-
Artykuły
„Odpowiedź kryje się w tobie” – Katarzyna Wolwowicz zdradza, jak ją odnaleźć
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Nowa karkonoska powieść Sławka Gortycha! „ŚWIĘTO KARKONOSZY”- już wkrótce! KONKURS
LubimyCzytać99 -
Artykuły
Wielkanocna chwila odpoczynku z literaturą – okazje na ebooki do -95% i ranking top tytułów
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Nie żyje Wiesław Myśliwski. Autor „Kamienia na kamieniu” i „Traktatu o łuskaniu fasoli” miał 94 lata
LubimyCzytać54
Biblioteczka
Ależ to było dobre! Dopiero zaczynam, po Nullu, zapoznwać się z Twardochem i już wiem jak bardzo mi ten autor odpowiada.
Warsztat, język, klimat przedwojennej Warszawy, którego oczywiście ani trochę nie znam, ale jakbym znał to miasto to byłoby właśnie takie, nie inne. I jakbym znał przedwojennych warszawskich rzezimieszków, byliby tacy jak Jakub, Kum, Radziwiłek czy Pantaleon. Kobiety tak złożone jak Ryfka lub prostolinijne jak Emilia. Ulice śmierdziałyby tak jak na kartach książki, elity spiskowały w najlepszych restauracjach, biedota walczyła o przeżycie, a Bereza byłaby właśnie taka - brutalną pacyfikacją bez sądu tych którzy są niewygodni, bez wycierania sobie gęby Ojczyzną i Patriotyzmem.
Duże wrażenie robią przeskoki fabuły pomiędzy narratorami, pomieszanie "wtedy" i "teraz" i przenikanie się tych rzeczywistości.
Lecę po kolejne książki Twardocha.
Ależ to było dobre! Dopiero zaczynam, po Nullu, zapoznwać się z Twardochem i już wiem jak bardzo mi ten autor odpowiada.
Warsztat, język, klimat przedwojennej Warszawy, którego oczywiście ani trochę nie znam, ale jakbym znał to miasto to byłoby właśnie takie, nie inne. I jakbym znał przedwojennych warszawskich rzezimieszków, byliby tacy jak Jakub, Kum, Radziwiłek czy...
To mój pierwszy kontakt z Twardochem, więc trudno mi ocenić czy fatalizm bohatera jest już tylko kalką z innych powieści, bo tu wydaje się bardzo na miejscu.
Czytając miałem wrażenie jakbym tam był, surowość, żołnierski język na chuj, dialogi i sposób prowadzenia narracji - w końcu to książka w której siedzący w jednym okopie żołnierze rozmawiają ze sobą w sposób w jaki powinni, a nie zdaniami potrójnie złożonymi, pięknymi metaforami lub trzynastozgłoskowskem na chuj. Dodatkowo niby po polsku, a miałem wrażenie jakbym czytał książkę po ukraińsku. Tu duży ukłon w stronę warsztatu Twardocha.
To co niektórzy tu wymienili jako wadę, czyli historię w zasadzie bez celu i punktu zaczepienia, nazwałbym kolejną zaletą. Książka opowiada po prostu wycinek życia na froncie, rozmowy, retrospekcje i poczucie że to wszystko donikąd nie prowadzi, a sensu lepiej za bardzo nie szukać.
Zakończenie wciska w fotel.
To mój pierwszy kontakt z Twardochem, więc trudno mi ocenić czy fatalizm bohatera jest już tylko kalką z innych powieści, bo tu wydaje się bardzo na miejscu.
Czytając miałem wrażenie jakbym tam był, surowość, żołnierski język na chuj, dialogi i sposób prowadzenia narracji - w końcu to książka w której siedzący w jednym okopie żołnierze rozmawiają ze sobą w sposób w jaki...
Potrzebuję przerwy od Pilipiuka. Jego opowiadania nigdy nie były arcydziełami, ale dwa ostatnie tomy to mocny spadek jakości. Pierwsze nawet może być, fajny klimat trochę jak nastoletnie Prawo i Pięść, kolejne takie zwyczajne i bez polotu, za to "Drogi przez morze" zaczynają się nawet interesującymi pomysłami, aby przejść w nudy, a zakończyć absurdalnie.
