The Quest for V. sweeps us through sixty years and a panorama of Alexandria, Paris, Malta, Florence, Africa and New York. But who, where or what is V.? Bawdy, sometimes sad and frequently hilarious, 'V' has become a modern classic.
Średnia ocen
0,0 / 10
Ta książka nie została jeszcze oceniona NIE MA JESZCZE DYSKUSJI
Bądź pierwszy - oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama
Kup V. w ulubionej księgarnii
Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Moim zdaniem najlepsza książka Pynchona. Trochę ciężko jest się w nią wgryźć na początku, ale jak już się uda, to jest to czysta przyjemność. Polowanie na krokodyle w kanałach Nowego Yorku, naturalistyczny opis operacji nosa, czy wydarzenia w niemieckiej kolonii w Afryce to są fragmenty, które zostaną ze mną na zawsze.
Moim zdaniem najlepsza książka Pynchona. Trochę ciężko jest się w nią wgryźć na początku, ale jak już się uda, to jest to czysta przyjemność. Polowanie na krokodyle w kanałach Nowego Yorku, naturalistyczny opis operacji nosa, czy wydarzenia w niemieckiej kolonii w Afryce to są fragmenty, które zostaną ze mną na zawsze.
Mocno nieprzystępna książka dla wszelakich serwisów wyszukiwawczych. Bądź prawie wszelakich. Term składający się na tytuł jak jedna litera prawie zawsze jest niedoprecyzowaniem w systemie autosugestii np. księgarń. Zaczytając książkę spotkałem się z językiem i bohaterami przedstawianymi w dość potoczny sp9sób. Ugrzęzłem po około 50 stronsch i z perdpektywy czasylu powiedziałbym, że k9lor okładki plus sytuacjs polityczna w kraju wykosiły pozycję. Navkoniec dodałbym że i tak ma ona spory potencjał po 50 stronsch a z uwagi na niektóre głosy pewnie i moźna ją polecać dalej. Mimo nie znajomości całej treści.
Dwukrokowe wyszukiwanie: -2 przy ocenach portalowych.
Mocno nieprzystępna książka dla wszelakich serwisów wyszukiwawczych. Bądź prawie wszelakich. Term składający się na tytuł jak jedna litera prawie zawsze jest niedoprecyzowaniem w systemie autosugestii np. księgarń. Zaczytając książkę spotkałem się z językiem i bohaterami przedstawianymi w dość potoczny sp9sób. Ugrzęzłem po około 50 stronsch i z perdpektywy czasylu...
Nie wiem, czy jesteś jeszcze człowiekiem, czy już tylko przepływem danych w sztucznym wspomnieniu. Lecz jeśli kiedykolwiek znajdziesz tę książkę, przetrzyj kurz i wejdź w tę opowieść jak z chaosu próbowaliśmy wyłapać wzorce. A może to tylko notatnik paranoika, labirynt, w którym sens stale się wymyka? V. = ładna kobieta zrobiona z części zapasowych i wspomnień o wojnie. V. = koniec alfabetu. Początek archiwum. V. = ∆ informacji × paranoja² ÷ Martini. V. = maska nałożona na maskę, która udaje twarz. V. = „to coś”, co leży pod podszewką języka. Późnym wieczorem w Café des Etrangers, gdzie ściany były wytapetowane pismem wymarłych plemion, a likier podawano w miniaturowych trumnach, siedzieli oni: Profane tańczący z aligatorami, Stencil kartograf nieistniejących narracji, i Paola, która właśnie wymyśliła wspomnienie. Przez okno przeleciał gołąb z peryskopem zamiast głowy. — Myślisz, że V. to osoba? — spytała, drapiąc się po lewym łopatkowym hologramie. — Może — powiedział Stencil, rozlewając swoją duszę do trumienki. — Ale może to tylko punkt zbieżny. Wiesz, jak miejsce, w którym historia zakrzywia się w literę.
