okolicznościach przyrody. No i klimat zbliżony, trudno go nawet nazwać jednym słowem, bo to taka mieszanka magii, mroku, wilgoci, chłodu, promyków światła, pustki - tworzonej przez ludzi, zwierzęta, postaci z legend, wierzeń, ale i przyrodę nieożywioną. Z jednej strony myśl o tym, że przyszłoby żyć tam i wtedy, wzbudza dreszcze, z drugiej jednak choć na jakiś czas chciałoby się tam pobyć, poodczuwać, posmakować. Tak właśnie, tak ambiwalentnie. Inspiruje się chyba trochę Kuchmister naszą noblistką, ale miejscami zdaje się i polemizować.

Bo tu trauma jest ładunkiem wybuchowym, który niekiedy przez długi czas nieuzbrojony tkwi w nas i czeka na dobrą okazję by dać o sobie znać i odpalić z cała mocą w sprzyjających warunkach. I ta trauma jest efektem innej traumy, która została zadana kiedyś indziej, komuś innemu, ale w jakiś sposób powiązanemu. Więzami krwi, przestrzenią, krzyżującymi się ścieżkami życia, okolicznościami historycznymi. Kuchmister pokazuje to mistrzowsko pokazując losy pewnej małej społeczności w odwrotnej perspektywie (pętli) czasowej. Od teraźniejszości, przez przeszłość nie tak dawną, po czasy z naszego punktu widzenia zamierzchłe (stulecie wstecz dokładnie rzecz biorąc), by na koniec błyskawicznie, niczym rozciągnięta do maksimum i zwolniona sprężyna, wrócić do czasów współczesnych i zwieńczyć dzieło spektakularnym i zaskakującym wielkim finałem. Zrazu to cofanie się w czasie zaskakuje i nieco hamuje czytelniczy rozpęd, ale kiedy zrozumie się do czego zmierza ta historia, chce się jak najszybciej iść dalej (czy można powiedzieć o wędrówce wstecz "dalej"? hym, sam nie wiem) by dotrzeć do końca, który jest domknięciem i dopełnieniem początku. 

Jest to też po trosze powieść historyczna, choć w specjalnym ujęciu - taki bardziej społecznym niż faktograficznym. Przez Dolny Śląsk w ostatnich stu latach przetoczył się wręcz huragan zdarzeń. Region wraz z mieszkańcami wielokrotnie przechodził z rąk do rąk, teoretycznie oszczędzony przez obie wielkie wojny, był jednak areną wysiedleń, przesiedleń, zmian nazw i narodowej tożsamości i to wszystko odbijało piętno na mieszkających tam ludziach, którzy wcale nie byli zainteresowani wielkimi przemianami i zmianami, a jednak stali się marionetkami w rękach najpotężniejszych polityków świata. To nie mogło się nie odbić na międzyludzkich relacjach, uwarzona przez historię społeczna, klasowa mikstura musiała stać się mieszanką wybuchową i takową się stała. I w tym ujęciu Kuchmister przedstawia kolejne wydarzenia jako konsekwencje poprzednich, traumy dotykające ogółu, nie tylko jednostki, są tym nierozbrajalnym ładunkiem wybuchowym.

W tym wszystkim widać, że autorka lubi i ceni te małe, regionalne światy, enklawy surowości, ale i oazy, które w sprzyjających okolicznościach mogłyby być świetnym miejscem do życia i bycia. Wielkie miasta, wielki świat od przestrzeni Październikowej rdzy oddalone są o lata świetlne, a ci, którzy tam pojadą albo przepadają, albo wracają odmienieni, ale w ten negatywny sposób. Czy jest zatem miejsce na świecie, gdzie można zaznać spokoju duszy i ciała? Z kart książki Kuchmister wyczytać można negatywną odpowiedź na tak postawione pytanie. Mamy w tej książce i wątły wątek kryminalny, sensacyjny rzecz można. Na początku wydaje się, że może nawet będzie on i najważniejszy, ale tak naprawdę jest on tylko pretekstem, tłem całej, zdecydowanie ważniejszej reszty.

Formalnie książka jest jak najbardziej udana. Kuchmister bawi się narracją, nie tylko następstwem czasu. Narrator się zmienia, zależnie od czasu i opisywanych wydarzeń. Te formalne zabiegi w innym otroczeniu mogłyby razić, przeszkadzać w lekturze, w Październikowej rdzy zdają się być absolutnie naturalne, w intencji zrozumiałe. Językowo i warsztatowo autorka pokazuje dojrzały i wypracowany warsztat, jakkolwiek w tym ujęciu nie wyróżnia się wśród innych dobrych, pisarzy. Niemniej klimat, atmosferę, zapachy, smaki potrafi odmalować na tyle plastycznie, że zamykając oczy bez trudu przenosimy się do wyimaginowanego, ale jednak tak bliskiego realiom małego świata, gdzieś tam skrytego w lasach między siedzibą Ducha Gór, a Krainą Wygasłych Wulkanów. 

Pierwszy raz miałem okazję czytać prozę Agnieszki Kuchmister i od razu ją polubiłem. Październikowa rdza to intrygująca podróż w czasie, choć nie w przestrzeni, podróż wstecz, ale i w głąb ludzkiej duszy, pełna magii, ale i mroku. Czasami zabawna, niekiedy liryczna, ostatecznie jednak dramatyczna i chyba pesymistyczna. Smutna. Na pewno jednak bardzo warta...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Robert Michniewicz w marcu ubiegłego roku z przytupem wkroczył na polski rynek powieści szpiegowskiej. Jego Dolina szpiegów zdobyła powszechne uznanie czytelników i recenzentów, w tym niżej podpisanego. Mająca właśnie premierę druga część serii Zdążyć przed wrogiem jest prawie równie dobra. Prawie.

Warto na wstępie podkreślić, że choć Zdążyć przed wrogiem to zupełnie inna historia niż Dolina szpiegów, ale łączy te powieści bardzo wiele - przede wszystkim główni bohaterowie. W tej najnowszej mamy też bardzo wiele nawiązań do starszych wydarzeń, wydaje się więc, że warto sięgnąć najpierw po pierwszą część cyklu. Zresztą kto przeczyta jedną, zapragnie bez wątpienia drugiej, bo to są świetne książki.

Nie będę jednak ukrywał, że jestem minimalnie, ale to minimalnie rozczarowany po zakończeniu lektury najnowszej powieści Michniewicza. Mam wrażenie, że autor spieszył się pisząc końcowe fragmenty i chyba niepotrzebnia ją skrócił. Nie chcę zdradzać szczegółów, ale biorąc pod uwagę wcześniejszy sposób budowania fabuły zaskakujące jest skrótowe potraktowanie scen powrotu głównych bohaterów z terenu prowadzonej operacji do domu. Autor buduje najpierw odpowiednie napięcie wokół tego zdarzenia, a potem nagle - “wsiedli, odlecieli, przylecieli, wysiedli”. No niemal dosłownie tak to wygląda. Już kiedyś Michniewiczowi (przy okazji recenzji drugiego tomu innej serii) sugerowałem, że nie ma się po co spieszyć, czytelnik nie ucieknie, jeśli premiera opóźni się o kilka tygodni a nawet miesięcy. Vincent Severski, którego sukces w jakimś stopniu zapewne zachęcił Michniewicza do pisania, nie spieszy się, jego premiery pojawiają się nie częściej niż raz na rok, choć i jemu zdarzają się słabsze momenty (na przykład Kraviec).

Tyle narzekania, bo w gruncie rzeczy to kolejna powieść Michniewicza, od której trudno się oderwać. Wartka akcja, osadzona w realnej historycznej czasoprzestrzeni okresu upadku Powstania Warszawskiego w samej stolicy i otaczającej ją Puszczy Kampinoskiej, pełna zwrotów i niespodziewanych zakrętów gwarantuje czytelnikowi godziny pełne emocji. Sporo mocnych scen, czasami krwawych i brutalnych, jak to w czasie wojny być musi. Wszystko to jednak zdaje się być bardzo realne, wierne rzeczywistości, która wówczas, te 80 lat temu miałą miejsce. Bohaterowie Michniewicza też są bardzo autentyczni, niepozbawieni ułomności, a przede wszystkim nie nieśmiertelni, z kilkoma postaciami, które zdążyliśmy polubić, przyjdzie się nam pożegnać. Wszystko to sprawia, że czytelnik bez trudu przenosi się w realia tamtych czasów i ma poczucie, że jest (biernym, ale jednak) obserwatorem wydarzeń, które jak najbardziej mogły mieć miejsce.

Jak zwykle Michniewicz nie stroni od tematów trudnych i kontrowersyjnych. Tym razem jest to momentami bardzo krwawa rywalizacja między Armią Krajową i Armią Ludową. Pisarz jednoznacznie prezentuje swoje poglądy, generalnie tę drugą formację przedstawiając w negatywnym świetle. Pokazuje ich współpracę nie tylko z komunistami (ją jakoś jeszcze przecież można zrozumieć, wszak w tamtych czasach sowieci byli bardziej wyzwolicielami niż tyranami), ale nawet i z faszystami. Ludowcy na kartach Zdążyć przed wrogiem są ugrupowaniem prowokującym konflikty z AK, działającą niekorzystnie dla spraw polskich. Zdaje się, że to ujęcie obciążone jest nieco znajomością historii lat następnych, bo wtedy, w roku 1944 wielu szczerze wierzyło w Stalina i widziało świetlaną przyszłość naszego kraju w jego rękach. No cóż. Niemniej w tym aspekcie Michniewicz jest bardziej jednostronny, w Dolinie szpiegów, gdzie poruszany był temat współpracy górali z faszystami, mieliśmy zdecydowanie więcej odcieni szarości - tu mamy raczej czerń i biel, możemy się na to zżymać, ale prawem pisarza jest mieć swoje poglądy i je na kartach powieści czytelnie prezentować.

Warsztatowo Michniewicz jak zawsze jest bardzo dobry, choć… Są takie dialogi, które wydają się nieco sztuczne, a humor w tych wymianach zdań taki momentami mało udany. Szczególnie dotyczy to części akcji rozgrywającej się w Londynie. Nie ma tego dużo, ale jest to najsłabsza warstwa pisarstwa byłego szpiega. Zauważyłem to już w powieści Partnerzy. Zemsta. Poza tym stylistycznie, językowo wszystko wygląda bardzo dobrze. Książka napisana jest w mojej ulubionej narracji trzecioosobowej, linearnie, bez zbędnych ozdobników i retrospekcji.

Robert Michniewicz najnowszą książką potwierdza, że jest bardzo utalentowanym i już ukształtowanym pisarzem. Cieszę się, że seria wojenna będzie miała kontynuację, co autor w posłowiu dość jednoznacznie zapowiada. Chętnie jednak poczekam na kolejną odsłonę historii cichociemnych i Carla von Wedela ciut dłużej. Porządna szpiegowska cegłówka powinna mieć 600 stron i więcej, takie jest moje zdanie i zapewne zgodzi się ze mną większość fanów tego gatunku. Nie ma co się spieszyć panie Robercie, poczekamy.

Robert Michniewicz w marcu ubiegłego roku z przytupem wkroczył na polski rynek powieści szpiegowskiej. Jego Dolina szpiegów zdobyła powszechne uznanie czytelników i recenzentów, w tym niżej podpisanego. Mająca właśnie premierę druga część serii Zdążyć przed wrogiem jest prawie równie dobra. Prawie.

Warto na wstępie podkreślić, że choć Zdążyć przed wrogiem to zupełnie inna...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Piotr Gajdziński po raz kolejny wprowadza nas w świat wielkiej i brudnej polityki, w której istotną rolę odgrywają służby specjalne i wywiadowcze. Rafał Terlecki znów będzie się starał wyciągnąć na światło dzienne niecne działania tajnej międzynarodowej organizacji, która chce rządzić światem. Czy mu się uda? Warto przeczytać tę niezłą powieść, by się przekonać.

Stare porzekadło mówi, że pośpiech jest złym doradcą. Są pisarza, którzy tą prawdą nie przejmują się specjalnie i zamiast na jakość stawiają na ilość i wysoką częstotliwość premier, co skutkuje książkami niedopracowanymi, słabymi wręcz. Gajdziński świetną Operację Monastyr wypuścił na rynek w styczniu, a już niespełna cztery miesiące później czytelnicy dostali do rąk kolejną odsłonę serii z redaktorem Rafałem Terleckim. Przyznaję szczerze, że z dużymi obawami siadałem do jej lektury - nawet najpłodniejszy polski pisarz, wiecie kogo mam na myśli, zwolnił nieco ostatnio tempo. Na szczęście Sukcesja okazała się dobrą książką, choć oceniam ją minimalnie niżej niż część poprzednią.

Głównie z powodu finału powieści. Jest on tyle zaskakujący, co jak dla mnie nieco niedopieszczony, jakby pisany już w pośpiechu związanym z terminami wydawniczymi. Być może to specjalny zabieg pisarza, ale pewne rzeczy, zwłaszcza konsekwencje finałowych wydarzeń, nie są dopowiedziane. Czytelnik może się ich domyślić, ale mi osobiście nieco zabrakło postawienia kropki nad "i". Bo pomysł na intrygę, na kolejne dziennikarskie śledztwo Terleckiego i jego zespołu jest udany. Mieszają się w niej wydarzenia współczesne z historycznymi z różnych epok - mamy obrazki z okresu tuż po zakończeniu wojny, z czasów głębokiej komuny i wreszcie z trudnych lat przemiany kraju socjalistycznego w demokratyczny. Mieszanka wybuchowa, której rozkładanie na czynniki pierwsze czytelnikowi sprawia sporą przyjemność. Podobnie jak głównym bohaterom książki. 

Jest to książka na pewno polityczna, autor nie ukrywa tego zresztą w posłowiu. Poglądy Gajdzińskiego wydają się jasne, a postaci polityków przez niego wykreowane bez trudu można przypisać do realnych postaci naszej sceny politycznej. Naturalnie mamy do czynienia z literacką fikcją, a nie reportażem, ale i tak uświadomienie sobie, że nawet tylko w niewielkim stopniu ta fikcja może być podobna do rzeczywistości może być przerażające. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że politycy z kryształowo czystymi sumieniami są niczym jednorożce, ale jednak wszyscy mamy nadzieję, że większości z nich przyświecają szczytne cele, a nie tylko partykularne własne interesy. Jak jest naprawdę? Mam cichą nadzieję, że świat polityki z Sukcesji jest mocno przerysowany, bo jeśli nie, to serio należy zacząć się bać o przyszłość nie tylko Polski, ale i całego świata. 

Gatunkowo nową powieść Gajdzińskiego trudno zaklasyfikować. To taka trochę mieszanka powieści szpiegowskiej z political fiction i thrillerem. Podobnie rzecz się miała z Operacją Monastyr, choć tu mamy mocniejsze przesunięcie akcentów w kierunku politycznym. Książka napisana jest w mojej ulubionej narracji - linearnej trzecioosobowej. Nieliczne retrospekcje są płynnie wplecione w główny nurt, trzeba być uważnym w czasie lektury, by nie przeoczyć tych mniej więcej dwuletnich przeskoków czasoprzestrzeni. Biorąc pod uwagę całość opowiedzianej historii taka konstrukcja była zdecydowanie potrzebna. Gajdziński prezentuje już dobry warsztat i sprawne pióro, stylistycznie i językowo trudno mieć do Sukcesji zastrzeżenia. 

