Krótka historia filozofii współczesnej Tadeusz Gadacz 6,2

Całość spoczywa na barkach prof. Gadacza, który ciekawie pozwala zorientować się we wiodących nurtach XX wieku, a jedną ręką wspomaga go prof. Sady opisujący nurt analityczny. Część prof. Dybla o dekonstrukcji, postmodernizmie i ponowoczesności wyraźnie odstaje – być może z powodu sofistycznego charakteru tych nurtów.
Ostatnie 50 stron należące do prof. Środy to już (przewidywalne) na przemian beka i zniesmaczenie. Co prawda ułatwia to nam oddzielenie umiarkowanych feministek od totalnych odklejeńców, ale koniec końców na co to komu? Mało to interesujących i zdroworozsądkowych filozofek bez histerii, paranoi, wyimaginowanej krzywdy, urojeń i poczucia niższości, u których nie da się znaleźć typowej feministycznej nowomowy o patriarchalizmach, fallocentryzmach i opresji białego burżuja? Zdarza się wielokrotnie, że część przywołanych filozofek otrzymuje prostującą etykietkę „sama nie uważała się za feministkę” – i całe szczęście, jestem zaskoczony uczciwością, tylko po co w takim razie ładować je w tę menażerię? Poza tym same umiarkowane feministki krytykują bełkot tych radykalnych (np. fragment o rzekomej wyższości „etyki troski" nad etyką sprawiedliwości).
Oczywiście faktem jest istnienie feministycznego nurtu we współczesnej filozofii i książka o historii filozofii może to odnotowywać, ale można było to zrobić uczciwie, bez cherrypikingu i ulegania groteskowej narracji, gdzie co rusz wytykany jest pogląd o kobiecie „jako wybrakowanym mężczyźnie/człowieku” Arystotelesa czy św. Tomasza, bez zająknięcia się np. o Platonie, który pomimo dostrzegania różnic w budowie ciała, nie wzbraniał kobietom służby wojskowej, jeśli były słusznej postury, a i do swojej Akademii chętnie je przyjmował, nie dostrzegając żadnych uchybień mentalnych. Tak trudno napisać: ten był seksistą i lekceważył kobiety, a ten mizoginem i je nienawidził, zamiast: CAŁA HISTORIA ŚWIATA DO TEJ PORY TO PATRIARCHALIZM I OPRESJA WOBEC KOBIET!!!!111111.
Przykładów można mnożyć. Gdzie te stereotypiczne, odwieczne "konstrukty płciowe", że świat potrzebował "dżender", żeby je dostrzec?
"Czasami wszakże pewni mężczyźni mogą dobrze wykonywać niektóre lżejsze prace, uważane za kobiece, jak również kobiety mogą wykonywać niektóre cięższe prace, uważane raczej za odpowiednie dla mężczyzn. Dziać się tak może, gdy dozwalają na to warunki ciała, potrzeba czy okoliczności.
Wszystkie bowiem ludzkie obowiązki spoczywają w równym stopniu na wszystkich ludziach i są wspólne dla mężczyzn i kobiet, a co za tym idzie, nic nie jest tylko jednemu przydzielone". Muzoniusz Rufus (stoik)
Jedyne nad czym można się zastanawiać (czytając typową feministyczną literaturę),to czy potrzeba psychoterapeuty czy egzorcysty.
Ostatecznie „Filozofie są albo sokratyczne, albo sofistyczne” (Leonard Nelson) [to mój własny wniosek i cieszy odnalezienie go u certyfikowanych filozofów – nie tylko Nelson, ale też Patoćka i Hadot], więc oczywiste jest gdzie umieszczam współczesny feminizm, postmodernizm, dekonstrukcjonizm czy ponowoczesność (co nie przeczy temu, że również i te kierunki mogą nam coś ukazać).
Pochwalić należy za uporządkowanie egzystencjalizmu, tzn. odróżnienie go od „filozofii egzystencji” oraz „problemów egzystencjalnych”. W języku potocznym termin ten jest tak szeroki, że sami akademicy jako prekursora potrafią wskazywać Sokratesa, a poza tym „egzystencjalizmu” można doszukiwać się nawet w biblijnej Księdze Koheleta i w niektórych Psalmach.
