Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz
Okładka książki Chiral Eduardo Damasceno, Luís Felipe Garrocho
Ocena 4,0
Chiral Eduardo Damasceno, Luís Felipe Garrocho

Na półkach:

„Chiral” to krótka historia, w zasadzie opowiadanie, o międzypokoleniowej łączności i poczuciu odpowiedzialności za siebie i najbliższych.

Mamy tutaj dwa plany czasowe, nota bene bardzo interesująco zilustrowane. Ich bohaterami są odpowiednio kapitan statku, którego misją jest walka z morskimi potworami zagrażającymi wiosce i mieszkająca lata później w tej wiosce dziewczyna, która szuka inspiracji w pamiętniku kapitana.

Główna zaleta? Świetne rysunki. Wada? Niewielka objętość. To historia na niewiele ponad kwadrans. Idealna do jakiejś antologii, ewentualnie jako wstęp do większej powieści graficznej. Natomiast jako samodzielne dzieło „Chiral” w moim odczuciu średnio się broni. Ładne, ale 40 stron to za mało, by – jak pisze wydawca – komiks był „pełen przemyśleń na temat życia i krytyki konwenansów społecznych”. No nie jest.

Dla fanów tego medium.

„Chiral” to krótka historia, w zasadzie opowiadanie, o międzypokoleniowej łączności i poczuciu odpowiedzialności za siebie i najbliższych.

Mamy tutaj dwa plany czasowe, nota bene bardzo interesująco zilustrowane. Ich bohaterami są odpowiednio kapitan statku, którego misją jest walka z morskimi potworami zagrażającymi wiosce i mieszkająca lata później w tej wiosce...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

„Sól ziemi” to książka, która przemówiła do mnie o wiele słabiej, niż miałem nadzieję, że przemówi.

Zasiadałem do czytania pełen dobrej wiary. Także dlatego, że udało mi się zdobyć wydanie z Biblioteki Narodowej. Chciałem, aby lektura – dzięki znakomitemu opracowaniu prof. Ewy Wiegandt – była jak najpełniejsza. I dostałem książkę, w której nawet taki dyletant jak ja zauważa ślady wielkości. Niestety, ostatecznie „Sól ziemi” pozostawiła mnie z uczuciem... niedosytu? Aż pozwolę sobie użyć współczesnej nowomowy: nasze wrażliwości okazały się niekompatybilne.

W warstwie fabularnej nie dzieje się tutaj przesadnie wiele. Poznajemy losy Piotra Niewiadomskiego, niepiśmiennego pracownika kolei, pół Polaka, pół Hucuła. Śledzimy kilka tygodni z jego życia podczas lata 1914 roku, czyli początków I wojny światowej: od komisji wojskowej, po podróż koleją do koszarów, aż do przysięgi na wierności cesarzowi Austro-Węgier. Jako że mamy do czynienia z powieścią mocno pacyfistyczną, nietrudno się domyślić, że Piotr przedstawiony jest jako nieomal ubezwłasnowolniony trybik w wojennej machinie. I to pomimo faktu, że nie ma tu żadnych opisów walk czy działań wojennych, jak chociażby u Remarque’a.

Ale to nie wszystko. Poza Piotrem poznajemy również paru charakterystycznych bohaterów drugoplanowych. Takich między innymi, jak Dr Jellinek, feldfebel Bachmatiuk czy nawet Magda, kochanka Piotra. To postacie z krwi i kości, nie rekwizyty. Do tego dostajemy kilka fantastycznych scen, jak chociażby te przedstawiające komisję wojskową czy odjazd pociągu z rekrutami.

Zatem skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Drażniła mnie mitologizacja świata przedstawionego, tej huculskiej biedy i bierności, bo jakoś nie potrafię połączyć estetycznych uniesień narratora z losem tych tysięcy nieszczęśników rzuconych wojnie na pożarcie. Nie przemawiał do mnie również biblijno-młodopolski, momentami baśniowy język. Znowu – wszystko to jak na mój gust zbyt piękne, przeestetyzowane. Rozumiem zamysł, doceniam wykonanie, ale po prostu nie. Może gdybym nie wiedział, że książka Wittlina miała być pierwszym tomem trylogii wojennej, spodobałaby mi się bardziej? A tak gdzieś z tyłu głowy miałem to poczucie, że czytam rzecz niedokończoną, wstęp do czegoś naprawdę wielkiego, co jednak nigdy nie powstało.

Podsumowując: rozumiem kogoś, kto uznaje „Sól ziemi” za jedną z najlepszych powieści w historii polskiej literatury. Ja jednak tym razem się nie zachwyciłem. Próbowałem, starałem się, ale nie. Książkę paradoksalnie polecam, lecz w najbliższym czasie raczej do niej nie wrócę.

„Sól ziemi” to książka, która przemówiła do mnie o wiele słabiej, niż miałem nadzieję, że przemówi.

Zasiadałem do czytania pełen dobrej wiary. Także dlatego, że udało mi się zdobyć wydanie z Biblioteki Narodowej. Chciałem, aby lektura – dzięki znakomitemu opracowaniu prof. Ewy Wiegandt – była jak najpełniejsza. I dostałem książkę, w której nawet taki dyletant jak ja...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Pijak Hans Fallada, Jacob Hinrichs
Ocena 7,0
Pijak Hans Fallada, Jacob Hinrichs

Na półkach:

Powieść graficzna, w której autor łączy biografię niemieckiego pisarza, Hansa Fallady, z fabułą jednej z jego książek, czyli z tytułowym „Pijakiem”.

„Pijak” Fallady to krótka i w gruncie rzeczy niezbyt skomplikowana historia, która bardzo dosadnie pokazuje, na czym polega alkoholowy nałóg. Owszem, jest może odrobinę zbyt dosłowna, ale dzięki temu trafia w sam środek tarczy – bez nadmiernego filozofowania czy półśrodków. W ogromnym skrócie – Erwin Sommer, tytułowy „Pijak”, jest zwykłym mieszczaninem, który w zasadzie z dnia na dzień postanawia zostać alkoholikiem. Nietrudno się domyślić, jak to się skończy: upadkiem na dno w stanie czystym. A jako że Erwin nie jest mimo wszystko idiotą – przynajmniej nie pod tym względem – w międzyczasie oddaje się również rozważaniom o wolności czy odpowiedzialności za siebie i innych. Arcydziełem bym tej książki nie nazwał, ale już bardzo przyzwoitą literaturą – jak najbardziej. Tutaj moja recenzja (https://lubimyczytac.pl/ksiazka/pijak/opinia/51828248).

Jacob Hinrichs spaja w jedną opowieść poplątane losy Fallady z historią Erwina Sommera. Robi to zgrabnie, w przemyślany sposób, ale chyba trochę powierzchownie. Przez to nie wszystkie wątki, które pojawiają się na kartach komiksu, mogą być zrozumiałe bez znajomości powieści. Poza tym uważam, że gdyby nie dość rozbudowane posłowie, czytelnicy nieznający powieściowego pierwowzoru mogliby momentami poczuć się odrobinę zdezorientowani.

Hinrichs nadrabia jednak rysunkami – zdecydowaną, grubą kreską, bez cieniowania, z bardzo wyrazistymi kolorami. Nie trzeba być ekspertem od malarstwa, żeby zauważyć tutaj wpływ ekspresjonizmu. Zresztą jedna ilustracja jest dosłownym cytatem „Krzyku” Edwarda Muncha. Robi to naprawdę mocne wrażenie – programowo brzydkie, pozornie niedbałe rysunki, doskonale podkreślają wymowę tej książki. W połączeniu z niektórymi wątkami – na przykład narkotykowym nałogiem Fallady czy jego próbą samobójczą – dostajemy naprawdę piorunującą mieszankę.

Nie podobały mi się jedynie drobne anachronizmy. Owszem, autor w posłowiu przyznaje, że zależało mu na tym, aby „wyrwać [Falladę] z ram czasowych i umieścić w teraźniejszości”, ale mnie osobiście ten zabieg niezbyt przypadł do gustu.

Mimo wszystko książka Hinrichsa to dobra rzecz, godna polecenia. Przy czym przed jej przeczytaniem warto chyba najpierw poznać literacki pierwowzór.

