Najpierw książka, później film: Krąg

LubimyCzytać
26.05.2017

Konto na Facebooku. Konto na Instagramie. Konto na Twitterze. Poczta. Snapchat. Kolejne zdjęcie wrzucane na Instastories. Albo na Messengerze. Transmisja z naszych poczynań na YouTube. Do jakiego stopnia jesteśmy niewolnikami sieci społecznościowych i czy przypadkiem nie oddamy im kiedyś całej duszy? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć powieść Krąg Dave’a Eggersa i film Jamesa Ponsoldta pod tym samym tytułem. Choć odpowiedzi na to pytanie szukają nieco inaczej.

Główny zarys fabuły jest podobny zarówno w przypadku książki, jak i filmu. Mae – młoda dziewczyna z Kalifornii (w filmie gra ją znana z „Harrego Pottera” Emma Watson) zostaje zatrudniona w Circle – olbrzymiej monopolistycznej firmie prowadzącej największy portal społecznościowy na świecie. Ich siedziba przypomina nieco skrzyżowanie tego, co możemy zobaczyć w Google i Apple. Mae szybko znajduje dla siebie miejsce – jest dobrym pracownikiem, ma wysoko postawioną przyjaciółkę – Anne (gra ją w filmie Karen Gillian znana głównie z roli w „Doktorze Who”), a na przyjęciu spotkała całkiem sympatycznego chłopaka (John Boyega). Do tego Circle obejmuje ubezpieczeniem zdrowotnym jej rodzinę, w tym chorego na stwardnienie rozsiane ojca. Żyć nie umierać. Jednak im dłużej Mae przebywa w firmie, tym bardziej traci prywatność.

Tu film i książka różnią się od siebie najbardziej. O ile film pokazuje nam kolejne tygodnie pracy Mae w sposób dość skrótowy, to książka pozwala nam zdecydowanie lepiej poznać szczegóły jej pracy. I tak – zachęta do niby nieobowiązkowych zajęć po pracy w filmie zostaje sprowadzona do jednego dialogu (zresztą przepisanego niemal słowo w słowo z książki), z kolei w powieści widzimy, jak Mae powoli zaczyna tracić swoją prywatność, jak jest więcej niż raz pouczana, że opuszczając siedzibę firmy i zajmując się własnymi sprawami zachowuje się niezgodnie z przyjętymi normami. Sporo jest w książce fragmentów, które w uważnym czytelniku wywołają niepokój. Jednym z ciekawszych zabiegów jest opisywanie, jak na biurku, przy którym pracuje Mae, pojawiają się nowe komputery – każdy z nich odpowiedzialny za jej inne obowiązki, nie tylko zawodowe, lecz także – społecznościowe.

Co ciekawe – w przypadku większości opisywanych wydarzeń, a nawet samych dialogów – film jest zaskakująco wierny. Na potrzeby krótszej produkcji przycięto parę wątków, wyrzucono kilka postaci. Są też postacie, które w pewien sposób „skumulowano” (tzn. sceny, które w książce są rozpisane na kilka postaci, tu sprowadzono do znanych już nam bohaterów). To akurat dobry pomysł, bo książka ma dłużyzny – zwłaszcza opisy nowych wynalazków i aplikacji przygotowywanych dla Circle rzadko są naprawdę ciekawe, zwłaszcza jeśli czytelnik zauważy, że wszystkie opierają się na tym samym pomyśle – zwiększenia kontroli nad obywatelami i pozbawienia ich prywatności. Zmiany zaszły też w historii Annie – przyjaciółki naszej bohaterki – w filmie to energiczna dziewczyna, która powoli wypala się w swojej pracy. Z kolei w książce przechodzi załamanie nerwowe wynikające z niepowodzenia jednego z projektów (by nie zdradzać zbyt wiele). Pomysł z filmu wydaje się bardziej realistyczny.

Problemem jest też sama Mae – w filmie Emma Watson gra sympatyczną dziewczynę, o której jednak mało wiemy. Kiedy wypowiada z ekranu swoje kwestie, trudno jednoznacznie powiedzieć, czy głęboko w nie wierzy, czy po prostu wie, co w danym momencie powinna powiedzieć. Co więcej Watson nadała swojej bohaterce mnóstwo sympatycznych cech i, patrząc na nią na ekranie, czasem zarzuty stawiane jej przez innych bohaterów są trudne do zrozumienia. W książce mamy do czynienia ze zdecydowanie bardziej jednoznaczną i czytelną postacią. Mae jest bohaterką, która wcale nie budzi dużej sympatii, osobą, którą obserwujemy z pewnym lękiem. Jest to bohaterka dużo ciekawsza od filmowej – choć jednocześnie (co jest zamiarem książki) w pewien sposób zupełnie nieciekawa. Co nie zmienia faktu, że książkowa Mae jest postacią, która zdecydowanie lepiej pokazuje wpływ, jaki korporacja ma na swoich pracowników.