W "Drogach przez morze" wyczułem też to ten sam klimat moralizowania (tym razem na temat pandemii) co w poprzednich tytułowych "Czasach które nadejdą". Niestety w przypadku Pilipiuka wypada to niezgrabnie, sztucznie i niepotrzebnie patetycznie.
Robię sobie przerwę od Wielkiego Grafomana. To dla dobra naszych czytelniczych relacji.
Potrzebuję przerwy od Pilipiuka. Jego opowiadania nigdy nie były arcydziełami, ale dwa ostatnie tomy to mocny spadek jakości. Pierwsze nawet może być, fajny klimat trochę jak nastoletnie Prawo i Pięść, kolejne takie zwyczajne i bez polotu, za to "Drogi przez morze" zaczynają się nawet interesującymi pomysłami, aby przejść w nudy, a zakończyć absurdalnie.
W "Drogach przez...
Lubię opowiadania Pilipiuka. To nic że wszystkie są do siebie bliźniaczo podobne, zawsze sięgam z chęcią po kolejny tom. I tym razem spotkało mnie spore rozczarowanie, gdyż tym razem otrzymujemy zbiór wyraźnie słabszy niż wcześniejsze.
Pierwsze opowiadanie to typowy Skórzewski, może być. Klementynka to miłe czytadło, po drugiej stronie można domyślić się puenty. Siódma armata kończy się w sposób tak toporny, że aż boli.
Dwa ostatnie opowiadania to widoczna fascynacja podróżami w czasie za pomocą wirującej rtęci. Pewnie znów Pilipiuk coś przeczytał i teraz czepi się tego jak rzep psiego ogona. Pierwsze z nich to jeszcze jak Cię mogę, choć słabo się klei kupy. Za to ostatnie jest drętwe, z pomieszanymi bez sensu wątkami i naciąganymi postaciami, a przy topornym moralizowaniu na koniec aż przewracałem oczyma. Bardzo słabo.
Ocena punkt w górę za cameo Jakuba Wędrowycza.
Lubię opowiadania Pilipiuka. To nic że wszystkie są do siebie bliźniaczo podobne, zawsze sięgam z chęcią po kolejny tom. I tym razem spotkało mnie spore rozczarowanie, gdyż tym razem otrzymujemy zbiór wyraźnie słabszy niż wcześniejsze.
Pierwsze opowiadanie to typowy Skórzewski, może być. Klementynka to miłe czytadło, po drugiej stronie można domyślić się puenty. Siódma...
Dobra i obszerna analiza stosunków Niemiec i Rosji przedmiotem których często byliśmy właśnie my. Sięga czasów przedrozbiorowych, jednak najciekawiej się robi po I wojnie światowej, a jeszcze ciekawiej po II - jest to czas o którym najmniej uczą nas w szkołach, a jednocześnie wydarzenia z tamtego okresu mają niebagatelny wpływ na politykę i nasze życie tu i teraz. Warto przeczytać żeby więcej rozumieć, ale trzeba pamiętać że jest obszerna i czyta się powoli.
Dobra i obszerna analiza stosunków Niemiec i Rosji przedmiotem których często byliśmy właśnie my. Sięga czasów przedrozbiorowych, jednak najciekawiej się robi po I wojnie światowej, a jeszcze ciekawiej po II - jest to czas o którym najmniej uczą nas w szkołach, a jednocześnie wydarzenia z tamtego okresu mają niebagatelny wpływ na politykę i nasze życie tu i teraz. Warto...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Wg autora życie można podzielić na rozdziały. U mnie z pewnością jednym z przełomów był ten, kiedy dowiedziałem się że nigdy nie będe miał dzieci. Cóż, są większe tragedie, gramy takimi kartami jakie dał nam los, ale z pewnością była to niezła okazja do przemyślenia życia jako takiego i przeorganizowania priorytetów.
Właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że moim celem w życiu nie jest zbudowanie majątku, przekazanie go komuś, a raczej życie maksymalnie hedonistyczne i konsumpcyjne, korzystanie ile wlezie i w idealnej sytuacji śmierć z potężnymi długami. Przynajmniej rodzina (ta dalsza, której połowy nie znam, a drugiej połowy nie lubię) się nie pokłóci nad moją trumną o spadek, a ja pożyję co moje.
