Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz

Na półkach:

Ta książka to przypadek źle zrealizowanego, całkiem okej pomysłu (może i niezbyt oryginalnego, ale nawet schemat można przecież ciekawie ograć). Spodziewałam się czegoś innego, jednak mimo wszystko dwa pierwsze rozdziały mi się spodobały – problem w tym, że potem zaczęłam się nudzić jak mops, więc ograniczyłam się do wybiórczego czytania co ciekawszych fragmentów. Dlatego trochę ciężko mi tę pozycję ocenić.
Główną bolączką okazała się dla mnie ilość perspektyw zawartych w powieści, wyróżniono tu aż osiem bohaterek i jasne, że nie każda ma angażującą historię, poza tym idzie się łatwo pogubić. Gdyby autorka zapytała mnie o zdanie, powiedziałabym, że powinna podzielić opowieść na dwie części (to jeden z tych uzasadnionych razów) albo opisać wszystko z punktu widzenia pani dyrektor rozwiązującej sprawę (to by było naprawdę kozackie!). Kilka dni po rozpoczęciu książki nie pamiętałam już ani imion tych dziewczyn, ani kim są i co chwilę musiałam wracać do prologu, żeby rzucić okiem na listę.
Postanowiłam więc zrobić mały eksperyment i po około 150 stronach zaczęłam czytać tylko rozdziały postaci, które polubiłam – Abby, Danielle i Bridget. Ich wątki to najmocniejsze atuty książki, więc nagle przestałam odczuwać niechęć do czytania i dokończyłam ją w jeden wieczór. Abby to taka cynamonowa bułeczka, głupiutka, ale poczciwa z ciekawymi relacjami rodzinnymi. Danielle zachowuje się jak człowiek rozumny (to nie takie oczywiste), a jej kłopoty z chłopakiem naprawdę działają. Z kolei Bridget to wisienka na torcie, dziewczyna cierpi na zaburzenia odżywiania (zdecydowanie odradzam osobom wrażliwym, mi trudno się o tym czytało) i według mnie sprawdziłaby się jako główna bohaterka własnej powieści. Chociaż tutaj zabrakło mi jakichś reakcji ze strony otoczenia, a finał wątku był taki sobie.
Tytuł najbardziej wkurzającej nastolatki otrzymuje Sara, która od początku robiła emo popisówę, ale jej świetny chytry-sprytny plan to już przeszedł ludzkie pojęcie. Serio, to właśnie jej głupota skłoniła mnie do skipowania niektórych rozdziałów i niczego nie żałuję, bo oszczędziłam sobie zgrzytania zębów.
Gdybym mogła oddzielić te trzy promyczki od całej reszty nieobchodzących mnie historii, moja ocena byłaby pewnie wyższa (może nawet sporo). Problem w tym, że to łącznie jakieś trzydzieści, w porywach do pięćdziesięciu procent całości. Wkurzał mnie też moralizatorski ton, który uderza w czytelnika z subtelnością buldożera i prowadzi do wyświechtanego morału w stylu „nie ważna jest aparycja” – autorka chyba trochę starała się wymyślić koło na nowo. A zmarnowany potencjał tkwi przede wszystkim w pani dyrektor, która niby prowadziła swoje śledztwo, ale jej wątek wydawał się wepchnięty tu na odczepkę.
Nie doczekałam się satysfakcjonującego zakończenia. Chociaż, będąc w stu procentach uczciwą, muszę przyznać, że zabrakło mi informacji z nieprzeczytanych rozdziałów, żeby w pełni je zrozumieć. Tak czy siak, naprawdę nie zamierzam do nich wracać, bo wolę przeczytać w tym czasie coś lepszego.

Ta książka to przypadek źle zrealizowanego, całkiem okej pomysłu (może i niezbyt oryginalnego, ale nawet schemat można przecież ciekawie ograć). Spodziewałam się czegoś innego, jednak mimo wszystko dwa pierwsze rozdziały mi się spodobały – problem w tym, że potem zaczęłam się nudzić jak mops, więc ograniczyłam się do wybiórczego czytania co ciekawszych fragmentów. Dlatego...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Swój stosunek do tej książki mogłabym skwitować tym, że nie potrafiłam się nawet zmusić do napisania opinii, bo tak bardzo nie chciało mi się do tego wracać. No, ale wreszcie tu jestem i postaram się za dużo nie jęczeć.
Zacznijmy od narratorki, Theodosii, która swoimi przemyśleniami skutecznie odbierała mi całą (i tak już wątpliwą) przyjemność z czytania. Pokuszę się o stwierdzenie, że główna bohaterka wcale nie musi być bystra, żeby dało się ją polubić – wystarczy, że posiada chociaż odrobinę empatii, od czasu do czasu coś zabawnie skomentuje albo bardzo, ale to bardzo się stara, pomimo że nic jej nie wychodzi. Żadna z tych rzeczy nie dotyczy Theodosii. Dziewczyna potrafi współczuć tylko swoim rodakom, uznając najwyraźniej, że podział na dobrych i złych sprowadza się do prostego nasi i obcy (zajęcie jej kraju naprawdę guzik mnie obchodzi, zważywszy na fakt, że przez dziesięć lat zdążyła się przekonać, że pośród najeźców też są dobrzy ludzie). Idąc dalej, życie Theodosii to jedno wielkie pasmo cierpień i nie istnieje osoba bardziej pokrzywdzona niż ona. Kiedy akurat nie dzieje jej się krzywda, lubi rozpamiętywać te momenty, kiedy jednak się działa – jak zdarta płyta wspomina swoją biedną matkę tak, że jej męczeństwo po dziesięciu pierwszych razach przestaje być czymkolwiek więcej niż irytującą przypominajką. Wszystkie jej intrygi okazują się genialne, nawet jeśli są totalnei głupie, chyba że akurat fabuła wymaga czegoś innego. Na dodatek nasza księżniczka od samego początku zachowuje się fałszywie jak żmija, traktując swoją przyjaciółkę jak śmiecia, mimo że to jedyna osoba, która ma ochotę z nią rozmawiać, wielokrotnie wstawiała się za nią, a nawet daje jej ubrania, w których Theodosia lepiej się czuje niż we własnych. Naprawdę nie wiem, w którym momencie tej historii miałam polubić tę postać.
Jeśli chodzi o resztę bohaterów, to też trochę szkoda strzępić ryja. Blaise to zagubiony dzieciak, który przykleja się do różnych osób, żeby nie musieć samemu podejmować decyzji (i dobrze, bo jego pomysły są beznadziejne), Art to niby tutejszy głos rozsądku, ale nie potrafi wyrażać swojego zdania w kulturalny sposób i ma kompleks mamusi, a Heron wydaje się interesujący, jednak w zasadzie nic o nim nie wiem, bo autorki raczej nie obchodzi. Tak właściwie to w powieści pojawia się tak mało postaci, że mogłabym wymienić tu wszystkie, ale to by się mijało z celem. Dlatego wspomnę jeszcze o Kaiserze, którego wyobrażam sobie jako czarny charakter z kreskówki – przy kolejnych podłościach, których się dopuszczał, ograniczałam się do przewrócenia oczami (poza paroma zrytymi wyjątkami). Natomiast jedynymi bohaterami, których polubiłam, byli Cress oraz Søren. Ona zaczyna jako stereotypowo głupiutka panienka z dobrego domu, ale szybko się zauważa jej oddanie i spryt… a potem wszystko zmierza w nieoczekiwanym kierunku. Myślę, że gdyby Cress została narratorką, zupełnie inaczej odebrałabym tę książkę. Z kolei Søren to cynamonowa bułeczka, góra mięśni bez mózgu, ale za to z dobrym sercem. Naprawdę uwielbiam tego człowieka (a zwłaszcza jego historie z dzieciństwa) i drugą połowę szrota zniosłam tylko dzięki jego obecności (za rzadkiej).
Wypadałoby też wspomnieć o dwóch wątkach fabularnych powieści. Pierwszy to oczywiście miłość i unikając zdradzania za dużo, podsumuję go tak: przez 200 stron nic się nie działo, potem ruszyło z kopyta, ale chemii za dużo nie dostrzegłam tak czy siak. Kilka scen się autorce naprawdę udało i dobrze się przy nich bawiłam, niestety niszczy je tępota i niezdecydowanie Theodosii. Drugi wątek to gra polityczna i tutaj mógłby nastąpić segment „świat tak nie działa”, ale go sobie daruję. Nie trzeba być specem od ekonomii i gospodarki, żeby zauważyć, jak bardzo to wszystko się kupy nie trzyma. Rozumiem też, jeśli komuś to nie przeszkadza, natomiast tu nie ma niczego, co by odwracało moją uwagę od absurdów. A wątek polityczny zdaje się tym głównym, więc fakt, że robi ledwie krok do przodu przez 400 stron, sprawia, że całość staje się zwyczajnie nudna.
No i wreszcie świat przedstawiony, na który aż brakuje mi słów. Mam wrażenie, że pisała to osoba, która uznała, że nie musi przejmować się, czy łączone przez nią elementy sensownie do siebie pasują – chodzi mi przede wszystkim o aspekty etniczno-kulturowe i wynalazki wybrane z różnych epok przez podróżnika w czasie. Co do tego pierwszego, to fajnie, że rozmawiamy o wyspiarzach na oceanie, a jeszcze fajniej (i tak trochę kolonialnie), że ci wyspiarze to chyba zamienili się mentalnością z podrasowanymi Grekami. A może bardziej powinnam się przejmować tymi pseudo-Wikingo-Rzymianami? Sama nie wiem, ale to, że oni wszyscy żyją jak Brytyjczycy w XIX w. sprawia, że wątroba mi gnije, a mój dyplom z archeologii płacze. O ile ciekawsza byłaby książka o ludzie nieskalanym europejską myślą? I przepraszam bardzo, ale dlaczego ktoś miałby do chitonu zakładać gorset? Skąd oni wzięli zapałki? Co to za abominacja ukrywająca się pod płaszczykiem „mój świat = moje zasady”? Nie można ot tak wybrać sobie technologii z czasów tak odmiennych pod kątem realiów, wrzucić do miski i zmiksować, bo wyjdzie niekonsekwentna papka.

