Mój cel to napisać dobre zdanie… a po nim kolejne. Wywiad z Remigiuszem Mrozem

Ewa Cieślik
12.02.2020

Remigiusz Mróz wydaje nową książkę! Wykorzystaliśmy tę okazję do rozmowy nie tylko o powieści „Echo z otchłani”. Remigiusz Mróz opowiedział nam także o kontroli umysłów czytelników, planach podboju amerykańskiego rynku oraz o tym, dlaczego przesiaduje na lubimyczytać.pl. Przyznaje także, że są momenty, gdy internetowy hejt naprawdę boli. 

Mój cel to napisać dobre zdanie… a po nim kolejne. Wywiad z Remigiuszem Mrozem

[Opis wydawcy] „Echo z otchłani” – kontynuacja „Chóru zapomnianych głosów”, bestsellerowej powieści z gatunku science fiction Remigiusza Mroza. Dalsze losy Håkona Lindberga, Dija Udina Alhassana i Ellyse.

ISS Kennedy powrócił na Ziemię, która w niczym nie przypomina planety sprzed kilkuset lat. Po globalnym kataklizmie stała się jałowym pustkowiem, a na jej powierzchni przetrwali tylko nieliczni.
Ocalałe statki Ara Maxima są bezpieczne na orbicie i czekają na dalsze instrukcje tych, którzy podejmą się odbudowy ludzkości.

Co zdarzyło się na Ziemi? I czy okrętom naprawdę nic nie grozi? Wróg wygrał proelium i czeka gdzieś pośród gwiazd, świadomy istnienia gatunku ludzkiego.
Jeden z nich nadal znajduje się w kriokomorze Kennedy’ego. I będzie miał szansę odkupić swoje winy…

Ewa Cieślik: Oglądałeś film „Parasite” w reżyserii Bonga Joon-ho?

Remigiusz Mróz: Tak, bo uprzedziłaś mnie, żebym to zrobił. (śmiech) Ale jestem zwierzęciem książkowo-serialowym, filmów w roku oglądam niewiele i zazwyczaj właśnie w okresie oscarowym.

Pytam, bo rozmawiamy w przededniu wręczenia Oscarów, a „Parasite” ma spore szanse na statuetkę. O tym filmie mówi się, że w niespotykany wcześniej sposób łączy gatunki i konwencje: jest zarówno komedią, jak i trzymającym w napięciu horrorem, a także współczesnym moralitetem. Ty z kolei jesteś pisarzem, który sięga po kolejne gatunki książkowe. Thrillery prawnicze i psychologiczne, kryminały, powieści historyczne, political fiction, teraz podbiłeś też science fiction. Może niedługo uda Ci się wypracować zupełne novum gatunkowe, tak jak zrobił to Bong Joon-ho?

Wydaje mi się, że właśnie to jest celem każdego pisarza czy twórcy, kiedy siada do pracy. Nikt nie chce powielać schematów, przeciwnie – czujemy się twórczo spełnieni tylko kiedy uda nam się przełamać konwencję. Dlatego zdarza mi się zabić głównego bohatera w połowie serii lub rozwiązać intrygę kryminalną w środku książki. A im więcej eklektyzmu gatunkowego, tym lepiej. Niektórzy wprawdzie twierdzą, że niczego innowacyjnego nie sposób już stworzyć, ale myślę, że to tylko bardziej motywuje autorów do tego, by próbowali.

Podobnie miałem na pierwszym seminarium doktorskim – grono profesorskie oświadczyło wszem i wobec, że choćbyśmy przestawili się w poprzek, niczego nowego w naszej pracy doktorskiej nie napiszemy. W gruncie rzeczy miało to się bowiem sprowadzać do gotowania zupy ze składników, których inni kucharze już kiedyś użyli. Pomyślałem sobie: w porządku, challenge accepted. I ostatecznie wymyśliłem „Cyfryzację sfery władztwa publicznego”. Z pisaniem książek jest podobnie – zazwyczaj zaczyna się od postawienia sobie jakiegoś wyzwania.

Dziś premierę ma Twoja nowa książka. „Echo z otchłani” to powieść science fiction, niemal bezpośrednia kontynuacja „Chóru zapomnianych głosów”.

Ano właśnie – i tu też starałem się przełamać konwencję. Powieść zaczyna się jak przyczynek do postapo, potem wchodzi na tory utopii lub skrzętnie ukrytej antyutopii, a ostatecznie idzie zupełnie innym torem. Takie zabiegi są nieco ryzykowne, bo czytelnik może poczuć się rozczarowany – ale ostatecznie tylko w ten sposób pojawia się szansa na stworzenie czegoś ciekawego.