Powieść graficzna, w której autor łączy biografię niemieckiego pisarza, Hansa Fallady, z fabułą jednej z jego książek, czyli z tytułowym „Pijakiem”.

„Pijak” Fallady to krótka i w gruncie rzeczy niezbyt skomplikowana historia, która bardzo dosadnie pokazuje, na czym polega alkoholowy nałóg. Owszem, jest może odrobinę zbyt dosłowna, ale dzięki temu trafia w sam środek tarczy...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Niemiecki komiks, wydany na 150-lecie powstania pozarządowej, chrześcijańskiej organizacji opiekującej się osobami z zaburzeniami – intelektualnymi i ze spektrum autyzmu; czy to w ogóle może być dobre? Moja pierwsza odpowiedź na tak zadane pytanie była mocno wątpiąca. Mało tego – początkowo uznałem, że takie dziełko jest idealnym sposobem na wyciągnięcie paru dofinansowań czy grantów. Czy tak było, nie wiem. Wiem za to, że „Upadek” Mikaela Rossa jest o wiele lepszy, niż w moim odczuciu miał prawo być. I jeżeli jakieś granty wpadły do kieszeni autora, to przynajmniej napisał za te pieniądze naprawdę przyzwoitą książkę.

W ogromnym skrócie: matka Noela, głównego bohatera, ma udar. Jako że chłopak cierpi na zaburzenie rozwojowe – prawdopodobnie coś ze spektrum, być może dodatkowo lekką niepełnosprawność intelektualną – trafia do ośrodka opiekuńczego. I większa część komiksu jest historią Noela w tym ośrodku. Historią krótką, bo do przeczytania na jeden wieczór. Ale za to wartościową. Bez romantyzowania zaburzeń ze spektrum, tak często spotykanego w popkulturze. Bez epatowania brutalnością czy beznadzieją, ale też bez pudrowania niełatwej rzeczywistości ludzi, którzy jednak mogą mieć problemy z codziennym funkcjonowaniem w społeczeństwie. Chociażby ze względu na fakt, że potrafią być nie tylko nieodpowiedzialni, lecz także przemocowi – tak wobec siebie, jak i dla otoczenia.

W „Upadku” nie znajdziemy również fałszywego współczucia czy miłosiernego zrozumienia w duchu oświeconego, dobrze odkarmionego, zachodniego chrześcijaństwa. Pojawi się za to kilka zabawnych scen, parę gagów, jakaś mocna, historyczna reminiscencja. I generalne poczucie, że może nie wszystko skończy się źle. I że są na tym świecie ludzie, którym rzeczywiście zależy.

Co do warstwy graficznej – chyba jest dobrze. Charakterystyczna, lekko niedbała kreska, tworząca zaskakująco czytelne, dynamiczne kadry, doskonale się tutaj sprawdza. Nie przytłacza, za to nadaje opowiadanej historii zdecydowanie lżejszego tonu. Świetny zabieg, przy czym to wciąż nie jest w moim odczuciu komiks dla dzieci. Tu i ówdzie pojawia się mimo wszystko kilka dość sugestywnych kadrów.

Podsumowując: „Upadek” to komiks zdecydowanie warty przeczytania. Polecam wszystkim.

Niemiecki komiks, wydany na 150-lecie powstania pozarządowej, chrześcijańskiej organizacji opiekującej się osobami z zaburzeniami – intelektualnymi i ze spektrum autyzmu; czy to w ogóle może być dobre? Moja pierwsza odpowiedź na tak zadane pytanie była mocno wątpiąca. Mało tego – początkowo uznałem, że takie dziełko jest idealnym sposobem na wyciągnięcie paru dofinansowań...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Najbardziej znana książka Marcina Wichy, czyli „Jak przestałem kochać design”, średnio mi się spodobała. Była dla mnie przerostem formy nad treścią. Jak gdyby nie została stworzona na serio, tylko dla wicu, błyskotliwej puenty czy kilku imprezowych anegdotek. Mimo wszystko uznałem, że dam Wisze jeszcze jedną szansę i sięgnę po jego kolejny hit, czyli „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”. I od razu muszę powiedzieć, że w moim odczuciu jest to książka o jakieś dwie klasy lepsza od „Designu”.

Żeby nie było – tutaj też autor niekiedy sili się na oryginalność, uwodzi tymi swoimi ironicznymi, nieśmiesznymi uwagami, których tak nie lubiłem w „Designie”. I te jednozdaniowe puenty na końcu niektórych rozdziałów – okropność. Nie rozumiem potrzeby takiego podbijania bębenka, odrzuca mnie taki styl – nie wszystko musi zostać podsumowane z przytupem, nawet w takiej na poły eseistycznej, na poły autobiograficznej literackiej autokreacji.

Tyle tylko, że w pewnym momencie, szczególnie w drugiej części książki, Wicha pisze coraz bardziej na serio. I jest o wiele lepiej. Już nie sapie z samozadowolenia, nie szczerzy zębów w udawanym uśmiechu, nie pozuje na Tomasza Adamka dla inteligentów (taka potrójna hiperbola jest nota bene bardzo w jego stylu – jednocześnie mętna i błyskotliwa). Otwarcie chociażby konfrontuje się ze swoim żydowskim pochodzeniem, nie chowając się za słabą ironię. Rzecz jasna nie pisze całej prawdy – zrobił to za niego niezastąpiony Ebenezer Rojt na „Kompromitacjach”, kto ciekawy, znajdzie bez problemu. No ale nie o prawdę w takiej literaturze chodzi, więc jestem w stanie wybaczyć tych kilka przemilczeń.

Naprawdę Wicha błyszczy, gdy – już zupełnie na poważnie – pisze o umieraniu własnej matki. Nie udaje, nie błaznuje – i nagle mamy do czynienia z naprawdę świetną literaturą. Wyważoną, bez zbędnych słów, w zasadzie bez żadnego patosu. Czytamy elegię napisaną przez mężczyznę w średnim wieku – i mu wierzymy. Przynajmniej ja wierzę. I być może to ze mną jest coś nie tak, ale kontrast pomiędzy poważnym Marcinem Wichą a jego złym wesołkowatym bratem bliźniakiem jest tak duży, że dla mnie to wygląda nieomal jak jakieś rozdwojenie literackiej jaźni.

Niestety, ani ja, ani nikt inny już nigdy nie zapyta Marcina Wichy o jego twórczość. Zabrało chłopa, gdy był w sile wieku. Szkoda, bo to jest jeden z tych przypadków, gdzie chciałoby się konfrontować dalej, krzyczeć na autora i jego książki, a następnie wracać do nich później, w innych okolicznościach.

Tym niemniej „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” polecam.

Najbardziej znana książka Marcina Wichy, czyli „Jak przestałem kochać design”, średnio mi się spodobała. Była dla mnie przerostem formy nad treścią. Jak gdyby nie została stworzona na serio, tylko dla wicu, błyskotliwej puenty czy kilku imprezowych anegdotek. Mimo wszystko uznałem, że dam Wisze jeszcze jedną szansę i sięgnę po jego kolejny hit, czyli „Rzeczy, których nie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Niepamięć absolutna Mariusz Pitura, Antoni Serkowski
Ocena 6,2
Niepamięć absolutna Mariusz Pitura, Antoni Serkowski

Na półkach:

Jeden z tych komiksów, którego warstwa wizualna spodobała mi się o wiele bardziej, niż fabularna. Historia jakich w SF wiele – dystopijna przyszłość, wszechobecne roboty i nasz bohater – buntownik z wyboru i kontestator rzeczywistości. Na plus – uniwersum, fantastyczne, ekspresyjne rysunki, niezły koniec. Bez szału – główny bohater i fabuła. Nie oczekiwałem niczego przesadnie rozbudowanego, ale mam wrażenie, że z tej historii naprawdę można było wycisnąć więcej.

Z tego co się orientuję „Niepamięć absolutna” jest debiutanckim komiksem obydwu autorów. Za to daję jedną gwiazdkę ekstra. I z niecierpliwością czekam na to, co jeszcze wymyślą.