Swój stosunek do tej książki mogłabym skwitować tym, że nie potrafiłam się nawet zmusić do napisania opinii, bo tak bardzo nie chciało mi się do tego wracać. No, ale wreszcie tu jestem i postaram się za dużo nie jęczeć.
Zacznijmy od narratorki, Theodosii, która swoimi przemyśleniami skutecznie odbierała mi całą (i tak już wątpliwą) przyjemność z czytania. Pokuszę się o...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Darzę tę książkę ogromnym sentymentem, ponieważ była pierwszym przeczytanym przeze mnie harlekinem – tak, zdecydowanie w zbyt młodym wieku i tak, mam teraz raczej uszkodzony mózg. Jednak mimo wszystko postaram się wyskrobać wartościową opinię.
Jako dużą zaletę i przewagę tej powieści nad innymi z serii należy wymienić kreację bohaterów, pojawia się więcej niż dziesięciu (dzięki czemu człowiek nie ma wrażenia, że we wsi pana lorda żyje dwóch chłopów na krzyż), a ci wymienieni z imienia posiadają na dodatek często indywidualne cechy. Prawie jakbym czytała normalną książkę, a nie harlekina. Rodzina Holtonów to prawdziwe złoto, każde z dzieciaków zachowuje się jak odrębny człowiek i w ogóle nie irytują.
Główne postacie też wypadają dość dobrze. Pani X miała być delikatną, troskliwą duszyczką, która dla każdego ma dobre słowo i to jak najbardziej działa. Gorzej z Bartem, który niby bawi swoim zamkniętym umysłem, ale ilość wygłaszanych przez niego krzywdzących opinii na temat kobiet wykracza poza ludzkie pojęcie. Chłop został zdradzony, wiem, ale usprawiedliwianie jego zachowania w ten sposób zwyczajnie nie działa, kiedy zbiera mu się na amory.
Dlatego że głównym problemem relacji między bohaterami jest moim zdaniem to, że Bart traktuje panią X jak śmiecia, a ona to przyjmuje z pokorą, bo przecież on ma traumę. Przez praktycznie całą powieść facet jej nie ufa, co kompletnie nie przeszkadza mu w bardzo natarczywym podrywie. Ani razu też nie zapytał pani X, czy miałaby ochotę na jakieś zbliżenie – on po prostu stawia ją przed faktem dokonanym. No ale to przecież przystojny mężczyzna i do tego lord, więc przecież wszystko mu wolno. Zero wyrzutów sumienia. Jako kolejny minus wskazałabym też tempo rozwoju uczuć, które przychodzą dosłownie znikąd. Puf.
Najgorzej wyszli Szkoci, którzy są takimi potworami, że aż się niekomfortowo czytało niektóre sceny. Żadna z negatywnych postaci nie ma w sobie za grosz pozytywnych cech, wszystkie są wręcz karykaturalnie zepsute i brzydkie (poza jednym przystojniakiem), jak w kreskówce. Moim zdaniem lepiej byłoby opisać niechęć na linii Anglia-Szkocja, odwołując się do realiów historycznych, zamiast demonizować jedną stronę.
Powieść czyta się szybko, ale to chyba cecha gatunkowa. Przez mniej więcej dwie trzecie objętości fabuła naprawdę wciąga i pomimo że wiedziałam, dokąd zmierzamy, bawiłam się świetnie. Chociaż wydaje mi się, że zwroty akcji stosunkowo łatwo przewidzieć. Tak czy inaczej, tutaj niewiele potrzeba, żeby książka stała się romansem z trochę wyższej półki, gorzej końcówka. Była strasznie naciągana i rodem z filmu akcji.

Darzę tę książkę ogromnym sentymentem, ponieważ była pierwszym przeczytanym przeze mnie harlekinem – tak, zdecydowanie w zbyt młodym wieku i tak, mam teraz raczej uszkodzony mózg. Jednak mimo wszystko postaram się wyskrobać wartościową opinię.
Jako dużą zaletę i przewagę tej powieści nad innymi z serii należy wymienić kreację bohaterów, pojawia się więcej niż dziesięciu...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Hm, mój problem z oceną tej książki polega na tym, że cudem dobrnęłam do połowy i uznałam, że dla własnego dobra powinnam rzucić ją w cholerę… a potem przesłuchałam streszczenia całej trylogii na raz, bo historia jednak coś w sobie ma. I w dalszym ciągu nie potrafię zdecydować, czy to powieść została słabo napisana, czy to ja szukam po prostu czegoś innego.
Kreacja bohaterów nie była jakaś tragiczna – czasem tylko człowiek zastanawia się, dlaczego podejmują takie, a nie inne decyzje. Podobało mi się na pewno zróżnicowanie charakterów Lisów i opisy zależności między nimi, chociaż widzę trochę niewykorzystanego potencjału w fakcie, że narrator to ktoś z zewnątrz. Przydałoby się więcej mięcha. Na minus wszelkie zachowania i tekściki rodem z edgy fanfika (przysięgam, że mam ogromną tolerancję na żenadę, ale przy tym to mnie bolały nerki) oraz ekspozycja, która z jednej strony ma sens… a z drugiej wydaje się nienaturalna.
Najbardziej zdecydowanie wnerwiał mnie Kevin, któremu przydałoby się usłyszeć, że nie każdy ma taką pasję jak on i żeby wyluzował. Tragiczne back story to nie jest coś, co usprawiedliwia przemoc psychiczną wobec kolegów. O Neilu wspomnę z przymusu, bo pełni funkcję narratora, ale tak naprawdę nie zrobił na mnie specjalnego wrażenia – a opisy jego tragicznej relacji z matką były raczej zabawne zamiast skłaniać do współczucia. Trener Wymack to absolutne złoto i wspaniały człowiek o rysie charakterologicznym tego fajnego wujka, aż żal, że nie pojawiał się częściej. Jednak wydaje mi się, że doszłam tak daleko ze względu na Andrew, który zachowywał się jak Joker light, co było absolutnie wspaniałe.
I równocześnie bez sensu. Ta książka miejscami wygląda jak propagandowa antyreklama leczenia psychiatrycznego, które wydaje się w ogóle niedobrane do pacjenta i nienadzorowane przez nikogo. Nie wiadomo, jakie postać bierze leki, bo autorce służą one do pokazania jej dziwacznego zachowania (nieważne, że to nie ma najmniejszego sensu). Zresztą uzależnienie od nich wygląda jak alkoholowa delirka i działa wręcz instant po odstawieniu, co jest jednym wielkim absurdem.
Podobnie fabularnie czytelnik musi znieść bardzo dużo bzdur i sytuacji nietrzymających się kupy. Niby od samego początku wiadomo, o co toczy się akcja, ale do czego wydarzenia zmierzają to w zasadzie do teraz nie wiem. Jako istota poszukująca w życiu logiki czułam się w pewnym momencie troszkę zdruzgotana. A zwieńczeniem tego wszystkiego niech będą wspomniane wcześniej bloki tekstu, czystej ekspozycji, które przypominały bardziej strumienie świadomości i kończyły się czasem innymi wnioskami niż zaczynały. Trochę jakby osoba pisząca zmieniła zdanie w trakcie albo zapomniała, co wcześniej napisała.
Niemniej część tych głupot najzwyczajniej w świecie bawiła, a – odchodząc już od jojczenia na temat pierwszego tomu – późniejsze rozwiązania wydają się cokolwiek przemyślane. Interesujące. Oczywiście, w ramach konwencji średniego czytadła, bo nawet z masą dobrej woli nie nazwałabym tej serii po prostu dobrymi powieściami. Problem w tym, że naprawdę nie wyobrażam sobie, żebym miała kontynuować czytanie. Strasznie się wynudziłam i nawet pomimo zachęcającego opisu kontynuacji (ja koneser dobrego gówna), nie widzę powodu, by czytać te wleczące się w nieskończoność dłużyzny.