Podobała mi się nowa książka Gajdzińskiego, jakkolwiek nie mogę się oprzeć wrażeniu, że z tej historii można było wyciągnąć ciut więcej. I jakościowo i objętościowo. Nie ma co się spieszyć, czytelnicy przekonani do autora nie zapomną o nim w ciągu kilku miesięcy, choć półki uginają się od nowych gatunkowych pozycji polskich autorów. Ja nie zapomnę na pewno i z przyjemnością sięgnę po kolejne odsłony serii z redaktorem Terleckim. Bo takie będą, jestem pewien. 

Piotr Gajdziński po raz kolejny wprowadza nas w świat wielkiej i brudnej polityki, w której istotną rolę odgrywają służby specjalne i wywiadowcze. Rafał Terlecki znów będzie się starał wyciągnąć na światło dzienne niecne działania tajnej międzynarodowej organizacji, która chce rządzić światem. Czy mu się uda? Warto przeczytać tę niezłą powieść, by się przekonać.

Stare...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Będąc amerykańską pisarką, specjalizującą się w pisaniu horrorów nie uniknie się porównań do absolutnego klasyka gatunku - Stephena Kinga. Prze całą lekturę Diavoli Jannifer Thorne przychodziło mi do głowy, że to taka lżejsza wersja mistrza - taka Kinga wersja light. Pod wieloma względami - objętości, intensywności, mroczności i wywoływanego niepokoju. Autorka nie próbuje z Kingiem polemizować czy rywalizować, idzie swoją ścieżką i to ścieżką dla czytelnika przyjemną. O ile tak można napisać o horrorze.

Szczerze przyznaję, że znawcą (ani wielbicielem) horrorów nie jestem. Nawet u Kinga preferuję literaturę bardziej kryminalną, choć klasykę jego horrorów poznałem i to z przyjemnością. Niewiele jednak więcej czytałem z tego gatunku i z dozą pewnego sceptycyzmu podchodziłem do Diavoli. Sceptycyzm szybko zniknął bo książka nie jest przesycona wątkami strasznymi. Napięcie początkowo jest niewielkie, rośnie stopniowo i dość szybko, nie przekraczając jednak granicy, za którą autentycznie się boimy, czy odczuwamy obrzydzenie. Trzaskające drzwi, dziwne odgłosy, niecodzienne zjawiska, ostatecznie pojawiają się i duchy, ale choć nie są one może przyjacielskie, to jednak i nie spektakularnie drastycznie. Nie jest to horror nadmiernie krwawy, trupów mamy też niezbyt wiele i to raczej w domyśle, niż w bezpośrednich opisach. No tak jak pisałem, taka lajtowa wersja Kinga. W pewnym momencie miałem wrażenie, że jest to studium choroby psychicznej głównej bohaterki, a nie klasyczny horror. No, ale...

Akcja ksiązki dzieje się w Toskanii i ta kraina jest przez Thorne pięknie odmalowana. Jej główne miasta, ale też miasteczka, wioski i przyrodę. Jeśli ktoś w tym włoskim regionie nie był, to po lekturze być może chętnie się tam wybierze. Z drugiej strony mamy Nowy Jork, który z kolei jest przedstawiony jako miasto trudne do życia, jakoś wyraźnie autorka za metropoliami nie przepada, jej bohaterka czuje się tam źle, abstrahując od dodatkowych okoliczności, które jej towarzyszą. Autorka w dość satyrycznym ujęciu przedstawia też życie i pracę w wielkiej, bogatej i prestiżowej korporacji. Dostaje się też wielopokoleniowym rodzinom, w których prym wiodą bardzo bogaci rodzice, a ich dzieci i wnuki są skoncentrowane po pierwsze na ich zadowalaniu, wiadomo oczywiście w jakim  celu, z drugiej zaś na momentami bezkompromisowej rywalizacji ze sobą. Finał, który chyba jednak zaskakuje i może być wielorako interpretowany w kontekście zakończenia sprawy z duchami, jednocześnie zdaje się pokazywać, jaki ideał życia wyznaje Thorne. Nie powiem, całkiem przyjemny.

Nie jest to więc tylko horror, ale i trochę powieść obyczajowa, przez to lżejsza w odbiorze, choć dla wielbicieli ciężkich, krwistych, mrocznych powieści z kręgu Kinga może być ona za lekka. Objętościowo też amerykańskiemu mistrzowi Thorne nie dorównuje, ale nie mam wrażenia niedosytu. Zresztą... musimy się chyba pogodzić, że współczesne książki to 300, maksymalnie 400 stron - takie się podobno najlepiej sprzedają i na wielkie cegłówki pozwolić sobie mogą pisarze o ugruntowanej pozycji w czytelniczych sercach. Choć i oni też pewnie powoli będą się mniej rozpisywać. 

To pierwsza książka Jennifer Thorne na polskim rynku, zresztą jej dorobek nie jest jeszcze imponujący w kwestii ilościowej. Nie widać tego specjalnie w stylu, języku, składni. Pióro zdaje się mieć wyrobione, warsztat też całkiem przyzwoity - na pewno w takim odbiorze ma swój udział tłumaczka, Ewa Ziembińska. Miło, że pisarka  stosuje klasyczną linearną, trzecioosobową narrację, ja taką lubię najbardziej. Nie kusi się na szczęście o retrospekcje, niepotrzebne ozdobniki. Tej modzie akurat nie uległa i dobrze. To na pewno udany debiut na polskim, wysyconym już chyba po brzegi, rynku literatury gatunkowej. Czy zdobędzie szerokie grono czytelników, czy poznamy jej inne powieści - trudno powiedzieć, ale po Diavolę sięgnąć warto. 

Będąc amerykańską pisarką, specjalizującą się w pisaniu horrorów nie uniknie się porównań do absolutnego klasyka gatunku - Stephena Kinga. Prze całą lekturę Diavoli Jannifer Thorne przychodziło mi do głowy, że to taka lżejsza wersja mistrza - taka Kinga wersja light. Pod wieloma względami - objętości, intensywności, mroczności i wywoływanego niepokoju. Autorka nie próbuje z...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

O dramatach trzeciego świata napisano wiele reportaży i książek. O głodzie, biedzie, wojnach, przestępczości, wykorzystywaniu dzieci i innych patologiach, które przeciętnemu Europejczykowi nawet nie śnią się w najgorszych koszmarach. Czy któraś z tych publikacji zmieniła świat? Pewnie nie, albo w mikroskopijnym stopniu. Jednak wciąż powstają kolejne opowieści i powieści pokazujące ukryte, lecz prawdziwe oblicze miejsc, do których bogaci wybierają się na ekskluzywne wakacje. Czy można jeszcze w tych tematach napisać coś, co głęboko poruszy czytelnika? Okazuje się, że tak, Katarzynie Pernal-Wyderkiewicz to się udaje.

Historia przedstawiona przez autorkę faktycznie jest poruszająca, choć dla osoby, która potrafi choć na chwilę przebić otaczającą ją bańkę komfortu zapewne nie zaskakująca. Benteng - miasto gdzieś w Indonezji, pełne z jednej strony niebiańskich plaż i luksusowych hoteli, z drugiej zaś, tej skrzętnie skrywanej, ubóstwa, brudu, głodu, zwykłej nędzy i tego, na czym koncentruje się autorka - wykorzystywania dzieci do nieludzko ciężkiej pracy, a także dozwolonego w tamtej kulturze bardzo wczesnego zawierania małżeństw, wymuszonej inicjacji seksualnej niedojrzałych dziewczynek - tego, co Pernal-Wyderkiewicz nazywa po imieniu - gwałtu i pedofilii. Zdarzenia, o których czytamy, mrożą krew w żyłach, jednak mnie jeszcze bardziej wzburzyła obojętna reakcja całego świata, do którego próbuje dotrzeć autorka z apelem o pomoc dla tego prawdziwego Benteng. (ciekawe, czy faktycznie była świadkiem tego wszystkiego, czy też jest to w jakimś stopniu fikcja literacka).

Jednak siła tej książki (gatunkowo najbliżej jej do reportażu, choć takiego bardzo zaangażowanego) tkwi nie w treści, lecz w formie. Po pierwsze w zmiennej, częściowo odwróconej narracji. Połowa rozdziałów napisana jest w pierwszej osobie z perspektywy… głównej bohaterki - to ona opisuje świat, który ją otacza, dzieli się swoimi lękami, ale i marzeniami, wreszcie pokazuje zachowania i reakcje dziennikarki (autorki). Bardzo ciekawy zabieg formalny, czyniący opowieść bardziej realną i wiarygodną. Pozostałe rozdziały napisane są klasycznie w trzeciej osobie. Mocną wymowę książki wzmacniają używane przez Pernal-Wyderkiewicz krótkie, konkretne, intensywne zdania i akapity. Pewne kwestie są powtarzane, są sformułowania, które czytamy kilkukrotnie, ale wydaje się, że nie jest to redaktorski czy korektorski błąd, lecz świadome wzmacnianie przekazu. Historia jest nieco chaotyczna, rwana, można mieć wrażenie, że autorka pisała to wszystko tam na miejscu, na gorąco, a potem już niewiele zmieniała. I to też ją uwiarygadnia.

Językowo i stylistycznie jest to dobra książka, uwzględniając świadomie używane powtórzenia i na ogół mało rozbudowane zdania. Czyta się ją lekko, o ile można napisać tak o tekście traktującym o tak dramatycznych zdarzeniach. Nie wiem kim z wykształcenia jest Katarzyna Pernal-Wyderkiewicz, ale pióro ma lekkie, przyjemne w odbiorze, jakby faktycznie była doświadczoną dziennikarką czy też pisarką.

Warto przeczytać Gwiazdy nad Benteng. Po pierwsze dlatego, że to dobra, mocna, angażująca literatura. Po wtóre by pamiętać o tym drugim, zasłoniętym przed oczami przeciętnego turysty, obliczu miejsc, do których wybieramy się by zaspokoić naszą próżność i potrzebę luksusu. Świata nie zmienimy, jakby cynicznie to nie zabrzmiało, lecz zapewne możemy uczynić pięknym choć jeden dzień jednego małego człowieka. Epilog tej wstrząsającej opowieści pokazuje że warto walczyć.

O dramatach trzeciego świata napisano wiele reportaży i książek. O głodzie, biedzie, wojnach, przestępczości, wykorzystywaniu dzieci i innych patologiach, które przeciętnemu Europejczykowi nawet nie śnią się w najgorszych koszmarach. Czy któraś z tych publikacji zmieniła świat? Pewnie nie, albo w mikroskopijnym stopniu. Jednak wciąż powstają kolejne opowieści i powieści...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Po raz kolejny tytuł mojej recenzji kryminału Ryszarda Ćwirleja nosi ten sam tytuł. Tak, wiem, czasami wypada sięgnąć po oryginalność, ale w przypadku serii o Anecie Nowak za każdym razem cisną mi się na usta te same słowa - tak było w przypadku Nagiej prawdy, Szybkiego szmalu, ale i książek spoza tego cyklu, jak choćby Morderczej rozgrywki. Lubię tego autora za swojskie klimaty, dobre tempo i oryginalność intrygi, ale też i za różne smaczki, które nam w treści swoich książek przemyca.

Ryszard Ćwirlej nieustannie funduje swoim czytelnikom przekładaniec. Kontynuuje w sumie cztery (a może nawet pięć) cykle, z których trzy (cztery? - sam się już nieco gubię) częściowo mają tych samych bohaterów, oczywiście w różnych momentach ich życia. Osobiście tylko cykl z Anetą Nowak znam w całości, z pozostałych czytałem pojedyncze pozycje, ale i tu doznałem uczucia konsternacji już przy lekturze pierwszych stron. Poprzednie tomy osadzone były na początku trzeciej dekady naszego wieku - w okresie pandemii i na początku inwazji Rosji na Ukrainę. Teraz nagle cofamy się 10 lat i lądujemy znów na początku poważnej policyjnej kariery głównej bohaterki. Nie do końca ten zabieg rozumiem, ale przyjmuję go, bo nie pierwszy to raz takie skakanie w czasoprzestrzeni funduje nam Ćwirlej i zapewne nie ostatni. Może kiedyś, za jakieś kilkanaście lat, pokuszę się o próbę przeczytania twórczości tego pisarza nie w kolejności wydawania poszczególnych powieści, lecz zgodnie z chronologią opowieści w nich zawartych. Niemniej uspokajam, tę książkę można przeczytać nie znając żadnej innej z cyklu (cykli) - może nie wszystko w relacjach między bohaterami będzie jasne i zrozumiałe, ale sama intryga nie wymaga wracania do poprzednich odsłon.

A intryga jest jak zawsze smakowita, skomplikowana i wielowątkowa. Wciąga czytelnika natychmiast, tempo wydarzeń jest wysokie, ale nie wykracza poza racjonalność. Nie, tu nie zdarzają się (na szczęście) rzeczy niemożliwe. Teoretycznie od początku książki wiemy, kto jest winny, ale z czasem autor wprowadza nas w niepewność, a finałem jednak chyba zaskakuje. Może nie szokuje, ale jednak zadziwia. Książka jest też nieco mocniejsza, ostrzejsza i bardziej krwawa niż poprzednie części cyklu - bez znęcania się nad wyobraźnią czytelnika, ale jednak. Akcja osadzona jest w Poznaniu i podpoznańskich miejscowościach, mamy tu więc tradycyjnie wiele wielkopolskich specyficzności - w charakterach bohaterów pierwszoplanowych, a może nawet częściej drugoplanowych, w realnych obrazach miejscowości i ich społeczności, wreszcie w języku, bo autor wprowadza momentami wielkopolską gwarę, niekiedy pojedyncze słówka, jak to charakterystyczne wew zamiast w czy we. Bywa przy tym Ćwirlej ironiczny w tych elementach - wykpiwa poznańską skłonność do oszczędzania, małomiasteczkową religijność i kilka innych - jest w tym też autoironiczny, wszak stamtąd pochodzi, tam mieszka, żyje i tworzy.

Autor tworzy generalnie sympatyczne postaci, zwłaszcza te policyjne, można powiedzieć, że biją po oczach normalnością. Ani nie są oni supermanami, ani też sponiewieranymi przez życie wyrzutkami. Mają swoje wady, zalety, śmiesznostki, ale w gruncie rzeczy to dobrzy ludzie, w większości policjanci z powołania, choć w różnych momentach swoich mniejszych i większych karier. Część z nich ma przeszłość milicyjną, ale nie musi ona być powodem do wstydu, wręcz odwrotnie. Bezdyskusyjnie wszystkich śledczych da się lubić, z niektórych można się nieco ponaśmiewać i politować nad nimi, ale bez negatywnych odczuć. Przestępcy są źli, a jacy mają być, ale w tym tomie mamy wyjątkowe kreatury, chyba tylko w Nagiej prawdzie budzili oni aż tak negatywne odczucia.

