„Małżeństwo to walka bez zwycięzcy”. Rozmowa z Michalem Vieweghiem

LubimyCzytać
14.12.2015

Sprzedano łącznie dwa miliony jego książek, na podstawie jego powieści i scenariuszy powstało już dziesięć filmów. „Ekożona” - książka, która niedawno miała swoją premierę w Polsce – przekroczyła sto tysięcy sprzedanych egzemplarzy, co oznacza, że kupił ją co setny Czech. O swoich doświadczeniach, które pozwoliły mu na jej napisanie, opowiada autor, Michal Viewegh.

Świat kobiet i świat mężczyzn od zawsze stanowią mieszankę wybuchową. I właśnie z takiego wielkiego wybuchu powstał związek Hedviki i Mojmira. Ekożona stawia wiele aktualnych pytań: Czego oczekujemy od swoich partnerów? Jakie jest znaczenie porodu naturalnego? Co tak naprawdę oznacza życie w zgodzie z naturą i z samym sobą? Czy naturalny jest na przykład ogród? Albo małżeństwo? Poruszane przez autora poważne tematy zostały ubrane w brawurową narrację. Szczerość, autoironia i humor sprawiają, że mamy do czynienia z powieścią niezwykle inteligentną i nowoczesną. Ta książka rozbawi i pozwoli dowiedzieć się wiele o płci przeciwnej - zarówno kobietom, jak i mężczyznom.

Zapraszamy do lektury wywiadu z autorem książki, Michalem Vieweghiem.

W Czechach sprzedano łącznie dwa miliony pańskich książek, na podstawie pańskich powieści i scenariuszy powstało już dziesięć filmów. „Ekożona” przekroczyła sto tysięcy sprzedanych egzemplarzy, co oznacza, że kupił ją co setny Czech. Jakie to uczucie – odnieść tak niepodważalny sukces literacki?

Nie chciałbym, żeby to zabrzmiało nieskromnie, ale kiedy powiedział pan „co setny Czech”, od razu pomyślałem: „a co z pozostałymi dziewięćdziesięcioma dziewięcioma?”. Nie jestem oczywiście tak naiwny, by myśleć, że przeczyta mnie dziesięć milionów rodaków, ale myślę, że w popularności mam jeszcze pewne rezerwy. Sprzedaż „Ekożony” była dobra również dzięki inscenizacji w jednym z praskich teatrów. Obecnie trwają rozmowy na temat ekranizacji.

Ekożona” jest książką bardzo osobistą i wyraźnie autobiograficzną. Czy podczas pisania zastanawia się pan nad tym, ile ze swojego życia chce pan pokazać czytelnikom? Stawia pan sobie jakieś granice szczerości?

Właściwie przez całe życie zawodowe jestem oskarżany o ekshibicjonizm, o sprzedawanie własnej prywatności. Lecz według mnie własne doświadczenia życiowe są naturalnym źródłem inspiracji. Zawsze w takich sytuacjach pytam: na podstawie czego piszą inni pisarze, jeśli nie na podstawie własnych doświadczeń? Skąd wzięliby poglądy na życie, jeśli nie z własnego życia? Różnią się tylko tym, że kamuflują swoje życie fikcją literacką. Nie mówię tu oczywiście o tekstach, w których opisuję na przykład morderstwo, choć przecież nawet wtedy posiłkuję się prawdziwymi artykułami i reportażami, a więc opieram się o rzeczywiste wydarzenia. Sądzę, że wszyscy pisarze wykorzystują w swoich tekstach wątki autobiograficzne. Różnimy się tylko tym, jak bardzo staramy się to ukryć.

Nie oznacza to chyba jednak, że nie sięga pan w „Ekożonie” po fikcję?

Nie potrafię określić, czy w tej książce jest dokładnie sześćdziesiąt procent prawdy i czterdzieści procent fikcji. Myślę jednak, że około sześćdziesięciu-siedemdziesięciu procent opisywanych wydarzeń jest mocno osadzonych w rzeczywistości. Ale któż z nas mógłby powiedzieć, że jego życie jest na tyle ciekawe, zabawne, godne uwagi i ekscytujące, że wystarczyłoby je po prostu opisać, by powstała ciekawa, zabawna i godna uwagi powieść. Zapewniam, że nikt. Choćby dlatego, że te wszystkie życia są zbyt długie i nudne, jest w nich zbyt wiele postaci. Życia w formie powieści nie dałoby się czytać. Trzeba więc ten materiał skrócić, urozmaicić fikcją, dodać trochę humoru. Dlatego sądzę, że fabulacja jest dla powieści elementem niezbędnym.