I wtedy dowiedziałem się o tej książce. Było to trochę przykre że ktoś oprócz mnie wpadł na ten genialny pomysł, ale cóż - monopolu na błyskotliwość nie mam. Z wielkim entuzjazmem zabrałem się więc za lektruę.
Podejście do poradników mam jasne, co widać też po moich innych recenzjach. Większość z nich uważam za zbiór banałów oczywistych dla średnio rozwiniętego emocjonalnie dwunastolatka, w dodatku przegadanych, bo treść 90% z nich można zmieścić na trzech stronach.
Tutaj jest dość podobnie. Może nie tyle sama koncepcja, bo nie jest ona tak oczywista i szeroko znana, ale z pewnością forma i przegadanie. Na plus dużo śródtytułów które ułatwiają skakanie po treści (ale przeczytałem sumiennie całość, żeby nie było!). Z koncepcją się zgadzam, wnioski słuszne, ale całość przydługa.
Z naszego punktu widzenia najsłabszym punktem jest stanocentryczność tej książki - wiele rad ma zastosowanie raczej do tamtego systemu a nie życia w Polsce, a niektóre wręcz wywołują lekki uśmiech na twarzy. Np. "jeżeli jesteś jednym z nielicznych szczęśliwców którzy otrzymają dożywotnią emeryturę od państwa to nad czym w ogóle się zastanawiasz, wydawaj wszystko, brak pieniędzy nigdy ci nie grozi". Podobnie z rezerwą podchodziłbym do zabezpieczenia przez instytucje finansowe, ubezpieczalnie, annuitety i inne wynalazki. Również matematyka jest hmm... dość optymistyczna. Dość lekko są traktowane kwestie inflacji, zmian społecznych, nagłych czarnych łabędzi jak Covid czy - odpukać - wojna. Ogólnie wszystko skupia się wokół happy path.
Czy przeczytać warto? Z pewnością. Czy stosować? Część rad na pewno. Czy jest to dla każdego? Na pewno nie.
Wg autora życie można podzielić na rozdziały. U mnie z pewnością jednym z przełomów był ten, kiedy dowiedziałem się że nigdy nie będe miał dzieci. Cóż, są większe tragedie, gramy takimi kartami jakie dał nam los, ale z pewnością była to niezła okazja do przemyślenia życia jako takiego i przeorganizowania priorytetów.
Właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że moim celem w życiu...
To było moje pierwsze zetknięcie z Grzędowiczem, bodajże w 2007 roku. Ostatnio postanowiłem sobie odświeżyć książkę, bo jakoś tak losowo wpadła mi w rękę kiedy mieliśmy gdzies z żoną wychodzić a ja stałem obok biblioteczki i wziąłem coś aby zając te 5 minutek czekając aż będzie gotowa. Z tego wszystkiego przeczytałem 30 stron i jakoś już poszło.
Książka jako prolog zawiera jedno z lepszych opowiadań autora, czyli "Obol dla Lilith", które stanowi jednocześnie idealne wprowadzenie do Świata Pomiędzy. Właściwa książka jest już niestety odrobinę gorsza niż zapamiętałem ją sprzed lat. Do połowy jest dobrze, potem akcja nieco chaotycznie przeskakuje do Świata Pomiędzy gdzie miota się pomiędzy niezbyt powiązanymi ze sobą wątkami i zostawia dużo niewiadomych. Wszytsko wyjaśnia sie na ostatnich stronach, nieco za szybko i nieco za banalnie jak na mój gust.
Mimo to polecam każdemu fanowi polskiej fantastyki, pozycja obowiązkowa.
To było moje pierwsze zetknięcie z Grzędowiczem, bodajże w 2007 roku. Ostatnio postanowiłem sobie odświeżyć książkę, bo jakoś tak losowo wpadła mi w rękę kiedy mieliśmy gdzies z żoną wychodzić a ja stałem obok biblioteczki i wziąłem coś aby zając te 5 minutek czekając aż będzie gotowa. Z tego wszystkiego przeczytałem 30 stron i jakoś już poszło.
Książka jako prolog...
Ocena naciągana przez mój sentyment do Tadżykistanu. Czytając książkę czułem jakbym tam wrócił i będąc wcześniej w miejscach opisanych przez autra odkrywałem je na nowo, a czasem dowiadywałem się detali lub historycznego kontekstu którego nie znałem. Wspomnienia gościnności Tadżyków ożyły na nowo.