Jeden z tych komiksów, którego warstwa wizualna spodobała mi się o wiele bardziej, niż fabularna. Historia jakich w SF wiele – dystopijna przyszłość, wszechobecne roboty i nasz bohater – buntownik z wyboru i kontestator rzeczywistości. Na plus – uniwersum, fantastyczne, ekspresyjne rysunki, niezły koniec. Bez szału – główny bohater i fabuła. Nie oczekiwałem niczego...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

„Rodacy” Topora przypominają mi trochę rysunkową twórczość Marka Raczkowskiego, tak treściowo, jak i ze względu na kreskę. To kilkanaście lekko groteskowych opowieści ukazujących Polaków portret własny – momentami złośliwy i zabawny, momentami bardziej na serio. Na pierwszy rzut oka rysunki wyglądają na niedbałe, ale można na nich zobaczyć zaskakująco wiele detali. Ot, taka niewielka książeczka na kilkadziesiąt minut, raczej wstęp do czegoś większego, aniżeli pełnoprawna publikacja. Jak ktoś potrzebuje czegoś lżejszego na wieczór, to w sumie dlaczego nie.

„Rodacy” Topora przypominają mi trochę rysunkową twórczość Marka Raczkowskiego, tak treściowo, jak i ze względu na kreskę. To kilkanaście lekko groteskowych opowieści ukazujących Polaków portret własny – momentami złośliwy i zabawny, momentami bardziej na serio. Na pierwszy rzut oka rysunki wyglądają na niedbałe, ale można na nich zobaczyć zaskakująco wiele detali. Ot, taka...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Ta książka naprawdę się stara, żebym jej nie polubił.

Na przykład ten poetycki i sentymentalny ton, którym w naszej literaturze często opisuje się Kresy – tutaj okolice Krzemieńca i Lwowa. Nie potrafię czytać takich powieści i nie mieć przed oczami tego charakterystycznego stylu opowiadania, jaki można zaobserwować chociażby w filmach z serii „U Pana Boga za piecem”. Taka specyficzna narracja, opisująca Kresy - u Paźniewskiego przedwojenne - jako lekko szaloną, lecz urokliwą krainę, w której może jest biednie, ale za to w miarę zgodnie. No nie wiem, nie mieszkałem tam wówczas, ale mam wątpliwość, czy nie był to czasem pozorny, powierzchowny spokój.

Inspiracje też nie są trudne do zauważenia. Schulz, Kuśniewicz, Konwicki – te przychodzą mi jako pierwsze do głowy. To rzecz jasna świetna literatura, ale mam wrażenie, że Paźniewski nawet nie próbuje być chociaż odrobinę oryginalny. Podobnie budowane metafory, bliźniaczy styl, podobna konstrukcja bohaterów – naprawdę nie trzeba być przesadnie oczytanym, żeby natychmiast rozpoznać znane tropy.

Do tego brak rozdziałów. Nie wiem dlaczego, że niby historia ma płynąć, a my razem z nią? Tyle tylko, że nie płynie, lecz przeskakuje z miejsca na miejsce, od bohatera do bohatera, od motywu do motywu. Osobiście średnio to lubię – w moim odczuciu więcej światła między rozdziałami to też literatura. W tym przypadku cisza też mówi i jednocześnie pozwala złapać oddech, zastanowić się. Tutaj mamy dość jednolity blok tekstu.

Tak więc nie powinna mi się ta książka podobać, a jednak jest inaczej. Czytałem ją trochę za długo, momentami irytowałem się, ale ostatecznie tę opowieść o zwyczajnych szaleństwach po prostu polubiłem. Chyba najbardziej ujął mnie tutaj wszechogarniający klimat zbliżającej się katastrofy – akcja książki dzieje się głównie w lecie 1939 roku. Bohaterowie przeczuwają, a my wiemy, że za niedługo rozpęta się piekło, a z tej dziwnej krainy i z jej mieszkańców wiele nie zostanie. Bardzo dojmujące uczucie.

Nie wiem, czy ta powieść była wznawiana, ale nietrudno ją znaleźć w bibliotekach czy internetowych antykwariatach. Jak ktoś nie zna, to rzecz jasna polecam – raczej się nie zawiedzie.

Ta książka naprawdę się stara, żebym jej nie polubił.

Na przykład ten poetycki i sentymentalny ton, którym w naszej literaturze często opisuje się Kresy – tutaj okolice Krzemieńca i Lwowa. Nie potrafię czytać takich powieści i nie mieć przed oczami tego charakterystycznego stylu opowiadania, jaki można zaobserwować chociażby w filmach z serii „U Pana Boga za piecem”. Taka...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

„O tyranii. Dwadzieścia lekcji z dwudziestego wieku” Timothy’ego Snydera to niewielki esej na jeden wieczór. Tytułowe lekcje to krótkie rozdziały zatytułowane m.in. „Nie bądź z góry posłuszny”, „Wierz w prawdę”, „Bądź dociekliwy” itd. W nich amerykański historyk w przystępny i prosty sposób wykłada swoje racje i przytacza argumenty dotyczące konieczności oporu wobec władzy zdradzającej autorytarne zapędy.

Tezy Snydera nie są rzecz jasna odkrywcze ani rewolucyjne, ponadto można je zauważyć również w jego pisarstwie historycznym. No ale celem tej niewielkiej książeczki nie jest kolejny przewrót kopernikański, tylko przystępne wskazanie konsekwencji bierności społeczeństw wobec polityków, których apetyt na władzę jest odrobinę zbyt duży jak na demokratyczne standardy.

Swoją książkę Snyder wydał w 2017 roku, podczas pierwszej kadencji Donalda Trumpa jako prezydenta USA. Pisał ją ewidentnie z myślą o amerykańskim czytelniku. I muszę przyznać, że większość przewidywań Snydera dotyczących amerykańskiej polityki spełniła się. Co jest w sumie bardzo niepokojące, bo nie były to przesadnie pozytywne prognozy.

Niestety, amerykański historyk trochę nie doszacował niektórych współczesnych procesów, chociażby tych związanych z postprawdą czy rolą internetu w służbie reżimów. No ale pisał swoją książkę jeszcze przed pandemią i regularną wojną na Ukrainie. Nie było większych szans, żeby mógł przewidzieć, jak będzie wyglądał świat w 2026 roku.

Tak czy inaczej esej „O tyranii” warto poznać. Niczyim światopoglądem raczej nie wstrząśnie, ale jego przeczytanie nie powinno komukolwiek zaszkodzić.

„O tyranii. Dwadzieścia lekcji z dwudziestego wieku” Timothy’ego Snydera to niewielki esej na jeden wieczór. Tytułowe lekcje to krótkie rozdziały zatytułowane m.in. „Nie bądź z góry posłuszny”, „Wierz w prawdę”, „Bądź dociekliwy” itd. W nich amerykański historyk w przystępny i prosty sposób wykłada swoje racje i przytacza argumenty dotyczące konieczności oporu wobec władzy...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Są takie książki, które same się czytają – błyskotliwe, momentami zabawne, przemyślane – po których niewiele w mojej głowie zostaje. „Jak przestałem kochać design” to jak dla mnie idealny przykład takiej literatury.

Może to wina oczekiwań? Może czas nie taki? Nie wiem. Żeby nie było – łatwo mi sobie wyobrazić kogoś, kto uzna ten zbiór felietonów/aforyzmów/miniesejów za coś naprawdę dobrego. Lekkiego gdzie trzeba, z humorem, paroma celnymi obserwacjami. I będzie bardzo zadowolony z lektury. Bo w sumie zbytnio się nie pomyli – na te teksty naprawdę przyjemnie się patrzy.

Dla mnie to jednak mało. Coś jak pączek na śniadanie. Niby wszystko w porządku, kop energii jest, ale po chwili człowiek i tak głodny, a na dodatek zasłodzony i palce się lepią. „Jak przestałem kochać design” jest takim pączkiem. To mógłby być świetny zbiór esejów o naprawdę ciekawych tematach. Do tego kilka autobiograficznych wtrętów, parę filozoficznych uwag – i byłbym bardzo zadowolony. Nawet gdyby nie wszystko pokrywało się z faktami; na przykład taki Herbert w „Kamieniu z Katedry” z tomu „Barbarzyńca w ogrodzie” nazmyślał, poprzeinaczał i w ogóle „napożyczał” informacji od innych autorów – ale jak to się czyta!