Jak zwykle Ćwirlej przemyca nam literackie sugestie i komentarze. Tym razem mamy nawiązanie do Henninga Mankella, którego wyraźnie auto Brudnej forsy wysoko ceni. I słusznie, wszak to klasyk skandynawskiego kryminału, na którym wielu polskich pisarzy się wychowało. Mamy też krótki komentarz do liczby pisanych w Polsce powieści kryminalnych. Jeden z bohaterów określa ją na 50 z tendencją zwyżkową (pamiętajmy, że rzecz dzieje się w roku 2014) - aktualnie ta liczba w mojej (i nie tylko) ocenie jest co najmniej czterokrotnie wyższa. Nawet dla połykacza książek jest to kwota nie do strawienia, a co dopiero kiedy weźmie się pod uwagę stan polskiego czytelnictwa i średnią liczbę książek czytanych przez przeciętnego Polaka w roku. Dużo za dużo chciałoby się rzec, ale przecież to popyt warunkuje podaż. Może więc z tym czytaniem w naszym kraju nie jest tak źle?

O warstwie językowej, stylistycznej nie ma co pisać. Ćwirlej warsztat ma znakomity, wyrobiony przez lata najpierw dziennikarstwa, potem pisarstwa, jak również nauczania tych dziedzin. Domyślam się, że redaktorzy i korektorzy tekstów tego pisarza zbyt wiele roboty nie mają. Czyta się Brudną forsę lekko łatwo i przyjemnie, bez zgrzytów.

Po raz kolejny tytuł mojej recenzji kryminału Ryszarda Ćwirleja nosi ten sam tytuł. Tak, wiem, czasami wypada sięgnąć po oryginalność, ale w przypadku serii o Anecie Nowak za każdym razem cisną mi się na usta te same słowa - tak było w przypadku Nagiej prawdy, Szybkiego szmalu, ale i książek spoza tego cyklu, jak choćby Morderczej rozgrywki. Lubię tego autora za swojskie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Od lat polska literatura sensacyjna rozwija się bardzo dynamicznie i z roku na rok zdobywa coraz więcej wiernych czytelników. Jeśli chodzi o specyficzny podgatunek, jakim jest powieść szpiegowska, przez długie lata królował Vincent Severski, ostatnio jego pozycję stara się osłabić inny były szpieg, Robert Michniewicz, ale okazuje się, że smykałkę do tego typu powieści ma i Piotr Gajdziński, który w życiorysie epizodu ze służbami specjalnymi nie deklaruje. Operacja Monastyr może klasyczną historią szpiegowską nie jest, ale fanom tego gatunku spodoba się na pewno. I nie tylko im. 

Żeby była jasność, do jednego woreczka Severskiego, Michniewicza i Gajdzińskiego wrzucić nie można, bo ci pierwsi dwaj tworzą intrygi stricte szpiegowskie, zaś u tego ostatniego wątek służb specjalnych jest wątkiem nieco pobocznym, prowadzonym jakby w tle, niemniej dla całości powieści kluczowym. Pierwszoplanowe jest tu jednak dziennikarskie śledztwo, które można określić mianem polityczno - kryminalnego. Sporo tych warstw jak na jedną książkę, prawda? Ale autorowi zręcznie udaje się to poprzeplatać, tworząc jedną zwartą, sensowną całość, co zadaniem zapewne nie było łatwym. Książka ma mocne osadzenie  w wydarzeniach historycznych, trudno się temu dziwić, biorąc pod uwagę wykształcenie autora i jego dotychczasowy dorobek. Gajdziński prezentuje swoją interpretację zdarzeń, które miały miejsce w ostatnich dziesięcioleciach, w tej warstwie wprowadza i postaci autentyczne i wykreowanych przez siebie bohaterów. Mamy tu dużo fikcji literackiej, choć wielu czytelników będzie się zastanawiało, na ile rzeczywista może być owa fikcja. Trzeba przyznać, że jeśli nawet niewielki procent jest rzeczywisty, a niestety może tak być, to powinniśmy się zdecydowanie bać. 

Wątek polityczny jest też mocno zarysowany, zarówno ten wewnętrzny, jak i zewnętrzny. Tu już postaci autentycznych nie spotkamy, ale myślę, że cokolwiek zorientowany czytelnik będzie w stanie zidentyfikować, jakie prawdziwe polityczne ugrupowania poszczególne postaci reprezentują. Autor w dość klarowny sposób wykłada nam swoje polityczne poglądy, co ciekawe zbieżne są one z tymi, które gdzieś między wierszami można odnaleźć i u Severskiego i u Michniewicza. Można się z nimi zgadzać, można nie, niemniej nawet jeśli tylko część kreowanej tu politycznej rzeczywistości zakulisowej pozostaje w zgodzie z prawdą, to strzeżmy się polityków i polityki, bo to szambo o wyjątkowo paskudnym odorze. Od lat nie interesuję się polityką (choć na wybory grzecznie chadzam), więc trudno mi oceniać, ale mam wrażenie, że nie są realia wykreowane przez Gajdzińskiego bardzo odległe od rzeczywistości. 

Wątek kryminalno - sensacyjny też poprowadzony jest wprawną ręką. Początkowo rozwija się dość powoli, ale jednak tempo zdarzeń rośnie szybko i trwale, utrzymuje się jednak na akceptowalnym i realnym poziomie. W efekcie czyta się szybko, ale nie ma się wrażenia, że autor odrywa się od rzeczywistości, która nie pozwala bohaterom być w dwóch miejscach jednocześnie, nie spać, nie jeść, być odpornym na ciosy i strzały. To nie jest oczywiście typowy kryminał z licznymi trupami, śledczymi i innymi typowymi atrybutami tego gatunku. Jest ciekawie, intrygująco, ale niekoniecznie krwawo i mrocznie. Z drugiej strony trudno zakwalifikować tę warstwę do cosy crime... zresztą to tylko jeden z trzech głównych nurtów książki. Finał nie zawodzi, choć nie zaskakuje... no bo i nie może zaskoczyć. Nie o to w tej książce wszak chodzi. 

Sporo w tej książce jest i geografii. Bohaterowie przemieszczają się po świecie, po Europie głównie, ale odwiedzają ładne miasta, a w nich ładne i ciekawe miejsca, zwłaszcza restauracje i kawiarnie. W kilku z tych tu opisanych byłem osobiście i ich klimat oddany jest wiernie. Mam wrażenie, że Gajdziński robi nie tylko bardzo dokładny i rzetelny research historyczny, ale i geograficzny. To duży plus dla autora i jego twórczości. Notabene w niedawnym wywiadzie dla lubimyczytac.pl Gajdziński podkreślał, że długo pracuje w materiale źródłowym, nim zasiądzie do pisania. Umiejętności historyka przydają się tu znakomicie. 

Narracja jest taka, jaką lubię - trzeciosoobowa, bez zbędnych ozdobników. Dość liczne retrospekcje są tu niezbędne, bez nich ta książka stałaby się po prostu niezrozumiała. Językowo, stylistycznie, warsztatowo trudno cokolwiek Gajdzińskiemu zarzucić. Zresztą, posiada on humanistyczne wykształcenie, sił próbował (i to z powodzeniem) w kilku gatunkach literackich., trudno się temu przyjemnemu i łatwemu w odbiorze językowi i stylowi dziwić. Postaci narysowane są wyraziście, logicznie, spójnie. Tacy zwyczajni, normalni ludzie - no z wyjątkiem większości polityków i znacznej części duchownych. 

To było moje pierwsze spotkanie z książkami Piotra Gajdzińskiego. Przyznaję, że jestem mile zaskoczony, bo były to przyjemne chwile spędzone z książką dobrą, dopieszczoną w szczegółach, interesującą w wielu warstwach i pobudzającą do myślenia - i o historii i o świecie współczesnym. Jak się wydaje, nie trzeba znać poprzednich części cyklu z Rafałem Terleckim, by dobrze zrozumieć Operację Monastyr, choć kilka odwołań do innych śledztw tego dziennikarza tu mamy. Jeśli znajdę czas (a nie ma go zbyt wiele przy obowiązkach zawodowych i licznych książkach niecierpliwie czekających na swoją kolej), to chętnie sięgnę po poprzednie odsłony cyklu. Tymczasem gorąco polecam najnowsze śledztwo Terleckiego. 

Od lat polska literatura sensacyjna rozwija się bardzo dynamicznie i z roku na rok zdobywa coraz więcej wiernych czytelników. Jeśli chodzi o specyficzny podgatunek, jakim jest powieść szpiegowska, przez długie lata królował Vincent Severski, ostatnio jego pozycję stara się osłabić inny były szpieg, Robert Michniewicz, ale okazuje się, że smykałkę do tego typu powieści ma i...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Późno odkryłem Mirosława Gorzkę, wstyd powiedzieć, ale czytacz kryminałów nieuleczalny, wrocławianin z urodzenia, ale i wyboru, pierwsze spotkanie z tym na wskroś wrocławskim autorem zaliczyłem dopiero przy Poszukiwaczu zwłok. Zaliczyłem i bardzo Gorzkę polubiłem, czekając z nicierpliwością na kolejną część historii Laury Wilk przeczytałem jeszcze Martwy sad, który też mi się spodobał. Wilczyca mój apetyt na dobrą, mocną literaturę osadzoną w realnym Wrocławiu zaspokoiła, oj zaspokoiła.

Nie da się przeczytać ze zrozumieniem i przyjemnością Wilczycy bez znajomości Poszukiwacza zwłok. To tak, jakby próbować ogarnąć drugi tom sienkiewiczowskiego Potopu (lub też 1Q84 mojego ukochanego Murakamiego) bez przeczytania tomu pierwszego. Bo mamy tu bezpośrednią kontynuację tego, co (nie) skończyło się w pierwszej części tej burzliwej historii. De facto te dwie książki można wydać w jednej oprawie, ale wtedy mielibyśmy grubo ponad tysiąc stron, co mogłoby zniechęcić potencjalnego czytelnika i wpędzić w kompleksy Stephena Kinga i Roberta Galbraitha razem wziętych. Nim więc sięgnięcie po Wilczycę, koniecznie przeczytajcie Poszukiwacza zwłok - naprawdę. Na pewno nie czytajcie też w kolejności odwróconej, bo to już kompletnie niemożliwe. Owszem, mamy w części drugiej nowe postaci i jeden nowy wątek, ale ten zasadniczy i najważniejszy jest po prostu kontynuacją.

Gorzka w zaproszeniu do lektury zaznacza, że drugą część swej opowieści skonstruował nieco inaczej niż pierwszą, zaczyna ją spokojniej, w zdecydowanie wolniejszym tempie, przy okazji przypominając czytelnikowi fakty z pierwszej części. I faktycznie początkowo wydarzenia zawrotnego tempa, znanego z Poszukiowacza (i innych książek tego autora) nie mają. Można mieć wrażenie, że wrocławski pisarz nieco tę początkową część nieco na siłę rozciąga, ale skoro jest to świadomy zabieg, to wypada go zaakceptować. Jednak ta odrobiona czytelniczej cierpliwości bardzo szybko jest nagrodzona, a wydarzenia wokół głównych bohaterów nabierają ekspresowego tempa. Od książki wtedy trudno już się oderwać, ja osobiście w jeden wieczór przeczytałam ponad 250 stron i tylko resztki zdrowego rozsądku w środku nocy doprowadziły do odłożenia książki na stolik i zgaszenia światła. Jest dynamicznie, mocno i z przytupem. Gorzka nie żałuje swoim protagonistom potu i krwi, wrzuca ich na istny rollercoaster emocji i doprowadza na skraj fizycznej i psychicznej wytrzymałości. Oj dzieje się tu niezwykle dużo.

Mocną stroną książki są postaci głównych bohaterów - tych stojących po dobrej i złej stronie barykady. Misternie skonstruowane, wielowarstwowe, w tym wszystkim jednak normalne, wręcz przeciętne. Pozbawione nadludzkich możliwości, mające osobiste problemy i rozterki. Mi szczególnie do gustu (rzecz jasna prócz tytułowej Wilczycy) przypadł Maciej vel Ariel Lesiecki. To bardzo skomplikowana osobowość, zdawać by się mogło solidnie zaburzona, ale w ostatecznym rozrachunku głęboko tragiczna. Bohaterowie drugiego planu także są przez autora przemyślani, nikt tu nie pojawia się przypadkowo, ale i nikt nie jest też jednoznacznie biały lub czarny. Gdzieś tam w tle, ale za to dość mocno, dostaje się też elitom rządzącym krajem. I myślę, że nie chodzi tu Gorzce o konkretną polityczną opcję, nie da się odkryć poglądów autora, lecz ogólnie o władzę, która per se wyciąga z ludzi najgorsze cechy. Trudno w tej warstwie z pisarzem polemizować, nawet mając jednoznacznie wyrobione poglądy.

Jest to też książka we Wrocławiu i o Wrocławiu. Wraz z bohaterami poznajemy mniej lub bardziej znane zakamarki miasta nad Odrą (nie mam pewności, czy wszystkie one faktycznie istnieją), poruszamy się po konkretnych ulicach, miejscach, osiedlach. Dla wrocławian to dodatkowa frajda z lektury, miałem chwile, podobnie jak przy lekturze Poszukiwacza, że spotkam Wilczycę i jej kolegów jadąc do pracy, czy wybierając się na zakupy. Dla czytelników naszego miasta nie znających ta warstwa pozostanie zapewne bez znaczenia, ale nie będzie też lektury utrudniała.
Tym razem Gorzka trochę pobawił się formą. Na szczęście nie za mocno, więc akceptowalnie. Dokonał bowiem pewnej inwersji czasowej. Teraźniejszość w książce to łącznie może 30 stron, reszta dzieje się… niedługo wcześniej. Finałowa scena dawkowana jest nam małymi fragmentami od niemalże pierwszych stron, ale nie pozwala to na odgadnięcie ostatecznego rozwiązania, które kompletnie zaskakuje. I… no chyba nie jest ostatecznie ostateczne.

Narrację mamy trzeciosobową, klasyczną, taką jaką lubię. Językowo i stylistycznie książka jest dopieszczona, Gorzka to już wyrobione i dopracowane pióro. Czyta się przyjemnie nie tylko ze względu na wartką akcję. Przyjemnie i szybko, pomimo ponad 500 stron lektury. Miło, że wrocławski pisarz nadal nie ulega modzie “trzysta z małym plusem i wystarczy”.

Czy będzie kontynuacja losów Laury Wilk i Macieja Lesieckiego? Teoretycznie historia się kończy, ale jakaś tam furteczka na ciąg dalszy pozostaje. Mam nadzieję, że Gorzka pociągnie tę historię, chociaż do domknięcia klasycznej trylogii. W jego dotychczasowym dorobku dłuższych cykli nie ma, ale kto wie, może się o taki pokusi? Wiele zapewne zależy od czytelniczych reakcji na aktualną premierę, ale jestem pewien, że będą one ciepłe, jeśli nie entuzjastyczne. Książkę zdecydowanie polecam, tych którzy czytali Poszukiwacza zwłok zachęcać pewnie nie trzeba, innych odsyłam do księgarń, po obie części.