Hm, mój problem z oceną tej książki polega na tym, że cudem dobrnęłam do połowy i uznałam, że dla własnego dobra powinnam rzucić ją w cholerę… a potem przesłuchałam streszczenia całej trylogii na raz, bo historia jednak coś w sobie ma. I w dalszym ciągu nie potrafię zdecydować, czy to powieść została słabo napisana, czy to ja szukam po prostu czegoś innego.
Kreacja...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Nie wiem, czy to we mnie zaszły tak wielkie zmiany w ciągu ostatnich czterech lat, czy druga część tak drastycznie różni się od pierwszej, ale muszę przyznać, że nagle chyba zaczęłam dostrzegać w tym wszystkim sens. Zwykle nie jestem fanką poetyckiego stylu (ba, z liryką to ja się spotykałam tylko z musu w szkole) i pamiętam, że pomimo zaangażowania w historię opisywaną przez Mafi, czułam się strasznie wymęczona po poprzednim tomie. No, ale coś mnie jednak uwierało – taka niedokończona sprawa między mną a tymi książkami – i w końcu uległam zachciewajce, żeby wypożyczyć kolejną powieść. Od samego początku styl autorki już mi nie przeszkadzał, potem niektóre porównania zaczęły mnie bawić, a jeszcze później zostałam wielką fanką monologów wewnętrznych Juliette. Serio, biję się w pierś i przyznaję, że trzeba mieć rozwinięty warsztat, żeby pisać w ten sposób, a poza tym znaki interpunkcyjne mogą bezbłędnie oddawać przeżycia wewnętrzne bohaterów. No coś niesamowitego.
Najwspanialsze w tym wszystkim wydaje mi się to, że wreszcie dobrze zrozumiałam postać Juliette. Czytam całkiem sporo całkiem średnich książek i najbardziej mnie w nich wkurzają zachowania, które są niezgodne z charakterami bohaterów albo wynikają tak po prostu z dupska. Tutaj ani razu nie miałam wrażenia, że nie rozumiem narratorki – nawet przy najgłupszych decyzjach dziewczyny byłam w stanie powiedzieć, dlaczego postąpiła tak, a nie inaczej. Bardzo jej przy tym wszystkim współczułam, ponieważ kompletnie żadna postać w powieści zdawała się jej nie rozumieć. I może łatwo mówić takie rzeczy z pozycji czytelnika, który non stop siedział w głowie Juliette, ale wydaje mi się dość oczywiste, że niepozbawiona empatii osoba z takimi umiejętnościami jak ona, będzie miała trudności z samoakceptacją. Serio, nie trzeba być telepatą, żeby okazać chociaż trochę zrozumienia.
Już widzę, że ta opinia to raczej strumień myślowy, ale to się wydaje w tym przypadku jak najbardziej na miejscu. Na przykład podobało mi się też to, że inni bohaterowie wypowiadali się w zupełnie odmienny sposób niż Juliette i że nie raz ścierali się pod względem poglądów na jakąś sprawę. Tutaj na wyróżnienie zasługuje Kenji, który wielokrotnie wypowiadał się z sensem, chociaż nie zgadzał się z naszą heroiną. Natomiast co się tyczy szefa, Castle’a, to nie wiem, czy taki był zamysł, ale wnerwiał mnie niemiłosiernie od samiutkiego początku aż po samiutki koniec. Swoim brakiem kompetencji, wyobraźni, empatii i zrozumienia (oddelegowanie Juliette do przesłuchiwania więźniów to jak zmuszać do tego Anię Shirley albo Alicję Kingsleigh i oczekiwać, że wrócą z sensownym raportem). Dla niego ludzie to trybiki maszyny, która ma mu pomóc osiągnąć cel. Okropność.
Jak każda zdrowo myśląca kobieta nie jestem fanką trójkątów miłosnych (mocny statement), zwykle wysysają ze mnie energię życiową i skłaniają do wywracania oczami. Tak było i w tym przypadku (no, może poza przewracaniem oczami), ale o dziwo w ograniczonym zakresie. Adama nie lubiłam już w pierwszym tomie, a do świrów jak Warner to mam słabość, więc pewnie brakuje mi obiektywności, żeby oceniać ten aspekt książki sprawiedliwie… Jednak sceny bliskości z tym kasztanem, Adamem, nawet mi jakoś bardzo nie przeszkadzały. Jedyne co, to po przeczytaniu dodatku „Przełam mnie” bardziej tego gnojka nie trawię i aż skaczę z radości na myśl, że będę musiała się z nim użerać w kolejnej części. Z kolei Warner zyskał trochę głębi i odrobinkę się chłopak opanował, przez co podobnie jak Juliette sama nie wiem, co o nim myśleć.
No, ale żeby ta opinia nie była tak całkowicie bezwartościowa to wyraźnie zaznaczam, że pomimo sceptycyzmu bawiłam się świetnie. Fabuła rozwijała się raczej wolno, ale widać, że autorka realizuje po prostu swój chytry sprytny plan bez pośpiechu. I to jej wychodzi. A ja na pewno nie będę czekała kolejnych czterech lat z zabraniem się za kontynuację.

Nie wiem, czy to we mnie zaszły tak wielkie zmiany w ciągu ostatnich czterech lat, czy druga część tak drastycznie różni się od pierwszej, ale muszę przyznać, że nagle chyba zaczęłam dostrzegać w tym wszystkim sens. Zwykle nie jestem fanką poetyckiego stylu (ba, z liryką to ja się spotykałam tylko z musu w szkole) i pamiętam, że pomimo zaangażowania w historię opisywaną...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Absolutnie nie polecam. Może to nie najgorsza książka, jaką czytałam i nawet daleko jej do rankingu top 10, ale z jakiegoś powodu wymęczyłam się przy niej okrutnie.
Pierwszym i dość kluczowym problemem powieści jest główna bohaterka, Vanessa. Początkowo nie wydawała mi się taka zła (zwłaszcza w zestawieniu ze swoją siostrą) uznałam ją po prostu za niegroźną pierdołę, która może dla odmiany użyje czasem mózgu. Ha. Analizowanie jej myśli to czysta tortura – z reguły ograniczają się do metaforycznego bełkotu, który niewiele mówi o jej przeżyciach, poza tym dziewczyna co chwilę kwestionuje własną wartość i się umartwia, zahaczając na dodatek o sztampę „jestem inna niż wszystkie”. To nudna, miałka postać, z którą żaden szanujący swój czas człowiek nie chciałby mieć nic wspólnego.
No, ale przy Justine Vanessa to narrator idealny, a przynajmniej tak podejrzewam, ponieważ na szczęście nie doświadczyłam tego na własnej skórze. Starsza z sióstr Sands zrobiła na mnie tak dobre wrażenie, że dosłownie marzyłam, żeby coś jej się stało i zniknęła. W czasie swojego krótkiego występu zaprezentowała się jako pusta, a na dodatek głupia jak but atencjuszka, której zależy tylko na dobrej zabawie. Późniejsze czytanie o tym, jaka to nie była idealna, sprawiało, że skakało mi ciśnienie.
Nie potrafię też przejść obojętnie obok sylwetek rodziców w tym tworze. Matka głównej bohaterki może i ma często sensowne podejście, ale nie potrafi go wyrazić, nie będąc przy tym bardzo przykrą. Ojciec to idiota, który uwielbia ignorować problemy. Oboje nie radzą sobie ze swoją siedemnastoletnią córką i podobnie jak rodzice Simona oraz Caleba zdają się średnio nią interesować. No, ale ci drudzy to chyba zasługują na odebranie praw rodzicielskich.
Jedynie wspomniany przed chwilą Simon wzbudził we mnie jako taką sympatię. Od razu wydał mi się interesujący, bo w przeciwieństwie do większości młodzieżówkowych wybranków serca, nie był ani dupkiem, ani sportowcem (odhaczenie jednego z powyższych to święta zasada kreacji chłopaka idealnego), tylko mózgowcem. Doceniam sceny, w których uskuteczniał swoje zainteresowania. Powiem więcej, wierzę w relację Simon-Vanessa z jego strony.
Problem w tym, że wątek romantyczny to nie coś, co może działać tylko u jednej osoby. Tak naprawdę książka Rayburn nie posiada ciekawych momentów budujących jakieś napięcie między naszymi milusińskimi albo pokazujących chemię między nimi. Nic. Dlatego też na pewno nie określiłabym jej mianem romantasy.
Zresztą miałabym też problem z zakwalifikowaniem jej po prostu jako fantasy, ponieważ przez ¾ objętości powieść równie dobrze mogłaby być kryminałem albo thrillerem z zupełnie przyziemną tajemnicą. Halucynacje po śmierci kogoś bliskiego to nic niezwykłego – serio, są na to badania. Tak czy inaczej, przez większość czasu bohaterka po prostu rozmawia z Simonem albo z Paige (niby-przyjaciółką, z którą nie potrafi być szczera) i podejmuje się bezsensownych z punktu widzenia czytelnika działań w stylu praca dorywcza. Nawet nie umiem opisać, o czym jest ta książka poza tym, że marnuje niezły potencjał.
Samo zakończenie nie tyle rozczarowuje, co sprawia, że cycki opadają.
A na koniec kilka słów o języku. Tak szczerze, to opisy przeszły bez większej tragedii, są po prostu średnie i często zbędne. Gorzej z dialogami, za które autorce należałaby się nagroda w stylu Złotej Maliny. Moja ulubiona rozmowa leciała mniej więcej tak: „Twoja babcia jest niewidoma?”, „Tak”, „I niczego nie widzi?”, „Tak”. Kurtyna.