Reklama

Dodajmy, że książka ta czekała na premierę ładnych kilka lat.

Tak jest – dokładnie od listopada 2014 roku. Skończyłem pisać, zrobiłem pierwszą redakcję i odłożyłem książkę, by nabrać do niej dystansu przed kolejnymi zmaganiami. W tak zwanym międzyczasie nawiązałem jednak współpracę z moimi obecnymi wydawcami i zaczęliśmy działać prężnie z innymi książkami. „Echo z otchłani” leżało i się kurzyło, a im więcej czasu mijało, tym trudniej było mi do niego wrócić. Ostatecznie uznałem, że poczekam, aż wrócą do mnie prawa do pierwszego tomu, a potem wydam obydwa z ludźmi, z którymi publikuję inne książki. A zatem minęło pięć lat, zasiadłem do „Echa”… i musiałem przepisywać od nowa. To żmudna robota, ale w pewnym sensie też satysfakcjonująca – pokazuje rozwój warsztatu przez te kilka lat.

W „Chórze…” i „Echu…” roztaczasz przed czytelnikami dość ponurą wizję Ziemi po globalnym kataklizmie. Czy inspiracją do stworzenia tej fikcji literackiej było to, z czym obecnie się mierzymy, czyli postępujące zmiany klimatyczne? Jak myślisz, czy my również stoimy w obliczu kataklizmu?

Wydaje mi się, że nie powinniśmy mieć co do tego najmniejszych wątpliwości. Zarzynamy swoją planetę i zostawiamy przyszłym pokoleniom problemy, z którymi nie sposób będzie sobie poradzić. Klimat zmienia się tak szybko, że ani natura sobie z tym nie radzi, ani my. Jednocześnie łudzimy się, że technologia nas uratuje – tak samo, jak liczyli na to mieszkańcy Ziemi w „Echu”… Tam skończyło się raczej niewesoło – to, co miało stać się ratunkiem, okazało się gwoździem do trumny. Przyszłość jest wprawdzie hipotetyczna i przede wszystkim daleka, ale nasza perspektywa też nie napawa optymizmem. Ile jest modeli pokazujących świat po 2050 roku, w którym negatywne zmiany się zatrzymują? Albo wręcz cofają? Zero. Natomiast tych, które mówią o zanieczyszczeniu wód, trąbach powietrznych, suszach, pożarach i zamieciach, jest w bród. I niestety dotyczą też Polski.

Twój cykl science fiction to opowieść o statku Accipiter, będącym częścią misji Ara Maxima, której celem była kolonizacja gwiazd. Członkowie załogi byli poddani kriostazie, by umożliwić dotarcie do planety oddalonej o setki lat świetlnych. Porozmawiajmy chwilę o zamrażaniu ludzi. Nie trzeba czytać o tym w książkach – w USA są farmy zamrożonych multimilionerów. Jak się na to zapatrujesz?

Jakem Mróz, pochwalam. (śmiech) Ale poważnie mówiąc, zamrożenie to rzeczywiście nie problem – technologia jest przecież dostępna. Pytanie, czy kiedykolwiek powstanie taka, która pozwoli na bezpieczne… odmrożenie. Jeśli tak, to i podróże w przestrzeń kosmiczną staną się bardziej realne – chyba że do tej pory odkryjemy sposób zaginania czasoprzestrzeni i będziemy poruszać się z taką prędkością, że nikt nie będzie musiał się… mrozić.

Remigiusz Mróz, autor Echa z otchłani, pozuje podczas sesji zdjęciowej

W Twojej powieści bohaterowie posługują się jednym wspólnym językiem, lingua universalis. Czy jako pisarz chciałbyś, aby w przyszłości doszło do takiego zjednoczenia języków i wybraniu jednego, wspólnego dla wszystkich mieszkańców Ziemi?