Późno odkryłem Mirosława Gorzkę, wstyd powiedzieć, ale czytacz kryminałów nieuleczalny, wrocławianin z urodzenia, ale i wyboru, pierwsze spotkanie z tym na wskroś wrocławskim autorem zaliczyłem dopiero przy Poszukiwaczu zwłok. Zaliczyłem i bardzo Gorzkę polubiłem, czekając z nicierpliwością na kolejną część historii Laury Wilk przeczytałem jeszcze Martwy sad, który też mi...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Robert Michniewicz stosunkowo niedawno wszedł na polską scenę literatury szpiegowskiej, natychmiast plasując się wysoko w rankingach czytelniczej popularności. Zupełnie zasłużenie, bo już jego debiutancka powieść Partnerzy. Początek pokazała spory potencjał powieściopisarski tego byłego oficera wywiadu, a mająca premierę w marcu tego roku Dolina szpiegów jest po prostu znakomita i udanie wychodzi poza kanon literatury szpiegowskiej.
Czy jego trzecia powieść, będąca kontynuacją tej pierwszej - Partnerzy. Zemsta - jest równie dobra? Czy autor na fali zdobytej niemałej popularności nie pospieszył się nadto z kolejną premierą? Przyznam szczerze, jak czekałem na tę powieść z niecierpliwością, tak jestem nią nieco zawiedziony. I to w kilku warstwach.
Szpiegowska intryga tym razem jest mniej skomplikowana i prowadzona w zdecydowanie mniejszym tempie. Oczywiście fakt ten sam w sobie zarzutem nie jest, wszak życie szpiega to nie tylko pogonie, ucieczki, strzelanki i ostre konfrontacje, lecz głównie mozolna praca operacyjna, niekiedy do bólu monotonna. Jednak mam wrażenie, że z tej historii mógł Michniewicz wyciągnąć nieco więcej i jakościowo i objętościowo, dać jej ciut więcej dynamiki i krwistości. Mam takie wrażenie, że autor za bardzo uległ obecnemu zwyczajowi pisania szybko i kompaktowo - premiera książki typu “trzysta stron z małym plusem” raz na kilka miesięcy to aktualnie wręcz kanon polskiej literatury sensacyjnej, dla mnie kompletnie niezrozumiały. Jeśli Michniewicz ma chęć rywalizacji z Vincentem Severskim o palmę pierwszeństwa wśród byłych zawodowych szpiegów parających się obecnie pisaniem, to iść powinien raczej w kierunku powieści większych, bardziej dopracowanych i wypuszczanych na rynek niekoniecznie w ilościach hurtowych. Notabene Severski jest w Zemście przywołany - jeden z jej bohaterów zabiera na zagraniczny wyjazd zabiera powieść autora cyklu Nielegalni. Czy to swoista “rękawica” rzucona najpopularniejszemu wciąż jeszcze piszącemu byłemu oficerowi wywiadu?
Nie przekonuje mnie też wątek osobistej relacji dwojga głównych bohaterów cyklu. Ich miłosne dialogi zalatują jak dla mnie sztucznością i w pewnym stopniu infantylnością. Jest między Basią a Piotrem wręcz cukierkowo, nieporozumienia jeśli między nimi są, to sporadyczne, rozwiązywane błyskawicznie i z uśmiechem na ustach. Sceny łóżkowe też się pojawiają, ale i tu pieprzu Michniewicz raczej żałuje. Nie silę się bynajmniej na cynizm, ale w okolicznościach, w których znajdują się bohaterowie, “spijanie sobie miodku z dzióbków” jest mało realne i przekonujące.
Nie stroni za to Michniewicz od politycznego zaangażowania, podobnie zresztą jak w pierwszej odsłonie serii. Zdecydowanie i jednoznacznie wypowiada się przeciwko jednej z opcji polskiej sceny, karykaturuje ją wręcz z odrobiną przesady. Żeby była jasność, nie uderza w konkretną partię, lecz w poglądy, reprezentowanej przez pewną część polityków (i społeczeństwa, a jakże). Mi z taką optyką po drodze, ale części z czytelników (niewielkiej na szczęście) ta warstwa podobać się nie będzie, oj nie będzie. Równie jednoznacznie opowiada się po ukraińskiej stronie konfliktu, toczącego się za naszą wschodnią granicą, choć jest on tym razem tylko tłem.
W warstwie warsztatowej książka jest poprawna. Prowadzona w mojej ulubionej narracji - trzecioosobowej, linearnej, pozbawionej wszelkich tak popularnych dziś ozdobników - retrospekcji, zmian narratora i temu podobnych. Językowo i stylistycznie trudno też Michniewiczowi (i jego redaktorom) wiele zarzucić, w książce widać jego talent i lekkość pióra, w trakcie lektury nic nie zgrzyta, ani nie trzeszczy. No może te dialogi osobiste głównych bohaterów wymagałyby dopieszczenia.
Mam przekonanie, że istnieje wśród pisarzy syndrom “drugiej książki”, polegający na tym, że po bardzo udanym debiucie szybko przychodzi twórczy kryzys, czego efektem jest przynajmniej jedna słabsza pozycja. Michniewicz powieścią Partnerzy. Zemsta tę zasadę zdaje się potwierdzać. Żeby była jasność - nie uważam książki za słabą, ale spodziewałem się po niej więcej - i jakościowo i objętościowo. Panie Robercie - nie ma się co spieszyć, czytelnik nie ucieknie tylko dlatego, że będzie musiał dłużej poczekać.

Robert Michniewicz stosunkowo niedawno wszedł na polską scenę literatury szpiegowskiej, natychmiast plasując się wysoko w rankingach czytelniczej popularności. Zupełnie zasłużenie, bo już jego debiutancka powieść Partnerzy. Początek pokazała spory potencjał powieściopisarski tego byłego oficera wywiadu, a mająca premierę w marcu tego roku Dolina szpiegów jest po prostu...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Z twórczością Maurycego Nowakowskiego po raz pierwszy zetknąłem się przy okazji lektury Rozdarcia, bardzo mrocznej, wciągającej antyutopii. Urodzony we Wrocławiu pisarz, mający w dorobku również kryminał i kilka biografii muzycznych, tym razem zaprasza nas w beletrystyczną podróż po londyńskim światku muzyków, producentów, kompozytorów i ich fanów. Podróż nie pozbawioną elementów psychologicznych i socjologicznych. Bardzo interesująca jest to wycieczka.

Wydawałoby się, że sięganie po różne gatunki literackie, zwłaszcza na początku pisarskiej kariery (no dobrze, Nowakowski pisze już kilkanaście lat, przekroczył już czterdziestkę, ale wciąż jest przed nim wiele lat pisania), może być ryzykowne, czas na eksperymenty przychodzi raczej w momencie, kiedy pozycja autora w czytelniczym świecie jest już ugruntowana i mocna. Tu ryzyko się najwyraźniej opłaciło - biografie muzyków zostały przyjęte ciepło, kryminał wygrał jeden z festiwali, Rozdarcie też spotkało się z wysokimi ocenami, Giselle też jest zdecydowanie dobra, jestem przekonany, że znajdzie wielu usatysfakcjonowanych czytelników.

Od pierwszej do ostatniej strony tej powieści Nowakowski udowadnia, że doskonale zna się na muzyce. I to nie tylko w ujęciu historycznym, czy też biograficznym. Nie tylko jako fan i słuchacz, ale przede wszystkim jawi się jako znawca muzyki jako takiej. Procesu jej tworzenia, produkcji, postprodukcji, promocji. Zasad układania akordów, współpracy poszczególnych instrumentów i muzyków. Tak stricte artystyczna warstwa tej dziedziny sztuki. Bardzo żmudna to praca, ale dająca wiele radości i satysfakcji. Na ogół. Autor bardzo obrazowo, pięknym, profesjonalnym, ale i zrozumiałym dla laika językiem prowadzi nas przez poszczególne utwory komponowane, a potem grane przez głównych bohaterów. Momentami zdaje się czytelnikowi, że tę muzykę słyszy, czuje, współodczuwa z tymi, którzy są na opisywanych koncertach, próbach i studyjnych sesjach. Nawet ja miałem takie wrażenie, choć w kwestiach muzyki jestem kompletnym ignorantem. Dla wielbicieli tego rodzaju kultury Giselle to istna uczta.

Nie jest to jednak książka tylko o muzyce, wręcz odwrotnie, zdaje się ona być pretekstem do przesłania zdecydowanie wykraczającego poza londyński świat muzyki. To bardzo optymistyczna historia o zakończonym sukcesem dążeniu do spełnienia marzeń, spełniania ich wbrew całemu światu, który odradza, przeszkadza, sieje zwątpienie. Konsekwencja, a przede wszystkim wiara we własne siły mogą pokonać wszelkie przeszkody, nawet takie zdawałoby się niepokonywalne. Nowakowski wyraźnie sygnalizuje też ważne rolę wsparcia psychologicznego w trudnych życiowych sytuacjach. Terapeuta głównego bohatera jest jedną z najważniejszych, a przy okazji najbardziej pozytywnych postaci tej powieści. Co ciekawe terapia pozwala nie tylko pójść właściwą, najlepszą drogą, ale również zwalcza bardzo poważne objawy somatyczne, które zdają się nieść za sobą wyrok. Bardzo bliska mi jest ta narracja, moje osobiste doświadczenia są bardzo podobne do opisanej tu historii.

Giselle jest dość długa, początkowo akcja toczy się leniwie, niczym dyskusja dżentelmenów przy londyńskiej herbatce, ale z czasem zdecydowanie przyspiesza, rozpędza się jak Bolero Rawela, by pod koniec przykuwać czytelnika do książki jak rasowy thriller. I nagle, niespodziewanie się kończy. Zdaje się, że to świadomy zabieg Nowakowskiego, który pozostawia szeroko otwarte drzwi do stworzenia sobie własnego, czytelniczego, ciągu dalszego. No bo nie sądzę, by Giselle miała mieć kontynuację.

W kwestiach formalnych książka jest też po prostu dobra. Napisana w jednolitej trzecioosobowej narracji, takiej jaką lubię najbardziej, pozbawiona tak popularnych, a przecież niepotrzebnych ozdobników. Językowo i stylistycznie dopracowana, warsztat i pióro Nowakowskiego to już dobrze ukształtowane pisarskie narzędzia. Objętościowo akuratna, nie za długa i nie za krótka.

Polubiłem Nowakowskiego i jego literaturę już przy okazji Rozdarcia, teraz moja sympatia tylko wzrosła, narasta we mnie chęć do sięgnięcia po starsze pozycje jego autorstwa, choć biografie to kompletnie nie moja bajka - przeczytałem w życiu dwie, może trzy i nie znalazły się one w mojej pierwszej setce ulubionych lektur. Więc może ten kryminał… Z całą jednak pewnością będę śledził dalsze losy tego mało (za mało) znanego i popularnego w Polsce autora. Tymczasem polecam Giselle, naprawdę warto.

Z twórczością Maurycego Nowakowskiego po raz pierwszy zetknąłem się przy okazji lektury Rozdarcia, bardzo mrocznej, wciągającej antyutopii. Urodzony we Wrocławiu pisarz, mający w dorobku również kryminał i kilka biografii muzycznych, tym razem zaprasza nas w beletrystyczną podróż po londyńskim światku muzyków, producentów, kompozytorów i ich fanów. Podróż nie pozbawioną...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Kiedy ponad rok temu zachwycałem się debiutanckim Za żywopłotem Marii Biernackiej-Drabik wyrażałem nadzieję, że kolejna jej powieść będzie równie dobra i stawiałem tezę, że drugie książki po bardzo mocnym wejściu na księgarski rynek są zazwyczaj zdecydowanie słabsze. Nazywałem to paradoksem drugiej książki, zadziałał on w pewnym stopniu i w przypadku Nie pytaj, choć nie można napisać, że jest to zła książka. Wręcz przeciwnie, bardzo dobra, ale chyba jednak nie tak znakomita jak pierwsza.

Już debiutancka powieść lubartowianki nie była klasycznym thrillerem, czy też kryminałem. Mocno zarysowane warstwy społeczne, psychologiczne i socjologiczne były w mojej opinii atutem tamtej książki. Obecna powieść jeszcze bardziej odchodzi od standardu powieści sensacyjnej, ba, raczej ma tylko przebłyski powieści kryminalnej. Najbliżej jej chyba do thrillera psychologicznego, choć i tak daleko do obecnie obowiązującej konwencji tego gatunku. Tak, tak mieszam trochę w tych pierwszych słowach, ale coraz większy mam problem z klasyfikowaniem współczesnej literatury w gatunkowych szufladkach, coś co wydaje mi się zwykłym kryminałem nazywane jest thrillerem psychologicznym, tania i marna pornografia też trafia pod identyczną etykietę, książka z cyklu zabili go i uciekł nazywana jest powieścią szpiegowską... W każdym razie u Biernackiej-Drabik mocnego wątku kryminalnego nie znajdziecie, krew się tu nie leje strumieniami, a trupy jeśli są, to tylko w przeszłości, albo mocno schowane w szafie. I to bynajmniej nie jest zarzut, bo osobiście lubię mniej krwiste powieści, nawet ostatnio zaczytywałem się w cosy crime. Wrzućmy więc ostatecznie Nie pytaj do woreczka książek psychologicznych z lekkim zabarwieniem sensacyjnym.

Sam pomysł na intrygę jest interesujący, choć przecież motyw poszukiwania korzeni własnych i bliskich jako źródła potężnych kłopotów przerabiany był w polskiej i nie tylko polskiej literaturze wielokrotnie. Czytając powieść Biernackiej-Drabik nie ma się wrażenia, że gdzieś coś podobnego się już czytało, że to taki swoisty plagiat pomysłu na książkę. Historia jest mocno zagmatwana, wielowątkowa, mocno pokręcona. Czasami powiedziałbym, że aż za bardzo zagmatwana, ja się chwilami gubiłem i nie potrafiłem powiązać ze sobą niektórych scen. Czytelnik wraz z główną bohaterką odkrywa kolejne tajemnice z niemałym momentami zaskoczeniem. Książka wciąga, czyta ją się szybko i przyjemnie, chcąc możliwie szybko poznać odpowiedzi na wszystkie postawione tu pytania i zrozumieć te poplątane wątki. Finał, a w zasadzie finały, bo jest ich kilka, zaskakują, może nie szokują, ale jednak trudno je w toku lektury przewidzieć. Dają też wiele do myślenia, nie dają jednoznacznych odpowiedzi zwłaszcza w ujęciu emocjonalnym i moralnym.

Przy okazji autorka porusza wiele ważnych tematów, co też było mocną stroną jej debiutu. Takim wychodzącym na pierwszy jak dla mnie plan jest alkoholizm i jego konsekwencje nie tylko dla pijącego, ale przede wszystkim dla jego najbliższego otoczenia - pojęcie DDA (dorosłe dzieci alkoholików) jest tu obrazowo i bezkompromisowo objaśnione. Podobają mi się też wątki bardziej poboczne, mi przypadł do gustu ten pokazujący życie lekarza-kardiologa - zaganianego, zapracowanego, mającego trudności w utrzymaniu dobrej relacji z żoną i dziećmi, ale ostatecznie jakoś z tymi problemami sobie radzącego. Rzec bym mógł skąd ja to znam, niemniej rozwiązanie tego wątku napawa mnie optymizmem. Wreszcie pokazuje nam autorka mało w literaturze tego gatunku znane zakątki Polski. W Za żywopłotem były Bieszczady, tu mamy lubelszczyznę oraz Mazury. Widać, ze autorka te rejony naszego kraju zna i lubi, niejako zaprasza czytelnika do wybrania się do nich w ramach wakacyjnych peregrynacji.