Absolutnie nie polecam. Może to nie najgorsza książka, jaką czytałam i nawet daleko jej do rankingu top 10, ale z jakiegoś powodu wymęczyłam się przy niej okrutnie.
Pierwszym i dość kluczowym problemem powieści jest główna bohaterka, Vanessa. Początkowo nie wydawała mi się taka zła (zwłaszcza w zestawieniu ze swoją siostrą) uznałam ją po prostu za niegroźną pierdołę, która...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Najwyraźniej moje modły zostały wysłuchane – nie twierdzę, że to powieść bez wad, bo takie to nie istnieją, ale bawiłam się przednio od dechy do dechy i uważam, że to kawał solidnego fantasy.
Główna bohaterka jest dokładnie taka jak trzeba, dość szybko łączy fakty, nie zachowuje się jak pozbawiona godności mimoza i ma dobre serducho. Powiem więcej: nie zapomina o swojej rodzinie, bo na horyzoncie pojawił się przystojny chłop (ba, Harper nawet nie omdlewa na jego widok, za co jestem jej niezmiernie wdzięczna). Posiada też parę wad, normalnie tak… jakby ktoś się postarał wykreować coś więcej niż bezbarwny schemat.
Wydaje się, że autorka świetnie wiedziała, co robi również w przypadku Rhena, który często zasłania się pustymi uprzejmościami, żeby chronić swoje wnętrze. Za duży plus uznaję fakt, że mimo wręcz idealnych okoliczności, nie okazał się on jednym z tych przemocowców na jedno kopyto. Tak w zasadzie to po prostu bardzo smutny człowiek, któremu łatwo współczuć, a jego perspektywa dużo wnosi.
Za minus można uznać niewielką liczbę postaci, ale przynajmniej przez część książki okoliczności fabularne to usprawiedliwiają. Mimo wszystko królestwo Rhena trochę świeci pustkami, chociaż muszę też przyznać, że bohaterowie, których poznajemy, są z reguły dopracowani oraz mocno osadzeni w świecie przedstawionym. Na przykład Grey prawie nigdy nie mówi o swoich uczuciach, ale jego zachowanie i interakcje z innymi sprawiają, że łatwo się domyślić, co mu siedzi w głowie. Jedynym wyraźnym wyjątkiem od reguły okazała się czarownica, która moim zdaniem była pozbawiona tej głębi.
Klimat magicznego świata totalnie mnie kupił (nie obraziłabym się, gdyby autorka zdecydowała się uwzględnić więcej opisów), a fabuła posuwa się do przodu w rozsądnym tempie. Widać to zwłaszcza w przypadku rozwoju relacji między bohaterami. Drobny zgrzyt miałam za to z polityką, która została bardzo uproszczona i nie zawsze widziałam sens w działaniach postaci. Jednak troszkę to rekompensują brutalne realia otoczenia oraz reakcje Harper – przydałoby się więcej takiego mięcha. Pod pewnymi względami trzeci akt był najgorszy, ale ciężko postawić na nim krzyżyk, bo równocześnie dostarczył mi masy emocji.
Naprawdę warto, praktycznie nie wykryłam charakterystycznych dla niechlujnego pisarstwa głupotek (poza strzelaniem z łuku i przesadzoną liczbą szwów).

Najwyraźniej moje modły zostały wysłuchane – nie twierdzę, że to powieść bez wad, bo takie to nie istnieją, ale bawiłam się przednio od dechy do dechy i uważam, że to kawał solidnego fantasy.
Główna bohaterka jest dokładnie taka jak trzeba, dość szybko łączy fakty, nie zachowuje się jak pozbawiona godności mimoza i ma dobre serducho. Powiem więcej: nie zapomina o swojej...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

To jedna z tych książek, które trudno mi ocenić ze względu na fakt, że raczej nie należę do grupy docelowej. A skoro już o tym mowa moim zdaniem ta pozycja mogłaby trafić przede wszystkim do osób, które nie zmagają się z żadnymi problemami natury psychicznej, lubią tabelki i cytaty z Pinteresta, mają stabilną sytuację życiową albo po prostu pracują w korpo. Bo, jak sam autor na początku zaznacza, to nie jest po prostu kompendium o hormonach, tylko poradnik coacha (ja jednak liczyłam na dawkę biologicznej wiedzy).
Tak czy siak, zacznijmy od plusów. Phillips używa przystępnego języka i nie odlatuje całkowicie do krainy motywacyjnego bełkotu, opisy działania poszczególnych hormonów są ciekawe, a przytaczane dla przykładu historyjki z reguły sensowne. Co do porad, które nam serwuje… znalazłoby się kilka niezłych, ale obawiam się, że żadna nie wydała mi się odkrywcza. Poza tym wszystko zostało poparte dość obszerną bibliografią, która sugeruje solidny research.
Problem w tym, że to już wszystkie mocne strony. Im dłużej czytałam tę publikację, tym bardziej zirytowana albo rozbawiona (o zgrozo) się czułam. Zacznijmy od mniej istotnego minusika, obok którego nie mogłabym przejść obojętnie po studiowaniu archeologii przez pięć lat. Chodzi oczywiście o historyjkę na temat ludzi sprzed 25 tys. lat, która mocno odbiega od realiów paleolitu – wystarczy rzucić okiem na stronę National Geographic, żeby się dowiedzieć, że ludzie opanowali ogień o wiele wcześniej; uproszczenie ówczesnej hierarchii społecznej do tego, kto ma lepsze ciuchy też wydaje się nie na miejscu; a mamuty to raczej bywalcy stepów. Uważam, że brak weryfikacji faktów z innej niż opisywana w książce popularnonaukowej dziedziny dużo mówi o samym autorze i może sugerować, że gdybym te pięć lat poświęciła na zgłębianie nauk przyrodniczych, znalazłabym więcej baboli.
Jednak bez dwóch zdań najgorszym elementem pozycji są według mnie propozycje narzędzi regulujących poziom hormonów, reklamowanych przez okładkę jako największy atut poradnika. Większość z nich wydaje mi się do szpiku kości… zimna, bezosobowa i przygotowana dla robota, a nie dla normalnego człowieka, który nie ma ochoty wykorzystywać uścisków w celu podniesienia sobie oksytocyny na zawołanie. Wiem, że raczej nie takie stały za nimi intencje, ale na myśl o wypróbowaniu niektórych czułam się, jakbym zamierzała kogoś po prostu wykorzystać. Nie wspominając nawet o tym, że inne były zwyczajnie szkodliwe i budziły u mnie niepokój! Albo brzmiały jak „Coś cię boli? Pomyśl, że to dobrze, to będzie ci lepiej”. Najgorsze, że nawet jeśli przyznam, że część czytelników zupełnie zmieni perspektywę i zacznie żyć lepiej, to wciąż pozostaną osoby z poważniejszymi problemami emocjonalnymi albo neuroatypowe (dzień dobry), które tylko poczują się gorzej po przeczytaniu tych wspaniałych rad. A autor ogranicza się do jednorazowego wspomnienia o konieczności skorzystania z pomocy psychologicznej i na wszelki wypadek nie mówi, kiedy jego poradnik może okazać się nieprzydatny.
W publikacji pojawiają się też – może nie tak liczne, ale jednak obecne – znane chwyty coachy. Afirmacja, mapy stresu, stanie w określonej pozycji, żeby zwiększyć pewność siebie… i z jakiegoś powodu morsowanie (wielokrotnie). Ta książka ma ponadto jeszcze jedną cechę wspólną z coachingowym pieprzeniem, stygmatyzowanie negatywnych emocji. Z narracji wynika, że są one największym złem i przeszkodą w osiąganiu sukcesów, a nie normalnym elementem funkcjonowania. W życiu ludzi sukcesu brakuje miejsca dla niedoskonałości.
Może i będę przez to mniej efektywna, ale wolę jednak pozwolić sobie czuć. Poza paroma ciekawostkami nie wyniosłam z lektury niczego.

To jedna z tych książek, które trudno mi ocenić ze względu na fakt, że raczej nie należę do grupy docelowej. A skoro już o tym mowa moim zdaniem ta pozycja mogłaby trafić przede wszystkim do osób, które nie zmagają się z żadnymi problemami natury psychicznej, lubią tabelki i cytaty z Pinteresta, mają stabilną sytuację życiową albo po prostu pracują w korpo. Bo, jak sam...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Niestety, ciężko mi całkowicie odciąć się od słabych pozycji, z którymi miałam do czynienia w ciągu ostatnich paru tygodni, więc mogę być odrobinę zbyt pobłażliwa w stosunku do tej. Jednak fakty są takie, że bawiłam się przy niej świetnie.
Na wstępie chciałabym odnotować, że autorka ambitnie nie poszła w schemat „kujonka / outsiderka + badboy / sportowiec”, a jej bohaterka to zasadniczo ta popularna, powszechnie lubiana dziewczyna. Gia (o zgrozo) potrafi też w small talk. Ale żarty na bok, bo im bardziej zagłębiałam się w historię, tym spójniejszy obraz Gii rysował mi się w głowie. Przemiana postaci już sama w sobie była dla mnie interesującym wątkiem – chociaż z ręką na sercu zaznaczam, że nie potrafię spojrzeć z boku na problemy, z którymi sama się mierzę. W każdym razie absolutnie wiarygodny charakter z krwi i kości, co jest wręcz zbawienne w przypadku narratora.
Z kolei zastępczy Bradley (imiona są ważne, nie można ich ot tak zdradzać) to chłopak, o którego nie prosiłam, ale go potrzebowałam. Chociaż wolałabym, żeby było inaczej, okrutna prawda wygląda tak, że ciągnie mnie do literackich patusów, dlatego sięgam po… ekhm, specyficznego rodzaju książki. Tym razem jednak trafiłam na bardzo porządnego młodego dżentelmena, który urzekł mnie swoją naturalnością i pozbawioną przemocy charyzmą. Odświeżające.
Bardzo często spotykam się z kartonowymi bohaterami pobocznymi (o nie, chyba naprawdę powinnam zacząć czytać lepsze powieści, prawda?), dlatego potrafię docenić dobrą kreację postaci, a to bez dwóch zdań się West udało. Ta babka naprawdę rozumie ludzi. Nawet przypadkowi statyści wydają się… no cóż, po prostu istnieć, a nie materializować na chwilę na potrzeby danej sceny. Najbardziej polubiłam Bec, która wciela się w rolę ironicznego komentatora wydarzeń, jednak duże wrażenie robili na mnie również rodzice głównej bohaterki, natomiast jej przyjaciółki zbyt łatwo powodowały irytację.
Dużo pochwaliłam, to teraz trochę powiem o tym, dlaczego nie 10/10. Najwięcej mankamentów zauważyłam w fabule, która nie powaliła mnie pomysłowością ani pościgami i wybuchami. Hm, zasadniczo to akcji poza licealnymi dramami (jak ktoś lubi takie klimaty, to gorąco polecam) się tu nie uświadczy. I moim zdaniem książka nie jest przez to nudna – w zasadzie miałam problem, żeby się od niej oderwać – ale ja to ja, preferuję ciekawe charaktery oraz wiarygodnie zbudowane światy niż trzymające w napięciu albo zaskakujące historie. Krótko mówiąc, ta powieść to przyjemne czytadło nie dla kogoś, kto potrzebuje skomplikowanej opowieści, by się zaangażować.