A u Wichy? Tu jakiś obrazek, tam anegdotka, gdzieś w tle pojawiają się nieomal obowiązkowi Żydzi (obowiązkowi, bo co to za zbiór polskich współczesnych esejów bez jakiejkolwiek wzmianki o Żydach). Do tego parę aforyzmów, kilka biografii potraktowanych bardzo pobieżnie – i to wszystko. Kiedyś, kilkanaście lat temu, takie rzeczy pisano na blogach. Nie żartuję – jeśli ktoś śledził blogosferę tak gdzieś do 2015 roku, to natychmiast rozpozna pisanie Wichy. Niegłupie i pomysłowe, o którym zapominamy natychmiast po zamknięciu zakładki w przeglądarce.

Jeżeli ktoś ceni taką niezobowiązującą literaturę, to „Jak przestałem kochać design” z pewnością polubi i może spokojnie dodać ze dwie gwiazdki do końcowej oceny. Bo ta książka jest naprawdę w porządku. Ja jednak nie zamierzam do niej wracać. Nie żałuję, że ją przeczytałem, ale gdybym nie przeczytał, to też nic złego by się nie stało.

Są takie książki, które same się czytają – błyskotliwe, momentami zabawne, przemyślane – po których niewiele w mojej głowie zostaje. „Jak przestałem kochać design” to jak dla mnie idealny przykład takiej literatury.

Może to wina oczekiwań? Może czas nie taki? Nie wiem. Żeby nie było – łatwo mi sobie wyobrazić kogoś, kto uzna ten zbiór felietonów/aforyzmów/miniesejów za coś...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Książka Kathrin Kompisch to skrupulatna monografia dotycząca zaangażowania niemieckich kobiet w funkcjonowanie reżimu Hitlera. Przy czym autorka nie skupia się wyłącznie na żołnierkach, strażniczkach obozowych czy funkcjonariuszkach aparatu nazistowskiego terroru, ale czyni tytułowymi sprawczyniami również pracownice ochrony zdrowia, nazistowskiej administracji i wszystkie te stanowiska, których istnienie miało wyraźny pozytywny wpływ na trwanie i funkcjonowanie III Rzeszy.

Czyni to wbrew narracji – zarówno środowisk konserwatywnych, jak feministycznych – jakoby w latach 30. i 40. XX wieku Niemki były bezwolnymi, pozbawionymi podmiotowości trybikami w wielkiej nazistowskiej machinie. Machinie – według dwudziestowiecznej niemieckiej historiografii – w zasadzie całkowicie stworzonej przez mężczyzn. A jako że Kompisch wydała swoją książkę w 2008 roku, jej tezy nie spotkały się wówczas z przesadnie ciepłym przyjęciem.

Nietrudno się domyślić dlaczego. „Sprawczynie” to kawał świetnie udokumentowanej, historycznej roboty. Mało efektownej, momentami nieomal benedyktyńskiej, pozbawionej fajerwerków. Owszem, traci na tym narracja tej książki – sucha i naukowa, średnio przyjazna i trudno przyswajalna. Ale raczej nie czyta się takich publikacji dla estetycznych uniesień, lecz po to, żeby poznać prawdę.

Tę prawdę niemiecka autorka bez żadnych emocji czy komentarzy dostarcza. A brzmi ona: W SWOJEJ MASIE NIEMKI NIE BYŁY OFIARAMI HITLERA. BYŁY OBOJĘTNE LUB WSPÓŁPRACOWAŁY Z REŻIMEM – NIEKIEDY Z KONIECZNOŚCI, ZDECYDOWANIE CZĘŚCIEJ Z WŁASNEJ, NIEPRZYMUSZONEJ WOLI. Mało tego, za odmowę współpracy groziło im co najwyżej zwolnienie, nigdy więzienie. I tak, dobrze wiedziały, co się działo na froncie lub w obozach. Po prostu odwracały wzrok.

Dlatego jeżeli ktoś poszukuje kolejnej efektownej książki historycznej o nazistowskich Niemczech, „Sprawczyniami” się rozczaruje. Nie ma tu wielkich narracji, błyskotliwych uwag, intelektualnych wolt. To do bólu rzetelna publikacja, świetnie udokumentowana, ale mimo wszystko przeznaczona raczej dla fascynatów, niż szerokiej grupy czytelników.

Książka Kathrin Kompisch to skrupulatna monografia dotycząca zaangażowania niemieckich kobiet w funkcjonowanie reżimu Hitlera. Przy czym autorka nie skupia się wyłącznie na żołnierkach, strażniczkach obozowych czy funkcjonariuszkach aparatu nazistowskiego terroru, ale czyni tytułowymi sprawczyniami również pracownice ochrony zdrowia, nazistowskiej administracji i wszystkie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Czarne złoto. Wojny o węgiel z Donbasu Karolina Baca-Pogorzelska, Michał Potocki
Ocena 7,0
Czarne złoto. Wojny o węgiel z Donbasu Karolina Baca-Pogorzelska, Michał Potocki

Na półkach:

Zanim napiszę kilka słów o „Czarnym złocie”, niewielki komunikat: tak, pani Karolina Baca-Pogorzelska (obecnie Kuzema) podobno trochę nawywijała na Ukrainie. Pisały o tym Wirtualne Media czy Interia. Jak było naprawdę – nie wiem, nie będę wyrokował. Dowiedziałem się o zarzutach kierowanych w stronę autorki dopiero po przeczytaniu książki, gdy sprawdzałem, kto zacz. Gdybym wiedział wcześniej o rzeczonych kontrowersjach, raczej nie sięgnąłbym po ten reportaż, bo sprawa ewidentnie nie jest jednoznaczna.

I w sumie miałbym czego żałować, bo „Czarne złoto” to rasowa dziennikarska robota. W zasadzie od samego początku można zauważyć, że autorzy niezbyt dbają o dobre samopoczucie czytelników, zasypując nas lawiną dat, nazwisk oraz faktów. Ktoś, kto lubuje się w tego rodzaju literaturze i jednocześnie lubi poczytać sobie o szeroko rozumianym górnictwie węgla kamiennego, powinien być bardzo zadowolony z „Czarnego złota”.

Dodajmy do tego wątki polityczne, którym autorzy poświęcili sporo czasu, konfrontując się chociażby zarówno z polskimi, jak i unijnymi politykami. A także wyraźnie wskazaną niejednoznaczną rolę niektórych ukraińskich polityków w procederze handlu de facto kradzionym węglem – i mamy przepis na naprawdę interesującą książkę. Doskonale udokumentowaną, bo bibliografia jest doprawdy imponująca.

Mój jedyny realny problem z tą książką jest taki, że chyba się trochę zdezaktualizowała. Pisano ją oraz redagowano gdzieś w okolicach 2019 roku – i to niestety widać. Niby gdzieś tam w tle majaczy rosyjski niedźwiedź, który ma chrapkę na wschodnią Ukrainę, ale o większym zagrożeniu – na przykład regularną wojną – raczej w tej książce nie przeczytamy. Przecież Rosjanie eksploatują donbaskie kopalnie w zasadzie od 2014 roku. Na Krymie też są już od ładnych paru lat – i generalnie niewiele z tego wynika. Nawet ukraińscy politycy wydają się być pogodzeni z istniejącym stanem rzeczy, a niektórzy z nich wręcz współpracują z władzami „zbuntowanych” Doniecczyzny i Ługańszczyzny. Czas pokazał, jak bardzo wszyscy się mylili.

Dlatego gdy obecnie potraktujemy „Czarne złoto” jak dokument, książka spokojnie się obroni. Jednak jako reportaż chyba odrobinę straciła na aktualności. Nie żałuję, że ją przeczytałem, ale na tę chwilę nie planuję powrotu.