Nie zdawałem sobie sprawy z istnienia francuskiej „filozofii ducha”, choć z nazwiskami jej przedstawicieli (Telihard de Chardin, Lavelle) wielokrotnie miałem do czynienia. Bardzo chętnie poczytałbym wielu z omówionych filozofów, niestety ich dzieła nadal nie są przetłumaczone.
Z przymrużeniem oka „Krótką historię filozofii współczesnej” można potraktować jako dodatek do Tatara. Szkoda że prof. Gadacz nie był w stanie objąć wszystkich nurtów. Chyba pokuszę się o jego „Historię filozofii XX wieku” w dwóch tomach, gdzie, jak podejrzewam, omówione przez niego nurty są opisane dwa razy dogłębniej.
Warte polecenia. Pomimo pobieżnego ujęcia, pozwala zorientować się co działo się w filozofii w ostatnich stu latach.
----------------------------
„Jeśli myśli ponowoczesnej można zarzucić relatywizm, to granicą tego relatywizmu była w niej zawsze wrażliwość etyczna na innego”.
„Wiek XX był okresem poszukiwania nowych rodzajów doświadczenia religijnego, nie tylko w obrębie typowo chrześcijańskiej filozofii. W wieku XIX Ludwig Feuerbach, Marks, Nietzsche, a na początku XX wieku Freud usiłowali zdemistyfikować doświadczenie religijne jako doświadczenie społeczne czy psychiczne. Religia jest bądź to nieskończoną projekcją potrzeb (Feuerbach),reakcją na społeczną niesprawiedliwość (Marks),kompensacją słabości (Nietzsche),bądź przejawem dwuznacznego stosunku do ojca (Freud). Te diagnozy nie przyczyniły się jednak do śmierci religii i myślenia religijnego, lecz do uwolnienia go od przesądów bądź też poszukiwania nowych paradygmatów myślenia religijnego – ateizm uwolnił nas od religii i otwarł drogę do wiary (Paul Ricoeur)”.
„Nietzscheańska idea „śmierci Boga” stała się symbolem współczesnego ateizmu i inspiracją „teologią śmierci Boga”. Martin Heidegger wiązał ją z europejskim nihilizmem. „Bóg umarł” oznacza, że „chrześcijański” Bóg utracił władzę nad bytem i przeznaczeniem człowieka. Według Karla Jaspersa Nietzsche nie mówi: nie ma Boga ani też: nie wierzę w Boga, lecz głosi, że Bóg umarł. Taką diagnozę wydaje się potwierdzać sam Nietzsche: „Nie to nas oddziela, że nie odnajdujemy Boga ani w dziejach, ani w przyrodzie, ani poza przyrodą, – lecz że tego, co jako Bóg czczone było, nie odczuwamy jako «boskie». Nietzsche nie napisał jednak „Gott ist gestorben” („Bóg umarł”),lecz Gott ist tot” („Bóg jest martwy”). Martwy jest nie bóg lecz idea boskości ukształtowana dotąd przez kulturę i religię. Ateizm zarzucany Nietzschemu oparty jest zatem na translatorskim błędzie. Bóg nie umarł, lecz jest martwy na podobieństwo umierających słów i pojęć. Nie żyje Bóg podglądacz, strażnik moralności, Bóg, który spełnił rozmaite zastępcze socjologiczne i psychologiczne funkcje”.
„Człowiek potrzebuje człowieka, by stać się człowiekiem”.