Jednocześnie mam wrażenie że część opowieści jest jakby wrzucona na siłę, a wiele z wydarzeń tam opisywanych - choćby w opisie krajobrazu Duszanbe oraz życia jego mieszkańców - tak naprawdę sie nie wydarzoło. Ale były tak prawdopodobne, że mogłyby, stąd nie mam żalu.
Ocena naciągana przez mój sentyment do Tadżykistanu. Czytając książkę czułem jakbym tam wrócił i będąc wcześniej w miejscach opisanych przez autra odkrywałem je na nowo, a czasem dowiadywałem się detali lub historycznego kontekstu którego nie znałem. Wspomnienia gościnności Tadżyków ożyły na nowo.
Jednocześnie mam wrażenie że część opowieści jest jakby wrzucona na siłę, a...
Starsi czytelnicy pamiętają być może Młodego Technika i rubrykę "Ro-Ma Rozmaitości Matematyczne". Nie mogłem oprzeć się wrażeniu że ta książka ma podobny styl - trochę ciekawostek, trochę wiedzy. Z tą różnicą, że za czasów Młodego Technika od czytelnika wymagało się jednak więcej, więc ciekawostek i żartów było mniej, a i wiedza była na wyższym poziomie.
Książka rzekomo ma wprowadzać w arkana najnowszych odkryć fizyki kwantowej, tymczasem jest niestety *zbyt* przystępna, bardziej "popularna" niż "naukowa". Nie oszukujmy się - są to zagadnienia trudne i jeżeli próbujemy je opisywać w sposób zrozumiały dla przeciętnego człowieka (a już szczególnie wyśmiewanego, trochę niesprawiedliwie, filozofa) to nie unikniemy zbyt daleko idących uproszczeń. Oraz serwujemy czytelnikowi złudzenie, że może on z fizyki cokolwiek zrozumieć, a autor cokolwiek uzasadnić, bez kawałka solidnej matematyki i to na wyższym poziomie niż liceum.
Co mnie dodatkowo zaskoczyło, choć obiecywano mi najnwoszą wiedzę, to jednak duża jej część była mi (i to dokładniej niż to opisano w książce) znana z lekcji fizyki w liceum i kursu na pierwszym roku studiów, choć było to już ponad 20 lat temu.
Dodatkowo autor przesadza z ilością żartów (czasami ocierających sie o suchary), bo dosłownie w pewnym momencie mamy po jednym na akapit.
Ostatni rozdział o ewolucji (oraz subiektywnych poglądach autora na ten temat) wyjęty kompletnie z d... i nie wiem co on w zasadzie tu robi.
Podsumowując, niby wiedziałem na co się piszę, ale jednak srogie rozczarowanie - liczyłem na znacznie więcej. Do myślenia dają entuzjastyczne recenzje na okładce - jeżeli dziennikarz lub celebryta (w drabinie ewolucyjnej istoty stojące istotnie niżej niż wyśmiewany filozof) twierdzi że przeczytał książkę bez żadnych wzorów i teraz rozumie fizykę kwantową, to wiedz że ktoś cię tu próbuje zrobić w bambuko.
Czas przeznaczony na lekturę lepiej spędzić przeglądając te same hasła na wikipedii - opisane dokładniej i na wyższym poziomie.
Starsi czytelnicy pamiętają być może Młodego Technika i rubrykę "Ro-Ma Rozmaitości Matematyczne". Nie mogłem oprzeć się wrażeniu że ta książka ma podobny styl - trochę ciekawostek, trochę wiedzy. Z tą różnicą, że za czasów Młodego Technika od czytelnika wymagało się jednak więcej, więc ciekawostek i żartów było mniej, a i wiedza była na wyższym poziomie.
Książka rzekomo ma...
Trochę ta 7 naciągana, ale książka dobra, ładnie porządkuje wiele rzeczy dziejących się w dzisiejszym świecie, daje perspektywę i zmusza do refleksji czy aby na pewno wszystko co nowe jest dobre, a co stare takie złe. I czy ogólnie w dobrym kierunku zmierzamy.