Niestety, ciężko mi całkowicie odciąć się od słabych pozycji, z którymi miałam do czynienia w ciągu ostatnich paru tygodni, więc mogę być odrobinę zbyt pobłażliwa w stosunku do tej. Jednak fakty są takie, że bawiłam się przy niej świetnie.
Na wstępie chciałabym odnotować, że autorka ambitnie nie poszła w schemat „kujonka / outsiderka + badboy / sportowiec”, a jej bohaterka...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Zastanawiałam się od czego zacząć i w ogóle, jak ocenić tego potworka, ale chyba ograniczę się do stwierdzenia, że gdybym dalej miała 14 lat i zero rozumu, to by mi się pewnie o wiele bardziej spodobał. Więc może to mój wiek nie działa na korzyść Tijan.
Tak czy inaczej, dużo mam do powiedzenia, ale dla porządku zacznijmy od narratorki. Chciałabym móc stwierdzić, że oglądanie wydarzeń z perspektywy osoby tak obojętnej na wszystko, co się wokół niej dzieje, było interesującym eksperymentem społecznym. Jednak musiałabym skłamać, bo nudziłam się przy tym jak mops. Zblazowanie Bren od początku mi się udzielało, przez co dotarłam ostatecznie do etapu absolutnego zobojętnienia – do tego stopnia, że w trakcie „Ekipy” rozpoczęłam i skończyłam inną książkę, czego prawie nigdy nie robię. Jeśli autorka próbowała opisać osobę cierpiącą na depresję albo mierzącą się z traumami (a wydaje mi się, że tak), to wyszło jej to bardzo sucho, bez grama emocji. Dlatego też ciężko jakkolwiek współczuć mi Bren, która prezentuje się jak typowa, zbuntowana laska z historii wattpadowej. Gdybym miała się pokusić o opisanie jej relacji z otoczeniem, porównałabym ją do operatora z Animal Planet, który patrzy jak lwy atakują biedną gazelę i ma wygrzane. Chyba że akurat ktoś zrobi jej na złość. Wtedy wyciąga nóż i zachowuje się jak gangus.
Jedynymi oznakami, że kiedyś przydarzyło się jej coś strasznego, są ciemność, o której Bren wspomina co chwilę z subtelnością rasowego emo z 2013 oraz świetlik. Co za świetlik? NIE MAM POJĘCIA! Autorka nie wyjaśnia tej zawoalowanej metafory, ale z kontekstu można wywnioskować, że ten owad ma jakiś związek z ciemnością (symbolizm do kwadratu?). A najlepsze, że sam wywoływacz traumy to… nawet interesujący pomysł. Oczywiście sknocony doszczętnie, ale przez osobę z lepszym warsztatem miałby potencjał na świetny dramat. Gdyby na przykład rozwiązanie nie nastąpiło tak z dupska, tylko bohaterka po kawałeczku zdradzała je czytelnikowi myślami, snami, zachowaniem… Czego ja oczekuję po książce, której żadne wydawnictwo nie chciało wydać?
Co do przyjaciół naszej milusińskiej, nazywają się Cross, Jordan oraz Zellman (pół-odkurzacz, pół-żyrafa) i są zupełnie stereotypową zgrają schematów. Cross to ten bystry i cichy, co działa, dopóki nie zaczyna więcej gadać. Jordan uważa się za nie wiadomo kogo i aspiruje do roli szefa, poza tym lata do każdego z łapami. A Zellman to totalny oblech, przez jego teksty na temat dziewczyn chciałam puścić pawia. Normalnie dream team.
To znaczy ekipa (NA PEWNO NIE GANG)! Chociaż cały ten system zwala z nóg swoją bezsensownością. Nie wiadomo, po co w ogóle powstały ekipy ani co robią poza piciem piwa i biciem się ze sobą, ani dlaczego dorośli ludzie przejmują się bandą licealistów, którzy już dawno powinni znaleźć się pod nadzorem kuratorskim albo w poprawczaku. I to dla ich własnego dobra. Właściwie poza ciągłym przypominaniem, że ekipy nie działają jak gangi – bo istnieją aż dwie subtelne różnice – autorka zostawia nas z tymi pytaniami i zadowolona dalej pisze o niczym. Początkowo spodziewałam się tutaj wątku nadnaturalnego, ale nic z tych rzeczy.
Większość dialogów między postaciami wygląda jak stworzone przez AI, a nie człowieka, który kiedykolwiek z kimś rozmawiał. Bohaterowie nie odpowiadają sobie na pytania, zmieniają temat bez żadnego powodu lub wtrącają historie, które niczego nie wnoszą. Przez większość czasu mimo szczerych chęci nie rozumiałam, o czym oni właściwie mówią. Na dodatek ilość dyskusji o dupie Maryni wykracza poza wszelkie normy, podobnie jak liczne opisy sytuacji zwykle w książkach pomijanych. Na przykład całe akapity o tym, że ktoś z kimś więcej nie rozmawiał, przebierania się do snu, subtelnej ekspozycji w stylu „jestem siostrą twojej biednej matki i to ja cię wychowałam”. Nie mówiąc już o absurdach świata przedstawionego i zachowania osób dorosłych. Najbardziej w tej kategorii wyróżnia się chyba rozmowa Bren ze szkolną pedagożką, to, co się dzieje w tym gabinecie przechodzi ludzkie pojęcie. W dodatku liczne niespójności sprawiają, że nie raz zastanawiałam się, czy autorka w ogóle przeczytała to chociaż raz przed publikacją.
Wiele do życzenia pozostawia również styl. Od czasu do czasu znikąd pojawiają się słowa (bardzo poważne, jeszcze jak), których nikt normalny nie używa, a na pewno nie zbuntowana nastolatka z kiepskimi ocenami. Doprowadzało mnie do szału również nagromadzenie zdań pojedynczych, przez które tekst wyglądał jak pisany przez piątoklasistę, a dialogi sugerowały, że bohaterowie mówią do siebie z dramatycznymi pauzami. Serio, istnieje coś takiego jak przecinek, warto czasem skorzystać.
Dla osób wrażliwych na te tematy dodam, że w tej powieści zostały zawarte wątki dotyczące przemocy seksualnej i samobójstwa – i totalnie skopane.

Zastanawiałam się od czego zacząć i w ogóle, jak ocenić tego potworka, ale chyba ograniczę się do stwierdzenia, że gdybym dalej miała 14 lat i zero rozumu, to by mi się pewnie o wiele bardziej spodobał. Więc może to mój wiek nie działa na korzyść Tijan.
Tak czy inaczej, dużo mam do powiedzenia, ale dla porządku zacznijmy od narratorki. Chciałabym móc stwierdzić, że...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Zapowiadało się solidne 8/10, aż stopniowo satysfakcja z czytania zaczęła spadać i ostatecznie przewróciła się na mordę pod koniec.
Zacznijmy od tego, że naprawdę byłam pod ogromnym wrażeniem Karciarza w pierwszym tomie. Jego wężowatość, granie tylko do własnej bramki i manipulowanie wszystkimi wokół zaspakajały moją dramożądność. Z tym że to działało, dopóki stał z boku i rozdawał karty, a tutaj autorka zdradziła za dużo, przez co zmienił się w jakąś żałosną kluchę rzucającą frazesami jak z Pinteresta. I to całkowicie niepotrzebnie (moja perspektywa), ponieważ to, czego dowiedziałam się już na jego temat sprawia, że nie widzę tego człowieka w żadnej relacji z nastolatką. Odsłanianie się po paru tygodniach znajomości to zagranie niszczące ciekawy charakter i ja tego nie daruję, wyrażę swój płomienny bunt obcinając gwiazdkę.
Dwa, Duch to praktycznie w tej powieści nie występuje, więc może rozsądniej byłoby wykreślić go z opisu czy coś? Co za ironia, bo jego rozdziały zwykle były świetne, chociaż teoretycznie nie znalazło się w nich dużo więcej niż to, co w poprzedniej części. Ten kontrast między jego narracją a Elli to coś wspaniałego. Nie czułam też lekkiego znużenia, które towarzyszyło mi wcześniej przy rozdziałach Marcusa (mimo całej sympatii, raczej mnie one irytowały), poza tym między moją irytacją a czasem antenowym tego bohatera zachodzi bardzo podejrzana korelacja.
Z kolei Ella to dalej ten godny współczucia i polubienia magnes na przypałowe sytuacje, jednak jej romanse mnie męczą. Serio. Bo jednego dwa razy starszego chłopa z problemami, który okazuje się tym jedynym, można zrozumieć albo próbować bronić. Powtórka z rozrywki sugeruje albo płytkość, albo jakieś zaburzenia. To nie jest normalne, że laska czuje motylki w brzuchu przy każdym przystojnym patusie i ja nie potrafię tego traktować poważnie nawet na potrzeby symulacji. Więc jeśli to miał być opis szczerego przywiązania, to okazał się wybitnie nietrafiony. Mi ta relacja o wiele lepiej grała platonicznie.
Co do samej akcji początek bardzo mi się spodobał - tym razem nie był ani przydługi, ani nudny. Czułam ekscytację, bo nastąpił progres (troszkę utracony przydługim bredzeniem na początku ostatnich rozdziałów, ale i tak mniej tego zauważyłam niż w pierwszym tomie). Podobał mi się też pierwszy etap znajomości Karciarza i Elli, ten przyjacielski. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że zmierzamy do najbardziej oklepanego schematu książkowego i to w przeklętej drugiej części, czyli trójkąta miłosnego. Gdy tylko zrozumiałam, co się święci, to strasznie się wkurzyłam. Na robienie ze mnie kretynki. Na zmarnowany potencjał. Na to, że Alexander i Martina zostali tak bardzo osrani. Na siebie, że za bardzo angażuję się w średniej klasy literaturę.
No cóż, gdyby książka była i superzabawna (a jest, serio, absurdalny humor autorki absolutnie do mnie przemawia i chociażby dla niego warto spróbować zmierzyć się z resztą), i niesamowicie orygnialna to chyba czarna dziura pochłonęłaby naszą rzeczywistość. Nie no, tak szczerze to potrafię wymienić przynajmniej parę lepszych powieści, ale próbuję być miła. Ogólnie to przez dwie trzecie czasu bawiłam się przednio i dlatego tak ciężko mi zdecydować, czy inwestować swój czas (i emocje, ponieważ w tej kwestii jestem jak gąbka) w kontynuację. Z jednej strony fikołki logiczne, a także rozmowy i akcje bohaterów sprawiają, że widzę w tym ogrom potencjału, z drugiej czuję bezsilną złość w stosunku do niezbadanych ścieżek narracyjnych. A nie chciałabym się znowu czuć tak niekomfortowo jak przy tym pseudoromansie Marcusa i Elli.