„Człowieka pojmował Natorp całościowo, gdyż duch jest niepodzielny. Nie da się w nim oddzielić etycznego wymiaru dobra od estetycznego wymiaru piękna i logicznej prawdy. Wychowanie musi zatem prowadzić do harmonijnego rozwoju duszy. Dlatego w obszar pedagogiki trzeba wprowadzić teoretyczne treści logiki, etyki i estetyki. Ważne jest przy tym zachowanie równowagi, gdyż zbytnie przeakcentowanie jednego z tych wymiarów prowadzi do nierównowagi. I tak według Natorpa renesans zbyt silnie podkreślał estetyczne cele kształcenia, gubiąc wymiar etyczny i intelektualny. Reformacja zbyt silnie akcentowała etyczny wymiar kształcenia, którzy przy braku wymiaru intelektualnego i estetycznego doprowadził do przesadnego rygoryzmu moralnego. Natomiast oświecenie zbyt jednostronnie położyło nacisk na kształcenie intelektualne. Wychowanie jest zatem wprowadzeniem w pełnej harmonii tego, co teoretycznie poznane, w życie praktyczne. Ważną rolę w wychowaniu odgrywa także psychologia. Jeśli etyka wskazuje cele wychowaniu, to psychologia dostarcza metod i uczy, jak te cele osiągnąć”.
„Piękno jest zmysłowym zjawiskiem idei”. Plotyn
„Jeśli Heidegger, Jaspers czy Marcel mniej lub bardziej skutecznie oponowali przeciw określeniu ich mianem egzystencjalistów, to w zasadzie słowo to zdaje się odnosić jedynie do Sartre’a, który je wprowadził, Simone de Beauvoir i Bierdiajewa. De Beauvoir okazała się z czasem jedną z prekursorek filozofii feministycznej. Bierdiajew, chociaż przyznał, że jest egzystencjalistą, stwierdziwszy, że cała filozofia rosyjska jest z gruntu egzystencjalistyczna, miał raczej na myśli filozofię egzystencji. Egzystencjalizm był zatem zbiorem jednoosobowym i nazywał się Sartre. Jednak także wiązanie Sartre’a ze słowem „egzystencjalizm” jest problematyczne, gdyż posługiwał się dialektyką, był zwolennikiem psychoanalizy, a w swych dziełach literackich uprawiał autopsychoanalizę. Podobnego zdania był Maurice Merleau-Ponty, który uważał, że tylko w przypadku filozofii Sartre’a należy używać określenia „egzystencjalizm”, natomiast w odniesieniu do wszystkich pozostałych myślicieli określenia „filozofia egzystencji”.
Z powodu wskazanych kontrowersji poręczniejsze wydaje się określenie funkcjonujące w języku niemieckim „filozofia egzystencji” niż „egzystencjalizm” jako wspólny mianownik poglądów wspomnianych myślicieli, podobnych pod pewnymi względami do siebie, w istocie jednak dość odmiennych. Filozofia egzystencji jest jednym z głównych nurtów filozofii XX wieku, który jednocześnie kontynuował i przekroczył problematykę filozofii życia”.
„Do rzeczywistego Boga prowadzi jedynie wiara. A wiara w Boga jest dla Miguela de Unamuno pragnieniem jego istnienia: „Wierzyć w Boga to pragnąć, aby on był”. Ale nie tylko pragnąć, lecz udzielać Mu kredytu zaufania. Wiara jest sprawą woli, a nawet samą wolą. Ta wolitywność wiary wyraża się w miłości, namiętności, ale także niepewności, wątpieniu i rozpaczy. Wiara w Boga rodzi się z miłości do Boga, lecz także z miłości Boga do nas. Bóg odczuwany jest o tyle, o ile jest przeżywany. Prowadzi nas do niego nie racjonalna konieczność, lecz żywotna trwoga”.
„Źródłem doświadczenia religijnego jest świat jako całość, który budzi podziw i wiedzie do przekonania, że stwórcą świata może być Bóg. Człowiek o nastawieniu optymistycznym (zdrowomyślnym) interpretuje stworzony przez Boga świat jako wspaniały i pełen sensu. Natomiast człowiek nastawiony pesymistycznie dostrzega świat jako niestabilny i pełen zła. Jego fundamentalne nastawienie jest głęboko melancholijne”.