Wydał pan trzy dzienniki. W ich przypadku fabulacja chyba nie była możliwa?

Oczywiście, w dzienniku nie powinno się kłamać, a w tym przypadku fabulacja byłaby kłamstwem. Mogę przysiąc, że wszystko, co napisałem w dziennikach, to prawda. Jedyną ingerencją w opisywaną rzeczywistość było to, że niektóre sprawy, na przykład intymne, w dzienniku po prostu pomijałem.

Na podstawie pańskich książek wiele osób mogło poznać szczegóły z Pańskiego życia. Czy miało to jakieś negatywne konsekwencje?

Muszę przyznać, co zresztą robię też w swoich książkach, że zdarzały mi się zdrady małżeńskie, ale poza tym nie mam powodów, by cokolwiek ukrywać lub czegoś się wstydzić. Nikogo nie okradłem, nie oszukiwałem, zawsze byłem uczciwym człowiekiem. Mogłem więc pisać o wszystkim otwarcie, bez żadnych tajemnic. Nie skrywałem również swoich przygód miłosnych.

Nie kusiło pana w takim razie, by głównych bohaterów „Ekożony” – Mojmira i Hedvikę – nazwać Michalem i Veroniką?

To byłoby już zbyt dosłowne. Czytelnicy z pewnością wytykaliby mi, że przecież my żyjemy inaczej niż to powieściowe małżeństwo i że nigdy nie mieszkała z nami żadna doula. Ta zmiana imion jest właściwie przyznaniem się do pewnej dozy fikcji.

Skoro już wspomnieliśmy o douli – mam wrażenie, że za jej pomocą często śmieje się pan z samego siebie?

Czy śmieję się z samego siebie…? Właściwie tak, ale jednocześnie śmieję się z ekstremalnych feministek i ekstremalnie ezoterycznych kobiet, a więc częściowo też ze swojej byłej żony Veroniki i jej koleżanek, które wnosiły do naszego małżeństwa pierwiastki lunarne. Niemniej zgadzam się z tym, że powieściowa doula jest narzędziem autoironii. Mojmir nie może się przecież śmiać sam z siebie. Robi to więc za niego doula, która bynajmniej go nie oszczędza.

#####

Ale książka bynajmniej nie jest jednoznaczna. Nie wyśmiewa pan wszystkiego, co jest ekologiczne. Rozgraniczane są sprawy istotne, na przykład poród, od nieistotnych.

Oczywiście. Ponadto Mojmir pewną przechodzi metamorfozę. W kontynuacji książki, również opartej na moim życiu, dojdzie do przewrotu kopernikańskiego. Mojmir zacznie zajmować się sprawami ezoterycznymi, natomiast Hedvika zostanie doradczynią finansową i będzie chodzić na szkolenia dotyczące cash-flow i tym podobnych spraw. Mojmir wkroczy w rejony duszy, które wcześniej wyśmiewał, natomiast Hedvika je opuści.

W „Ekożonie” Mojmir chce mieć tradycyjną rodzinę, ale nie potrafi być wierny żonie. Natomiast Hedvika chce być przykładną ekożoną, ale nie potrafi zająć się własną rodziną. Nie sądzi pan, że jest trochę tak, że to konflikt wewnętrzny obu tych postaci nie pozwala im być takimi, jakimi pragną być?

Tych sprzeczności jest w powieści wiele. Sprzeczność pomiędzy kobietą i mężczyzną została w powieści komicznie wyolbrzymiona, nadmuchana ad absurdum. On pragnie tradycyjnej, podporządkowanej żony, która będzie dbała o dom, podczas gdy on będzie głową rodziny, samcem alfa. Okazuje się jednak, że stery przejmuje żona, która wszystko organizuje według własnego uznania, po domu biegają cudze dzieci i ekokoleżanki. Z tego powodu ich małżeństwo zacznie się rozpadać, a Mojmir zrozumie, że żyje inaczej, niż planował. Pisze do żony długie listy i przedstawia jej dziesięć punktów, w których się zmieniła. Ale to nie pomaga.