Książka dość niebezpieczna, bo w takim jak ja dziadersie, pochodzącym z tego samego pokolenia co Matczak, łatwo rozbudza pychę i poczucie wyższości nad omawiamymi "homo ludens" i "homo affectus", "głupią i agresywną lewicą" lub "zacofaną i zamkniętą na zmiany prawicą" - łatwo odnaleźć sie w myślach autora, zgodzić się z nimi i poczuć sie lepszym od tych bezwolnych mas kreowanych przez dzisiejszy świat. Ale czy te moje poglądy które akurat w 90% zgadazają się z poglądami Matczaka są na pewno moje, czy jednak też zostały mi sprytnie podsunięte?
Tytułowy motyw śmierci mocno na siłę, kilka razy sie przejawiał, ale nie zmieniał nic w ogólnej wymowie książki. Książki, a może zbioru sprytnie zestawionych ze sobą i delikatnie zredagowanych felietonów, bo momentami czułem niewielki związek pomiędzy poszczególnymi rozdziałami. Nie znam felietonów Matczaka, więc to tylko moja robobcza hipoteza.
Oczywiście można by to samo podać krócej - zachęcony do lektury zostałem wysłuchaniem 2,5-godzinnej rozmowy z Matczakiem u Przemka Górczyka i nie powiedziałbym żeby w książce było coś ponad to co tam już padło.
Trochę ta 7 naciągana, ale książka dobra, ładnie porządkuje wiele rzeczy dziejących się w dzisiejszym świecie, daje perspektywę i zmusza do refleksji czy aby na pewno wszystko co nowe jest dobre, a co stare takie złe. I czy ogólnie w dobrym kierunku zmierzamy.
Książka dość niebezpieczna, bo w takim jak ja dziadersie, pochodzącym z tego samego pokolenia co Matczak, łatwo...
Po raz kolejny dałem się podejść. Zacząłem czytać książkę dla dzieci, ale zorientowałem się na tyle późno, że już szkoda było odkładać i chciałem dobrnąć do końca. Tym razem jest dramatycznie słabo, nawet na standardy naszego Wielkiego Grafomana. Nie znajdziemy tu humoru Jakuba Wędrowycza, białorycerstwa, simpowania i rozległej wiedzy Roberta Storma, przygód twardego doktora Skórzewskiego. Ba, nawet bohaterowie Oka Jelenia to przy Dave, Anie i... cholera... skończyłem-czytać-dwie-godziny-temu-i-już-zapomniałem (!!!) dzikusce z uporem nazywanej "małą" to wielowymiarowe i dojrzałe postacie.
Tu nie będzie nawiązań historycznych, mroczych historii, zwrotów akcji. Zamiast tego mądrości dla dwunastolatków, główny bohater tytułowany przez Anę co chwilę "przyjacielem" (chłopie, zawijaj się stąd, starszy kolega dobrze ci radzi!) oraz w sumie miałka i przewidywalna akcja.
To wszystko jednak blednie przy zakończeniu. Bez kozery powiem że to najgorsze zakończenie chyba nie tylko u Pilipiuka, ale i w całej polskiej fantasy (już Leszek Miller powiedziałby po czym poznaje się dobrego pisarza). Wygląda to tak, jakby autor miał podpisaną umowę z wydawnictwem z terminem do północy, a przypomniał sobie o rozgrzebanej książce około 21:37. I skończył za kwardrans jedenasta.
Kolejna część (której nota bene wielkie "KONIEC" nie zwiastuje)? O nie, wolę już poczytać pudelka.
Po raz kolejny dałem się podejść. Zacząłem czytać książkę dla dzieci, ale zorientowałem się na tyle późno, że już szkoda było odkładać i chciałem dobrnąć do końca. Tym razem jest dramatycznie słabo, nawet na standardy naszego Wielkiego Grafomana. Nie znajdziemy tu humoru Jakuba Wędrowycza, białorycerstwa, simpowania i rozległej wiedzy Roberta Storma, przygód twardego...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTypowy poradnik, 80% to truizmy oczywiste dla każdego, ale kilka sensownych rad i ostrzeżeń się znajdzie. Przykłady praktyczne to już dużo gorzej, bo średnio pasują do polskich realiów. Mimo to nie żaluję i jak następnym razem pójdę po podwyżkę czy po samochód do salonu to wcześniej znów przekartkuję książkę.
