Lekcja martwego języka

- Kategoria:
- literatura piękna
- Format:
- papier
- Data wydania:
- 1986-01-01
- Data 1. wyd. pol.:
- 1977-01-01
- Liczba stron:
- 187
- Czas czytania
- 3 godz. 7 min.
- Język:
- polski
Centralną postacią książki jest porucznik armii austro-węgierskiej Kiekeritz, który pod sam koniec I wojny światowej zostaje przesunięty z powodu zaawansowanej gruźlicy do małego miasteczka w Galicji, z dala od frontu, gdzie zakwaterowany w obskurnym hoteliku, oddaje się wspomnieniom i refleksjom. Kiekeritz to wyrafinowany esteta, który na terenach po które przetoczyła się wojna zbiera, na ile to możliwe, piękne przedmioty i wysyła je do swojej matki. Kiekeritz, w obliczu bliskiej śmierci a jednocześnie widząc zagładę świata w którym wzrósł czyli CK Monarchii, rozmyśla też sporo o śmierci, także o jej zadawaniu - bardzo często powraca w powieści trop myślistwa. Na końcu Kiekeritz umiera, a ostatniej posługi udziela mu ukraińska dróżniczka, a ciało jego pakuje do pociągu jadącego na Węgry. (blog:Całkiem subiektywne recenzje książek)
Kup Lekcja martwego języka w ulubionej księgarni
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Oceny książki Lekcja martwego języka
Poznaj innych czytelników
318 użytkowników ma tytuł Lekcja martwego języka na półkach głównych- Przeczytane 178
- Chcę przeczytać 135
- Teraz czytam 5
- Posiadam 27
- Ulubione 8
- Literatura polska 7
- 2020 3
- 2025 2
- Literatura piękna 2
- Polska 2





































OPINIE i DYSKUSJE o książce Lekcja martwego języka
William Faulkner był pisarzem postępującej katastrofy, toksycznego koloidu przeszłości oraz teraźniejszości. W „Rodzinnej Europie” Czesław Miłosz celnie zauważył, że to zaważyło na estymie, jaką amerykański literat cieszył się (na czas pisania swojego skądinąd znakomitego eseju, tj. 1959; bo kto dzisiaj wie kto to był Faulkner?) nad Wisłą. Oczywiście zaciążyło to – wg wielu znawców – na sukcesie Włodzimierza Odojewskiego czy (w bliższej nam perspektywie czasowej) „Golema” Macieja Płazy, ale jako wielbiciel Faulknera nie do końca się z tą tezą zgadzam. Zarówno Odojewski jak i Płaza nie są epigonami; przekonywanie o wielkości pisarstwa Odojewskiego jest zbyteczne, z kolei Płaza, mimo używania podobnych narzędzi literackich co amerykański noblista, w przywołanej wyżej powieści jest też silnie singerowsko-lovecraftowski (to moja opinia, a także komplement). Dzięki temu obie pozycje operują w innych rejestrach, jakkolwiek serwują czytelnikowi podobnie przygnębiającą aurę postępującej degeneracji świata.