Nie wiem, czy jesteś jeszcze człowiekiem, czy już tylko przepływem danych w sztucznym wspomnieniu. Lecz jeśli kiedykolwiek znajdziesz tę książkę, przetrzyj kurz i wejdź w tę opowieść jak z chaosu próbowaliśmy wyłapać wzorce. A może to tylko notatnik paranoika, labirynt, w którym sens stale się wymyka? V. = ładna kobieta zrobiona z części zapasowych i wspomnień o wojnie. V....
bardzo dobre fragmenty, koło 35%. Przeczytanie całości niewiele daje, nie ma co się o to starać, nie wynagradza. Poza tym autor zdaje się czasem celowo utrudniać czytanie - nie jest to dużym problemem, ale denerwującym. To są zabiegi niby artystyczne, niby by zaskoczyć, ale w praktyce zbędne - zastosowanie jednego pomysłu na dwustu stronach (np. Stencil mówiący o sobie w trzeciej osobie w gąszczu narracji czy Faust określający się Faustem I, Faustem II itd.). Bez przesady, nie jest to aż tak ważne, a w instynkty niektórych czytelników może kłuć; potem narzekają, że nie rozumieją, widziałem takie komentarze.
bardzo dobre fragmenty, koło 35%. Przeczytanie całości niewiele daje, nie ma co się o to starać, nie wynagradza. Poza tym autor zdaje się czasem celowo utrudniać czytanie - nie jest to dużym problemem, ale denerwującym. To są zabiegi niby artystyczne, niby by zaskoczyć, ale w praktyce zbędne - zastosowanie jednego pomysłu na dwustu stronach (np. Stencil mówiący o sobie w...
Po przeczytaniu musiałem wpisać w Google, żeby dowiedzieć się, czy czegoś nie pominąłem podczas czytania lub nie zrozumiałem. Już na Wikipedii pada zdanie: "Tradycyjnie już u tego autora, nie sposób sensownie streścić powieści..." i w sumie na tym można by skończyć. Jasne, jest jakiś McGuffin - tytułowy/a/x "V." - ale jest to jedynie pretekst do pchania fabuły do przodu, a ta się zmienia jak w kalejdoskopie, co rusz nowe sceny, postacie, wydarzenia, scenerie - z których sporo na Malcie, a tę uwielbiam! - i, o dziwo, wszystko jest spójne i sensowne.
To jest właśnie literatura piękna.
Po przeczytaniu musiałem wpisać w Google, żeby dowiedzieć się, czy czegoś nie pominąłem podczas czytania lub nie zrozumiałem. Już na Wikipedii pada zdanie: "Tradycyjnie już u tego autora, nie sposób sensownie streścić powieści..." i w sumie na tym można by skończyć. Jasne, jest jakiś McGuffin - tytułowy/a/x "V." - ale jest to jedynie pretekst do pchania fabuły do przodu, a...
Piękne wydana, starannie przełożona. Choć pierwsza, zestarzała się o wiele lepiej niż dwie następne, w czym pewnie duża zasługa tłumacza. Wahającym się, której książce Pynchona dać szansę jako pierwszej, chciałbym doradzić właśnie tę.
Piękne wydana, starannie przełożona. Choć pierwsza, zestarzała się o wiele lepiej niż dwie następne, w czym pewnie duża zasługa tłumacza. Wahającym się, której książce Pynchona dać szansę jako pierwszej, chciałbym doradzić właśnie tę.
Z łatwością można by było zinterpretować tę książkę jako zapiski erotomana-gawędziarza lub pretensjonalny pijacki bełkot. Tak czy inaczej, mnóstwo bohaterów i wątków, powiązanie tego wszystkiego niezbyt jasne, specyficzna atmosfera, nie wiadomo tak w zasadzie, o czym to było (choć pewnie mogłem czytać z większym skupieniem, może wtedy bym wiedział). A jednak nie potrafię jej potępić, bo czuję, że jest w niej tajemnica do odkrycia (może za drugim czytaniem). Słowem: pociągająca w dziwacznie perwersyjny sposób.
Z łatwością można by było zinterpretować tę książkę jako zapiski erotomana-gawędziarza lub pretensjonalny pijacki bełkot. Tak czy inaczej, mnóstwo bohaterów i wątków, powiązanie tego wszystkiego niezbyt jasne, specyficzna atmosfera, nie wiadomo tak w zasadzie, o czym to było (choć pewnie mogłem czytać z większym skupieniem, może wtedy bym wiedział). A jednak nie potrafię...