Typowy poradnik, 80% to truizmy oczywiste dla każdego, ale kilka sensownych rad i ostrzeżeń się znajdzie. Przykłady praktyczne to już dużo gorzej, bo średnio pasują do polskich realiów. Mimo to nie żaluję i jak następnym razem pójdę po podwyżkę czy po samochód do salonu to wcześniej znów przekartkuję książkę.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJak to "Światy Pilipiuka" - czytałeś jedną, czytałeś wszystkie. Tutaj całkiem nieźle, bo (poza pierwszym) opowiadania trzymają poziom. Podobają mi się postaci nowych dziewczyn za którymi bedzie, znów oczywiście bezskutecznie, gonił Storm - bardziej pasują do niego i Arka niż "zafochana Marta" i "questionable age Adelajda". A przede wszystkim otwierają znacznie więcej możliwości fabularnych, które poznamy w kolejnych siedemnastu tomach, czyli - znając Pilipiuka - na oko w ciągu najbliższych trzech lat.
Jak to "Światy Pilipiuka" - czytałeś jedną, czytałeś wszystkie. Tutaj całkiem nieźle, bo (poza pierwszym) opowiadania trzymają poziom. Podobają mi się postaci nowych dziewczyn za którymi bedzie, znów oczywiście bezskutecznie, gonił Storm - bardziej pasują do niego i Arka niż "zafochana Marta" i "questionable age Adelajda". A przede wszystkim otwierają znacznie więcej...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Przeczytać po raz pierwszy Limes Inferior w 2024 to jak pierwszy raz obejrzeć Pulp Fiction 30 lat po premierze - z jednej strony jak ja mogłem tak długo zwlekać, z drugiej pewnie masa fanów SF zazdrości mi że mogłem to teraz przeczytać i dopiero odkrywać.
Bo jest co odkrywać. Pomimo nawiązań do minionych czasów nie były one dla mnie aż tak widoczne na pierwszy rzut oka, bo cały czas myślałem o nawiązaniach do czasów współczesnych - automatyzacji, dochodu bezwarunkowego, płacenia ludziom za sam fakt istnienia, ogłupiania i kontroli społeczeństwa, ograniczania możliwości podróży, rozważania czy "wolność" i "porządek" albo "równość" i "sprawiedliwość" mogą współistnieć. Nie straciła NIC na aktualności.
Przeczytać po raz pierwszy Limes Inferior w 2024 to jak pierwszy raz obejrzeć Pulp Fiction 30 lat po premierze - z jednej strony jak ja mogłem tak długo zwlekać, z drugiej pewnie masa fanów SF zazdrości mi że mogłem to teraz przeczytać i dopiero odkrywać.
Bo jest co odkrywać. Pomimo nawiązań do minionych czasów nie były one dla mnie aż tak widoczne na pierwszy rzut oka, bo...
Jak to opowiadania o Wędrowyczu - czytałeś jeden tom, czytałeś wszystkie, a mimo to na kibelku wchodzą gładziutko. Krótka forma i przewidywalność jest tu nawet pewną zaletą, bo w takich okolicznościach czyta się je tak dwoma posiedzeniami na dzień po 15-30 minut, bo dłużej to jednak trochę niezdrowo.
Tym razem bez specjalnych zaskoczeń, choć spodobał mi się pomysł przedstawienia czyśćca jako sowieckiego łagru. Fan Jakuba może być jednak zaskoczony - Jakbub z Semenem napiją się z Bardakiem. I to tak po przyjacielsku, nawet nikt nikomu po mordzie nie da.
Jak to opowiadania o Wędrowyczu - czytałeś jeden tom, czytałeś wszystkie, a mimo to na kibelku wchodzą gładziutko. Krótka forma i przewidywalność jest tu nawet pewną zaletą, bo w takich okolicznościach czyta się je tak dwoma posiedzeniami na dzień po 15-30 minut, bo dłużej to jednak trochę niezdrowo.
Tym razem bez specjalnych zaskoczeń, choć spodobał mi się pomysł...
Wrócę za kilka lat - jak dożyjemy - i zobaczę jak się tezy przedstawiane w tej książe zestarzały. Ogólnie ciekawa i wielopłaszczyznowa analiza, nie czuć aby autor przesadnie nachalnie wciskał swój punkt widzenia, co najwyżej może to robić doborem przywoływanych źródeł.