Kuśniewicz na pierwszy rzut oka jest kolejnym z pogrobowców Faulknera. Obawiam się, że dla wielu literaturoznawców wystarczy stosowanie długich zdań, zredukowanie dialogów do absolutnego minimum (niekiedy oznaczającego zero) oraz poruszanie się w technice strumienia świadomości, by wysnuć takie porównanie. Cóż za krzywdzące uproszczenie; długimi zdaniami posługiwał się też Tomasz Mann, można pozornie zachować dialogi, które dialogami nie są (Witkacy w „Pożegnaniu jesieni),z kolei każdy strumień świadomości, z racji silnego intersubiektywizmu, jest czymś odrębnym od innego strumienia. „Lekcja martwego języka” to unikat, bowiem w swej strukturze tworzy pewien łańcuch impresji powiązanych dość luźną więźbą (np. gdy porucznik Kiekeritz widzi torbę konduktorską w przedziale wodzi ją daleko w przestrzeń i czas, po czym z kolejnego skojarzenia idzie w kolejne skojarzenie, itd. – dlaczego, zdradza niestety skandaliczny opis serwisu, który odsłania prawie wszystkie karty jeszcze przed lekturą, jak tak można). Jest unikatowa, bowiem tworzy kalejdoskopiczny obraz psychicznej i moralnej degradacji, nie wwiercając się tak głęboko w strukturę psychiczną bohatera (Odojewski),nie odnosi się ze szczególarskim pietyzmem do postaci drugoplanowych (Faulkner),nie wyjaśnia hermetycznego świata jego własnymi terminami (Płaza). Pejzaże okrucieństwa wymieszane z pełnymi wdzięku impresjami natury czy mitami tworzonymi w głowie porucznika (niewątpliwego estety w wąskim tego słowa sensie) to zaledwie migawki, piękne miniatury, szkatułka wspomnień i szkiców wspomnień pojawiających się niby bez celu, a tak naprawdę by naświetlić, z jak drobnych okruchów składa się człowiek stojący u progu gnijącego świata. „Lekcja martwego języka” przez obraz społecznego bankructwa I wojny światowej, podeptanych idei i skundlonych ludzi stawia pytanie ile po nas zostanie, ile warta jest sztuka, ludzkość, jednostka w kontekście Wielkiej Erozji. Kuśniewicz, poza pieczołowitym, do granic perfekcji wymuskanym językiem, doskonale opanował również technikę inwersji czasowej (i tu wreszcie można zestawić go z Faulknerem). Bo ile człowiek ma minut wiedząc że wszystko ginie i o czym myśli, licząc ostatnie sekundy? Czy w głowie zostają wielkie idee, figura efeskiej Diany, czy też pozornie bezcelowe migawki, które nie mają początku, końca, związku ani znaczenia? Co rodzi się w obliczu wszechogarniającej klęski? Dlaczego język, którym mówimy całe życie nagle okazuje się martwy? Upadek nie musi być stopniowy, jak w „Marszu Radetzky’ego” Rotha lub jedynie sygnalizowany jak w „Soli ziemi” Wittlina (powołując się na inne świetne pozycje dot. I wojny w cesarsko-królewskiej monarchii). Może być taki, że człowiek dosłownie w ostatniej chwili uświadamia sobie, że przegapił własne istnienie.
„Andrzej Kuśniewicz swą pasję literacką realizował dwutorowo: lewą ręką ochoczo spisywał donosy na swoich kolegów, prawej używał zaś do tworzenia literatury rozumianej bardziej tradycyjnie” – że przytoczę cytat z jednego z wpisów na portalu. Prawicą uczynił przynajmniej jedną wybitną rzecz.
William Faulkner był pisarzem postępującej katastrofy, toksycznego koloidu przeszłości oraz teraźniejszości. W „Rodzinnej Europie” Czesław Miłosz celnie zauważył, że to zaważyło na estymie, jaką amerykański literat cieszył się (na czas pisania swojego skądinąd znakomitego eseju, tj. 1959; bo kto dzisiaj wie kto to był Faulkner?) nad Wisłą. Oczywiście zaciążyło to – wg wielu...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJakoś ostatnio bliżej mam do literatury poświęconej odchodzeniu z tego świata. Utarło się, że „Lekcja martwego języka” jest rzeczą o umieraniu i rzeczywiście coś w tym jest. Przyznaję, nie znałem dotąd tej książki, natomiast przed wielu laty jako nastolatek oglądałem w kinie film z niesamowitą kreacją Pana Olgierda Łukaszewicza. Wtedy ten obraz wydał mi się niezrozumiały, zawiły, wręcz nużący. Dziś wydaje się dużo bardziej zrozumiały.