Wydaje mi się, że gdybym czytała „V.” przed „Tęczą grawitacji” i „Masonem i Dixonem”, miałabym łatwiej przy ich lekturach. „V.” byłoby swego rodzaju wstępem. Pojawiają się tu wszystkie charakterystyczne motywy Pynchonowskie: rasizm, niewolnictwo, Holocaust, determinizm i automatyzm, wolność jednostki, tryby historii, nieubłagana dyktatura geografii. Bohaterowie tworzą zbyt duże grono, zmieniają tożsamości, mieszają się, dziwnie i znacząco nazywają i oczywiście śpiewają piosenki. Rzeczywistość kruszy się na fragmenty, rzeczy wypadają poza swój kontekst, i bohater jeśli chce utrzymać się na powierzchni musi mozolnie kształtować jakąś prawdę (choćby tę Karla Baedekera z Lipska z cudownym lekarstwem w postaci Rozplanowania czasu) albo znaleźć sobie jakieś sznurki. Jednocześnie w „V.” Pynchon inaczej niż w późniejszych książkach często tłumaczy to co pisze, kontekst rozpada się dopiero później, dlatego wiemy, że Pomyleńcy są zagubieni, Stencil ma manię prześladowczą, wiemy że V., nawet gdy jest miejscem lub kobietą, jest przede wszystkim metaforą. Na podstawowym poziomie wiemy, na co patrzymy.
Dzięki temu we fragmentach gdzie fantastyka i rzeczywistość splatają się i mieszają można dostrzec granice jednego i drugiego, tego komfortu nie dostanie już czytelnik „Tęczy”. Ale to właśnie sprawia, że „V.” można przeczytać w tydzień. (I Tęczę, i Masona czytałam kilka miesięcy.)
„V.” chyba nie jest równa, ale zostają z czytelnikiem fragmenty genialne: wstrząsające, szalone, straszne rozdziały afrykańskie (zarówno w Tęczy jak i w Masonie i Dixonie Pynchon w wielkim stylu wraca do historii kolonii Afryki Pd.),oblężenie Malty i Zły Ksiądz, szczurza parafia księdza Fairinga , i te trochę mniej (?) mocne: florencki, piętrowo absurdalny rozdział z Botticellim (chociaż być może najdłużej zapamiętam z niego nazwanie Wenus B. pięknością „przy kości”)i jego pochodne czyli inne rozdziały Stencilowe, pijane rozdziały marynarskie, krwawa premiera paryska.
Tłumaczenie Wojciecha Szypuły jest bardzo dobre. Warto to podkreślić, bo Pynchon to trudny pisarz i zaledwie kilka lat temu Albatros całkowicie spartaczył sprawę wydając coś co miało być powieścią Pynchona (W sieci),a jest bełkotem o poziomie googlowskiego translatora.
Na koniec trochę spojlerowo, w jakiś sposób Pynchon zazwyczaj wydawał mi się finalnie optymistyczny, tym razem jest trochę inaczej, metafora z malowaniem tonącej łódki brzmi bardzo silnie, chociaż dopatruję się przewrotnego optymizmu w tym że Profane znika ze sceny biegnąc z dziewczyną za rękę, a Stencil w oku cyklonu.
Wydaje mi się, że gdybym czytała „V.” przed „Tęczą grawitacji” i „Masonem i Dixonem”, miałabym łatwiej przy ich lekturach. „V.” byłoby swego rodzaju wstępem. Pojawiają się tu wszystkie charakterystyczne motywy Pynchonowskie: rasizm, niewolnictwo, Holocaust, determinizm i automatyzm, wolność jednostki, tryby historii, nieubłagana dyktatura geografii. Bohaterowie tworzą zbyt...