Zapowiadało się solidne 8/10, aż stopniowo satysfakcja z czytania zaczęła spadać i ostatecznie przewróciła się na mordę pod koniec.
Zacznijmy od tego, że naprawdę byłam pod ogromnym wrażeniem Karciarza w pierwszym tomie. Jego wężowatość, granie tylko do własnej bramki i manipulowanie wszystkimi wokół zaspakajały moją dramożądność. Z tym że to działało, dopóki stał z boku i...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Zdecydowałam się na spoilerową opinię, żeby nie ograniczać się w zrzucaniu z siebie balastu (no, może poza lekkim gryzieniem się w język podyktowanym przez empatię do drugiego człowieka, ha). Od samego początku dało się wyczuć, że klątwa drugiej części nie oszczędziła tej książki, moim największym zarzutem będzie więc ogólna nuuuda w trakcie czytania. Zasadniczo ostatnie dwieście stron (heh) przeleciałam tylko na dialogach i dokończyłam ją wyłącznie, dlatego że kiedy zostawiam niedoczytane powieści, męczą mnie moje demony.
Teraz przejdźmy do konkretów. Rose trochę zidiociała od pierwszego tomu albo to mi zaczęły jej ograniczenia umysłowe bardziej przeszkadzać ze względu na brak ciekawszych wątków. Na papierze skończyła dwadzieścia lat, ale zachowuje się najwyżej na dwanaście (z całym szacunkiem dla rozgarniętych dwunastolatków). I w dalszym ciągu traktuje swoją astmę jak jakiś katar, chociaż tutaj wydaje mi się, że to akurat autorka bez większego researchu wybrała tę chorobę. Jako astmatyczka nie mogę przejść obok takiej głupoty obojętnie – jak można w ogóle pomyśleć, że w czasie ataku wystarczy wystawić łeb przez okno na mroźne powietrze? (tłumacząc łopatologicznie dla niezorientowanych, ale zainteresowanych: jak masz zwężone oskrzela to nie oddychasz i nie pomoże ci świeże powietrze, tylko inhalator; poza tym zimą oddycha się na zewnątrz znacznie gorzej).
W każdym razie teraz parę słów o Zaydenie, który niby od czasu do czasu powie coś mądrego, ale też nie nazwałabym go najostrzejszym ołówkiem w piórniku. Zwykle po prostu stwierdza rzeczy oczywiste, za co główna bohaterka nazywa go "Zaddym" (ten żart nie był śmieszny już za pierwszym razem, a piętnaście razy później mam lekkie odruchy wymiotne). Jego intrygi można skwitować uśmiechem politowania. Na dodatek nie potrafię znaleźć chociażby jednego sensownego powodu, dla którego ktoś miałby się z nim przyjaźnić, nie mówiąc już o romansie. Poza pieniędzmi. Chłop jest obrażony przez 90% czasu, zachowuje się agresywnie w stosunku do przyjaciół, bo jest zły na kogoś innego (ale on po prostu taki jest, pijmy dalej) i wielokrotnie podle względem Rosie (ale jej wystarczy kupić jakieś badyle, żeby zapomniała o tym, że ktoś ją potraktował jak śmiecia, więc luz).
Ich nie-związek porównałabym do kołowrotka chomika. Co chwilę powtarzający się schemat kłótni i niby-godzenia sprawia, że nie musiałabym nawet czytać połowy scen tej książki, żeby ją wiarygodnie streścić. Nieważne, o czym jest ich dyskusja, bo i tak nigdy nic nie wnosi. Zresztą język, jakim między sobą operują też zasługuje na wypunktowanie. Mniej więcej po stu stronach pojawiło się następujące zdanie „Gdybym za każde przekleństwo w naszych dialogach dostawała jednego funta, to już bym sama sobie kupowała brylanty”, więc potraktowałam to jako poważne wyzwanie urozmaicające niezbyt ciekawą lekturę i możliwie rzetelnie wszystko od tej pory liczyłam. Ostateczny wynik to 489 funtów! Oni non stop do siebie bluzgają, a nawet nie liczyłam lżejszych rzeczy typu „cholera”. I nie uwzględniałam myśli ani wulgaryzmów skierowanych do innych osób. Zwykle jakoś bardzo nie przeszkadza mi nagromadzenie przekleństw, ale tutaj to miejscami męczyło (dosłownie nawet poważny prawnik w pewnym momencie zaczął przeklinać jak szewc).
Chciałam się trochę porozpisywać na temat tego, jak toksyczna jest ich relacja, ale zostawmy to. Serio. Zostało jeszcze parę kwestii, które wymagają mojej uwagi. Na przykład wattpadoza świata przedstawionego, czyli jak nie działają instytucje w prawdziwości. Co to za uczelnia wyższa, na której inauguruje się każdy semestr? Czy parlament studencki funkcjonuje na zasadzie dyktatury przewodniczącego, a nie jest wybierany przez studentów, których reprezentuje? Rektor zajmuje się sprawami każdego studenta, czy tylko tych, których lubi? I czy nie powinien mieć czegoś do powiedzenia w kwestii aresztowań na terenie uniwersytetu? Skąd student medycyny wziął morfinę i dlaczego trzyma ją w domu? Dlaczego wszystkie postacie mają problemy z alkoholem i nikt nie widzi w tym nic dziwnego? No i czy ten główny złol nie mógłby być chociaż trochę mądrzejszy i na przykład nie produkować na samego siebie dowodów?
Naprawdę cieszę się, że to już koniec. I nie zamierzam czytać kolejnych części, bo pomimo dobrego startu, ta wyssała ze mnie całą radość z obcowania z nową serią (ja fanka). Zakończenie było raczej do dupy, niby się zeszli, ale chłop stwierdził, że jak mają rok czasu funkcjonować na odległość, to on mimo całej płomiennej miłości swej kuśki w spodniach nie uczymie. Romantyk. O takie powieści nic nie robiłam.
A za ten chujowy żart o Zaddym daję jedną gwiazdkę mniej, bo jestem zawistną żmiją.

Zdecydowałam się na spoilerową opinię, żeby nie ograniczać się w zrzucaniu z siebie balastu (no, może poza lekkim gryzieniem się w język podyktowanym przez empatię do drugiego człowieka, ha). Od samego początku dało się wyczuć, że klątwa drugiej części nie oszczędziła tej książki, moim największym zarzutem będzie więc ogólna nuuuda w trakcie czytania. Zasadniczo ostatnie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Muszę przyznać, że wahałam się między siedmioma a ośmioma gwiazdkami, bo niby mamy do czynienia z trzecią częścią, której schemat nie odbiega zbytnio od wcześniejszych dwóch, ale autor zrobił ogromny progres w paru małych (ale cholernie istotnych!) kwestiach, a poza tym to kawał solidnego czytadła. Do tego dochodzi delikatne zmęczenie materiału z mojej strony po przeczytaniu ich w krótkim odstępie czasu, więc staram się na razie przymknąć oko na to znużenie.
To, co moim zdaniem gra najlepiej to motywacje bohaterów oraz niezmiennie suchy, a jednak przewrotny humor. Działa to mniej więcej tak, że pomimo niechęci do niektórych postaci, potrafiłabym chyba nieźle wyjaśnić powody ich zachowania. Na przykład taka Thalia. Bywa okropnie irytująca, ale po pierwsze ma mentalne dwanaście lat, a będąc drzewem odzwyczaiła się od... człowieczeństwa, no i jest wręcz stereotypowym przypadkiem odpychania miłych / interesujących się nią ludzi, ponieważ dostała już w życiu parę kopniaków. Poważnie, to wybrzmiewa tak dobrze, że aż mi trochę głupio, że jej nie polubiłam. Z kolei co do wątków humorystycznych mam wrażenie, że Riordan odbył ze sobą poważną naradę w stylu "Jak wiele żartów zmieści się w jednej powieści o herosach? Wszystkie.", większość dialogów istnieje tylko po to, żeby rozbawić czytelnika.
Za plus uznaję też fakt, że coraz więcej bogów dostaje swoje cameo. Chociaż bawi mnie to, że Ares wydaje się bardziej interesować Percym niż jego ojciec - ale to mój ulubiony Olimpijczyk, więc absolutnie nie narzekam na częstotliwość jego występów. Tak czy siak, ich wygląd i charaktery tak bardzo oddają! Coś wspaniałego.