Odnoszę wrażenie, że w książce udało się uchwycić… schyłkowość. Kończy się wojna, za chwilę upadnie monarchia, jesień przynosi woń rozkładu i próchna, dobiega końca życie głównego bohatera. I ta prywatna pasja ocalania artefaktów z dawnych czasów, choćby miał to być kruchy talerz, filiżanka, czy prawosławna ikona. Pozostają obrazy, wspomnienia, kołaczące się gdzieś pod czaszką. Czy można pozostać estetą w czasie wojny ? Czy specyficzne kolekcjonerstwo przyczynia się do ratowania pozostałości materialnych po nieistniejących miejscach i osobach ? Niezwykła książka, choć z racji specyficznego stylu raczej nie każdemu przypadnie do gustu. I jeszcze jedna refleksja: czy dziś pisze się jeszcze książki, które stanowią podstawę dla dobrego scenariusza filmowego ?
Jakoś ostatnio bliżej mam do literatury poświęconej odchodzeniu z tego świata. Utarło się, że „Lekcja martwego języka” jest rzeczą o umieraniu i rzeczywiście coś w tym jest. Przyznaję, nie znałem dotąd tej książki, natomiast przed wielu laty jako nastolatek oglądałem w kinie film z niesamowitą kreacją Pana Olgierda Łukaszewicza. Wtedy ten obraz wydał mi się niezrozumiały,...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJesień 1918 r. Powoli rozlatuje się przegniły do cna dziwaczny twór o nazwie Austro-Węgry, czemu towarzyszy gnicie - fizyczne i duchowe - głównego bohatera por. Kiekeritza na wschodniogalicyjskim zadupiu. A w zasadzie on już jest trupem, jak jego Austria.
Rzecz cała należycie przepełniona rozpadem, schyłkiem, upadkiem. Oraz śmiercią: i rozważaną, i zadawaną i doznawaną - dla niektórych może nawet ponad miarę - a z Erosem i to męskim związaną. Wielka Wojna wprawdzie się kończy, ale za to inna, choć mniejsza polsko-ukraińska, już czeka za progiem.
Klimaty melancholijno-nostalgiczne, barwy przygaszone, nastroje oczekiwania na Nieznane. Wszystko to dla mnie przepiękne, jak wycyzelowane zdania Autora. Idealnie oddaje to koniec formacji, której zresztą niektórzy wkrótce zaczną żałować- no może nie jej samej, ale tej spokojnej trwałości, którą gwarantowała…
W tej napisanej wyrafinowanym językiem książce (chyba nawet lepszej od równie świetnego ”Króla Obojga Sycylii”) Kuśniewicz - niezależnie jakim był łajdakiem w PRL, donosząc na kolegów pisarzy, m.in. Kisiela czy Jasienicę – jest lepszy, a dokładnie: głębszy, od Josepha Rotha a niemal dorównuje mistrzowskiej „Soli ziemi” Józefa Wittlina, żeby się odnieść do porównywalnych dzieł z tego czasu i tych miejsc…
Wysmakowanej powieści niewiele ustępuje jej ekranizacja Janusza Majewskiego. Film polecam, jest w sieci, ale ma jedną wadę. Gdy upadła nieboszczka Austria, władzę w regionie obejmuje Zachodnioukraińska Republika Ludowa (z którą będziemy zaraz walczyć o Lwów). W książce jest to niemal jasno powiedziane. W filmie (cenzura mocniejsza niż wobec książki - ten czas miał być w PRL nieznany) świadczy o tym wyłącznie błękitno-żółta flaga na budynku dworca. Konia z rzędem temu, kto – wyjąwszy najstarszych – znał te kolory w 1979 r., kiedy film powstał (nb. wybitna tu epizodyczna rola młodego Juliusza Machulskiego) …
Jesień 1918 r. Powoli rozlatuje się przegniły do cna dziwaczny twór o nazwie Austro-Węgry, czemu towarzyszy gnicie - fizyczne i duchowe - głównego bohatera por. Kiekeritza na wschodniogalicyjskim zadupiu. A w zasadzie on już jest trupem, jak jego Austria.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toRzecz cała należycie przepełniona rozpadem, schyłkiem, upadkiem. Oraz śmiercią: i rozważaną, i zadawaną i doznawaną...