Bardzo dobra. Po prawdzie „V.” nie jest aż tak wielkie, jak wielka jest „Tęcza Grawitacji”, opus magnum Pynchona, nie takie monumentalne i nie takie epickie. W moim odczuciu Pynchon jeszcze nie do końca rozwinął skrzydła w swojej pierwszej książce. Owszem, był ten vibe z „Tęczy”, ale „Tęcza” jakby szła na całość, nie brała jeńców, a tutaj miejscami jest jakby nieśmiało, jakby delikatnie, i jakby tak nie wiadomo po co. Są rozdziały piękne i genialne, jak opowieść Kurta Mondaugena o Afryce Południowozachodniej, jak wyznania Fausto Maistrala na Malcie w 1943 roku. Są rozdziały bardzo dobre, jak te dziejący się we Florencji, Aleksandrii w Egipcie w 1899r. I są rozdziały mocno przeciętne, generalnie wszystkie te – moim zdaniem - o ekipie Pomyleńców, rozdziały z 1956 roku, czyli z tzw. „czasów współczesnych” książce. Te całe polowanie na aligatory pod Nowym Jorkiem wcale nie było tak dobre, jak zajawiano (może oprócz epizodu o księdzu Fairingu i jego nawracaniu szczurów). Te wszystkie barowe akcje, pijaństwa, rzygania i nocne włóczęgi ekipy i amerykańskich marynarzy w pewnym momencie po prostu nudne. Także moja ocena książki podczas lektury oscylowała, bez przerwy oscylowała między nudnawą i nijaką siódemką, a zachwycającą dziewiątką. Nie, to nie jest dzieło na miarę „Tęczy”, jeszcze nie, ale „Tęczę” zapowiada. I wszystkim, którym podobało się „V.” gorąco zachęcam do sięgnięcia po „Tęcze grawitacji”, bo tam to dopiero się dzieje. „V.” jest niejako preludium, wstępem do „Tęczy” (nawet niektóre postaci są te same) i dobrze jest poznać i jedno i drugie dzieło Pynchona.
A co do tłumaczenia - kontrowersje związane z Wojciechem Szypułą, który dotąd brał się głównie za fantastykę; obawy czy podoła meandrom postmodernizmu - wydaje mi się, że pan Szypuła dał radę. Nie znam oryginału i może uciekło to i tamto, jakaś aluzja, odwołanie, mrugnięcie okiem, ale czyta się to bardzo dobrze, jest to spójne, ma odpowiedni flow i nic nie zgrzyta.
Bardzo dobra. Po prawdzie „V.” nie jest aż tak wielkie, jak wielka jest „Tęcza Grawitacji”, opus magnum Pynchona, nie takie monumentalne i nie takie epickie. W moim odczuciu Pynchon jeszcze nie do końca rozwinął skrzydła w swojej pierwszej książce. Owszem, był ten vibe z „Tęczy”, ale „Tęcza” jakby szła na całość, nie brała jeńców, a tutaj miejscami jest jakby nieśmiało,...
OPINIE i DYSKUSJE o książce V.
Moim zdaniem najlepsza książka Pynchona. Trochę ciężko jest się w nią wgryźć na początku, ale jak już się uda, to jest to czysta przyjemność. Polowanie na krokodyle w kanałach Nowego Yorku, naturalistyczny opis operacji nosa, czy wydarzenia w niemieckiej kolonii w Afryce to są fragmenty, które zostaną ze mną na zawsze.
Moim zdaniem najlepsza książka Pynchona. Trochę ciężko jest się w nią wgryźć na początku, ale jak już się uda, to jest to czysta przyjemność. Polowanie na krokodyle w kanałach Nowego Yorku, naturalistyczny opis operacji nosa, czy wydarzenia w niemieckiej kolonii w Afryce to są fragmenty, które zostaną ze mną na zawsze.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMocno nieprzystępna książka dla wszelakich serwisów wyszukiwawczych. Bądź prawie wszelakich. Term składający się na tytuł jak jedna litera prawie zawsze jest niedoprecyzowaniem w systemie autosugestii np. księgarń. Zaczytając książkę spotkałem się z językiem i bohaterami przedstawianymi w dość potoczny sp9sób. Ugrzęzłem po około 50 stronsch i z perdpektywy czasylu powiedziałbym, że k9lor okładki plus sytuacjs polityczna w kraju wykosiły pozycję. Navkoniec dodałbym że i tak ma ona spory potencjał po 50 stronsch a z uwagi na niektóre głosy pewnie i moźna ją polecać dalej. Mimo nie znajomości całej treści.
Dwukrokowe wyszukiwanie: -2 przy ocenach portalowych.