Czasami mam wrażenie, że Mojmira lepiej rozumie powieściowa doula niż jego własna żona.

Taki był mój zamiar. Między Mojmirem i doulą miało iskrzyć tak jak w typowych parach na przykład detektywów. Tacy Dempsey i Makepeace. Kłócą się, ale jednocześnie widać, że się przyciągają. Nie mam tu na myśli tego, że Mojmira pociąga stukilowa feministka, ale w ich utarczkach słownych można wyczuć sympatię. On widzi, że ona jest mądra i dowcipna, dzięki czemu jest dla niego godnym przeciwnikiem.

Wydaje się, że doula jest alter ego Mojmira.

Właściwie to jest moje alter ego. Przecież ja oczywiście wiem, co Mojmir robi źle. Te słowa krytyki, które sam często słyszałem, a także te, które podpowiadał mi mój wewnętrzny głos, wykorzystałem w powieści jako słowa douli.

Być może m.in. dlatego Ekożona sprawia wrażenie walki poglądów – walki, w której nikt nie zwycięża. Wszystkie postaci mają swoje racje, bronią ich i nie zamierzają z nich rezygnować.

To dotyczy każdego małżeństwa. Małżeństwo to walka poglądów, w której nikt nie wygrywa.

Napisał pan książkę „Ekożona” oraz „Ekomąż”. Co dla pana oznacza słowo eko?

W przypadku moich powieści jest to jedynie pewien symbol, który bynajmniej nie oddaje wszystkich poruszanych przeze mnie kwestii. Jest to tylko sygnał dla czytelnika, takie ogólne określenie pewnego stylu życia bohaterów. Życie w stylu eko to oczywiście ekologiczne jedzenie, ale też medycyna alternatywna, filozofia alternatywna czy choćby wszelkiego rodzaju fora internetowe, na których ludzie starają się odciąć od ogółu społeczeństwa. Ci ludzie często myślą logicznie, lecz zdarza się, że ten tzw. ekologiczny szlak prowadzi do ślepego zaułka. Jest takie powiedzenie: „Żeby człowiek zaszedł naprawdę daleko, musi zajść za daleko”. To doskonale pasuje do Hedviki. Oczywistym jest, że w naszym społeczeństwie wiele kwestii wymaga naprawy i Hedvika ma rację, próbując to zmienić – czy to w kwestii jakości jedzenia, czy też w relacjach damsko-męskich. Tyle że pragnienie zmian prowadzi ją zbyt daleko, dlatego Hedvika ostatecznie zniszczy swoją rodzinę. Jeśli spytalibyśmy ją na początku: czy chcesz doprowadzić do rozpadu rodziny?, na pewno odpowiedziałaby, że nie. Ale efektem jej zaangażowania jest właśnie rozpad rodziny, ponieważ Mojmir, jej mąż, nie chciał takiej kobiety.

Mam wrażenie, że wiele pańskich książek łączy jedna myśl - że ludzie mogą być lepsi, niż są na co dzień.

Staram się pisać z autoironią, ponieważ piszę o sobie. Nie odważyłbym się odnieść swojej twórczości do ogółu społeczeństwa, stać się jego rzecznikiem. Ale zgodzę się z tym, że autoironia przynosi oczyszczenie, a to jest przecież efekt terapeutyczny.

Trzy lata temu miał pan poważne problemy zdrowotne. Co dokładnie się panu przydarzyło?