Bardzo depresyjna lektura, krążąca wokół śmierci, śmierci zadawanej ludziom i zwierzętom, śmierci przyrody, gdyż nadchodzi zima, śmierci głównego bohatera i śmierci pewnej epoki. Ostatnie dni I Wojny Światowej dla porucznika armii austro-węgierskiej Kiekeritza, gdzieś na krańcach jego imperium, w Galicji są czasem powolnego umierania. Trudno jednak zadufanego w sobie i w swoją wyjątkowość porucznika polubić, czy choćby mu współczuć. Zamknięty w swoim świecie przeżywa swoje fascynacje estetyczne i chwile kiedy panował nad życiem innych ludzi. Co dla porucznika stanowi największą wartość, co trzeba zachować i uratować? Czym jest śmierć dla porucznika Kiekeritza, jego śmierć, śmierć innych ludzi. Uniwersalnym wymiarem tej książki jest człowiek w obliczu śmierci i jak tą śmierć oswaja.
Nie jest to moja ulubiona książka, chociaż naprawdę jest świetnie napisana.
Bardzo depresyjna lektura, krążąca wokół śmierci, śmierci zadawanej ludziom i zwierzętom, śmierci przyrody, gdyż nadchodzi zima, śmierci głównego bohatera i śmierci pewnej epoki. Ostatnie dni I Wojny Światowej dla porucznika armii austro-węgierskiej Kiekeritza, gdzieś na krańcach jego imperium, w Galicji są czasem powolnego umierania. Trudno jednak zadufanego w sobie i w...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNigdy więcej.
Nigdy więcej.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toAleż ta książka jest dobra.
„Lekcja martwego języka” to krótka historia o służącym w armii CK Monarchii poruczniku Kiekeritzu. Umierającym na gruźlicę miłośniku sztuki i starożytnych ideałów, wypełnionym pragnieniami, których ujawnienie z pewnością zakończyłoby jego wojskową karierę, a może i życie.
Wypełniona mistyczną nieomal symboliką i bardzo sugestywnymi obrazami historia toczy się powoli, nieśpiesznie, co jakiś czas dając do zrozumienia czytelnikowi, że świat, który obserwuje na kartach książki, powoli się kończy. Tym światem są przede wszystkim Austro-Węgry, które za niedługo przestaną istnieć. To również Galicja – kraina, w której obok siebie żyją między innymi Słowacy, Austriacy, Polacy, Ukraińcy czy Żydzi, a która za niedługo zostanie poprzecinana wszelkiego rodzaju granicami oraz ideologiami. Zniknie również sam porucznik i jego świat, w którym piękno i okrucieństwo istnieją tuż obok siebie na równych zasadach. Zostaną po nim jedynie dzieła sztuki, które uratował przed zapomnieniem, lub po prostu zabrał z rozpadających się cerkwi i zniszczonych, spalonych dworków szlacheckich.
Wspaniała, kontemplacyjna opowieść, napisana bardzo eleganckim językiem, przypominająca trochę Maraia z tym jego wiecznym przeświadczeniem o zbliżającym się końcu świata. Jeżeli szukacie wyciszającej lektury na wieczór, „Lekcja martwego języka” będzie jak znalazł. Polecam mocno.
Ależ ta książka jest dobra.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to„Lekcja martwego języka” to krótka historia o służącym w armii CK Monarchii poruczniku Kiekeritzu. Umierającym na gruźlicę miłośniku sztuki i starożytnych ideałów, wypełnionym pragnieniami, których ujawnienie z pewnością zakończyłoby jego wojskową karierę, a może i życie.
Wypełniona mistyczną nieomal symboliką i bardzo sugestywnymi obrazami...
Andrzej Kuśniewicz swą pasję literacką realizował dwutorowo: lewą ręką ochoczo spisywał donosy na swoich kolegów, prawej używał zaś do tworzenia literatury rozumianej bardziej tradycyjnie. Nie jestem powołany, by oceniać czy rozliczać działalność lewicy; spodobało mi się jednak, co czyniła prawica.