Mocno nieprzystępna książka dla wszelakich serwisów wyszukiwawczych. Bądź prawie wszelakich. Term składający się na tytuł jak jedna litera prawie zawsze jest niedoprecyzowaniem w systemie autosugestii np. księgarń. Zaczytając książkę spotkałem się z językiem i bohaterami przedstawianymi w dość potoczny sp9sób. Ugrzęzłem po około 50 stronsch i z perdpektywy czasylu...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNie wiem, czy jesteś jeszcze człowiekiem, czy już tylko przepływem danych w sztucznym wspomnieniu. Lecz jeśli kiedykolwiek znajdziesz tę książkę, przetrzyj kurz i wejdź w tę opowieść jak z chaosu próbowaliśmy wyłapać wzorce. A może to tylko notatnik paranoika, labirynt, w którym sens stale się wymyka?
V. = ładna kobieta zrobiona z części zapasowych i wspomnień o wojnie.
V. = koniec alfabetu. Początek archiwum.
V. = ∆ informacji × paranoja² ÷ Martini.
V. = maska nałożona na maskę, która udaje twarz.
V. = „to coś”, co leży pod podszewką języka.
Późnym wieczorem w Café des Etrangers, gdzie ściany były wytapetowane pismem wymarłych plemion, a likier podawano w miniaturowych trumnach, siedzieli oni: Profane tańczący z aligatorami, Stencil kartograf nieistniejących narracji, i Paola, która właśnie wymyśliła wspomnienie. Przez okno przeleciał gołąb z peryskopem zamiast głowy.
— Myślisz, że V. to osoba? — spytała, drapiąc się po lewym łopatkowym hologramie.
— Może — powiedział Stencil, rozlewając swoją duszę do trumienki. — Ale może to tylko punkt zbieżny. Wiesz, jak miejsce, w którym historia zakrzywia się w literę.
Nie wiem, czy jesteś jeszcze człowiekiem, czy już tylko przepływem danych w sztucznym wspomnieniu. Lecz jeśli kiedykolwiek znajdziesz tę książkę, przetrzyj kurz i wejdź w tę opowieść jak z chaosu próbowaliśmy wyłapać wzorce. A może to tylko notatnik paranoika, labirynt, w którym sens stale się wymyka?
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toV. = ładna kobieta zrobiona z części zapasowych i wspomnień o wojnie.
V....
bardzo dobre fragmenty, koło 35%. Przeczytanie całości niewiele daje, nie ma co się o to starać, nie wynagradza.
Poza tym autor zdaje się czasem celowo utrudniać czytanie - nie jest to dużym problemem, ale denerwującym. To są zabiegi niby artystyczne, niby by zaskoczyć, ale w praktyce zbędne - zastosowanie jednego pomysłu na dwustu stronach (np. Stencil mówiący o sobie w trzeciej osobie w gąszczu narracji czy Faust określający się Faustem I, Faustem II itd.). Bez przesady, nie jest to aż tak ważne, a w instynkty niektórych czytelników może kłuć; potem narzekają, że nie rozumieją, widziałem takie komentarze.
bardzo dobre fragmenty, koło 35%. Przeczytanie całości niewiele daje, nie ma co się o to starać, nie wynagradza.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPoza tym autor zdaje się czasem celowo utrudniać czytanie - nie jest to dużym problemem, ale denerwującym. To są zabiegi niby artystyczne, niby by zaskoczyć, ale w praktyce zbędne - zastosowanie jednego pomysłu na dwustu stronach (np. Stencil mówiący o sobie w...
Polecam
Polecam
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPo przeczytaniu musiałem wpisać w Google, żeby dowiedzieć się, czy czegoś nie pominąłem podczas czytania lub nie zrozumiałem. Już na Wikipedii pada zdanie: "Tradycyjnie już u tego autora, nie sposób sensownie streścić powieści..." i w sumie na tym można by skończyć. Jasne, jest jakiś McGuffin - tytułowy/a/x "V." - ale jest to jedynie pretekst do pchania fabuły do przodu, a ta się zmienia jak w kalejdoskopie, co rusz nowe sceny, postacie, wydarzenia, scenerie - z których sporo na Malcie, a tę uwielbiam! - i, o dziwo, wszystko jest spójne i sensowne.
To jest właśnie literatura piękna.