Ba! Szczególnie z punktu widzenia moich obecnych zmagań z zagranicznymi wydaniami. W niektórych krajach wydaje się całkowicie niemożliwe znalezienie tłumacza, który mógłby przełożyć książkę gatunkową w satysfakcjonujący wydawcę sposób. A jeśli już taki się nawinie, to stawki ma na tyle wysokie, że… cóż, powiedzmy, że nie bez powodu dofinansowania na tłumaczenia książek naszej Noblistki wyniosły milion czterysta tysięcy złotych – i Bogu dzięki, że te pieniądze się znalazły, bo żaden wydawca by tyle w ciemno nie wyłożył. W niektórych krajach jest duży popyt i niestety niewielka podaż, więc wydaje się całkowicie naturalne, że takie tłumaczenia są traktowane jako dobro luksusowe. Wiem, że niektórym wyda się dziwne, że kryminał potrzebuje równie dobrego tłumacza jak literatura z najwyższej półki, ale tak rzeczywiście jest. Przykładowo w Czechach mamy z Olgą tego samego tłumacza – Petra Vidlaka. Dobry przekład to trudna sztuka, o czym sami często boleśnie przekonujemy się na polskim rynku, sięgając po pozycje zagraniczne. Są genialni tłumacze, jak Michał Kłobukowski w sferze literatury niegatunkowej czy Robert J. Szmidt w gatunkowej, ale zdarzają się też tacy, którzy… powiedzmy, że w trakcie tłumaczenia po raz pierwszy mają styczność z zagraniczną beletrystyką. Lingua universalis z pewnością by się więc przydała!

Chyba nie zdradzę za dużo z fabuły, jeśli powiem, że podobnie jak „Chór zapomnianych głosów”, „Echa z otchłani” to w dużej mierze opowieść o kontroli umysłów. Wydawało mi się to bardziej przerażające, niż awarie statku kosmicznego czy niemożność życia na ziemi. Boimy się tego, że ktoś nam wejdzie do głowy?

Chyba nie aż tak, skoro pozwalamy na to pisarzom (śmiech).

A więc Ty, jako pisarz, kontrolujesz umysł czytelnika?

Nie, tak poważnie, to zupełnie inna relacja. Opiera się na równouprawnionych stronach, bo ja właściwie daję tylko pewien zarys tego, co chcę przekazać – ogólne ramy, które czytelnik wypełnia potem swoją wyobraźnią. Dlatego jedna książka potrafi być odbierana całkowicie inaczej przez dwie inne osoby. Z tego też względu przy ekranizacjach pojawiają się tak ożywione dyskusje – każdy przecież ma swoją wizję bohaterów, ich zachowania, a nawet pomieszczeń, w których przebywają. Książki nigdy nie były i nie będą narzędziem kontroli umysłów – są czymś dokładnie odwrotnym.

Odnotowałeś na polskim rynku taki sukces, o którym marzy wielu pisarzy. Sprzedałeś ponad 2 i pół miliona egzemplarzy. Twoje książki trafiły pod strzechy, seriale na ich podstawie są oglądane przez miliony Polaków, a do tego zarobiłeś na swojej ciężkiej pracy wystarczająco, by nie musieć się obawiać o przyszłość. Jakie cele sobie postawiłeś, jeśli chodzi o przyszłość?

Najważniejszy cel pozostaje niezmienny: napisać dobre zdanie. A po nim kolejne dobre zdanie. Trochę się migam od odpowiedzi, ale zmierzam do tego, że najistotniejsza perspektywa to ta krótkoterminowa. Jeśli pracuję nad jakąś książką, nic innego się dla mnie nie liczy. Chcę znaleźć właściwe słowo, nadać zdaniu odpowiednie brzmienie, a akapitowi stosowny rytm. A oprócz tego opowiedzieć ciekawą historię, zrobić coś nowego i podnieść poprzeczkę. To te najważniejsze cele – gdyby skupić się na innych, chyba straciłoby się zapał do pracy.

Reklama

A kiedy nie zajmujesz się książką?

Wtedy stawiam sobie cele bardziej pragmatyczne i długofalowe. W tej chwili zależy mi na tym, żeby doszła do skutku pierwsza produkcja kinowa, a moje książki pojawiały się w dobrych wydawnictwach w innych krajach. Przyglądam się temu, co dzieje się w Japonii, liczę na dobrą promocję w Chinach, dopinam kolejne umowy w Niemczech, we Włoszech… i przede wszystkim chciałbym wejść na rynek anglojęzyczny z dobrym partnerem brytyjskim albo amerykańskim. Na razie te oferty, w których pojawia się odpowiednie zaplecze marketingowe, są dla mnie nie do przyjęcia – sprowadzają się do przyjęcia anglojęzycznego pseudonimu lub przeredagowania książki tak, by historia została, ale znikła europejska czy polska otoczka. Amerykanie są przekonani, że żaden pisarz o obcobrzmiącym nazwisku i z bohaterami, na imionach których można połamać sobie język, nie odniesie wielkiego sukcesu. A więc tym bardziej traktuję to jako wyzwanie.

A może wcale nie chodzi o to, żeby złapać króliczka, tylko o to, żeby go gonić?