Trwa ostatni rok Wielkiej Wojny, nazwanej później I wojną światową. Porucznik armii austro-węgierskiej, Alfred Kiekeritz, zjeżdża do niewielkiej miejscowości w Galicji, by z dala od frontu leczyć się z gruźlicy. Tylko czy porucznika, trochę zapóźnionego i nieco skarlałego dekadenta, cokolwiek jest jeszcze w stanie uratować?
Toczy go bowiem nie tylko choroba ciała, ale i duszy. Za dużo napatrzył się na wojnę, zbyt często zabijał. Zobojętniał i zatracił miarę moralną. Nie przypadkiem w końcowym stadium swej choroby zwraca się ku Nietzschemu. Na tym jednostkowym przykładzie widać, jak I wojna światowa, która dzięki rozwojowi techniki wzniosła machinę śmierci na nowy poziom, przekroczyła pewną granicę, przyszykowała w powszechnej świadomości grunt pod wydarzenia drugiej.
Co ciekawe (i niezbyt poprawne politycznie),w ujęciu autora wyrazem degeneracji porucznika jest również jego nie do końca uświadomiony, najwyraźniej mocno w myśl nauk Freuda wyparty homoseksualizm. Zastępczą satysfakcję seksualną znajduje więc narrator w akcie zabijania, co szczególnie czytelne staje się pod koniec powieści.
A ta jest cała przeniknięta symboliką śmierci. Kończą się istnienia zwierząt zamienionych w myśliwskie trofea. Kończy się życie porucznika, kończy się wojna i kolejny rozdział niewinności człowieka. Kończy się jesień i cykl przyrody. Kończy się wreszcie Monarchia Austro-Węgierska, pewien porządek świata. I fascynuje mnie, jak pojawiające się pod koniec utworu autotematyczne wstawki w dziwny sposób wpisują w ten wszechogarniający nastrój, dyktat Kostuchy. Bo przecież kończy się i sama powieść.
A „Lekcja martwego języka” okazuje się ostatecznie lekcją dość uniwersalną, bo obok zbiorowego wymiaru ludzkiego miotania, niesie również opis egzystencjalnego dramatu, z którym każdy z nas musi się zmierzyć samotnie. Porucznik Kiekeritz próbuje oswoić śmierć poprzez nadanie jej mitologicznego znaczenia, poprzez zastąpienie religii sztuką i choć czyni to w sposób głęboko wykoślawiony, sama recepta nie jest może wcale ostatnią z możliwych dróg uporania się z ludzką kondycją.
Andrzej Kuśniewicz swą pasję literacką realizował dwutorowo: lewą ręką ochoczo spisywał donosy na swoich kolegów, prawej używał zaś do tworzenia literatury rozumianej bardziej tradycyjnie. Nie jestem powołany, by oceniać czy rozliczać działalność lewicy; spodobało mi się jednak, co czyniła prawica.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTrwa ostatni rok Wielkiej Wojny, nazwanej później I wojną światową....
Po jej skończeniu mam mieszane uczucia.
Styl pisania, czyli brak rozdziałów to nie styl, który uwielbiam czytać. Jednak sama książka mnie zaciekawiła.
Próbowałam ją czytać w tramwaju i autobusie, ale zdecydowanie nie jest to książka na takie miejsca. Przy jej lekturze trzeba się skoncentrować, a momentami zaszyć się w swoim własnym świecie refleksji.
"Lekcja martwego języka" nie stała się dla mnie ulubioną książką, ale cieszę się, że ją przeczytałam. Chociaż kilkakrotnie miałam ochotę już ją skończyć, ze względu na czasami pojawiające się w niej brutalne opisy. Mimo wszystko ma coś w sobie co do niej zachęca i kusi, aby kontynuować lekturę.
Po jej skończeniu mam mieszane uczucia.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toStyl pisania, czyli brak rozdziałów to nie styl, który uwielbiam czytać. Jednak sama książka mnie zaciekawiła.
Próbowałam ją czytać w tramwaju i autobusie, ale zdecydowanie nie jest to książka na takie miejsca. Przy jej lekturze trzeba się skoncentrować, a momentami zaszyć się w swoim własnym świecie refleksji.