Po przeczytaniu musiałem wpisać w Google, żeby dowiedzieć się, czy czegoś nie pominąłem podczas czytania lub nie zrozumiałem. Już na Wikipedii pada zdanie: "Tradycyjnie już u tego autora, nie sposób sensownie streścić powieści..." i w sumie na tym można by skończyć. Jasne, jest jakiś McGuffin - tytułowy/a/x "V." - ale jest to jedynie pretekst do pchania fabuły do przodu, a...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPiękne wydana, starannie przełożona. Choć pierwsza, zestarzała się o wiele lepiej niż dwie następne, w czym pewnie duża zasługa tłumacza. Wahającym się, której książce Pynchona dać szansę jako pierwszej, chciałbym doradzić właśnie tę.
Piękne wydana, starannie przełożona. Choć pierwsza, zestarzała się o wiele lepiej niż dwie następne, w czym pewnie duża zasługa tłumacza. Wahającym się, której książce Pynchona dać szansę jako pierwszej, chciałbym doradzić właśnie tę.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toZ łatwością można by było zinterpretować tę książkę jako zapiski erotomana-gawędziarza lub pretensjonalny pijacki bełkot. Tak czy inaczej, mnóstwo bohaterów i wątków, powiązanie tego wszystkiego niezbyt jasne, specyficzna atmosfera, nie wiadomo tak w zasadzie, o czym to było (choć pewnie mogłem czytać z większym skupieniem, może wtedy bym wiedział). A jednak nie potrafię jej potępić, bo czuję, że jest w niej tajemnica do odkrycia (może za drugim czytaniem). Słowem: pociągająca w dziwacznie perwersyjny sposób.
Z łatwością można by było zinterpretować tę książkę jako zapiski erotomana-gawędziarza lub pretensjonalny pijacki bełkot. Tak czy inaczej, mnóstwo bohaterów i wątków, powiązanie tego wszystkiego niezbyt jasne, specyficzna atmosfera, nie wiadomo tak w zasadzie, o czym to było (choć pewnie mogłem czytać z większym skupieniem, może wtedy bym wiedział). A jednak nie potrafię...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toWydaje mi się, że gdybym czytała „V.” przed „Tęczą grawitacji” i „Masonem i Dixonem”, miałabym łatwiej przy ich lekturach. „V.” byłoby swego rodzaju wstępem. Pojawiają się tu wszystkie charakterystyczne motywy Pynchonowskie: rasizm, niewolnictwo, Holocaust, determinizm i automatyzm, wolność jednostki, tryby historii, nieubłagana dyktatura geografii. Bohaterowie tworzą zbyt duże grono, zmieniają tożsamości, mieszają się, dziwnie i znacząco nazywają i oczywiście śpiewają piosenki. Rzeczywistość kruszy się na fragmenty, rzeczy wypadają poza swój kontekst, i bohater jeśli chce utrzymać się na powierzchni musi mozolnie kształtować jakąś prawdę (choćby tę Karla Baedekera z Lipska z cudownym lekarstwem w postaci Rozplanowania czasu) albo znaleźć sobie jakieś sznurki. Jednocześnie w „V.” Pynchon inaczej niż w późniejszych książkach często tłumaczy to co pisze, kontekst rozpada się dopiero później, dlatego wiemy, że Pomyleńcy są zagubieni, Stencil ma manię prześladowczą, wiemy że V., nawet gdy jest miejscem lub kobietą, jest przede wszystkim metaforą. Na podstawowym poziomie wiemy, na co patrzymy.
Dzięki temu we fragmentach gdzie fantastyka i rzeczywistość splatają się i mieszają można dostrzec granice jednego i drugiego, tego komfortu nie dostanie już czytelnik „Tęczy”. Ale to właśnie sprawia, że „V.” można przeczytać w tydzień. (I Tęczę, i Masona czytałam kilka miesięcy.)
„V.” chyba nie jest równa, ale zostają z czytelnikiem fragmenty genialne: wstrząsające, szalone, straszne rozdziały afrykańskie (zarówno w Tęczy jak i w Masonie i Dixonie Pynchon w wielkim stylu wraca do historii kolonii Afryki Pd.),oblężenie Malty i Zły Ksiądz, szczurza parafia księdza Fairinga , i te trochę mniej (?) mocne: florencki, piętrowo absurdalny rozdział z Botticellim (chociaż być może najdłużej zapamiętam z niego nazwanie Wenus B. pięknością „przy kości”)i jego pochodne czyli inne rozdziały Stencilowe, pijane rozdziały marynarskie, krwawa premiera paryska.