Pewnego rodzaju problem mam z formą książki. Za żywopłotem napisane było w tej mojej ulubionej narracji, liniowej, trzecioosobowej, z użyciem czasu przeszłego. Tu pisarka funduje nam, ulegając chyba jednak niepotrzebne, współczesnej modzie na mnóstwo zmian przestrzeni i czasu. Mamy liczne retrospekcje, zmiany przestrzeni, pomieszanie i poplątanie wątków w ujęciu przeszłym i współczesnym. Mam wrażenie, że te retrospekcje pojawiają się w głównym nurcie powieści dość przypadkowo, nie potrafiłem na ogół powiedzieć, czemu akurat w danym momencie narracyjna kamera przenosi się tę przestrzeń i w ten czas. Dodatkiem są fragmenty pamiętnika jednej z bohaterek z przeszłości, te na szczęście autorka pomieściła w jednym miejscu, zręcznie zresztą trzeba przyznać. Ostatecznie to jakoś układa się w logiczną całość, gdzieś tam na końcu, ale mi osobiście ten chaos trochę w odbiorze całej historii przeszkadzał. Wydaje mi się, że tę historię można było napisać klasycznie, tak jak miało to miejsce w debiucie, gdzie przecież też przeszłość odgrywała kolosalną rolę.

Zgodnie z obowiązującym obecnie standardem w polskiej literaturze z nutą (mniejszą lub większą) sensacyjną książka jest niewielka - nieco ponad 300 stron. U Biernackiej-Drabik na szczęście ta kompaktowość nie powoduje niedosytu, wrażenia historii niepełnej, niedopowiedzianej. Skrojona jest na miarę opowieści, wymyślonej przez autorkę, choć mam wrażenie, że bez szkody dla jakości, łatwości czytania, można było jeszcze spokojnie ze 100 stron dołożyć. Warsztatowo też trudno coś autorce zarzucić, język i styl są ładne, przyjemne w odbiorze, nie ma się wrażenia, ze to dopiero druga pozycja w literackim dorobku pisarki.

Polubiłem pisanie Marii Biernackiej-Drabik od pierwszego wejrzenia, jej druga książka aż tak mnie nie zachwyciła, ale przeczytałem ją z przyjemnością i z całą pewnością powrócę do tej autorki przy kolejnych okazjach. Tymczasem polecam Nie pytaj, to może nie lekka, ale też nie jakoś dramatycznie trudna w odbiorze lektura na wakacyjny czas, zwłaszcza, że cala historia rozgrywa się w tym właśnie okresie roku - przy czerwcowej, kapryśnej jak zawsze pogodzie. Dwa, może trzy wieczory wystarczą na tę lekturę.

Kiedy ponad rok temu zachwycałem się debiutanckim Za żywopłotem Marii Biernackiej-Drabik wyrażałem nadzieję, że kolejna jej powieść będzie równie dobra i stawiałem tezę, że drugie książki po bardzo mocnym wejściu na księgarski rynek są zazwyczaj zdecydowanie słabsze. Nazywałem to paradoksem drugiej książki, zadziałał on w pewnym stopniu i w przypadku Nie pytaj, choć nie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Nigdy nie jest za późno na literacki debiut. Kobietom wieku wypominać nie należy, ale z notki biograficznej jasno wynika, że Majka Fijewska nastolatką nie jest. Nigdy nie jest za późno na wielką miłość i o tym traktuje Henryk, mężczyzna z Warszawy. Piękna, wzruszająca opowieść, która w wielu momentach przywoływała u mnie wspomnienia z niezapomnianej lektury Spóźnionych kochanków Williama Whartona. 

Wspomniana powieść Whartona w swoich czasach była przełomem, poruszyła temat, który zdawał się literackim, ale także przecież społecznym tabu - miłości, w tym też tej fizycznej, seniorów. Pokazała światu, że u schyłku życia można też kochać i kochać się bez pamięci, bez tchu i czerpać z tego radość i przyjemność. W Polsce, jak mi się wydaje, jakkolwiek nie jestem wybitnym znawcą tego typu literatury, to właśnie Majka Fijewska otwiera przed nami zamknięte szczelnie dotąd drzwi. Jak pisze sama autorka przez wiele lat jej powieść nie budziła zainteresowania wydawców, którzy uważali ją za za mało drapieżną, a tematykę mało intersującą. Coś się musiało zmienić, skoro po tylu latach Henryk znajdzie się na księgarskich półkach. Zdaje się, że z jednej strony coraz bardziej otwieramy się na takie tematy, kwestie relacji międzyludzkich wychodzą na świat ze szczelnie zasłoniętych gabinetów psychologicznych, z drugiej zaś... żyjemy coraz dłużej i w coraz lepszej kondycji. Muszę przyznać, że z roku na rok zdarza mi się coraz częściej przepisywać leki wspierające seksualność coraz starszym mężczyznom. Rekordzista, który regularnie przychodził do mnie po takie recepty miał blisko 90 lat i bez wstydu opowiadał o namiętnej relacji, której doświadczał. Przyznam szczerze, że czułem się za każdym razem wzruszony, podobnie zresztą jak niemal przez całą lekturę powieści Majki Fijewskiej.

Bo to jest historia niezwykle ciepła, wzruszająca bardzo często, ale także licznymi fragmentami sympatycznie przezabawna. Niektóre sceny na długo zapadają w pamięć, zaś historia nocy spędzonej przez Henryka i Elżbietę w siedzibie PRON (dla niezorientowanych - w czasach komuny prężnie działający Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego) to literacki i koncepcyjny majstersztyk, scena, która na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Henryk to powieść, która z serdecznym uśmiechem traktuje o relacjach między kobietą i mężczyzną, ale nie tylko. Mówi o pamięci tych, którzy byli z nami całe życie, ale odeszli, o sposobach radzenia sobie ze stratą i traumą, wreszcie o relacjach między dorosłymi dziećmi, a rodzicami - seniorami. I o samotności, z którą można sobie poradzić. Porusza wiele ważkich tematów, nad którymi zatrzymać się na co dzień mamy zbyt mało czasu. 

Tylko żeby była jasność - to jest książka napisana przez psycholożkę, ale nie jest to bynajmniej książka psychologiczna - nie, nie, żaden poradnik ani nic w tym typie. Czysta, piękna beletrystyka, ale coś zdecydowanie więcej niż przeciętne romansidło. Napisana pięknym językiem i stylem, który zdradza wielki literacki talent autorki (jaka szkoda, że tak późno odkrytym przed światem), w klasycznej, trzecioosobowej, linearnej narracji. Tak naprawdę przeczytać ją mogą wszyscy - starsi, młodsi, samotni i pozostający w trwałych i dobrych związkach, mężczyźni i kobiety. Bez zbędnej obawy, że książka jest przepychologizowana, że może zmęczyć. Wręcz odwrotnie, kiedy zasiądzie się do lektury trudno się od niej oderwać. Nie jak kryminał, czy powieść szpiegowska przez natężenie sensacyjnych wydarzeń, lecz przez wyjątkowość snutej przez Fijewską historii. Jednak podobnie jak przy dobrej sensacji, tak i czytając Henryka, bardzo chcemy dowiedzieć się, jak się kończy ta historia. Oczywiście finału nie zdradzę, ale zapewniam, że czytelnik nie będzie nim rozczarowany.

Jest to też książka o Warszawie czasów schyłku reżimu komunistycznego w Polsce. Fijewska zaczęła ją pisać w 1987 roku, w tamtych czasach, słusznie dla wielu minionych, osadzony jest Henryk. Ciężkie i mroczne były to okoliczności, ale wierzyć możemy autorce, że wszystko, o czym czytamy, jest jak najbardziej prawdziwe. Wszystkie niemal miejsca, w których rozgrywa się akcja powieści istniały naprawdę i były takie, jak je opisuje autorka. Dla wielu, którzy wtedy mieszkali w stolicy, to znakomita okazja do podróży (może nawet sentymentalnej) w przeszłość, dla młodych szansa by poznać realia tamtych czasów niejako z pierwszej ręki. Ja wtedy w Warszawie bywałem rzadko, ale klimat, atmosferę pamiętam doskonale. Z dzisiejszej perspektywy w wiele rzeczy aż trudno uwierzyć, ale tak przecież było.

Ta książka powstawała ponad 30 lat, bardzo się cieszę, że wreszcie będzie ją mogło przeczytać szerokie grono czytelników. Bo to bardzo wartościowa i ważna powieść - bardzo dojrzały debiut bardzo dojrzałej autorki. Mam taką cichą nadzieję, że Majka Fijewska coś jeszcze napisze w podobnym stylu i tonie. Przecież na drugą książkę... nigdy nie jest za późno. 

Nigdy nie jest za późno na literacki debiut. Kobietom wieku wypominać nie należy, ale z notki biograficznej jasno wynika, że Majka Fijewska nastolatką nie jest. Nigdy nie jest za późno na wielką miłość i o tym traktuje Henryk, mężczyzna z Warszawy. Piękna, wzruszająca opowieść, która w wielu momentach przywoływała u mnie wspomnienia z niezapomnianej lektury Spóźnionych...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Kryminały bywają różne - przede wszystkim dobre i złe, ale też bardzo mroczne i nieco mniej krwiste, realne i oderwane od rzeczywistości. Cosy crime to powieści z dreszczykiem, ale zdecydowanie lekkie, bez brutalnych scen, lejącej się krwi, osadzone w zwyczajnym świecie. Nie należy ich mylić z komediami kryminalnymi, ale są pełne humoru, ciepłe i sympatyczne. Doskonałe na letnie upalne dni. Krew z krwi Katarzyny Gacek, która miała właśnie premierę, to klasyczny przedstawiciel tego gatunku. Czyta się ją z przyjemnością, ale szybko i chętnie, bo zagadka kryminalna jest w tej powieści bardzo intrygująca. Poprzednia część cyklu o Agencji Detektywistycznej Czajka, Gra pozorów została ciepło przyjęta przez recenzentów i czytelników.

Tak naprawdę Krew z krwi to trzecia część cyklu o detektywkach z Milanówka, pierwszą był Pies ogrodnika, mamy więc już trylogię. Czy Katarzyna Gacek ograniczy się do trzech tomów, czy pociągnie historię Gaji, Klary i Matyldy dalej, trudno powiedzieć. Z jednej strony w tej odsłonie serii mamy zamknięcie wątku, który swój początek ma w tomie pierwszym, z drugiej jednak ostatnie scena pozostawia szerokie możliwości stworzenia kolejnych kryminalnych historii. Bo każda książka to też zupełnie odrębna historia kryminalna, którą Agencja Czajka się zajmuje, tomy w zasadzie można czytać niezależnie, jakkolwiek zaczynając czytanie od środka albo od końca pewnych wydarzeń można do końca nie zrozumieć. Sugeruję zatem, by jednak do lektury przystąpić chronologicznie, począwszy od Psa ogrodnika, przez Grę pozorów po Krew z krwi. Tak będzie jaśniej i wygodniej.

A naprawdę warto sięgnąć po ten cykl, bo to są bardzo dobre książki. Oczywiście wielbiciele krwistych, mrocznych, mocnych kryminałów, ocierających się wręcz o horror nie znajdą tu stosu trupów, morza krwi i wnętrzności i temu podobnych obrazków. Ja osobiście takie bardzo mocne książki lubię, ale Gacek czytam także z wielką przyjemnością. Bo zagadka kryminalna jest tu wcale nie banalna i niełatwa do rozwiązania. Autorka sugeruje czytelnikowi kilka jej rozwiązań, które z czasem okazują się kompletnie bezsensowne. Ostateczne rozwiązanie nie jest jakoś bardzo szokujące, bo z czasem musi się stać ono oczywiste i dla bohaterek powieści i dla jej uczestników, niemniej niewiele znajdzie się zapewne osób, które będą w stanie je przewidzieć na początku lektury. Bardzo interesująco, ale logicznie i sensownie, poprowadzona jest linia rozwiązywania intrygi. Nie mamy tu z jednej strony uproszczeń, z drugiej nie ma też zdarzeń nieprawdopodobnych - na przykład badania DNA przeprowadzonego w ciągu godziny, czy bohaterów, którzy nie muszą spać i jeść, a odległości kilkuset kilometrów pokonują w pół godziny. Wielbicieli polskich kryminałów wychowanych na Bondzie i Mrozie może to nieco zaskoczyć. Te cechy łączą notabene wszystkie książki autorstwa Katarzyny Gacek.

Osobiście lubię kryminały, które nie ograniczają się jedynie do warstwy... na właśnie kryminalnej, które dają czytelnikowi coś więcej. Tutaj mamy sympatyczny, ciepły, jasnymi kolorami odmalowany świat małego miasteczka, w którym wszyscy się znają i wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą. Co ciekawe zazwyczaj nie wykorzystują tego przeciwko sobie, wręcz przeciwnie, pomagają, wspierają, współtworzą  ten małomiasteczkowy światek. Oczywiście mamy i postaci, które autorka przedstawia w mocno satyrycznym, żeby nie powiedzieć złośliwym odcieniu. Zupełnie sielankowo tu nie jest, nie może zresztą być, skoro agencja detektywistyczna ma okazję zajmować się prócz klasycznego śledzenia zdradzających mężów i żon, zajmuje się już trzecią poważną zbrodnią. Niemniej muszę przyznać, będąc zatwardziałym mieszczuchem i dość zadowolonym mieszkańcem metropolii, że nie miałbym nic przeciwko przeprowadzeniu się do książkowego Milanówka.

Jest też Krew z krwi książką nieco feministyczną z mocnym akcentem na nieco. Dominują postaci kobiece, bardzo różne charakterologicznie, ale generalnie w większości bardzo pozytywne. Łączy je to, że doświadczyły od mężczyzn wiele złego, ale potrafią sobie z tym doskonale poradzić, budować udane zawodowe i osobiste życie od nowa. Mężczyźni u Gacek to raczej bohaterowie negatywni, zapatrzeni w siebie i swoje potrzeby, traktujący kobiety przedmiotowo, zadający ból i krzywdę. Żeby było jasność, mamy i postaci kobiece bardzo negatywne, a i męskie pozostawiające po sobie bardzo ciepłe wrażenia, nie jest ta warstwa biało-czarna, czy przerysowana, jednak szala przesuwa się zdecydowanie na korzyść pań. Relacje męsko-damskie są u Gacek bardzo skomplikowane, naznaczone niepowodzeniami i kłopotami. 

Katarzyna Gacek pokazuje w tej książce bardzo solidny i dopracowany już warsztat, jakkolwiek jednego błędu redaktorskiego nie uniknęła, tu należy się też mały kamyczek do ogródka wydawcy. Ciekawe, czy uda się czytelnikowi ów błąd odnaleźć, podpowiem, że dotyczy on nagłej zmiany bohaterki jednej ze scen. Drobiazg naturalnie, nie mający wpływu na odbiór książki jako całości. Bo jest ona napisana bardzo dobrym językiem i stylem, w mojej ulubionej narracji - linearnej, trzecioosobowej. Autorka powstrzymuje się od retrospekcji i innych skoków czasoprzestrzeni, choć historia wielu innych autorów do takich działań by sprowokowała. Jest też to książka uszyta na miarę historii - ani nie za długa, ani za krótka, taka w sam raz  - czytelnik się ani nie znudzi, ani nie będzie czul niedosytu. 