Grunt, żeby przed nim nie uciekać! Ale pewnie, właśnie w gonieniu za nim tkwi cała przyjemność. W moim przypadku właściwie jest tak, że rzadko reaguję entuzjastycznie na osiągnięcie danego celu. Zazwyczaj po prostu przyjmuję do wiadomości, że się udało i idę dalej. Podobnie mam, jeśli nie uda mi się tego króliczka złapać.

Czy teraz, gdy zapracowałeś sobie już na sukces, Twoja codzienna rutyna – bieganie i pisanie – jakoś się zmieni? A może masz tyle nieopublikowanych powieści w szufladach biurka, że nie możesz sobie pozwolić nawet na najmniejszy spadek tempa?

Mam ich mnóstwo, ale boję się nawet do nich zaglądać. Wszystkie wymagają przepisania, a do tego mi niespieszno, bo znacznie większą przyjemność czerpię z tworzenia nowych historii. I w gruncie rzeczy właśnie dlatego od lat moja rutyna się nie zmienia – bo daje mi frajdę. Uwielbiam ten stan, kiedy włącza się największa kreatywność i nagle wydaje ci się, że świat realny znika, a ty możesz stworzyć własny zupełnie od postaw. Bez żadnych ograniczeń, bez oglądania się na cokolwiek. Przecież nie ma lepszej roboty.

Remigiusz Mróz, autor Echa z otchłani, pozuje podczas sesji zdjęciowej

Niedawno światło dzienne ujrzał raport najlepiej zarabiających pisarzy w Polsce. Zająłeś w nim pierwsze miejsce – wykazano, że przez 46 tygodni 2019 roku zarobiłeś 1,8 mln złotych. Ta lista nazwisk wzbudziła wiele komentarzy, także ze strony samych autorów. Czy Twoim zdaniem takie raporty są potrzebne?

Bardzo potrzebne, bo tak naprawdę nie mamy żadnych twardych danych. Zresztą zobacz, co się stało po opublikowaniu tego raportu. Został wykonany przez Nielsena, ale na podstawie szczątkowych danych, które później uzupełniano własnymi – „Wprost” zastosował całkiem niezłą metodę liczenia egzemplarzy, ale zupełnie nie trafił z zarobkami, zakładając, że autorzy na jednej książce praktycznie nie zarabiają. Onet zrobił odwrotnie – zaniżył nakłady do wręcz komicznego poziomu, ale wywindował honoraria. A realny ogląd jest potrzebny – nie tyle nam, ile wchodzącym na rynek pisarzom. Tylko w ten sposób będą wiedzieli, o jaki procent od ceny książki mogą zawalczyć i czy jest szansa, by mogli całkowicie poświecić się pisaniu, rezygnując z innej działalności zarobkowej.

Jesteś bardzo aktywny w social mediach – spodziewam się, że pewnie nawet odniesiesz się do komentarzy pod tym wywiadem...

Pewnie! Jestem na LC prawie od początku i pamiętam jeszcze, jak się pojawiliście – prym wiodły wtedy BiblioNETka i NaKanapie, i nie zanosiło się na to, żeby sytuacja się zmieniła. Teraz niewiele osób korzysta z tych serwisów, a Wy poszliście na całość. Zresztą przez lata LC było dla zbiorem opinii, na podstawie których decydowałem, czy kupić daną książkę czy nie – a konto założyłem w 2013 roku. Czytam też recenzje swoich powieści, choć czasem nie jest łatwo.

Reklama

Nie dobija Cię czasem hejt? Czy masz jakiś sposób na to, jak reagować lub jak bronić się przed zjadliwymi komentarzami?

Nie mam. Ani ja, ani nikt inny. Takie komentarze siadają na psychice każdemu – pisarzom, sportowcom, aktorom. Większość nie daje tego po sobie poznać, ale nie znam nikogo, po kim negatywna opinia po prostu by spłynęła. Pewnie, są lepsze i gorsze dni – co przekłada się na to, w jaki sposób człowiek z tym radzi. A opinii jest tyle, ile odbiorców. Im bardziej ordynarny hejt, tym łatwiej przejść nad nim do porządku, bo widać, że ma się do czynienia z kimś, kto z jakiegoś powodu po prostu musi dać upust swojej niechęci. Ale nie zawsze tak jest. Każdy z nas przecież ma jakiś kompleksy – i najbardziej bolą te ciosy, które lądują w ich okolicy.

Bezsprzecznie jesteś jednym z najsławniejszych żyjących pisarzy w naszym kraju. Co czujesz, gdy czytelnicy proszą Cię o autograf czy wspólne zdjęcie?