Tłumaczenie Wojciecha Szypuły jest bardzo dobre. Warto to podkreślić, bo Pynchon to trudny pisarz i zaledwie kilka lat temu Albatros całkowicie spartaczył sprawę wydając coś co miało być powieścią Pynchona (W sieci),a jest bełkotem o poziomie googlowskiego translatora.
Na koniec trochę spojlerowo, w jakiś sposób Pynchon zazwyczaj wydawał mi się finalnie optymistyczny, tym razem jest trochę inaczej, metafora z malowaniem tonącej łódki brzmi bardzo silnie, chociaż dopatruję się przewrotnego optymizmu w tym że Profane znika ze sceny biegnąc z dziewczyną za rękę, a Stencil w oku cyklonu.
Wydaje mi się, że gdybym czytała „V.” przed „Tęczą grawitacji” i „Masonem i Dixonem”, miałabym łatwiej przy ich lekturach. „V.” byłoby swego rodzaju wstępem. Pojawiają się tu wszystkie charakterystyczne motywy Pynchonowskie: rasizm, niewolnictwo, Holocaust, determinizm i automatyzm, wolność jednostki, tryby historii, nieubłagana dyktatura geografii. Bohaterowie tworzą zbyt...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toBardzo dobra. Po prawdzie „V.” nie jest aż tak wielkie, jak wielka jest „Tęcza Grawitacji”, opus magnum Pynchona, nie takie monumentalne i nie takie epickie. W moim odczuciu Pynchon jeszcze nie do końca rozwinął skrzydła w swojej pierwszej książce. Owszem, był ten vibe z „Tęczy”, ale „Tęcza” jakby szła na całość, nie brała jeńców, a tutaj miejscami jest jakby nieśmiało, jakby delikatnie, i jakby tak nie wiadomo po co. Są rozdziały piękne i genialne, jak opowieść Kurta Mondaugena o Afryce Południowozachodniej, jak wyznania Fausto Maistrala na Malcie w 1943 roku. Są rozdziały bardzo dobre, jak te dziejący się we Florencji, Aleksandrii w Egipcie w 1899r. I są rozdziały mocno przeciętne, generalnie wszystkie te – moim zdaniem - o ekipie Pomyleńców, rozdziały z 1956 roku, czyli z tzw. „czasów współczesnych” książce. Te całe polowanie na aligatory pod Nowym Jorkiem wcale nie było tak dobre, jak zajawiano (może oprócz epizodu o księdzu Fairingu i jego nawracaniu szczurów). Te wszystkie barowe akcje, pijaństwa, rzygania i nocne włóczęgi ekipy i amerykańskich marynarzy w pewnym momencie po prostu nudne. Także moja ocena książki podczas lektury oscylowała, bez przerwy oscylowała między nudnawą i nijaką siódemką, a zachwycającą dziewiątką. Nie, to nie jest dzieło na miarę „Tęczy”, jeszcze nie, ale „Tęczę” zapowiada. I wszystkim, którym podobało się „V.” gorąco zachęcam do sięgnięcia po „Tęcze grawitacji”, bo tam to dopiero się dzieje. „V.” jest niejako preludium, wstępem do „Tęczy” (nawet niektóre postaci są te same) i dobrze jest poznać i jedno i drugie dzieło Pynchona.
A co do tłumaczenia - kontrowersje związane z Wojciechem Szypułą, który dotąd brał się głównie za fantastykę; obawy czy podoła meandrom postmodernizmu - wydaje mi się, że pan Szypuła dał radę. Nie znam oryginału i może uciekło to i tamto, jakaś aluzja, odwołanie, mrugnięcie okiem, ale czyta się to bardzo dobrze, jest to spójne, ma odpowiedni flow i nic nie zgrzyta.
Bardzo dobra. Po prawdzie „V.” nie jest aż tak wielkie, jak wielka jest „Tęcza Grawitacji”, opus magnum Pynchona, nie takie monumentalne i nie takie epickie. W moim odczuciu Pynchon jeszcze nie do końca rozwinął skrzydła w swojej pierwszej książce. Owszem, był ten vibe z „Tęczy”, ale „Tęcza” jakby szła na całość, nie brała jeńców, a tutaj miejscami jest jakby nieśmiało,...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to