Miło mi było po raz kolejny spotkać się z Gają, Klarą, Matyldą i kilkoma innymi postaciami, które przewijały się przez poprzednie części cyklu. Mam nadzieję, że Gacek ma w planie kontynuację cyklu, bo tworzy bardzo przyjemne, sympatyczne i ciepłe historie, które czyta się może nie z wypiekami na twarzy, ale na pewno z zainteresowaniem. To świetna lektura na nadchodzące upalne zapewne lato. Polecam. 

Kryminały bywają różne - przede wszystkim dobre i złe, ale też bardzo mroczne i nieco mniej krwiste, realne i oderwane od rzeczywistości. Cosy crime to powieści z dreszczykiem, ale zdecydowanie lekkie, bez brutalnych scen, lejącej się krwi, osadzone w zwyczajnym świecie. Nie należy ich mylić z komediami kryminalnymi, ale są pełne humoru, ciepłe i sympatyczne. Doskonałe na...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Cud w dolinie Poskoków to moje pierwsze spotkanie chorwacką literaturą. I szczerze przyznam spotkanie bardzo udane i sympatyczne. Bo książka Ante Tomica jest taka właśnie - trochę śmieszna, trochę straszna, ale w sumie ciepła i sympatyczna. Osobiście jest to dla mnie powrót do okolic, które odwiedziłem blisko ćwierć wieku temu i które wówczas bardzo mi się spodobały. Tak jak i ta chorwacka powieść satyryczna. 

Książka w Chorwacji swoją premierę miała w 2009 roku, piętnaście lat temu i piętnaście lat po burzliwym rozpadzie Jugosławii, który kosztował życie wielu Chorwatów, Serbów, Bośniaków i innych. Dlaczego dopiero dziś trafia ona na polskie półki księgarskie trudno powiedzieć, ale taki czasowy dystans od premiery chorwackiej do polskiej nie będzie stanowił problemu dla czytelnika. Co prawda opisywana w książce Chorwacja jest nieco inna niż tą, którą znamy z wakacyjnych podróży nad Adriatyk, ale ci, którzy potrafią oderwać się od plaż i błękitnej wody i zanurzyć się w mniej znane zakątki pięknej Dalmacji, odnajdą w niej ten specyficzny, niepowtarzalny klimat zagubionych w górach miasteczek i wiosek. I wśród bohaterów Cudu... rozpoznają ludzi, którzy gdzieś tam bezinteresownie pomogli, poczęstowali gotowaną na gazie kawą, poczęstowali owocami prosto z drzewa czy melonami prosto z pola. 

Tomic jest satyrykiem z krwi i kości, temu rodzajowi literatury się poświęcił i trzeba przyznać, że jest w tym dobry. Satyry bywają przecież bardzo różne, ja osobiście do tego gatunku podchodzę zawsze z dystansem, obawiając się płytkości, nadmiernej rubaszności, chamstwa niekiedy. Tu niczego takiego się nie odnajdzie. Postaci wykreowane są dość grubą kreską, ale daleko im do jednostronności, tu nie używa się jedynie bieli i czerni, na odcienie szarości autor znajduje wiele miejsca. Drwi w zasadzie ze wszystkiego i ze wszystkich - z kobiet i mężczyzn, z mieszkańców wiosek i miastowych, z weteranów wojny i policjantów, z duchownych i urzędników. Czyni to ze smakiem, ale bez oszczędzania i brania jeńców. Każdy z ważniejszych i pośledniejszych bohaterów powieści ma swoje przypadłości, które normalne funkcjonowanie jemu i otoczeniu utrudnia. Powieść osadzona jest oczywiście w chorwackiej Dalmacji, przepięknych okolicach Splitu i Makarskiej, ale te same postaci równie dobrze mogłyby zamieszkiwać wybrzeże Albanii, Grecji, Bułgarii czy nawet Polski. Tym bardziej mnie dziwi, że dopiero teraz możemy Tomica poczytać po polsku. 

Jest to po trochu książka o mężczyznach bez kobiet. I z tych Tomic drwi chyba najbardziej. Obrazki z codziennego życia ojca i czterech dorosłych synów pozbawionych długo damskiego pierwiastka są tak samo śmieszne, jak i przerażające - stosy brudnych naczyń, ubrań, jedzenie codziennie tego samego, używki i temu podobne - każdy z nas facetów miał na pewno w życiu krótszy czy dłuższy okres, w którym w ten sposób funkcjonował i żył. Chwilami miałem ochotę dociekać, czy pod nazwiskiem Tomica nie kryje się tak naprawdę jakaś zacietrzewiona feministka, ale nie, co tym bardziej bawi - czyżby autor sam doświadczył organizowania życia w męską pojedynkę? Naturalnie pojawienie się kobiet, jakkolwiek też bynajmniej nie świętych, ów świat całkowicie odmienia. W mniemaniu jednych na dobre, w opinii innych wręcz przeciwnie. Niemniej satyra ta jest z pewnością pochwałą pierwiastka kobiecego w codzienności. I pochwałą dobrych, autentycznych uczuć - miłości, wierności, lojalności i oddania. 

To niewielka książka, nieco ponad 200 stron, dzięki czemu czyta się ją z przyjemnością i szybko i nie ma się uczucia przesytu satyry. Akcja jest dynamiczna, wiele się tam dzieje, momentami niczym w dobrym kryminale, momentami jak w romansidle, nudzić się czytelnik na pewno nie będzie. Jeden, góra dwa wieczory na lekturę w zupełności wystarczą. Przyjemnym dodatkiem są rysunki Katarzyny Kaczmarek, w sumie nie wiem, czy wersja oryginalna była ilustrowana, ale w polskiej te prostą kreską stworzone ozdobniki są wartością z całą pewnością dodaną. Językowo, stylistycznie trudno też coś książce zarzucić, narracja jest klasyczna, trzecioosbowa, liniowa, taka, jaką lubię najbardziej. 

Przyjemna rozrywka na letnie popołudnia i wieczory, niekoniecznie tylko dla tych, którzy na wakacje do Chorwacji się wybierają. 

Cud w dolinie Poskoków to moje pierwsze spotkanie chorwacką literaturą. I szczerze przyznam spotkanie bardzo udane i sympatyczne. Bo książka Ante Tomica jest taka właśnie - trochę śmieszna, trochę straszna, ale w sumie ciepła i sympatyczna. Osobiście jest to dla mnie powrót do okolic, które odwiedziłem blisko ćwierć wieku temu i które wówczas bardzo mi się spodobały. Tak...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Szaleni, nieuleczalni wielbiciele czytania wszelakiego, Kuchnia książek to lektura dla Was! Nie tylko dlatego, że z istoty swej choroby czytać musicie, najlepiej nieprzerwanie, ale i dla opisu miejsca, o którym zapewne marzycie, a którego w naszym polskim kraju chyba nie ma. Hotel, w którym wszystko tonie w książkach, wszystko jest dla książek i przez książki... No pyszne to, a okraszone dodatkowo historiami najzwyklejszymi, ale przez to niebywale ważnymi.

Od wielu już lat mam w głowie taki pomysł, by pod koniec życia, no może przed emeryturą sprzedać wszystko i... kupić sobie hotel. Pewnie nie za duży, jakiś pensjonat w uroczym miejscu i zająć się jego prowadzeniem, przyjmowaniem gości, dbaniem o ich wygodę, no i oczywiście dorabianie na tym do skromnej zapewne emerytury. O konkretnym miejscu jeszcze nie myślałem, lubię zarówno góry, jak i równiny, lasy, jeziora, morze. Chciałem jednak miejsca z dala od najbardziej popularnych szlaków i turystycznych destynacji. Jestem też wielbicielem książek, czytelnicy moich recenzji wiedzą to doskonale. Czytam więc w każdej wolnej chwili i tej niekoniecznie wolnej. Bibliotekę mam naprawdę sporą, na książki w swoim domu przeznaczyłem spore pomieszczenie. I zastanawiam się jak to się stało, że nie wpadłem na genialny, choć prosty pomysł - pensjonat, w którym książki będą odgrywały najważniejszą rolę. Po lekturze powieści Kim Jee Hye już wiem - jeśli spełnię swoje marzenie, to mój pensjonat będzie kopią Soyang-ri Book's Kitchen.

Bo koreańska pisarka stworzyła miejsce dla wielbiciela książek absolutnie magiczne. I nie chodzi nawet o to tylko, że tam jest mnóstwo książek, że można je wypożyczyć, kupić, zamienić, ale też o to, że tam wszystko się dzieje wokół i dla książek. Właściciele Kuchni książek organizują przeróżne eventy, w których książki są punktem centralnym, bezapelacyjnie najważniejszym. Można tam też znaleźć miejsca idealne do książek tworzenia. Jest to powieść napisana z miłości do książek i o miłości do książek. Książki są dobre na wszystko, na wszystkie mniejsze i większe życiowe problemy i rozterki. Gospodarze pensjonatu świetnie rozpoznają jakich treści potrzebują niektórzy ich goście i ich nimi obdarowują, często odmieniając ich życie. I coś w tym naprawdę jest, mi także czytanie pomaga w trudniejszych życiowych momentach.

Może być Kuchnia książek źródłem inspiracji dla kolejnych czytelniczych inspiracji. Niespożytym źródłem, bo odwołań i odsyłaczy do najróżniejszych książek mamy tu mnóstwo. Dominuje literatura azjatycka oczywiście, w wielu przypadkach są to pozycje w Polsce niedostępne, bo nieprzetłumaczone. Jednak najwięcej jest tu Murakamiego. Autorka jest najwyraźniej wielbicielką japońskiego pisarza, a że ja to uwielbienie w pełni podzielam, lektura jest dla mnie tym bardziej przyjemna. Na marginesie zastanawiam się, kiedy wreszcie wydawnictwo Muza pokusi się o wydanie najnowszej powieści autora Norwegian wood i Kroniki ptaka nakręcacza. Od premiery japońskiej tej powieści (tytuł angielski: The City and Its Uncertain Walls) minął już rok, a o polskim tłumaczeniu nie słychać ani słowa. Skoro jednak wydawnictwo stawia na taśmowe wydawanie krymiquinów (takie połączenie kryminału i harlequina) niegdysiejszej królowej polskiego kryminału i innych równie marnych dziełek, to co się dziwić, że na ambitną i niełatwą literaturę Murakamiego czasu i przestrzeni nie ma. Liczy się kasa i ilość a nie jakość.

Wracając do Kuchni książek jest to też niejako zbiór najzwyklejszych ludzkich historii - piosenkarki, którą zmęczyła popularność i powszechna rozpoznawalność, dwojga ludzi, którzy rozstali się z niejasnych przyczyn przed wieloma laty, czwórki przyjaciół, którzy kiedyś nierozłączni w dorosłym życiu nie mogą odnaleźć drogi do siebie, zamożnego biznesmena, który czuje, że życie w pogoni za pieniądzem i sukcesem wymyka mu się spod kontroli. Nic nadzwyczajnego, tacy pogubieni ludzie nas otaczają, żyją nie tylko w Korei, ale w każdym innym kraju. Wszyscy oni w Kuchni książek znajdują odpowiedzi na nurtujące ich pytania i wątpliwości. Owe odpowiedzi bynajmniej nie są szokująco odkrywcze. Niosą te opowieści przesłania tyle uniwersalne, co zdaje się oczywiste. Nie jest to na pewno poradnik z cyklu jak żyć, ale historyjki czyta się z przyjemnością i lekkością.

Jest to też trochę książka o Korei. Taki mini przewodnik po tym specyficznym azjatyckim kraju. W dużej mierze kulinarny, bo bohaterowie dużo jedzą, głównie tradycyjne potrawy koreańskie, a tłumaczka w przypisach te wszystkie smakowitości nam objaśnia. Po części geograficzny, bo do Soyang-ri Book's Kitchen goście przybywają z różnych stron i autorka wplata do ich historii obrazki z przestrzeni, w których żyją. Wreszcie jest to przewodnik kulturalny i społeczny, o koreańskich zwyczajach i zasadach dowiadujemy się sporo. I tu znów ukłon do tłumaczki, Marty Niewiadomskiej, która książkę nie tylko przetłumaczyła, ale i opatrzyła licznymi przypisami, które rozumienie wielu treści zdecydowanie ułatwiają czytelnikowi z Polski.

Nie jest to może książka, która odmieni życie czytelnika. Może nie będzie się jej pamiętać do końca życia i u nikogo nie znajdzie się w dziesiątce najważniejszych życiowych lektur. Jednak ta niewielka powieść jest lekturą przyjemną i lekką, dobrze nastrajającą. Niewykluczone, że natchnie kogoś do wybrania się do Korei i bliższego poznania tego kraju. A może przekona kogoś do rzucenia wszystkiego i stworzenia pensjonatu z książkami w roli głównej? Tak jak mnie?

Szaleni, nieuleczalni wielbiciele czytania wszelakiego, Kuchnia książek to lektura dla Was! Nie tylko dlatego, że z istoty swej choroby czytać musicie, najlepiej nieprzerwanie, ale i dla opisu miejsca, o którym zapewne marzycie, a którego w naszym polskim kraju chyba nie ma. Hotel, w którym wszystko tonie w książkach, wszystko jest dla książek i przez książki... No pyszne...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Na tytułowej okładce najnowszej powieści Roberta Michniewicza widnieje blurb, głoszący iż Wreszcie mamy autora na miarę Ludluma czy Folletta! Nasuwa mi się natychmiast powiedzenie - Swego nie znacie, cudze chwalicie. Bo po pierwsze mamy w Polsce co najmniej jednego wybitnego autora powieści szpiegowskich - Vincenta Severskiego, po drugie Michniewicz pokazuje w Dolinie szpiegów niepowtarzalny talent i styl, który daje pewność, że obaj wspomniani klasycy nie byliby w stanie oderwać się od lektury tej książki. Podobnie zresztą jak ja nie byłem w stanie. 

Moda zapanowała wśród polskich emerytowanych szpiegów na pisanie książek. Trudno powiedzieć skąd się ona bierze, może jednak szpieg na emeryturze nudzi się zbytnio, a że ma o czym opowiadać, to zasiada do komputera i pisze. Jednym wychodzi to znakomicie - przywołany Vincent Severski jest znakomitym przykładem, innym ciut gorzej i tu pozwolę sobie używanie danych personalnych pominąć, ci, którzy śledzą moje recenzje, wiedzą kogo mam na myśli. Michniewicz już drugą książką (nie znam tej pierwszej - Partnerzy. Początek, więc się nie wypowiadam) awansował na mój absolutny top autorów książek nie tylko sensacyjnych, ale ogólnie tych, na których kolejne powieści czekam z utęsknieniem i niemal zegarkiem w ręku. Bo doprawdy miałem kłopot z odkładaniem jej na półkę w zasadzie od pierwszych stron, a drugą połowę, nie tak przecież małą (książka ma 650 stron, jak przystało na solidną szpiegowską literaturę) przeczytałem w jeden wieczór, kończąc głęboką nocą, zdecydowanie poza granicami rozsądku w kontekście kilkunastu godzin pracy zawodowej kolejnego dnia. No ale nie dało się oderwać. Nie dało. 