Muszę przyznać, że wahałam się między siedmioma a ośmioma gwiazdkami, bo niby mamy do czynienia z trzecią częścią, której schemat nie odbiega zbytnio od wcześniejszych dwóch, ale autor zrobił ogromny progres w paru małych (ale cholernie istotnych!) kwestiach, a poza tym to kawał solidnego czytadła. Do tego dochodzi delikatne zmęczenie materiału z mojej strony po...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Mój boże, wreszcie wolna. Skończyłam. Zasadniczo to od drugiego tomu wzwyż przy serii trzymała mnie tylko ciekawość, czy autorka wykorzysta potencjał paru swoich niezłych pomysłów – odpowiedź brzmi: absolutnie nie. Więc jeśli jesteś jedną z tych osób, które uważają te książki za nieironicznie dobre, to lepiej daruj sobie moją opinię (a jeśli czytasz tak jak ja dla swego rodzaju katharsis, to moje gratulacje za dobrnięcie tak daleko).
Ostatnia część to bardzo licha klamra, która próbuje domknąć wszelkie intrygi wymyślone wcześniej na szybko w ramach naciąganych zwrotów akcji. Z jednej strony autorka próbuje wepchnąć czytelnikom do gardła, że wszystko się zmieniło, a z drugiej w kółko pisze o tym samym i rzuca mądrościami w stylu "może i nasz związek jest toksyczny, ale to u nas działa". Chociaż przyznaję, że Gideon ociupinkę się ogarnął i przynajmniej nie zgrzytałam zębami, kiedy się odzywał. Więc powiedzmy, że daję plusik za przemianę bohatera. Eva też coś tam próbowała zachowywać się niezależni, ale to akurat średnio wyszło.
Tak czy siak, problem powieści polega na tym, że jest kiczowatym romansidłem. Trochę jakby wziąć ostatnie strony przeciętnego harlekina z wyznaniem płomiennej miłości i skopiować pięćset razy. Ciągłe to bredzenie o wielkich (i jakże niezdrowych) uczuciach oraz zwierzęcej chuci sprawiało, że wywracałam oczami i omijałam całe akapity. Byłam tym cholernie zmęczona, serio. GIDEON POTRZEBUJE EVY. Nowe, nie słyszałam – to wcale nie tak, że cztery poprzednie książki wyczerpały tę kwestię. A tajemnicze tajemnice, intryganci i pseudokryminalne wątki rozwiąże się przecież na dziesięciu ostatnich stronach. Podobnie jak relacje rodzinne, które niosły wręcz OLBRZYMI potencjał emocjonalny.
Swoim przydługim narzekaniem zmierzam do tego, że jakby pisała to bardziej utalentowana autorka, historia zamknęłaby się najwyżej w trzech tomach i i tak posiadałaby więcej treści. Ale najsmutniejsze jest to, że nikt nie odda mi straconego czasu XD.
Licznik orgazmów tym razem ubogo: 8 dla Evy, 7 dla Gideona.

Mój boże, wreszcie wolna. Skończyłam. Zasadniczo to od drugiego tomu wzwyż przy serii trzymała mnie tylko ciekawość, czy autorka wykorzysta potencjał paru swoich niezłych pomysłów – odpowiedź brzmi: absolutnie nie. Więc jeśli jesteś jedną z tych osób, które uważają te książki za nieironicznie dobre, to lepiej daruj sobie moją opinię (a jeśli czytasz tak jak ja dla swego...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Muszę przyznać, że spodziewałam się czegoś gorszego. Żebyśmy się nie zrozumieli – to nie jest wybitne dzieło literackie, tylko kawał rozrywkowej i czasem trochę bzdurnej książki.
Pierwsze rozdziały nie były szczególnie korzystne dla głównej bohaterki, ale Rose zyskuje moim zdaniem z czasem. Za jej największą zaletę uznaję chyba to, że potrafi się odezwać, kiedy ktoś zachowuje się w stosunku do niej jak burak. Czasem z tym przesadza, to fakt, ale przynajmniej nie przyjmuje ciosów jak jakaś kiepska podróba Jezusa.
Jej siostra to zupełnie inna bajka. Niby rozumiem jej motywacje, ale mam je gdzieś – to zdecydowanie najbardziej irytująca postać powieści. Zresztą część imprezowych znajomków Lily też ciężko strawić. To wręcz stereotypowi studenci, ciągle chlają i imprezują (a główna bohaterka niby introwertyczka, ale dla fabuły pójdzie zagrać w gimbazjalną gierkę). Tylko dwóch z nich bardziej polubiłam, Charlie'ego i Alexandra (którego ktoś naprawdę powinien trzymać z daleka od alkoholu).
Zayden to bardzo dziwny przypadek. Z jednej strony ma odzywki na poziomie ośmiolatka, z drugiej trochę buja. W ogólnym rozrachunku raczej da się typa polubić z pewnymi zastrzeżeniami.
Jako główny wątek w zasadzie najlepiej wybrzmiewają dramy obyczajowe i ploteczki. Dla mnie dla plus, ale wyobrażam sobie, że ktoś mógłby być zmęczony tym, że ciągle dochodzi do nieporozumień albo pojawiają się niedopowiedzenia. No i tym, że w sumie książka ewidentnie jest pierwszym tomem serii, troszkę jednak rozwleczonym. Mam też mieszane uczucia w stosunku do dialogów, które wydają się w miarę naturalne, ale momentami autorka przesadza z wulgaryzmami. W sensie to, że wszyscy tak mówią albo są "nienaturalni" to… no cóż, gówno prawda.
I tak na marginesie chciałabym, żeby moja astma wyglądała tak jak u Rose. Też bym wolała nie brać leków, ale bardziej wolę nie umrzeć.

Muszę przyznać, że spodziewałam się czegoś gorszego. Żebyśmy się nie zrozumieli – to nie jest wybitne dzieło literackie, tylko kawał rozrywkowej i czasem trochę bzdurnej książki.
Pierwsze rozdziały nie były szczególnie korzystne dla głównej bohaterki, ale Rose zyskuje moim zdaniem z czasem. Za jej największą zaletę uznaję chyba to, że potrafi się odezwać, kiedy ktoś...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Kurczę, muszę przyznać, że nieźle się rozczarowałam. Początkowo myślałam, że powieść ma potencjał na bycie najlepszym babskim romansem, jaki przeczytałam, ale jej druga połowa nie zaspokoiła moich oczekiwań.
Zaczynając od pozytywów, klimat lat 50. i to w San Francisco to naprawdę coś. Autorka wie, co robi. Bohaterowie są wręcz przesiąknięci retro rzeczywistością - czasem do tego stopnia, że chce się zgrzytać zębami. Chociaż i tutaj dostrzegam parę interesujących, ale niedomkniętych wątków (komuniści, a jakże).
Z Lily mam duży problem. Kiedy zaczynałam czytać książkę bardziej z nią sympatyzowałam, ponieważ wydawało mi się, że sporo nas łączy. Uznałam, że jest nieśmiała i przez to mało mówi przy obcych, a strasznego zagubienia z powodu odkrywania własnej seksualności sama doświadczyłam (Lo opisała to w punkt). Czekałam, aż pokaże się z trochę innej strony, ale to nigdy nie nastąpiło. Nawet przy przyjaciołach się nie otwierała i w końcu pogodziłam się z tym, że ona tak naprawdę zwyczajnie nie ma nic do powiedzenia. Postać wydmuszka.
Kathleen wypada tutaj o wiele lepiej, ale pojawiała się trochę za rzadko. Albo raczej rzadko miała w ogóle okazję porozmawiać z główną bohaterką, o ile nie była to rozmowa streszczona w jednym akapicie. Serio, gdyby to faktycznie miał być romans między tymi dwiema, to sugerowałabym usunąć parę opisów nudnej rutyny na rzecz budowania relacji. Reszta postaci ani ziębi, ani grzeje. No, może ciotka Judy lekko się wybija na ich tle, ale pozostali to naprawdę nieciekawa masa randomów. I to niezbyt miłych.
Fabuła powieści też pozostawia wiele do życzenia. Niby wiedziałam, dokąd to wszystko zmierza, a jednak brakowało konkretów i dobrze poprowadzonej akcji. Chociaż akurat rozdziały z perspektywy członków rodziny Lily mi się podobały - ba, angażowały nawet bardziej niż główna historia. Może, dlatego że czytanie w kółko o wątpliwościach osoby, która nie wyciąga żadnych nowych wniosków, to raczej średnia zabawa. Dopiero w samym finale, na stu ostatnich stronach, coś zaczęło się dziać.

Kurczę, muszę przyznać, że nieźle się rozczarowałam. Początkowo myślałam, że powieść ma potencjał na bycie najlepszym babskim romansem, jaki przeczytałam, ale jej druga połowa nie zaspokoiła moich oczekiwań.
Zaczynając od pozytywów, klimat lat 50. i to w San Francisco to naprawdę coś. Autorka wie, co robi. Bohaterowie są wręcz przesiąknięci retro rzeczywistością - czasem do...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Wahałam się do ostatniej chwili, czy nie dać siedmiu gwiazdków, ale zostańmy przy sześciu.
Mimo wszystko Mackenzie to główna bohaterka, której nie mogę nic zarzucić - typ cynamonowej bułeczki, która dla wszystkich chce jak najlepiej i zachowuje się uprzejmie tak po prostu. Chyba musiałabym być z kamienia, żeby jej chociaż trochę nie polubić. W przeciwieństwie do niej Darcy, niestety, nie podbił mojego serca. Początkowo zachowywał się jak cham (bez tragedii, widywałam gorszych, ale i tak sympatii to on swoimi przemyśleniami nie wzbudzał) ze słabo rozwiniętą inteligencją emocjonalną, wydawał się wręcz zawistny. A potem wystarczyło jedno zdanie z morałem rodem z kreskówki dla brzdąców, by odsączyć z niego całą tę żółć. Ech.
Postacie poboczne istnieją, jednak pomimo posiadania charakterów nie ciekawią. Poza dorosłymi właściwie nie mogłabym wskazać żadnej interesującej albo takiej, która by mnie obchodziła.
Fabule też daleko do ideału. Zwłaszcza wątek romantyczny moim zdaniem kuleje i czułam się nim zwyczajnie znudzona. I nie chodzi tu o ślimacze tempo rozwoju (potrafię być cierpliwa, co sama sobie udowodniłam, zachwycając się książką Foz Meadows), tylko raczej o jego brak. Autorka nie buduje wolno czegoś głębszego, ona z niczego robi fajerwerki, jakby jedna rozmowa mogła zbudować bliskość. O niebo lepiej wypadł tu wątek rodzinnego dramatu Mackenzie, który powodował, że aż gotowałam się ze złości albo chciało mi się płakać. Emocje nastolatki, która przeżywa rozwód rodziców, zostały w tej powieści naprawdę dobrze opisane. Szczerze mówiąc, to czekałam na kontynuację tego wątku, kiedy powinnam zachwycać się słodko-pierdzącymi scenkami romantycznymi.
Więc chyba polecam, ale z zastrzeżeniem, że raczej nie dla romansu.