Nie mam nic przeciwko, to przecież bardzo miłe. Od czasu do czasu dochodzi do dziwnych czy nietypowych sytuacji, ale to skrajne i nieliczne wyjątki. Większość takich przypadkowych spotkań na ulicy daje poczucie, że to, co się robi, ma sens. Zawsze towarzyszy mi przy tym jednak pewna konfuzja, bo wychodzę z założenia, że pisarz istnieje w słowie. Komunikuje się przede wszystkim poprzez swoje książki, a jednocześnie stara się przekonać czytelnika, że tak naprawdę go w nich nie ma. Jest historia. To ona się liczy i to ona jako jedyna ma znaczenie – a nie to, kto ją spisał.

To jedna strona medalu. Druga sprowadza się do tego, o czym mówiliśmy na początku – że w całym tym procesie autor i czytelnik nawiązują wyjątkową relację, opierającą się na swoistym połączeniu umysłów i wspólnym tworzeniu fikcyjnego świata. Jest więc naturalne, że czytelnik jest ciekawy autora, a autor czytelnika – i właśnie z tego drugiego powodu pisarze też przesiadują na LC.

Fot. otwierająca: R. Mróz, fot. Bartosz Pussak / Wydawnictwo Filia

Reklama

komentarze [156]

Sortuj:
528
54
25.03.2020 01:14

"Mój cel to napisać dobre zdanie"

Proszę nie ustawać w próbach, Panie Remigiuszu.


256
65
22.02.2020 17:25

Zastanawiałem się dlaczego jeszcze nie przeczytałem do tej pory żadnej powieści P. Remigiusza, skoro tak szroko znany i ceniony. Poszperałem na swojej malutkiej półeczce w LC i znalazłem. „Enklawa” Ove Løgmansbø. Ta zachwalana niebywale pozycja, srogo mnie zawiodła. Być może warsztat pisarski z biegiem lat poprawi się znacząco, czego Panu życzę.


267
2
22.02.2020 17:08

Patryk Vega polskiego kryminału.


Reklama
116
3
22.02.2020 15:06

Szanowny Autorze !
Byłam co do Pan sceptyczna. Czytam dużo, ale jak chwalą Autora to podchodzę z rezerwą. Obawiam się po prostu, ze strony wydawnictw przereklamowania autora . No ale cóż, muszę z pokorą przyznać: mea culpa, Mistrzu byłam z błędzie ! Kocham bowiem Pańską Chyłkę i Zordona miłością nieodwzajemnioną, bo ciągle mi mało. I to wszystko przez Pana Drogi Panie...

więcej

0
1492
24.02.2020 12:00

kolejne lewe konto. Shame!


147
20
22.02.2020 07:10

Aby nie za dużo troski o poziom prozy Remigiusza Mroza. Wieszczem narodowym nie był i nie będzie. Pisze, ma czytelników, dobrze zarabia... W czym problem? Dlaczego ma wydawać dwie, a nie sześć książek w roku? Kto powiedział, ze mają to być tylko kryminały? Moim zdaniem jest po prostu w tym co robi dobry.


679
337
21.02.2020 22:56

Też tak uważam. Kto nie chce niech nie czyta. Prawda jest taka, że Pan Remigiusz na tysiące czytelników, dziesiątki wydanych z dużym zyskiem książek. Może to zazdrość?...
A poza tym autor ciągle się rozwija i może zaskoczy jeszcze nawet największych krytyków.
Przydałoby się trochę więcej życzliwości i tolerancji


585
296
21.02.2020 16:38

Nawiązując do lingua universalis, albo mi się wydaje, albo już dawno ktoś skonstruował coś w ten deseń i nazywa się to esperanto.

A tak na marginesie, zupełnie nie rozumiem całej tej mowy nienawiści pod kierunkiem Mroza. Nie podoba mi się, nie czytam i tyle.


4199
3959
21.02.2020 21:14

Ja tak samo.Rozumirm,można krytykować ,to jest oceniać książki.Ale atakować, człowieka.To już przesadza


315
34
20.02.2020 19:44

Dziękuję za ten wywiad i gratulacje dla Pana Remigiusza z okazji wydania nowego tytułu!


315
34
20.02.2020 19:43

Kilka drobnych błedów przy końcu wywiadu (przynajmniej tak mi się wydaje, że to błędy):
"Zresztą przez lata LC było dla zbiorem opinii," - brakuje 'mnie'.
"Każdy z nas przecież ma jakiś kompleksy" - 'jakieś' kompleksy.
"w jaki sposób człowiek z tym radzi" - brakuje 'sobie'.


46
15
18.02.2020 15:53

Co za problem przybrać pseudonim "REMY FROST" ?


zgłoś błąd