Zanim napiszę kilka słów o „Czarnym złocie”, niewielki komunikat: tak, pani Karolina Baca-Pogorzelska (obecnie Kuzema) podobno trochę nawywijała na Ukrainie. Pisały o tym Wirtualne Media czy Interia. Jak było naprawdę – nie wiem, nie będę wyrokował. Dowiedziałem się o zarzutach kierowanych w stronę autorki dopiero po przeczytaniu książki, gdy sprawdzałem, kto zacz. Gdybym...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Niewielka relacja z podróży autora do Iranu w drugiej połowie 2022 roku. Z naciskiem na słowo „niewielka” – „Kruszenie świata” to esej w zasadzie na jeden wieczór. Napisany z humorem, mający kilka dobrych scen czy motywów (np. mecz USA – Iran na mundialu w Katarze), ale mimo wszystko pozostawiający uczucie ogromnego niedosytu.

A było z czego rzeźbić. Raz, że autor otwarcie przyznaje się do fascynacji klasycznym już „Oswajaniem świata” Bouviera i czyni tę książkę wyraźnym punktem odniesienia dla swojej relacji. Dwa – w 2022 roku reżim ajatollahów bardzo mocno zachwiał się w posadach, a to za sprawą śmierci Mahsy Amini i ogólnokrajowych protestów, o czym Désérable rzecz jasna otwarcie pisze. W końcu trzy – bo to Iran, niezwykle złożony kraj, mozaika kultur i religii, targana politycznymi niepokojami i obecnie w zasadzie zamknięta dla kogokolwiek z Europy. Idealna sytuacja do tego, żeby spróbować stworzyć współczesną wersję „Szachinszacha”, niechby w połowie tak dobrą, jak oryginał.

No ale żeby to zrobić, trzeba być Ryszardem Kapuścińskim. Tutaj mamy zaledwie coś, co przypomina relację na Instagramie. Bardzo powierzchowne przedstawienie tła kulturowego, hasłowe traktowanie interesujących zjawisk, kilka zabawnych, błyskotliwych uwag czy portretów spotkanych osób – i to w zasadzie wszystko. Takie ugrzecznione gonzo.

I ja rozumiem, że pisanie kilkusetstronicowej cegły z podróży do współczesnego Iranu jest zadaniem bez mała karkołomnym, bo też kto niby miałby to czytać. Poza tym taka wyprawa może być po prostu niebezpieczna. Ale circa 150 stron, i to rozstrzelonym drukiem… No nie wiem. Dla mnie mało.

Nie zniechęcam do tej książki, ale też jakoś przesadnie jej nie polecam. Na jeden wieczór lub jako prezent dla kogoś, kto nie lubi wysilać się intelektualnie podczas obcowania z literaturą podróżniczą, „Kruszenie świata” będzie jak znalazł. Reszta może sobie darować.

PS. Cena okładkowa to 49,90 cebulionów. Za 150 stron rzadkiego druku. Zgroza.

Niewielka relacja z podróży autora do Iranu w drugiej połowie 2022 roku. Z naciskiem na słowo „niewielka” – „Kruszenie świata” to esej w zasadzie na jeden wieczór. Napisany z humorem, mający kilka dobrych scen czy motywów (np. mecz USA – Iran na mundialu w Katarze), ale mimo wszystko pozostawiający uczucie ogromnego niedosytu.

A było z czego rzeźbić. Raz, że autor otwarcie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Jedna z poniższych recenzji – ta autorstwa użytkownika o nicku „pochłaniacz” – w moim odczuciu dość celnie punktuje braki tej książki. I to do tego stopnia, że w zasadzie mógłbym się pod nią podpisać. Tym niemniej uważam, że to nie jest aż tak zła publikacja, jak mogłoby wynikać z oceny końcowej wystawionej przez wyżej wspomnianego użytkownika.

A to dlatego, że znam osobiście ofiary mobbingu oraz ich historie. I w zasadzie pokrywają się 1:1 z tym, o czym pisze Katarzyna Bednarczykówna. Owszem, momentami trochę niespójnie, emocjonalnie i pod tezę – styl autorki rzeczywiście może niektórym przeszkadzać. Ale takie sytuacje, jak opisane w książce, naprawdę mają miejsce.

Ludzie z dnia na dzień trafiają do jakiegoś koszmaru, sypią im się związki i zdrowie, a wszystko dlatego, że jakiś niewydarzony menadżer średniego szczebla właśnie zakredytował się po korek i gnoi tych niżej od siebie, bo wie, że mu nie podskoczą. Albo w szpitalu, gdy pani doktor mówi do pielęgniarek czy salowych „Wam to tylko łby pourywać i do szyi nasrać”. Byli żołnierze traktujący pracowników w swoich firmach równie źle, a może i gorzej, jak sami byli traktowani podczas służby. Notoryczne wymuszanie nadgodzin, i to w naprawdę dużych, międzynarodowych przedsiębiorstwach. I tak dalej.

Dlatego nie zamierzam narzekać na tę książkę. Wręcz przeciwnie – zachęcam do jej przeczytania. Nie jest to reportaż, który zmieni świat, ale też nie ma takich ambicji. Mało tego, kilka opisywanych przypadków było dość mocno dyskutowanych w mediach, więc nie jest tak, że autorka pisze sobie a muzom, tylko opiera swoją pracę na jakichś źródłach.

Poza tym warto przeczytać tę książkę również dla wiedzy, gdy samemu miało się do czynienia z mobbingiem. W takim przypadku reportaż Bednarczykówny rzeczywiście może pomóc. Na przykład prezentując kilka prawnych rozwiązań, które warto znać, zanim wejdzie się w konflikt z przemocowym pracodawcą.

Niełatwy temat, który mógłby być trochę lepiej opracowany, ale ostatecznie nie zamierzam narzekać. Książkę polecam.

Jedna z poniższych recenzji – ta autorstwa użytkownika o nicku „pochłaniacz” – w moim odczuciu dość celnie punktuje braki tej książki. I to do tego stopnia, że w zasadzie mógłbym się pod nią podpisać. Tym niemniej uważam, że to nie jest aż tak zła publikacja, jak mogłoby wynikać z oceny końcowej wystawionej przez wyżej wspomnianego użytkownika.

A to dlatego, że znam...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Nie trzeba być ekspertem od przestępczości zorganizowanej, żeby wiedzieć, co oznaczają takie nazwy, jak „cosa nostra” czy „camorra”. Co jednak w sytuacji, gdyby okazało się, że poza tymi dwiema włoskimi mafiami istnieje również trzecia, wywodząca się z Kalabrii ’ndrangheta? Jeżeli nigdy o niej nie słyszeliście, to jesteście w całkiem niezłym towarzystwie – ’ndrangheta pozostawała poza radarem szeroko rozumianej opinii publicznej w zasadzie aż do 2005 (!) roku. A dziarscy Kalabryjczycy radzili sobie na tyle dobrze, że w 2010 roku ich przestępcza działalność wygenerowała ok. 3% włoskiego PKB. Specjalizowali się wówczas w handlu narkotykami, wymuszeniach, lichwie i defraudacjach środków publicznych. Obecna ’ndrangheta do swojej oferty dołożyła pranie brudnych pieniędzy, rzecz jasna na światową skalę.

Skąd taki „sukces”? Otóż fundamentem ’ndranghety jest rodzina, i to rozumiana w najbardziej podstawowy sposób, jako grupa osób powiązanych pokrewieństwem lub powinowactwem. Infiltracja jest w tym przypadku w zasadzie niemożliwa tak długo, jak ktoś z wewnątrz nie złamie zmowy milczenia. I tytułowe „Dobre matki” z reportażu Alexa Perry'ego – Lea Garofalo, Maria Cacciola i Giuseppina Pesce – dokładnie to zrobiły. Zaryzykowały i złamały omertę, aby uratować siebie i swoje dzieci z błędnego koła przemocy, więzienia oraz śmierci.

Przy czym „Dobre matki” to nie tylko historia trzech kobiet, które postanowiły rzucić wyzwanie ’ndranghetcie. To także dość szczegółowy opis funkcjonowania włoskiego wymiaru sprawiedliwości i kalabryjskich społeczności, w których za szeroko rozumiane splamienie honoru rodziny płaci się najwyższą cenę. Innymi słowy – wymuszenia, kradzieże i morderstwa są generalnie w porządku, ale rozwód z brutalnym mężem, który powinien spędzić w więzieniu resztę życia, jest absolutnie nie do zaakceptowania.