„Potocznie fenomenologia rozumiana jest jako metoda poznania, której celem jest osiągnięcie istotowej wiedzy apodyktycznej. W takim jej rozumieniu wskazuje się u Husserla na inspiracje poglądami Kartezjusza i Kanta. Jest to jednak rozumienie wycinkowe i uproszczone. Fenomenologia była dla Husserla nie tylko metodą, co drogą wewnętrznego doświadczenia duchowego, która według jego przekonania miała w sposób racjonalny pomóc ludzkości w doskonaleniu się i dojściu do Boga jako źródła wszelkiej prawdy. W tym szerszym rozumieniu fenomenologii inspirowali Husserla Platon i Sokrates, św. Augustyn, Hugon ze św. Wiktora, mistycy nadreńscy, szczególnie Mistrz Eckhart oraz Frankfurtczyk, anonimowy autor Theologia Deutsch. Przede wszystkim jednak Biblia, którą zawsze trzymał na biurku w swoim gabinecie”.
„Miłość nie jest tożsama ze współczuciem. Nie zakłada żadnego sądu ani nie jest aktem dążenia. Dotychczasowe koncepcje miłości, szczególnie w XIX wieku, popełniały zasadniczy błąd, utożsamiając miłość z altruizmem. Miłość kieruje się do osoby, a altruizm do choroby lub ubóstwa. Kocha się u chorego i ubogiego nie chorobę i ubóstwo, lecz jego samego. Nietzsche miał rację, krytykując miłość jako filantropię. Miłość nie jest jednak ani filantropią, ani humanitaryzmem”.
„Patoćka był platonikiem i sokratykiem. Platon był dla niego przede wszystkim filozofem dobra i odpowiedzialności. Jak twierdził: „Nowa myśl Platona wyraża wolę, by opuścić łono matki-Ziemi i udać się na czystą «drogę światła», a więc podporządkować orgiazm odpowiedzialności. Dlatego droga platońskiej duszy prowadzi wprost do wieczności i do źródła wszelkiej wieczności, do słońca «dobra». Natomiast Sokrates był dlań wzorem człowieka duchowego, którego przeciwstawił sofistycznym „intelektualistom””.
„Powinien on być przede wszystkim człowiekiem duchowym, a nie intelektualistą. Intelektualistów pozbawionych głębi myśli i mądrości porównał [Patoćka] do starożytnych sofistów, a człowieka duchowego do Sokratesa. Sofiści ślizgają się po powierzchni życia, a człowiek duchowy jest świadom jego głębi i problematyczności. Świat nie jest dla niego czymś oczywistym. Wręcz odwrotnie, jest w stanie wytrzymać jego negatywność. „Człowiek duchowy to ten, kto w taki właśnie sposób znajduje się w drodze. On wie o tych negatywnych doświadczeniach, zawsze ma je na względzie, w odróżnieniu od zwykłego człowieka, starającego się o nich zapomnieć, instynktownie przed nimi uciec. (…) Człowiek duchowy naraża się właśnie na to i jego życie polega na tym właśnie, że jest w taki sposób narażony””.
„Pisząc o interpretacji dzieła sztuki, Pareyson przypominał z naciskiem, że interpretacja nie jest subiektywna, lecz osobista, czyli osobowa. Podmiot tym bowiem różni się od osoby, że jest zamknięty w sobie samym, a osoba otwarta na innych i na inne interpretacje. Interpretacja nie może być jednak dowolna. Jest dwoista. Interpretator ożywia dzieło, ale ożywia je, jak ono samo chce. Dzieło objawia się zatem interpretatorowi w tym samym momencie, w którym on je tworzy”.
„Stosunek Boga i człowieka do zła jest jednocześnie identyczny i odmienny. Identyczny, gdyż zarówno warunkiem istnienia wolności Boga, jak i człowieka jest zło. Odmienny, gdyż dla Boga jest to zło jedynie możliwe i przeszłe. Bóg zwyciężył zło ab aeterno. Dla człowieka natomiast jest to zło rzeczywiste i aktualne. To nie człowiek rozwarł otchłań możliwości zła. Ludzka wolność realizuje się już w rozwartym horyzoncie możliwego zła. Ale to człowiek je z uśpienia ożywił. „Wstrząsającym jest fakt, że człowiek rozbudził uśpione w Bogu zło, ale sposób, w jaki mógł to uczynić, jest rzeczą oszałamiającą i przerażającą. Otchłań zła jest bardzo głęboka, zamglona, ciemna, można rzec, niezgłębiana”. Bóg jest źródłem zła, lecz to nie on je urzeczywistnił. W ten sposób według Pareysona możemy przezwyciężyć doktrynę manichejską dwóch zasad, jednocześnie zaspokajając wymóg manicheizmu”.