I nie chodzi nawet o to, że książka ma jakieś zawrotne tempo. Na początku rzeczy dzieją się dość spokojnie, jeśli nie leniwie wręcz, są chwilowe przyspieszenia, ale wszystko toczy się swoim torem, adekwatnym zresztą do czasów, w których są osadzone. Wszak nawet u schyłku wojny telefonów komórkowych nie było, internetów też, nie mówiąc o ponaddźwiękowych samolotach. Początkowo obserwujemy też wydarzenia w kilku miejscach, gdzie działania wywiadów wrogich armii miały swoje siedziby - przede wszystkim w Londynie, Berlinie, ale też we Francji, Włoszech czy okupowanej Polsce. Wszystko nabiera zawrotnego tempa, gdy wszyscy bohaterowie znajdują się w jednym miejscu i w jednym czasie. Zawrotnego, ale wciąż realnego w tamtych czasach. Nie ma żadnych mrozyzmów i bondyzmów, jeśli wiecie o co chodzi. Można powiedzieć, że Dolina szpiegów w tej konstrukcji jest klasykiem literatury szpiegowskiej, z wielkim finałem rozciągniętym na około sto stron. No palce lizać!

Nie stroni jednak Michniewicz od tematów trudnych, kontrowersyjnych. Najważniejsze wydarzenia powieści rozgrywają się na Podhalu, w Zakopanem głównie. Pojawia się zatem temat kolaboracji części górali z faszystami, członkowie Goralenvolk pojawiają się na kartach książki, choć raczej marginalnie, a nie na pierwszym planie. A jednak są, jest to prawda historyczna, o której niektórzy chcieliby zapomnieć, ale przecież się nie da. Jednak najbardziej parszywą postacią jest osoba spoza tej organizacji, która zdradza wyłącznie dla dudków. To też może górali zaboleć, niemniej trzeba jasno powiedzieć, że przytłaczająca większość mieszkańców Podhala to u Michniewicza autentyczni polscy patrioci, gotowi ponieść najwyższą cenę w imię wolności ojczyzny. Nie jestem historykiem, ale wydaje mi się, że te obrazy, te proporcje mogą być bliskie rzeczywistości tamtych czasów. Autor delikatnie zaczepia też Francuzów, którzy również nie wszyscy w czasie wojny byli święci i czyści. Zresztą jaki naród mógł wtedy być nieskalany? Idzie też Michniewicz i w drugą stronę, bo nie wszyscy Niemcy są u niego uosobieniem zła. Niektórzy pracownicy wywiadu, ale i nie tylko, są całkiem przyzwoitymi ludźmi, mającymi zasady i szanującymi rywali wewnętrznych i zewnętrznych. Dzięki temu książka nie jest skrajnie czarno-biała, jakkolwiek właściwe proporcje, odpowiadające historycznej prawdzie, jak mi się wydaje, zachowuje. 

Dla osób, które Zakopane i okolice znają i lubią, książka może też być ciekawą wycieczką po wojennym Podhalu. Wiele ulic i miejsc współczesnego Zakopanego wciąż nosi te same nazwy, a znający topografię miasta bez trudu domyślą się, które niemieckie nazwy używane w książce odpowiadają współczesnym lokalizacjom. Są i oczywiście Tatry, oglądane jednak głównie przez okna, choć i na dość długi spacer po dolinach i szczytach czytelnik z bohaterami będzie się miał okazję wybrać. Dla wielu zaskoczeniem może być, że wiele rzeczy dziś wygląda tak samo, jak przed osiemdziesięcioma laty. Z jednej strony na przykład Wielka Krokiew i Droga pod reglami, a z drugiej nieustające kłopoty komunikacyjne na trasie Zakopane - Nowy Targ. Miałem czasami wrażenie, że w czasie wojny nie jechało się tej trasy wiele dłużej niż obecnie - zwłaszcza w tak zwanym wysokim sezonie. 

Trudno aż uwierzyć, że to dopiero druga książka Michniewicza, bo warsztatowo też jest niemal perfekcyjna. Narracja taka, jaką lubię najbardziej - trzecioosbowa, liniowa, ułożona chronologicznie. Rozdziały są na ogół krótkie, treściwe, co dodaje książce dynamiki. Stylistycznie i językowo też trudno coś autorowi zarzucić, książkę czyta się łatwo i przyjemnie nie tylko dla niebywale wciągającej szpiegowskiej intrygi, ale i dla naturalności dialogów, stylistycznej gładkości i językowej czystości. No i jest ta książka odpowiednio gruba. Nie ma się wrażenia nadmiernej kompaktowości, nie ma też poczucia rozwlekłości, przestojów i dłużyzn.

Książki szpiegowskie lubię od dawna, nawet bardziej chyba niż kryminały czy thrillery. Sporo ich przeczytałem i muszę przyznać, że Dolina szpiegów znalazła się w moim osobistym top 3. Nie potrafię powiedzieć czy na miejscu pierwszym, ale w najściślejszej czołówce bez wątpienia. Myślę, że warto się wybrać do księgarni jeszcze przed świętami, trochę wolnego nas czeka, a książka porywa tak mocno, że czas i otaczający świat przestają istnieć. Choć z drugiej strony jest warta tych piekących z niewyspania oczu nawet w normalnym pracowitym czasie.

Szanowny panie Vincencie Severski. Ma pan godnego rywala w walce o czytelnicze szpiegowskie serca. Mam tylko nadzieję, że ta wojna przyniesie tylko i wyłącznie korzyści. Dla pana, Roberta Michniewicza, a przede wszystkim Waszych fanów. 

Na tytułowej okładce najnowszej powieści Roberta Michniewicza widnieje blurb, głoszący iż Wreszcie mamy autora na miarę Ludluma czy Folletta! Nasuwa mi się natychmiast powiedzenie - Swego nie znacie, cudze chwalicie. Bo po pierwsze mamy w Polsce co najmniej jednego wybitnego autora powieści szpiegowskich - Vincenta Severskiego, po drugie Michniewicz pokazuje w Dolinie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Diabelska góra Lincoln Child, Douglas Preston
Ocena 7,1
Diabelska góra Lincoln Child, Douglas Preston

Na półkach: ,

Swoją przygodę z duetem Douglas Preston i Lincoln Child zacząłem całkiem niedawno, od Starych kości, pierwszej części cyklu z archeolożką Norą Kelly, choć wcześniej wiele słyszałem o serii z Pendergastem. Bardzo mi się ta powieść spodobała, ale w jakiś przedziwny sposób ominęła mnie druga część z Kelly. Na szczęście nie zapomniało o mnie wydawnictwo Agora, która przesłała mi do recenzji część trzecią - Diabelską górę. Połknąłem ją ekspresowo i zamówiłem natychmiast tę środkową, zastanawiając się jednocześnie, jak znaleźć czas na lekturę kilkunastu tomów Pendergasta...

Mam taki zwyczaj, staram się co do zasady serie czytać chronologicznie, od pierwszej do ostatniej części, kiedy mnie zainteresuje jakaś powieść, będąca którąś tam z kolei w cyklu odkładam ją na półkę i wracam dopiero wtedy, kiedy przeczytam części poprzednie. Jednakże obowiązki recenzenta nie zawsze na takie działanie pozwalają, wszak opinia wystawiona więcej niż dwa tygodnie po premierze jest trochę jak przysłowiowa musztarda po obiedzie, czy też popularna niegdyś zalewajka (nie wiecie - jedna porcja kawy zalewana po raz drugi wrzątkiem - tak się robiło w czasach słusznie minionych). Chcąc nie chcąc zabrałem się za Diabelską górę, spoglądając jednak często na leżący obok Ogon skorpiona. Uspokajam jednak, oczywiście zalecam czytanie serii z Norą Kelly od początku, ale można zacząć i od części, która premierę miała nieco ponad tydzień temu. Oczywiście nawiązania do poprzednich historii odnajdziecie, ale są one na tyle rzadkie i mało istotne, że nie utrudniają lektury.

A książka jest świetna. Trzyma w napięciu w zasadzie od pierwszej strony, jej akcja rozwija się bardzo dynamicznie, wciągając czytelnika bez reszty. Tempo jest naprawdę wysokie, ale nie aż tak, by uznać je za nieprawdopodobne w realnym świecie. No dobrze, może chwilami, choć w Stanach Zjednoczonych, gdzie osadzona jest akcja, nawet takie rzeczy mogą się zapewne zdarzyć. W każdym razie Remigiusz Mróz i Katarzyna Bonda uznaliby tę książkę za nudną, co dla niektórych może być najlepszą jej reklamą. Tematyka jest też bardzo ciekawa, wszak nie ma chyba na świecie takiej osoby, która nie zastanawia się czasami, czy poza ziemią istnieją jakieś cywilizacje, jak bardzo są zaawansowane i jak skończyłoby się nasze z nią spotkanie - przyjacielskimi pogawędkami czy też regularną wojną. Proszę się jednak nie obawiać, Preston i Child nie zafundowali nam jakiejś baśniowej fantastyki, lecz rasowy, mocny thriller, dla którego te rozważania o zielonych ludzikach są jedynie tłem i pretekstem. Thriller archeologiczny, nie zdradzę więc wielkiej tajemnicy, jeśli napiszę, że nasza główna bohaterka tym razem próbuje odkopać pojazd obcych. Uwierzcie, Indiana Jones się chowa.

To co dla mnie ważne Diabelska góra napisana jest klasycznie - w trzecioosobowej, liniowej narracji, bez retrospekcji i innych tak popularnych w dzisiejszej prozie, ozdobników i fajerwerków, które tylko lekturę utrudniają, a nie wzbogacają czytelnicze doznania. Mówić cokolwiek o warsztacie tak doświadczonych i uznanych autorów aż wstyd, w każdym razie książkę czyta się szybko, gładko i z przyjemnością, nie tylko dzięki oryginalnej treści, ale też dopieszczonej formie. Tradycyjne w tym miejscu ukłony dla tłumacza, Jana Kraśko, który książkę przetłumaczył, a nie przepisał po polsku, co też nie jest złotym standardem naszych czasów. Objętościowo Diabelska góra też spełnia oczekiwania - nie jest przegadana, ale też nie nazbyt kompaktowa. Czterysta stron dobrej sensacji - jak znalazł na cztery wieczory zapracowanego człowieka.

Po raz kolejny znalazłem się w kropce. Drugą część cyklu z Norą Kelly przeczytam na pewno, ale bardzo bym chciał poczytać i Pendergasta. Jak jednak znaleźć na to czas, skoro obok komputera leży już kolejna powieść do recenzji, zdaje się, że równie smakowita, a półka z etykietą do przeczytania w jakiś przedziwny sposób zdaje się robić coraz mniejsza i węższa... Ciężkie jest życie lubiących czytać, oj ciężkie. Niemniej Diabelską górę polecam i to mocno.

Swoją przygodę z duetem Douglas Preston i Lincoln Child zacząłem całkiem niedawno, od Starych kości, pierwszej części cyklu z archeolożką Norą Kelly, choć wcześniej wiele słyszałem o serii z Pendergastem. Bardzo mi się ta powieść spodobała, ale w jakiś przedziwny sposób ominęła mnie druga część z Kelly. Na szczęście nie zapomniało o mnie wydawnictwo Agora, która przesłała...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Uwielbiam literaturę szpiegowską, dobrą literaturę szpiegowską, dlatego z dużymi oczekiwaniami zasiadłem do lektury Ostatniego azylu Marcina Falińskiego. Od autora będącego byłym oficerem polskiego wywiadu oczekiwałem wciągającej, intrygującej powieści, która odsłoni wiele tajemnic działania służb specjalnych, zaoferuje fascynującą intrygę. Szczerze muszę jednak przyznać, że po lekturze mam spory niedosyt, spodziewałem się czegoś więcej.

Przy tej książce nie da się żadną miarą uciec od porównań do Vincenta Severskiego i jego książek. Przecież to on jest ojcem i na dziś niepodzielnym królem polskiej literatury szpiegowskiej, pisanej niejako od wewnątrz, przez byłych pracowników wywiadu. Na książki Severeskiego czeka się z niecierpliwością, biegnie do księgarni w dniu premiery, a potem zarywa noce. Czy tak samo będę miał z Falińskim? Nie sądzę. Jak zapewne wiecie Ostatni azyl to nie pierwsza jego książka, ale pierwsza, która wpadła w moje ręce. Być może ma to pewien wpływ na mój odbiór, bo choć to jest niezależna historia, nie stanowi części jakiegoś cyklu, to jest w niej sporo nawiązań do poprzednich historii, dla osoby nie znającej poprzednich książek autora czasami trudnych do zrozumienia. Częściowo pokrywają się też bohaterowie, może więc jednak warto czytać Falińskiego od początku, od pierwszej do ostatniej premiery.

Niemniej i tak mam wrażenie, że akcja powieści jest mocno chaotyczna. Zagmatwanie, mylne wątki i podobne zabiegi dla literatury szpiegowskiej są dość charakterystyczne, ale u Falińskiego intryga nie jest jakoś bardzo skomplikowana - chodzi o walkę różnych wywiadów o cenne dokumenty i precjoza. Przenosi się ona oczywiście z miejsca na miejsce, jednak czasami te zmiany większego fabularnego sensu nie mają. Niepotrzebne w mojej opinii są też początkowe flesze z przeszłości dalszej i bliższej. Nie do końca rozumiem też brak ciągłości wydarzeń współczesnych. Autor daje swoim bohaterom kilka lat przerwy w poszukiwaniach - w jakim celu doprawdy nie wiem, nie jest to do końca wyjaśnione. Zresztą przez większość książki fabuła toczy się leniwie, żeby nie powiedzieć mozolnie. Tak naprawdę dopiero w finale akcja nabiera tempa, dzieje się sporo, następstwa wydarzeń są logiczne i zrozumiałe.

Szpiegiem nie jestem, nie byłem i już raczej nie będę, na pewno Faliński na życiu pracowników wywiadu zna się wiele lepiej, z autopsji choćby, ale jednak wiele scen z książki wydaje mi się mało prawdopodobnych. Spotkania szpiegów i głośne rozmowy dotyczące prowadzonych operacji w powszechnie dostępnych lokalach gastronomicznych, których kilka wraz z bohaterami odwiedzamy? Serio, tak to się odbywa? Dwudziestominutowe sprawdzanie w czasie gorącej i dynamicznej rozgrywki na obcym terenie? Zabieranie niezwiązanej z wywiadem małżonki na tak naprawdę służbowy wyjazd? Jakoś to wszystko mi do świata szpiegów, który znam oczywiście tylko z książek, średnio pasuje.

Jest ta książka jak dla mnie za krótka, historia wymyślona przez Falińskiego ma potencjał na zdecydowanie więcej, mam wrażenie, że autor poddaje się modzie na książki kompaktowe, nie przekraczające nadto 300 stron. Ja po powieści szpiegowskiej spodziewam się opasłego tomiszcza, a tu w sumie dostaję książeczkę. Siłą rzeczy wiele wątków, wiele wydarzeń opisanych jest skrótowo, w fabule mamy wiele dziur. Na przykład główny bohater znika na kilka dni i dopiero z jego opowieści po finale dowiadujemy się, że w tym czasie dokonał on przełomowego dla całej akcji odkrycia. Hym... No szkoda, że autor spieszył się z zakończeniem, a może wydawnictwo go poganiało...