I tutaj, gdzie Alex Perry skupia się głównie na faktach czy opracowaniach naukowych, „Dobre matki” błyszczą; to naprawdę solidny reportaż. Mam jednak z tą książką kilka niewielkich problemów.

Po pierwsze, Perry nie szczędzi czytelnikom swoich opinii. Ja nie przepadam za takim dziennikarstwem, nawet wtedy, gdy zgadzam się z autorem. Poza tym nie trzeba mi kilka razy przypominać o tym samym, na przykład najważniejszych powodach, dla których walka z ’ndranghetą była taka trudna. Dwa-trzy razy na całą książkę spokojnie wystarczą, zapamiętam.

Ponadto miewałem też wrażenie, że momentami Perry się hamuje. Że nie dopytuje swoich rozmówców tak mocno, jak mógłby, a nawet niekiedy stara się ich wybielać. Znowu – rozumiem, gdy pisze w ten sposób chociażby o ofiarach mafii. Ale pracowników wymiaru sprawiedliwości czy służb mógłby trochę bardziej docisnąć – przecież współpraca władz i polityków z mafiozami nigdy nie była czymś rzadkim na południu Włoch. Tymczasem w konfrontacji z establishmentem Perry delikatnie chowa swój publicystyczny pazur.

Tym niemniej książka jest zdecydowanie warta polecenia. Jeżeli ktoś interesuje się tematem włoskiej mafii i niedobrze mu się robi na widok debilizmów wypisywanych przez Blankę Lipińską czy innych głupców romantyzujących przestępczość zorganizowaną, „Dobre matki” to idealna odtrutka.

P.S. Aż prosiło się, żeby we fragmentach dotyczących działań ’ndranghety w Europie chociaż wspomnieć o morderstwie dziennikarza Jána Kuciaka i jego narzeczonej Martiny Kušnírovej na Słowacji w 2018 roku. Kuciak tuż przed śmiercią badał powiązania słowackich polityków właśnie z tą organizacją. Niestety, w moim wydaniu nie ma na ten temat ani słowa. Mam nadzieję, że w którymś z nowszych Perry poświęca zdanie czy dwa Kuciakowi i Kušnírovej.

Nie trzeba być ekspertem od przestępczości zorganizowanej, żeby wiedzieć, co oznaczają takie nazwy, jak „cosa nostra” czy „camorra”. Co jednak w sytuacji, gdyby okazało się, że poza tymi dwiema włoskimi mafiami istnieje również trzecia, wywodząca się z Kalabrii ’ndrangheta? Jeżeli nigdy o niej nie słyszeliście, to jesteście w całkiem niezłym towarzystwie – ’ndrangheta...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Przeczytanie tej książki miałem w planach od dawna. I muszę powiedzieć, że dostałem w zasadzie to, czego się spodziewałem. Czyli dobrze udokumentowaną publikację dotyczącą dokładnie tych wydarzeń, które zostały zasygnalizowane w jej tytule, ze szczególnym uwzględnieniem terytorium dzisiejszej Polski oraz dawnych Prus Wschodnich. Wydarzeń – mówiąc bardzo eufemistycznie z naszego, polskiego punktu widzenia – wyjątkowo niejednoznacznych, bo stawiających nas nie tylko w roli ofiar, lecz także oprawców.

I żeby była jasność – Maria Podlasek nie relatywizuje w swojej książce niczyich cierpień, nikogo nie usprawiedliwia. Wręcz przeciwnie – już od pierwszych stron bardzo wyraźnie zaznacza, że:

- Niemieckie winy dotyczące szeroko rozumianej II wojny światowej są bez porównania większe, niż polskie.
- Przytaczane relacje są w głównej mierze relacjami obywateli III Rzeszy, którzy bardzo rzadko odczuwali jakąkolwiek odpowiedzialność za zbrodnie popełnione w ich imieniu przez reżim Hitlera.
- Przedstawiane liczby są szacunkowe, oparte zarówno o wyliczenia niemieckich, jak i polskich historyków. Przy czym należy dodać, że Maria Podlasek wydała swoją książkę w 1995 roku, więc obecne ustalenia mogą różnić się od tych przedstawianych przez autorkę.

Na początku książki otrzymujemy również dość rozbudowane przedstawienie uwarunkowań politycznych, które ostatecznie doprowadziły do takiego a nie innego kształtu polskich granic po II wojnie światowej. A wszystko po to, aby w możliwie obiektywny sposób przedstawić relacje ofiar i świadków wypędzeń w latach 1944 – 1951. Których to ofiar i świadków mogłoby być bez porównania mniej, gdyby rządzący III Rzeszą pod koniec wojny chociaż w minimalnym stopniu zatroszczyli się o rodaków mieszkających na wschód od Odry i Nysy. O czym autorka rzecz jasna otwarcie pisze.

I tutaj w zasadzie mógłbym zakończyć tę krótką recenzję, bo nietrudno się domyślić, jak wyglądały relacje niemieckich cywilów, szczególnie kobiet i dzieci, mających styczność z idącą na Berlin Armią Czerwoną. Oszczędzę opisów. Tym jednak, co mnie interesowało bardziej, był obraz Polaków w relacjach zwykłych Niemców. A ten, mówiąc delikatnie, bywa dość negatywny, szczególnie gdy mowa o wydarzeniach tuż po wojnie.

Chociażby wielogodzinne marsze ku pamięci Adolfa Hitlera, przypominające przemarsze więźniów obozów koncentracyjnych, w których w rolę tych więźniów „odgrywali” niemieccy cywile. Rabunki i podpalenia w pociągach wywożących Niemców do pokonanej Rzeszy. Zabieranie dzieci niemieckim rodzicom i umieszczanie ich w domach dziecka. Ekshumacje dokonywane gołymi rękami przez niemieckich cywili, głównie kobiety. Zwyczajne morderstwa, którymi nikt się nie przejmował. Obóz w Łambinowicach.

A wszystko w ramach niemożliwego do wypełnienia rachunku krzywd umęczonych, wściekłych Polaków. Którzy nawet gdyby bardzo chcieli, to nie mogli odwdzięczyć się Niemcom pięknym za nadobne, bo nie ta skala, a i historia miała na ten temat co innego do powiedzenia. Przecież zrujnowany kraj spod jednego, brunatnego buta, właśnie dostał się pod inny, czerwony. I to na następne kilkadziesiąt lat. A pozbawiona kilku milionów obywateli Polska nie miała sił ani możliwości, żeby legalnie dochodzić jakiejkolwiek sprawiedliwości. Tym bardziej, że Stalin i jego poplecznicy również mieli własne zdanie na ten temat.

Niełatwo dzisiaj zdobyć tę książkę, ale jak ktoś ma taką możliwość, to zdecydowanie warto ją przeczytać.

Przeczytanie tej książki miałem w planach od dawna. I muszę powiedzieć, że dostałem w zasadzie to, czego się spodziewałem. Czyli dobrze udokumentowaną publikację dotyczącą dokładnie tych wydarzeń, które zostały zasygnalizowane w jej tytule, ze szczególnym uwzględnieniem terytorium dzisiejszej Polski oraz dawnych Prus Wschodnich. Wydarzeń – mówiąc bardzo eufemistycznie z...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

- Tato, możemy nową Margaret Atwood?
- Mamy Margaret Atwood w domu.
„Czarodziej snów” Barbary Gowdy to taka Margaret Atwood w domu.

To typowa dla literatury północnoamerykańskiej historia o zwyczajnych dziwakach, coś jak „Świat według Garpa” czy „Forrest Gump”. Tutaj tymi „dziwakami” są członkowie rodziny Canarych. I jak nietrudno się domyślić, za tym ich ekscentryzmem stoi homoseksualizm, przemoc, jedno czy dwa upośledzenia umysłowe i generalnie to wszystko, co mogło sprowadzić w latach 50. XX wieku nieszczęście na typową białą, chrześcijańską, kanadyjską rodzinę. A piszę o tym tak lekko, bo cała książka jest utrzymana w tragikomicznej tonacji. Tylko że – przynajmniej w moim odczuciu – na tym się kończą zalety tej powieści.