Wahałam się do ostatniej chwili, czy nie dać siedmiu gwiazdków, ale zostańmy przy sześciu.
Mimo wszystko Mackenzie to główna bohaterka, której nie mogę nic zarzucić - typ cynamonowej bułeczki, która dla wszystkich chce jak najlepiej i zachowuje się uprzejmie tak po prostu. Chyba musiałabym być z kamienia, żeby jej chociaż trochę nie polubić. W przeciwieństwie do niej Darcy,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Oookej, to jest dla mnie naprawdę ciężki orzech do zgryzienia, zważywszy na fakt, że kolejne części coraz mniej przypominają odrębne powieści, a bardziej epizody tureckiego tasiemca, w którym ciężko przewidzieć, kto zostanie czyim bratem. Gdybym musiała brać to pod uwagę, raczej nie mogłabym dać więcej niż 3/10. Z drugiej strony nigdy przecież nie udawałam, że moje oceny to coś więcej niż zestawienia rzeczy, które mi się podobały lub nie.
W tym tomie autorka serwuje nam więcej denerwujących akcji, więcej kłamstw, które nie mają logicznego sensu, więcej niepokojących i niedopuszczalnych w stosunku do partnera zachowań. I wszystko to w kółko i w kółko, jak w "Dniu świstaka". Poza tym ilość rozpoczętych i niezmierzających do końca wątków robi się przytłaczająca. Ale też TYCI progres bohaterów - mniej chorego na łeb (tak, wiem, że nieładnie tak mówić) Gideona oraz bardziej rozsądnej emocjonalnie Evy. W dodatku od czasu do czasu rozmawiają oni teraz ze swoimi przyjaciółmi (NO NIE WIERZEĘ) i nawet rusza się coś w sprawach rodzinnych Crossa. Pojawiają się sceny, które nadają tej szmirze głębi, której nie oczekiwałam, bo czytam to tylko z uwagi na to, że jestem koneserem słabej literatury.
W dalszym ciągu jednak nie widzę powodu, dla którego należałoby rozwlekać historię na dwie, może trzy części na tyle książek. No, chyba że autorka też bawiła się w grę terenową polegającą na liczeniu orgazmów (razem 19 - 8 Gideona i 11 Evy; wcześniej liczyłam tylko jej ze względu na narrację, więc chyba można powiedzieć, że widać tendencję spadkową). Tak czy inaczej, nie sądzę, żeby ktoś, kto nie lubi takich wypocin, dał radę przebrnąć.

Oookej, to jest dla mnie naprawdę ciężki orzech do zgryzienia, zważywszy na fakt, że kolejne części coraz mniej przypominają odrębne powieści, a bardziej epizody tureckiego tasiemca, w którym ciężko przewidzieć, kto zostanie czyim bratem. Gdybym musiała brać to pod uwagę, raczej nie mogłabym dać więcej niż 3/10. Z drugiej strony nigdy przecież nie udawałam, że moje oceny to...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Drugie podejście uznaję za o wiele bardziej udane - może jako istota piętnastoletnia nie byłam w stanie pojąć geniuszu starego chłopa.
A tak na poważnie to naprawdę dobrze się bawiłam, wracając do tego świata i wyłapując pewne smaczki. Raczej nie przepadam za opowiadaniami, ale konstrukcja zbioru jest na tyle sensowna, że jakoś epizodyczność mi nie przeszkadzała. Bohaterowie zostali opisani w przyjemnie swojski sposób, nawet ci poboczni wypadają bardzo wiarygodnie. Dużym atutem autora jest język, którym operuje - dialogi pomimo pseudohistorycznej stylizacji są naturalne, a narracja płynna; nawet poetyckość, na którą mam alergię, mnie nie denerwowała.
To teraz trochę o minusach. Bardzo lubię Geralta jako postać (zwłaszcza kiedy zaczyna gadać do Płotki, dla tych momentów żyję), ale trochę brakowało mi zagłębienia się w jego głowę. Narracja trzecioosobowa to nie powód do skąpienia opisów przeżyć wewnętrznych głównego bohatera, a to tajemnicze "domyśl się, czytelniku" powodowało u mnie lekką frustrację. Nie każdy lubi bawić się w emocjonalnego detektywa. Poza tym trochę nie wiem, co myśleć o niektórych współczesnych słowach i określeniach, które czasem się pojawiają pomiędzy chłopską gadką. Czarodzieje używający zupełnie specjalistycznej terminologii jak najbardziej pasują, ale takie legginsy? Meh. Zresztą o strojach też bym sobie mogła pomarudzić.

Drugie podejście uznaję za o wiele bardziej udane - może jako istota piętnastoletnia nie byłam w stanie pojąć geniuszu starego chłopa.
A tak na poważnie to naprawdę dobrze się bawiłam, wracając do tego świata i wyłapując pewne smaczki. Raczej nie przepadam za opowiadaniami, ale konstrukcja zbioru jest na tyle sensowna, że jakoś epizodyczność mi nie przeszkadzała....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Naprawdę starałam się dotrzeć do końca. Zaangażowałam nawet swoje rezerwy w postaci punktów do skleconego na szybko bingo, ale doszłam do połowy i poległam. Głównie przez wzgląd na to, że zaczęłam się wkurzać na bohaterów do tego stopnia, że straciłam przyjemność z czytania, a przecież o to się ostatecznie rozchodzi. Mimo wszystko postaram się w możliwie rzeczowy sposób opisać wrażenia ku przestrodze innych.
Zacznę od głównej bohaterki, Amari. Ta dziewczyna to połączenie braku asertywności z kopalnią głupich decyzji. Mimo (nie jakichś znowu wielkich) chęci nie udało mi się jej polubić, ponieważ nie posiada zainteresowań, nie wykazuje pozytywnych cech, a poza tym często kłamie i jest nieprzyjemna dla otoczenia.
Liam to przypadek beznadziejny. Zachowuje się podle, praktycznie bez przerwy stosuje przemoc psychiczną i fizyczną na słabszych - na dodatek zdaje się, że go to podnieca. Dla porównania Gideon Cross (aktualnie czytam serię Sylvii Day) to przy nim całkiem sympatyczny gość, a dotychczas był moim numerem jeden w Top 10 Najgorszych Wybranków Serca.
Z postaci drugoplanowych na wyróżnienie zasługuje "przyjaciółka" Emma i ojciec Amari. Ciężko wskazać mi sensowny powód, dlaczego główna bohaterka się z nią przyjaźni, ponieważ Emma kompletnie ignoruje jej emocje, zwłaszcza gdy w pobliżu pojawia się przystojny facet. Do Thomasa mam inny zarzut - to najgorszego sortu NPC. Nie zadaje żadnych pytań, nie reaguje na alarmujące sytuacje dziejące się obok i znika niezauważony, kiedy tylko przestaje być potrzebny.
Fabuła istnieje, ale nie porywa. Mówiąc krótko, to najwyżej poprawny ciąg przyczynowo-skutkowy, który nie jest pozbawiony dziur logicznych i leniwych uproszczeń (np. bohaterka dowiaduje się o tajemniczych aspektach świata przedstawionego z biblioteki). Uczciwie przypominam, że nie zapoznałam się z całością, ale w momencie, do którego dotarłam, wątek romantyczny praktycznie nie istnieje, pomimo że ścieżki Liama i Amari przecinają się od samego początku. Ich relacja nie rozwinęła się ani ociupinkę.
Warto też moim zdaniem pochylić się nad językiem, który pozostawia wiele do życzenia. Szyk zdań bywa nienaturalny, dialogi niezręczne, a opisy to pseudopoetycki bełkot dodający zbędnego patosu. Poza tym nie rozumiem, dlaczego autorka zdecydowała się na uwzględnienie narracji Liama, skoro nie miała nic nowego, ciekawego, do zaprezentowania. Bo jego rozdziały ograniczają się zwykle do powtórki akcji z poprzedniego fragmentu, ale z jego (niezbyt rozwiniętymi) przemyśleniami.
Próbowałam podejść do tego z dystansem, bo wydaje mi się, że pisała to osoba niedoświadczona, a każdy kiedyś zaczynał. Po prostu wydaje mi się, że ta historia mogłaby stać się o wiele lepsza, gdyby ktoś poświęcił jej więcej czasu i serca. Nawet schematy da się ciekawie ograć.

Naprawdę starałam się dotrzeć do końca. Zaangażowałam nawet swoje rezerwy w postaci punktów do skleconego na szybko bingo, ale doszłam do połowy i poległam. Głównie przez wzgląd na to, że zaczęłam się wkurzać na bohaterów do tego stopnia, że straciłam przyjemność z czytania, a przecież o to się ostatecznie rozchodzi. Mimo wszystko postaram się w możliwie rzeczowy sposób...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to