Warsztat Faliński ma przyzwoity, stylistycznie pisze gładko, choć czasami, ale na szczęście tylko czasami, dialogi brzmią trochę sztucznie, nienaturalnie. Narracja jest liniowa, trzecioosobowa, czyli taka jaką lubię najbardziej, szkoda tylko tych niezrozumiałych przeskoków czasowych. Jak napisałem w tytule recenzji czuję spory niedosyt po lekturze Ostatniego azylu. Liczyłem, że i na kolejne książki Marcina Falińskiego będę czekał z wielką niecierpliwością, ale... No nie, chyba nie będę czekał, choć może przeczytam.

Uwielbiam literaturę szpiegowską, dobrą literaturę szpiegowską, dlatego z dużymi oczekiwaniami zasiadłem do lektury Ostatniego azylu Marcina Falińskiego. Od autora będącego byłym oficerem polskiego wywiadu oczekiwałem wciągającej, intrygującej powieści, która odsłoni wiele tajemnic działania służb specjalnych, zaoferuje fascynującą intrygę. Szczerze muszę jednak przyznać,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Fanem brytyjskiej literatury kryminalnej nie jestem, przyznaję to szczerze, nie zmieniła tego nawet niedawna ofensywa jednego z wydawnictw, które zarzuciło recenzentów i księgarniane półki powieściami, dla których ja ukułem nazwę thrillerów londyńskich. Dlatego do Dobrej dziewczyny, złej dziewczyny podchodziłem z dużą rezerwą, ale zawiodłem się przyjemnie. Może dlatego, że autor nie jest typowym i rodowitym Anglikiem, a akcja powieści nie rozgrywa się w Londynie.

Dobra dziewczyna, zła dziewczyna w dużej mierze wymyka się z kanonu angielskiej literatury kryminalnej, którą miałem okazję czytać. Nie było tego wiele, bo, jak wspomniałem, wielkim fanem tego odłamu kryminałów i thrillerów nie jestem. Po pierwsze dlatego, że w przeciwieństwie do większości thrillerów określanych przez wydawców jako psychologiczne, naprawdę jest psychologiczny, albo inaczej, warstwa psychologiczna jest bardzo rozbudowana, istotna i opiera się stosowanym przez innych uproszczeniom i uogólnieniom. Postać Evi dla wielu będzie w tej książce najważniejsza, jej traumatyczne przeżycia z dzieciństwa i ich konsekwencje w życiu dorosłym są nietuzinkowe, przez autora dobrze i konsekwentnie zbudowane. Dają wiele do myślenia, do głębi poruszają, zwłaszcza, że finał tej warstwy książki jest tak zaskakujący, jak i nieoczywisty. Autor pozwala nam na własne osobiste dokończenie historii tej tajemniczej dziewczyny, nie narzucając bynajmniej rozwiązań pozytywnych i optymistycznych. Fajnie, że Robothama nie skusiło domknięcie tej historii w jakiś mało realny sposób. Czyni to powieść bliską rzeczywistemu światu, realną i autentyczną. 

Również warstwa stricte kryminalna może się podobać. W dużej mierze przez swoją zwyczajność, brak spektakularnych fajerwerków i zdarzeń nierealnych. Bohaterowie pozytywni i negatywni, a także ofiara to zupełnie zwyczajni, przeciętni ludzie. Tacy, jakich spotykamy na co dzień w swoim otoczeniu, i to nie tylko w Nottingham, ale i w każdym innym mieście na całym świecie. Mają swoje wady, swoje zalety, słabsze i mocniejsze strony, ale wszystko mieści się w przeciętnej normie. Całą intryga kręci się w jednej, jakkolwiek dość licznej i o skomplikowanych zależnościach, rodzinie. Zupełnie przeciętni są też śledczy, nie grają oni w tej powieści pierwszych skrzypiec, głównym bohaterem obok wspomnianej Evi jest policyjny psycholog, wspierający śledztwo. Postać także o bogatej i dramatycznej przeszłości, ale zupełnie przeciętna. Tempo akcji zawrotne nie jest, ale czytelnik w czasie lektury nudził się nie będzie. Autor wprowadza swoich policyjnych bohaterów, jak również czytelników, na liczne błędne ścieżki i tropy. Fajerwerków doczekamy się dopiero w finale, ale i tu nie mamy wrażenia, że autora poniosła wyobraźnia.

Książka jest mroczna i deszczowa, jak większość angielskich kryminałów. Momentami schodzimy bardzo głęboko do podziemnego świata pełnego narkotyków, alkoholu, prostytucji, ogólnego zła, ale i w tym Robotham nie znęca się nad czytelnikiem kaskadą obrzydliwych i strasznych obrazów. Krew tu się nie leje gęsto, trup nie ściele, broń wyciągana jest rzadko i to tylko po to, by kogoś postraszyć, a nie po to, by zadawać śmierć jedną po drugiej. Intryga uknuta jest interesująco, jak wspomniałem czytelnik kilkukrotnie zmieni swojego faworyta w kategorii morderca, ale z dobrym ostatecznym typowaniem i tak będzie miał kłopot, bo jednak ostateczne rozwiązanie,  a w zasadzie rozwiązania, zaskakują. Może nie szokują, ale chyba jednak nieco zaskakują.

Z formalnego punktu widzenia też nie jest źle. Autor nie ulega modzie i narrację prowadzi tylko z dwóch perspektyw, co w tym typie literatury i w obecnych czasach wynikiem jest raczej w dolnych granicach normy. Obie narracje są pierwszoosobowe, prowadzone przez dwoje głównych bohaterów, którzy w swoich relacjach znakomicie się uzupełniają, nawet wtedy, kiedy przez karty powieści idą ramię w ramię. Unika też Robotham tak popularnych dziś zmian czasoprzestrzeni, retrospekcji i prospekcji, narracja jest liniowa, konsekwentna i logiczna. Językowo i stylistycznie trudno coś zarzucić autorowi, widać, że pióro i warsztat ma wyrobione przez lata pracy w różnych pisarskich profesjach. Dobre jest też tłumaczenie Macieja Studenckiego, w polskiej wersji mamy do czynienia z naszym językiem, nie zaś kalką z angielskiego.

Zgodnie z notką biograficzną  Michael Robotham w świecie anglojęzycznym jest bardzo popularnym autorem, wiele jego książek zostało też przetłumaczonych. W Polsce na przestrzeni dwóch ostatnich dekad ukazało się kilka jego pozycji (poprzednia aż sześć lat temu), jakkolwiek mam wrażenie, że w naszym kraju wielkiego uznania i popularności nie zdobył. Ja osobiście o tym autorze usłyszałem po raz pierwszy. A szkoda, bo jeśli inne jego powieści są równie dobre, jak Dobra dziewczyna, zła dziewczyna, to powinny się one ukazywać na naszym rynku regularnie i mieć grono wiernych czytelników. Polecam. 

Fanem brytyjskiej literatury kryminalnej nie jestem, przyznaję to szczerze, nie zmieniła tego nawet niedawna ofensywa jednego z wydawnictw, które zarzuciło recenzentów i księgarniane półki powieściami, dla których ja ukułem nazwę thrillerów londyńskich. Dlatego do Dobrej dziewczyny, złej dziewczyny podchodziłem z dużą rezerwą, ale zawiodłem się przyjemnie. Może dlatego, że...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Pamięci mordercy Pascal Engman, Johannes Selåker
Ocena 7,4
Pamięci mordercy Pascal Engman, Johannes Selåker

Na półkach: ,

Dwie dekady temu, albo i ciut więcej, na polskim rynku księgarskim zaistniały kryminały szwedzkie, albo szerzej skandynawskie, zdobywając liczne grono wielbicieli. Czytelnicy w księgarniach wręcz wyrywali sobie powieści Stiega Larssona, Henninga Mankella, Arne Dahla i innych. Ja w tym gronie też byłem, wyrywałem, czytałem, zachwycałem się. Potem przez wiele lat u różnych autorów szukałem tego czegoś, co powodowało, że traciło się noce na lekturę opasłych skandynawskich tomów. Szukałem, szukałem. Aż wreszcie znalazłem i przepadłem.

Bo Pamięci mordercy to taki bardzo skandynawski kryminał, jak za dawnych lat - w formie i treści. Bardzo mocno osadzony w realnych, choć przeszłych czasach - dokładnie w roku 1994, który dla Szwecji był bardzo specjalny. Już to z powodu masowego zabójstwa w Falun, już to dla historycznego osiągnięcia szwedzkiej reprezentacji w piłce nożnej, która na mistrzostwach świata w USA sięgnęła po zaskakujące trzecie miejsce. Historia zbudowana przez Engmana i Selåkera wije się wokół tych historycznych wydarzeń, przedstawiając nie tylko wątek kryminalny, ale i szwedzkie klimaty sprzed trzech dekad. Niezwykle ważnym tłem jest wojna na Bałkanach, którą w Szwecji z racji bardzo licznej migracji, odczuwano mocno i niejednokrotnie bardzo boleśnie. Historia rozciągnięta jest na niemal dwa miesiące, co z jednej strony pozwala na pokazanie szerszej perspektywy i ewolucji nastrojów, towarzyszących wydarzeniom w Falun, USA i na Bałkanach, z drugiej zaś czyni wątek kryminalny bardziej realnym. Śledztwo zajmuje sporo czasu, takich cudów jak w niektórych polskich kryminałach, gdzie od morderstwa do znalezienia winnego mijają 24 godziny, w międzyczasie wykonywana jest sekcja zwłok na miejscu zdarzenia, pełne badanie genetyczne, zaś śledczy mają zdolność przebywania w tym samym czasie w trzech miejscach oddalonych od siebie o setki kilometrów, tu nie ma. Wszystko toczy się dość powolnie, leniwie chwilami nawet, co nie znaczy jednak, że jest nudno, wręcz przeciwnie bym powiedział.

Sprawa wbrew pozorom bardzo skomplikowana nie jest, żadne wymyślne seryjne morderstwa, wydawałoby się, że rozwiązanie jest oczywiste, tak też myślą policyjni śledczy i wspomagająca ich dziennikarka (nie wiem czemu, ale automatycznie w czasie lektury włączały mi się skojarzenia ze słynnym larsonowskim Millenium, gdzie dziennikarz śledczy gra pierwsze skrzypce, przynajmniej w tych pierwszych trzech właściwych częściach, Lisbeth tylko mi brakuje). Naturalnie odpowiedź na pytanie kto jest winien wcale nie jest oczywista, wraz z bohaterami przeżywa czytelnik nadzieje, rozczarowania, zwątpienia, nowe nadzieje i wreszcie finał, który nieco zaskakuje, ale którego tak naprawdę gdzieś podskórnie się spodziewamy. Książka jest mroczna, choć akcja w całości rozgrywa się w czasie upalnego lata, raczej czujemy chłód niż gorąc. Może nie jest aż tak mrocznie i mocno jak u Larssona czy Mankella, ale i tak poznajemy wiele ciemnych zaułków szwedzkich miast, zakazanych knajp, zanurzamy się w świat narkomanii, prostytucji i innego zła, poznajemy też cienie obozów dla uchodźców i ich marne w Szwecji życie. Niby świeci słońce, niby wszystko dookoła raduje się z sukcesów szwedzkich piłkarzy, ale wciąż ma się nieodparte wrażenie, że to słońce jakby za mgłą, chmurami tytoniowego dymu (jejku, tam dosłownie wszyscy palą jak lokomotywy), a jednak daje mnóstwo głębokiego cienia, który jednak koi, ale skrywa różne brudy i potworności. Niepokój towarzyszy czytelnikowi przez wszystkie strony powieści, może nie lęk, ale właśnie niepokój i niepewność.

Tak jak lubię Pamięci mordercy to nie jest tylko kryminał. Autorzy poruszają wiele ważkich spraw społecznych i socjologicznych. Oczywiście dotyczą ona w głównej mierze szwedzkiego społeczeństwa lat dziewięćdziesiątych, ale z całą pewnością z problemami, o których piszą, spotykamy się i w innych krajach, choćby w Polsce, także w czasach bardziej współczesnych, choć przecież 30 lat to wcale nie epoka. Choćby kwestie uchodźców z krajów objętych wojną, tu mowa o Bośniakach, Chorwatach, Serbach, ale przecież my mamy "swoich" Ukraińców i doskonale wiemy, że nasze z nimi relacje nie zawsze i nie wszędzie są i były jednoznacznie kryształowe. Bo wszędzie mamy ksenofobów, osoby, które nienawidzą obcych i innych, którzy gotowi są niszczyć i zabijać tylko z powodu kulturowych czy rasowych różnic. Neonazizm w Polsce może dziś tak nie kwitnie, jak wówczas w Szwecji, ale nie jest też problemem marginalnym. Poruszają też autorzy problematykę zdrady małżeńskiej i partnerskiej, przede wszystkim w ujęciu konsekwencji, które ponoszą dzieci rozchodzących się par. Tu niestety jest raczej pesymistycznie, nie ma dobrych sposób i bezpiecznych rozwiązań. Ci najmłodsi cierpią najbardziej, a konsekwencje sięgają daleko poza dzieciństwo. To też modny dziś i tak naprawdę ponadczasowy problem.

Książka Engmana i Selåkera w swej formie jest oazą spokoju. W czasach tak popularnej prowadzonej na pięć sposobów narracji, setek retrospekcji i zmian czasoprzestrzeni, w których można się pogubić kompletnie, utracić sens i przyjemność czytania, Pamięci mordercy zachwyca konsekwentną, trzecioosobową narracją, linearnym upływem czasu, sensownością następstw wydarzeń, takim spokojnym, rzeczywistym upływem czasu. Jest to potężna książka, wszak obecny standard to 300 z małym plusem, tu mamy lektury dwa razy więcej, ale nie nudzi ani przez moment. Zapewne częściowo dzięki krótkim, niekiedy bardzo krótkim rozdziałom. Językowo i stylistycznie też jest dopracowana, widać, że autorzy pióra mają bardzo wyrobione, zapewne dzięki dziennikarskiej karierze, która poprzedzała ich powieściowe debiuty. Słowa uznania dla tłumaczki, która tę książkę napisała nie na szwedzkiej kalce, lecz po polsku, a to też nie jest złoty standard współczesnej literatury kryminalnej. Czyta się tę książkę przyjemnie i szybko, gładko. Wcale nie chce się jej odkładać na półkę, nawet w środku nocy przed kolejnym dniem pracy.

Czarna Owca zapowiada już kolejną powieść szwedzkiego duetu. Ma to być Droga wstydu, jak się wydaje nie będąca kontynuacją Pamięci mordercy (a może jednak, postać głównej bohaterki - dziennikarki śledczej - ma zdecydowanie potencjał na cykl, a co najmniej trylogię). Tymczasem serdecznie polecam książkę Engmana i Selåkera tym wszystkim, którzy kochają skandynawskie kryminały, ale oczywiście i tym którzy nie do końca wiedzą, z czym to się jada.

Dwie dekady temu, albo i ciut więcej, na polskim rynku księgarskim zaistniały kryminały szwedzkie, albo szerzej skandynawskie, zdobywając liczne grono wielbicieli. Czytelnicy w księgarniach wręcz wyrywali sobie powieści Stiega Larssona, Henninga Mankella, Arne Dahla i innych. Ja w tym gronie też byłem, wyrywałem, czytałem, zachwycałem się. Potem przez wiele lat u różnych...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to