Niemniej jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że można by to wszystko bez szkody dla całości przekazu oraz wniosków swobodnie skrócić z 600 do 200 stron.
Wrócę za kilka lat - jak dożyjemy - i zobaczę jak się tezy przedstawiane w tej książe zestarzały. Ogólnie ciekawa i wielopłaszczyznowa analiza, nie czuć aby autor przesadnie nachalnie wciskał swój punkt widzenia, co najwyżej może to robić doborem przywoływanych źródeł.
Niemniej jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że można by to wszystko bez szkody dla całości przekazu...
Wspaniały poradnik. Jak każdy poradnik, przedstawia kilka truizmów i rad oczywistych dla każdego kto ma więcej niż 12 lat, a wszystko okraszone jest wyciągniętymi z d... mniej lub bardziej zmyślonymi historyjkami. Tu podobno mniej zmyślonymi, bo hisotryjki mają przypisy.
Wspomniana wyjątkowość tego poradnika bierze się z czego innego - zamiast przebijać się przez 350 stron tych oczywistości, na samym końcu mamy JEDNĄ stronę na szarym tle, która doskonale streszcza wszystkie, jakże odkrywcze, porady. Cóż za oszczędność czasu!
Wspaniały poradnik. Jak każdy poradnik, przedstawia kilka truizmów i rad oczywistych dla każdego kto ma więcej niż 12 lat, a wszystko okraszone jest wyciągniętymi z d... mniej lub bardziej zmyślonymi historyjkami. Tu podobno mniej zmyślonymi, bo hisotryjki mają przypisy.
Wspomniana wyjątkowość tego poradnika bierze się z czego innego - zamiast przebijać się przez 350 stron...
2023-12-10
Standardowe opowiadania Pilipiuka, czytałeś jedno, czytałeś wszystkie, a i tak z chęcią sięgasz po kolejne które wchodzą jak masełko. Tym razem chyba nieco gorzej niż zazwyczaj, szczególnie to z Robetrem Stormem zaniżyło poziom.
Standardowe opowiadania Pilipiuka, czytałeś jedno, czytałeś wszystkie, a i tak z chęcią sięgasz po kolejne które wchodzą jak masełko. Tym razem chyba nieco gorzej niż zazwyczaj, szczególnie to z Robetrem Stormem zaniżyło poziom.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Nie warto czytać całości. Kilka ostatnich stron to rozdział zatytułowany "Zakończenie" w którym w dziesięciu syntetycznych punktach autor streszcza poprzednie 330 stron, na których nota bene nieraz się zapętla i powtarza.
Pomijając to że książka jest niepotrzebnie rozwlekła (tak samo jak i inne pozycje tego autora), czasem w kółko wraca do tych samych tematów, a nawet cytatów, to niektóre spostrzeżenia są ciekawe. Podobała mi się analiza korelacji (bo ja bym nie był pewien związków przyczynowo-skutkowych) pomiędzy armią obywatelską a państwem dobrobytu, bogactwem, poczuciem wspólnoty, zdolnością do wygrywania konfliktów i ogólnym rozwojem państwa. Ciekawe jest rozróżnienie nacjonalizmu "pozytywnego" i "negatywnego" oraz źródeł ich motywacji, gdzie w skrócie pierwszy bierze się z bogactwa, dobrobytu i państwa za które warto walczyć, drugi zaś jest jedynie odpowiedzią na wady własnego państwa wobec sąsiadów. Ciekawe rozważania na temat motywacji do służby. Co z tego, skoro wszystko zdecydowanie zbyt rozwleczono?
Dodatkowy minus to sporo błędów redakcyjnych, oczywiste pomyłki w rządach wielkości (milion, miliard, bilion - co za różnica), czy zdania ewidentnie w połowie urwane lub pozbawione sensu. Czuć pośpiech i brak staranności redakcji.
Nie warto czytać całości. Kilka ostatnich stron to rozdział zatytułowany "Zakończenie" w którym w dziesięciu syntetycznych punktach autor streszcza poprzednie 330 stron, na których nota bene nieraz się zapętla i powtarza.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPomijając to że książka jest niepotrzebnie rozwlekła (tak samo jak i inne pozycje tego autora), czasem w kółko wraca do tych samych tematów, a nawet...