"Lekcja martwego...
Nie przebrnęłam nawet przez dwadzieścia stron. Kompletnie nie mój styl pisania, po dwóch stronach zasypiałam.
Nie przebrnęłam nawet przez dwadzieścia stron. Kompletnie nie mój styl pisania, po dwóch stronach zasypiałam.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toLekcja umierania.
Nawet nie wiem, od czego zacząć (chociaż na dobrą sprawę już zaczęłam). Może od ogólnych wrażeń. Czyta się fantastycznie mimo braku rozdziałów i podziałek.
Jedno z mglistych skojarzeń podczas czytania to "Na wspak" Huysmansa - bo rzeczywiście mamy do czynienia z kimś w rodzaju dekadenta - porucznik Alfred Kiekeritz to kolekcjoner dzieł sztuki religijnej i nie tylko. Aczkolwiek jego pasję nazwać można też zbieractwem, bo gdzieżby szukać w jego kolekcji oryginalnych dzieł? Możemy niekiedy nadziać się też na tandetę! Ale nie o wartość artystyczną czy materialną tu chodzi - najważniejszy jest symbol i mit.
A właśnie; mitologizacja świata. Główny bohater sprawia wrażenie, jakby nie żył rzeczywiście, tylko we własnym wyobrażeniu. Każda osoba lub wydarzenie może zostać przez niego skonfrontowane z jakimś symbolem lub przeobrażone w mit.
Takie podejście jest z tylko z jednej strony wewnętrzną wrodzoną potrzebą, ale przede wszystkim przeważa próba oswojenia nieuchronnie nadciągającej śmierci. Oczywiście, każdy umrze, ale chorujący przewlekle muszą żyć z myślą o tym, że nie przeżyją starości, a zatem starają się żyć bez myślenia o problemie, jakim jest choroba, inni myślą o niej nieustannie, a taki porucznik Kiekeritz zamierza oddać się kontemplacji sztuki.
Co ciekawe, wszystkie jego artystyczne inspiracje dotyczą właśnie śmierci, jednak jego podejście jest zastanawiające. Czuje, że umiera, a jednocześnie wyznaje nietcheańskie idee myśląc o sobie jako o panu życia i śmierci. Jako niemiecki żołnierz, dowódca pułku egzekucyjnego obcuje na co dzień ze śmiercią, zadaje ją skazańcom, obserwuje ją, a nawet fotografuje z wielką fascynacją. Oczywiście w godzinie własnej śmierci nieco zmienia swoje spojrzenie na kwestię mitu śmierci.
Świat się kończy. Może nawet nie ma w tym przesady. Dla dekadentów z prawdziwego zdarzenia koniec wieku XIX był momentem przełomu. Alfred K. przesuwa swoją granicę końca na okres Wielkiej Wojny. Bo czymże ona jest, jeśli nie upadkiem wartości moralnych, etycznych, kultury i człowieczeństwa? Bohater zdaje sobie z tego sprawę jednocześnie wiedząc, że sam jako wyznawca idei nadczłowieka, pozbawiony jest moralności.
Koniec wojny. Koniec życia. Przypadek?
Może mitologizacja bohatera?
Oprawcy, którego przez całą powieść obserwowałam z... sympatią - starając się go zrozumieć?
Fenomenalna książka do wielokrotnego czytania. Ja swoje wrażenia spisałam p[o czytaniu numer jeden, ale ta analiza i interpretacja jest zaledwie wierzchołkiem góry lodowej.
Lekcja umierania.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNawet nie wiem, od czego zacząć (chociaż na dobrą sprawę już zaczęłam). Może od ogólnych wrażeń. Czyta się fantastycznie mimo braku rozdziałów i podziałek.
Jedno z mglistych skojarzeń podczas czytania to "Na wspak" Huysmansa - bo rzeczywiście mamy do czynienia z kimś w rodzaju dekadenta - porucznik Alfred Kiekeritz to kolekcjoner dzieł sztuki religijnej...