„To Lavelle, a nie Sartre był autorem stwierdzenia: „Egzystencja poprzedza esencję”. To jemu, a nie Sartre’owi, należy przyznać prekursorstwo we francuskim egzystencjalizmie. Sartre inspirował się jego poglądami, pozbawiając je jednak wymiaru metafizycznego, aksjologicznego i mistycznego”.
„Charakter jest głębszy niż historia jednostki. „Jednostka nie jest odpowiedzialna za swój charakter, odkryła go, otrzymała, przychodząc na świat, jako dar dobrych lub złych wróżek; przeciwnie, odpowiedzialna będzie za swoją indywidualność, w jakiej przyczyni się do użycia swego charakteru” (Rene Le Senne).
„Przedmioty istnieją, a osoby są obecne”.
„Problem mowy jest dla Ebnera problemem pneumatologicznym. Prawdziwa mowa (słowo) pochodzi od Boga. Ma boski rodowód, jest faktem duchowego, nie zaś przyrodzonego życia. Bóg jest źródłem słowa. Jeśli zapominamy o tym źródle, mowa staje się językiem, a filozofia mowy filozofią języka. Przedmiotem językoznawstwa jest słowo stworzone przez samego człowieka po jego zerwaniu z Bogiem”.
„Ideałem relacji jest wspólnota. Nie jest ona bezosobowym „my”, w którym znika odrębność „ja” i „ty”, lecz ich więzią. Dlatego człowiek nie może być ani indywiduum, ani elementem kolektywu. Buber poszukuje trzeciej drogi między indywidualizmem i kolektywizmem. Indywidualizm postrzega człowieka jedynie w odniesieniu do siebie samego, kolektywizm w ogóle nie dostrzega człowieka, gdyż poprzestaje na społeczeństwie. Przeciwieństwem zarówno indywidualizmu, jak i kolektywizmu jest wspólnota. Dlatego kolektywnemu przymusowi nie przeciwstawił wolności, lecz więź”.
„Życie urzeczywistniane w wolności stanowi osobową odpowiedzialność albo jest patetyczną farsą”. Emmanuel Levinas
„W „Obrazach dobra i zła” [Levinas] zło i dobro określił jako dwa popędy, z których pierwszy, choć ślepy, ma moc, a drugi, choć słaby, jest rozumny. Popęd zły jest równie niezbędny jak dobry. Relację między nimi porównał do dwu wołów, których rolnik używa do orki. Jeden (dobry) zna kierunek, ale jest za słaby, by pociągnąć pług. Drugi (zły) jest silny i namiętny, ale pozbawiony wiedzy i celowości. Dopóki popęd dobry pozostaje w zjednoczeniu ze złym, nie ma jeszcze rzeczywistego zła. Dopiero gdy zły popęd się usamodzielni, oddzielając od dobrego, rodzi rzeczywiste zło. Dlatego zadaniem człowieka nie jest tłumienie złego popędu, lecz ponowne zjednoczenie go z dobrym”.
„We współczesnym świecie coraz bardziej jednak dominuje doświadczenie przedmiotowe, które zasłania człowiekowi Boga. Tak powstaje zaćmienie Boga, w którym idee przesłaniają nam doświadczenie obecności. Żyjemy w epoce zaćmienia Boga, a nie śmierci Boga, jak twierdził Nietzsche”.
„Zdaniem Benhoffera „zmierzamy w kierunku całkowicie bezreligijnych czasów”.