Bo historia dłuży się niemiłosiernie, jest pokawałkowana i w sumie nie wiadomo, dokąd zmierza. To w gruncie rzeczy mógłby być tom opowiadań. Z kolei bohaterowie są tak charakterystyczni, że aż niewiarygodni. Narracja też średnio mi odpowiada. Trochę jest na zasadzie „Gdy Rufus obudził się rano w domu rodziców, najpierw zauważył, że brakuje mu lewej stopy, a następnie, że po drugiej stronie łóżka leży filipiński sobowtór Elvisa Presleya. Tak samo gruby i równie martwy, jak Król”. Po czym przez kilka rozdziałów dowiadujemy się, co doprowadziło do takiej sytuacji. Oczywiście ta scena jest przerysowana, ale dość dobrze oddaje schematy narracyjne, jakie znajdziemy w tej książce. Kiedyś mi się to podobało i zaśmiewałem się do rozpuku czytając taką literaturę, dzisiaj wzbudza ona we mnie jedynie irytację.

Tłumaczenie też nie pomaga. Jest bardzo średnie. Chociażby polski tytuł, który pochodzi od szlagieru „Mr. Sandman” The Chordettes. Dlaczego „Czarodziej snów”, a nie „Piaskowy dziadek”, „Pan Piaskun” czy „Dziadek Sen”, które brzmią bez porównania lepiej od jakiegoś paździerzowego czarodzieja? Później jest tylko gorzej.

Nagle okazuje się, że w latach 50. XX wieku mieliśmy w Kanadzie subkulturę punków, bo przecież angielskie słowo „punk” nie może oznaczać zwykłego „gnojka”. Jeden z bohaterów nazywa się Jacek Fasola, chociaż w oryginale jest Jack Bean – i nie jest on nawet Polakiem. Mało tego – główne bohaterki Sonja i Joanie nagle w polskim przekładzie przyjmują imiona „Zojea” i „Jozy” (sic!!). A na dodatek panie tłumaczki z Jane Austen zrobiły Jane Austin, a z Glenna Goulda kobietę. Oczywiście oryginał brzmi normalnie – znalazłem go w necie i porównałem z polską wersją. I takich kwiatków jest w tłumaczeniu zdecydowanie więcej, proszę mi wierzyć.

Nie wiem, może to zły czas na taką literaturę i kiedyś spodobałaby mi się bardziej. A może to wina tłumaczenia. Tak czy inaczej, gdybym nigdy nie przeczytał tej książki, to nic bym nie stracił. Jak ktoś lubi takie opowieści o zwyczajnym szaleństwie, to lepiej niech sięgnie po oryginał. Na polski przekład szkoda czasu.

- Tato, możemy nową Margaret Atwood?
- Mamy Margaret Atwood w domu.
„Czarodziej snów” Barbary Gowdy to taka Margaret Atwood w domu.

To typowa dla literatury północnoamerykańskiej historia o zwyczajnych dziwakach, coś jak „Świat według Garpa” czy „Forrest Gump”. Tutaj tymi „dziwakami” są członkowie rodziny Canarych. I jak nietrudno się domyślić, za tym ich ekscentryzmem...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Nawet nie pamiętam, kiedy „Wrześniowe anioły” trafiły do mojej biblioteczki, pewnie standardowe 15-20 lat temu. A jako że zazwyczaj nie czytam takiej literatury, to uznałem, że dlaczego nie, przeczytam sobie coś nietypowego.

Akcja tej książki dzieje się w połowie lat 80. XX wieku w Chicago. Główną bohaterką jest Anne Reilly, ponad pięćdziesięcioletnia kobieta sukcesu, a jednocześnie mocno wierząca katoliczka, trawiona bardzo silnym poczuciem winy. W toku powieści poznajemy przeszłość Anne, a także przyglądamy się jej próbom przezwyciężenia własnych demonów.

Fabularnie ta książka nie należy do przesadnie wyróżniających się. Ot, religijna obyczajówka z niemałą ilością erotyki, odrobiną wątków nadprzyrodzonych i kilkoma trafnymi obserwacjami psychologicznymi. W moim odczuciu o wiele ciekawsza jest jej otoczka intelektualna.

Otóż autor, Andrew M. Greeley, był katolickim księdzem, więc o kwestiach religijnych wypowiadał się z pozycji kogoś z wewnątrz organizacji. A tą organizacją jest rzecz jasna Kościół katolicki w swojej bardzo specyficznej odmianie, mianowicie liberalnej, nowoczesnej i otwartej, oczywiście w granicach katolickiego rozsądku. Innymi słowy jest to Kościół, który przez dekady był mokrym snem środowiska skupionego wokół Gazety Wyborczej czy Tygodnika Powszechnego. Czyli zupełnie inny od tego, z którym ja mam od dekad do czynienia na swoim podkarpackim zadupiu.

I ciekawie czyta się książkę napisaną jakieś 40 lat temu, w której księżą są błyskotliwi, oczytani, przeklinają, podważają autorytet przełożonych oraz katolickie dogmaty, nie są odporni na wdzięki kobiet i w ogóle stanowią intelektualną forpocztę katolickiej społeczności Chicago. Są jednocześnie ludzcy i nieomal komiksowi, niczym sprawiedliwi bohaterowie z filmów Hallmarka. Zresztą główna zasada, o którą opiera się ta powieść, brzmi: „No tak, Kościół nie jest bez winy i bez przerwy się myli, ale w najważniejszym ma rację – jest najważniejszy i ostatecznie zawsze ma rację”. Czytałem to trochę jak fantastykę ze średniej półki – naprawdę interesujące idee co chwilę przeplatały się z poglądami i przekonaniami, z którymi nie do końca się zgadzałem. Ale nie odrzucało mnie to na tyle, aby odłożyć tę powieść.

I powiedzmy sobie szczerze: „Wrześniowym aniołom” daleko do arcydzieła. Przeciągnięta fabuła, niezbyt wiarygodni bohaterowie, średnia psychologia postaci, chociaż wątki retrospektywne są bardzo w porządku. Tutaj naprawdę nie za bardzo jest o czym pisać, jeżeli nie chce się zdradzić najważniejszych zwrotów fabularnych. Ale jak ktoś lubi religijne obyczajówki z pewną dozą erotyki i zjawisk paranormalnych, raczej się tą książką nie zawiedzie.

Można się za to zawieść jakością tłumaczenia oraz brakiem redakcji. Standardowe trudności translatorskie dotyczące amerykańskiego sportu oczywiście się pojawiają, ale do nich już się przyzwyczaiłem w rodzimych przekładach. O wiele bardziej raziło mnie chociażby „pathetic” jako „patetyczny” (w tym przypadku powinno być „żałosny”) czy „lunatic” jako „lunatyk” (z kontekstu wynika, że chodzi po prostu o „wariata”). Zresztą takich kwiatków jest tu zdecydowanie więcej, a o jakichkolwiek przypisach od tłumacza możemy wyłącznie pomarzyć.

Poza tym Evelyn Waugh był mężczyzną. Trochę głupio nie wiedzieć takich rzeczy, gdy tłumaczy się anglojęzyczną literaturę religijną.

Nawet nie pamiętam, kiedy „Wrześniowe anioły” trafiły do mojej biblioteczki, pewnie standardowe 15-20 lat temu. A jako że zazwyczaj nie czytam takiej literatury, to uznałem, że dlaczego nie, przeczytam sobie coś nietypowego.

Akcja tej książki dzieje się w połowie lat 80. XX wieku w Chicago. Główną bohaterką jest Anne Reilly, ponad pięćdziesięcioletnia kobieta sukcesu, a...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Pierwszy raz przeczytałem „Ludzi bezdomnych” jeszcze w ubiegłym wieku. Byłem wówczas młodzieńcem chmurnym, bezkompromisowym, mającym wiele radykalnych opinii na tematy wszelakie. Czyli takim trochę kuco-judymem. A jednak coś mi wtedy w tej powieści mocno nie pasowało. I gdy wróciłem do niej obecnie, dekady później, ze zdziwieniem odkryłem, że chyba miałem rację. Mało tego – obecnie lubię tę książkę jeszcze mniej, niż wtedy, gdy byłem w liceum.