Pewnego grudniowego wieczora 2012 roku byłem w domu z dziećmi, żona była na koncercie w Pradze. Dzieci już spały, a ja około dwudziestej drugiej poczułem, że mam stan przedzawałowy. Bicie serca, ostry ból w klatce piersiowej. Oczywiście nigdy wcześniej nie słyszałem o pękniętej aorcie. Zaczynałem omdlewać, więc szybko zadzwoniłem po sąsiada i poprosiłem, żeby został z córkami, i wezwałem pogotowie. To, że żyję, zawdzięczam nie tylko kardiologom w IKEM w Pradze, ale też lekarzowi w karetce, który dobrze rozpoznał, że to nie jest zawał, ale coś dużo poważniejszego, że pękła mi aorta. Gdyby karetka zawiozła mnie do najbliższego szpitala, nie przeżyłbym tego, ponieważ tam nie ma sprzętu, który pozwoliłby mnie uratować. Dzięki temu lekarzowi należę do dziesięciu procent pacjentów, którzy przeżyli pęknięcie aorty. Większość osób wykrwawi się, zanim dotrze do kliniki. Ale byłem w stanie śmierci klinicznej, a mózg był dość długo niedotleniony, więc rehabilitacja jest bardzo długa. Wciąż mam problemy z pamięcią i utrzymaniem uwagi. Lecz poza tym jestem w osiemdziesięciu-dziewięćdziesięciu procentach sprawny i powinienem się cieszyć, że to wszystko się tak skończyło, a ja dostałem drugą szansę. Ale szczerze mówiąc – czasami tego żałuję.

Nie chcę wchodzić w intymne szczegóły, ale ciekawi mnie, jak przebiegała rehabilitacja literacka?

Kiedy pół roku po tym wypadku zacząłem pisać, szło mi to bardzo ciężko. Zdania nie sprawiały mi problemu – są krótkie i nawet chory mózg sobie z nimi radził. Ale akapit czy rozdział wymagały wiele pracy. Nie byłem w stanie zapamiętać, co napisałem, miałem problemy z chronologią. Postanowiłem spróbować zacząć od krótkich tekstów, więc dobrym rozwiązaniem był właśnie dziennik. Napisałem „Moje życie po życiu”. To było dość proste – codziennie pisałem krótkie notatki o tym, co przeżyłem. Niektórzy nazwali ten dziennik „księgą skarg”, a ja się z tym zgadzam. Ten dziennik bowiem w pełni pokazuje sytuację, w jakiej się znalazłem. Zaczęło mi się rozpadać małżeństwo, nie mogłem niczego zapamiętać, nie potrafiłem sam nigdzie trafić. Z mężczyzny w pełni sił stałem się mężczyzną o dwudziestu procentach sił. Jeśli miałbym wyrazić się metaforycznie – proszę spróbować sobie wyobrazić auto, któremu na autostradzie nagle odbierze się osiemdziesiąt procent mocy. Takie auto musi jechać pasem awaryjnym, włączyć światła awaryjne, będą je wyprzedzać nawet ciężarówki i co chwilę będzie pojawiać się niebezpieczeństwo, że któraś z nich zepchnie je na pobocze. I ja właśnie żyłem na pasie awaryjnym.

Czy to zmieniło pańskie podejście do życia?

To jest nieuniknione, takie przeżycie musi człowieka zmienić, pod każdym względem. Zmienia się hierarchia wartości. Dużo bardziej cieszą mnie rzeczy, które kiedyś uważałem za banalne, na przykład obiad z rodziną, z braćmi. Z pewnością nie jestem już tym niezależnym, pewnym siebie mężczyzną, którym byłem kiedyś. Ale powoli dochodzę do siebie.

Reklama

komentarze [3]

Sortuj:
36
16
17.01.2016 18:31

Ciekawa opinia, godna uszanowania. Jednak myślę, że życie i małżeństwo nie zawsze jest czarno-białe i głównie o tym jest ta książka, tzn. Ekożona. Moim zdaniem warto po nią sięgnąć, ponieważ w luźny sposób opowiada o trudnych problemach, z którymi boryka się wiele osób i związków z pewnym stażem. Ja polecam.


1505
241
15.12.2015 23:11

Chciałam przeczytać książkę "Ekożona", jednak po przeczytaniu tego wywiadu, a co za tym idzie, dowiedzeniu się kilku szczegoół z życia autora, zrezygnuję. Nie podoba mi się, że ktoś otwarcie chwali się, że zdradzał żonę, a jednocześnie snuje bajki o tradycyjnej rodzinie. Wielu współczesnych mężczyzn sobie tak marzy i opowiada klechdy rodzinie i znajomym. Światopogląd tego...

więcej

3040
4
14.12.2015 11:55

Zapraszamy do dyskusji.


Reklama
zgłoś błąd