Dzięki krytyce religii na nowo odczytał przesłanie chrześcijaństwa. Jego treścią nie jest Bóg mitu i metafizyki, ale Bóg, który stał się człowiekiem w „centrum świata” po to, aby usprawiedliwić to, co ludzkie, i dać przykład prawdziwego człowieczeństwa. Bóg metafizyki umarł. Prawdziwy Bóg istnieje w rzeczywistości tego świata. Jeżeli chrześcijaństwo nie chce umrzeć, jak inne tradycje religijne, nie może już dłużej szukać Boga w niebiosach („Pozostawmy niebo aniołom i ptaszkom”). „Nie możemy być uczciwi, nie uznając, że żyć nam przyszło dzisiaj w świecie «etsi Deus non daretur» [«jak gdyby Boga nie było» – przyp. autora]. Życie w świecie bez hipotezy Boga nie oznacza żadnej formy ateizmu, jest bowiem zawsze staniem wobec Boga””.
„Bóg otacza człowieka ze wszystkich stron, (…) dla człowieka istnieje równie wiele dróg zbliżających go do Boga, co kroków na ziemi”. Obok dróg praktycznych, jak mistyka naturalna, moralne doświadczenia graniczne i sztuka, przypisywał Maritain duże znaczenie przedfilozoficznej drodze zdrowego ludzkiego rozsądku. Wyrażają ją trzy zasadnicze momenty: spostrzeżenie, że istnieje coś, i to niezależnie od poznającego ducha (ontologiczny prymat bytu nad świadomością); świadomość własnej egzystencji jako samotnej, przygodnej, przenikniętej nicością; odniesienie do wolnego od ograniczeń, czystego, absolutnego istnienia, „bytu-bez-nicości”, „bytu-przez-się”. Dopiero ta bezpośrednia pewność obecna w przedfilozoficznym poznaniu Boga może być pośrednio logicznie i racjonalnie dowiedziona”.
„Historii filozofii nie da się według Gilsona oddzielić od samej filozofii. Jest ona jej częścią. „Historia filozofii w dużo większym stopniu stanowi część samej filozofii, aniżeli historia nauki – część samej nauki. Można bowiem być dobrym naukowcem nie posiadając zbyt rozległej znajomości historii nauki, nikt natomiast nie jest w stanie dojść do znaczniejszych osiągnięć w dziedzinie własnej myśli filozoficznej, o ile przedtem nie prześledzi dziejów filozofii”. Nie tylko jednak dlatego, że „niewiedza o tym, co już było, umożliwia złudzenie, że myślimy coś całkiem nowego”. Historia filozofii sama jest źródłem refleksji filozoficznej. Jej właśnie Gilson często zawdzięczał swe własne idee”.
„Filozofia zawsze grzebie swoich grabarzy”. Etienne Gilson
„Rozum to instrument dążenia do prawdy, natomiast inteligencja to instrument wpływania na świat” Erich Fromm.
„Zdaniem czołowego przedstawiciela postmodernizmu, Richarda Rorty’ego, dekonstrukcjonizm Derridy sprawia, że uprawiana przez niego filozofia staje się rodzajem pisarstwa. Nie można jej bowiem traktować jako koncepcji, której celem jest danie adekwatnego opisu świata rzeczywistego i rządzących nim praw. Ma ona przede wszystkim status tekstu, który powstał pod wpływem innych tekstów i ma zdolność wywierania wpływu na kolejne. Żaden jednak z tych tekstów nie może pretendować do miana uprzywilejowanego opisu rzeczywistości. Dlatego Derrida, zdaniem Rorty’ego, wpisuje się w nurt myślowy zapoczątkowany przez Hegla, który zrelatywizował pojęcie prawdy do danego poziomu rozwoju ducha absolutnego. Ta tradycja przeciwstawia się tradycji platońsko-kantowskiej, w której celem filozofii jest dostarczenie jedynie adekwatnego, ostatecznego obrazu bytu na podstawie dostępu do absolutnej prawdy”.
„W miarę upływu lat stawało się coraz bardziej oczywiste – co widać z powyższych omówień – że różnice poglądów między filozofami analitycznymi nie są bynajmniej mniejsze niż między filozofami w klasycznym tego słowa znaczeniu. Zaś wyniki ich dociekań – nawet tych ograniczonych zupełnie do skromnych zagadnień – budzą nie mniej wątpliwości niż twierdzenia Platona, Arystotelesa, Epikura czy stoików, a później Kartezjusza, Leibniza, Lock’a, Berkeleya, Kanta czy Hegla”.