„Ludzi bezdomnych” wydano po raz pierwszy w 1900 roku. Książka ta była wówczas dużym wydarzeniem intelektualnym oraz artystycznym, chociażby ze względu na dość awangardową stylistykę. Mamy tu fragmenty pamiętników, jakieś wykłady, dysputy, listy, mnóstwo młodopolskich opisów przyrody, monologi wewnętrzne itd. I chyba niezbyt lubię taką narrację. W moich oczach sprawia ona dziwne wrażenie, jakby poskładano tę powieść z kawałków, które średnio do siebie pasują. Anachroniczne to wszystko i nużące. Jak gdyby młody i bardzo oczytany autor chciał jak najwięcej tematów zmieścić w swoim debiucie.

Do tego wątki słabo się zazębiają albo po prostu są przerywane. Poszczególne postaci pojawiają się, wygłaszają jakiś monolog lub prezentują jakąś postawę, i znikają. Jak dla mnie całość prezentuje się nieomal niedbale, jakby Żeromski nie miał porządnego redaktora, który mu to wszystko poskłada i ograniczy twórczy szał pisarza. Mało tego – mam wrażenie, że Żeromski chciał połączyć młodopolską wrażliwość i malarski ekspresjonizm z jakimś przemysłowym naturalizmem w stylu „Germinal” Zoli. I w sumie tak zrobił, ale moim zdaniem chyba średnio wyszło. No i ostatnie rozdziały tej książki są po prostu ciężkie do przyswojenia.

Do tego dochodzi postać Judyma. Niegdyś miałem go za idealistę, z którym nie do końca się zgadzałem, ale szanowałem za bezkompromisowość. Dziś mam go za antybohatera, który w sumie chce dobrze. Po czym najpierw rozkochuje w sobie dobrą i oddaną kobietę, by na końcu ją rzucić, bredząc coś o „przyschłym nasieniu dorobkiewicza” i konieczności poświęcenia szczęścia osobistego na rzecz tzw. dobra ogółu. I w porządku, to nie pierwsza łajza w dziejach literatury. Kłopot polega na tym, że Żeromski ewidentnie sympatyzuje z Judymem, stawiając go za wzór do naśladowania. Nie mogę się na to zgodzić. Zresztą już widzę, jak za uszczęśliwianie ludzkości bierze się ktoś, kto nie widzi sensu w uszczęśliwianiu człowieka, nawet siebie samego. Z pewnością wyniknie z takiej postawy wiele dobrego.

Z pozytywnych rzeczy o „Ludziach bezdomnych” powiem tyle, że to mimo wszystko Stefan Żeromski. Społecznik i fenomenalny stylista, z ogromnym talentem do literackiego detalu czy żartu. Na przykład „Tak tedy już w połowie lata szpital był ożywiony i pełen zdechlactwa. Kaszlano tam, stękano, sapano – aż się doktorskie serce radowało”. Niestety, takich scen czy momentów jest w tej książce zdecydowanie za mało, aby mi się spodobała.

Bardzo rozczarowujący powrót. Owszem, warto tę powieść znać, ale czytać wyłącznie dla przestrogi przed judymami tego świata – wojownikami o dobro ogółu, którzy „za milijony kochają i cierpią katusze”, a których nikt o to w sumie nie prosi.

Pierwszy raz przeczytałem „Ludzi bezdomnych” jeszcze w ubiegłym wieku. Byłem wówczas młodzieńcem chmurnym, bezkompromisowym, mającym wiele radykalnych opinii na tematy wszelakie. Czyli takim trochę kuco-judymem. A jednak coś mi wtedy w tej powieści mocno nie pasowało. I gdy wróciłem do niej obecnie, dekady później, ze zdziwieniem odkryłem, że chyba miałem rację. Mało tego –...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

„Wiek niewinności” to powieść wydana po raz pierwszy w 1920 roku. Jej akcja toczy się w Nowym Jorku mniej więcej w latach 1871-1875, z niewielkim odstępstwem pod koniec. Bohaterem zbiorowym jest tutaj nowojorska arystokracja, sam szczyt amerykańskiej drabiny społecznej. Co nie jest przypadkiem, bowiem dokładnie z tej warstwy wywodziła się Edith Wharton, która w „Wieku niewinności” opisała w zasadzie świat swojego dzieciństwa.

Fabularnie mamy tutaj do czynienia z dość klasycznym trójkątem miłosnym: bogaty prawnik Newland Archer – jego narzeczona, a później żona May Welland – ta trzecia, „upadła” hrabina Ellen Olenska. Przy czym książce daleko do sztampy, bo ani bohaterowie nie są jednoznaczni, ani ich motywacje łatwo zrozumiałe. A wszystko przez niesamowitą presję społeczną i mnóstwo niepisanych zasad, którym bogaci nowojorczycy hołdują. Hipokryzja, przemilczanie niewygodnych faktów, bezlitosne konwenanse i ostracyzm towarzyski jako broń ostateczna – oto najważniejsze cechy środowiska, któremu się przyglądamy w „Wieku niewinności”.

I Edith Wharton mistrzowsko sportretowała to środowisko.

Skoro zatem jest tak dobrze, to dlaczego taka średnia ocena?

Bo nie czyta się tej książki łatwo. Ja nie jestem przesadnie wybrednym czytelnikiem, nie mam jakiejś strefy książkowego komfortu. Ale w zasadzie poza samym końcem ta powieść jest równie skostniała, jak świat, który opisuje. Mam wrażenie, że to celowy zabieg, ale czasami lubię, gdy książka chociaż trochę stara się utrzymać moją uwagę, a nie syczy mi ciągle do ucha „jak coś ci nie pasuje to se idź, nara”.

Bohaterowie także nie pomagają: niby się buntują, coś tam szarpią się z losem, ale ostatecznie te miliony na koncie nie biorą się znikąd. A i lepiej cierpieć w posiadłości na Piątej Alei w Nowym Jorku, niż w jakiejś nabrzeżnej szopie czy sypiącej się kamienicy czynszowej. I to, w jaki sposób Edith Wharton portretuje swoich protagonistów, jest paradoksalnie sporym problemem. Bo najpierw robi naprawdę wiele, aby czytelnik raczej nikogo nie polubił, a później sugeruje, że w sumie to są ludzie tacy, jak my, cierpią i też zasługują na współczucie. No i chyba się nie udało, bo momentami miałem wrażenie, że czytam o kosmitach, tak bardzo mnie nic z tymi osobami nie łączy.

Tło społeczne, a raczej jego brak, też niezbyt służy tej książce. W „Wieku niewinności” oglądamy świat jak przez lupę, bardzo skupiony na jednej grupie społecznej. Co oni myślą i mówią, myślimy i słyszymy my. A myślą i mówią wyłącznie o sobie. Nie ma tu żadnych wydarzeń historycznych, politycznych, przemian społecznych, odkryć naukowych itp. Nic, zero, null. Tak, jakby żyli w alternatywnej rzeczywistości. To nie jest rzecz jasna przypadek – Edith Wharton świetnie wiedziała, co chce przekazać, przedstawiając świat swojego dzieciństwa bez lukru i pudru, za to z ogromną dozą często złośliwej ironii. I doskonale to zrobiła – stworzyła tak antypatyczny obraz starego świata, że wcale nie szkoda jego zniknięcia.

Nie da się ukryć, że „Wiek niewinności” to dosyć anachroniczna powieść. Jak ktoś lubi taką literaturę, to z pewnością polubi i tę książkę. Bo język czy pogłębione portrety psychologiczne niektórych bohaterów rzeczywiście robią ogromne wrażenie. Ja jednak nie planuję w najbliższym czasie wracać do tego dzieła.

„Wiek niewinności” to powieść wydana po raz pierwszy w 1920 roku. Jej akcja toczy się w Nowym Jorku mniej więcej w latach 1871-1875, z niewielkim odstępstwem pod koniec. Bohaterem zbiorowym jest tutaj nowojorska arystokracja, sam szczyt amerykańskiej drabiny społecznej. Co nie jest przypadkiem, bowiem dokładnie z tej warstwy wywodziła się Edith Wharton, która w „Wieku...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to