Największe różnice mamy w zakończeniu. Zakończenie książki jest logiczne – zgodne z tym, jak rozumuje bohaterka. Nie jest to może zakończenie genialne – można mu zarzucić pewną banalność – ale spójne z opowieścią. Z filmem jest nieco gorzej – pod koniec widać, że scenarzyści pragnęli zaskoczyć widza, zanim zaoferują mu w sumie dość zgodne z książką zakończenie. O ile postępowanie Mae w powieści było bardzo rozsądne – pokazywało, że mamy do czynienia z dziewczyną, która jest bardzo zaangażowana w idee swojej firmy i być może nie umie już żyć poza nią, o tyle zakończenie filmowe zawiera w sobie niespójność. Trudno opisać to bez spoilerów, ale sprawia wrażenie, jakby twórcy bali się uczynić swoją bohaterkę postacią niesympatyczną czy nielubianą. Ostatecznie pod sam koniec film zawodzi.

Dave Eggers napisał swoją książkę w 2013 roku, przestrzegając nas przed triumfem wielkich korporacji cyfrowych, które powoli odzierają nas z prywatności. W jego powieści pewne jest, że państwo nie będzie w stanie przeciwstawić się sile takich mediów. Cztery lata później wiemy już więcej. Wiemy, że Facebook będzie musiał zapłacić karę za praktyki monopolistyczne, wiemy, że Google ugina się pod presją rządu chińskiego. Wiemy też, że social media wpływają na nasze zachowania w procesie demokratycznych wyborów. Jednocześnie – stajemy się coraz bardziej świadomi ich niebezpieczeństw. Wydaje się, że ostatnie lata uświadomiły ludziom, że jednak być może wcale nie jest tak pięknie. Co więcej – mimo że oddajemy coraz więcej prywatności, to ruch ludzi chcących ukrywać i szyfrować swoje dane się zwiększa. Podobnie jak tych, którzy walczą o prawo do zniknięcia z sieci. To ciekawe, bo cztery lata mogą wiele zmienić w opowieści o nowych mediach.

Niestety zarówno książka, jak i film mają tę samą wadę: to w sumie prosta, jednostronna opowieść. Bohaterowie albo są w samym centrum wydarzeń i oddają całą swoją prywatność w ręce Circle, albo pragną żyć zupełnie poza systemem. Tymczasem walka rozgrywa się gdzieś pośrodku, w naszych codziennych wyborach – w tym, czy klikamy zgodę na to, by aplikacja pobrała nasze informacje, czy zgadzamy się, by wszystkie dane były w chmurze. To zdecydowanie ciekawsza opowieść, niż historia pokazana w sposób czarno-biały. Zwłaszcza że – niestety – zarówno bohaterowie książki, jak i filmu porozumiewają się głównie hasłami. I to hasłami propagandowymi. Fakt, że nie słyszymy ani jednego głosu gdzieś pośrodku sprawia, że historia na dłuższą metę jest nużąca. I sprawia wrażenie bardzo oderwanej od codziennych problemów z prywatnością w sieci.

Choć stwierdzanie, co jest lepsze – książka czy film – zawsze jest trudne (w końcu to dwa zupełnie inne sposoby opowiadania historii), to tu raczej nie mam wątpliwości, że lepiej przeczytać książkę. Choć film ma dobrą obsadę (warto wspomnieć też Toma Hanksa, który gra w filmie jedną z głównych ról), to jednak rozczarowuje – jest powierzchowny, miejscami nudny i przypomina słabo zrealizowany, ciągnący się odcinek serialu „Black Mirror”. Książka jest pod tym względem ciekawsza – głównie ze względu na dokładny opis działania Circle, ale także ze względu na charakter bohaterki. Choć ponownie – nie jest to tekst bez wad – czasem autor posługuje się naprawdę mało wyrafinowanymi metaforami. Czasem przynudza. Jednak mimo wszystko jest to pozycja ciekawsza od filmu. Szkoda, że ekranizacja się nie udała, bo rzeczywiście książka ma filmowy potencjał.

Katarzyna Czajka, autorka bloga Zwierz Popkulturalny.

Obejrzyjcie zwiastun filmu:

 

Reklama

komentarze [7]

Sortuj:
147
0
06.11.2018 22:16

Zdecydowanie książka! Styl podkreśla treść i atmosferę, szczególnie w oryginalnej wersji językowej,choć tłumaczenie jest całkiem dobre. Film to marne popłuczyny.


484
98
26.05.2017 21:26

Książka mi się podobała, nie dłużyła mi się tak jak autorce artykułu. Czasem sprawiała, że zastanawiałam się czy rozwiązania wybierane przez The Circle są rzeczywiście złe, wiele z nich było niejednoznacznych. Na filmie się nudziłam, jest strasznie chaotyczny, spłycony. Jedna z ostatnich scen w książce pojawia się gdzieś w środku filmu, gdzie zupełnie nie ma sensu (scena ...

więcej

203
51
26.05.2017 14:29

Książkę skończyłem czytać dwa dni temu, a film widziałem wczoraj. Znajomi, którzy książki nie czytali wyszli mocno zaspani. Film jest po prostu słaby i nudny. Nie ma wielu wątków, i w porównaniu do książki został tak spłycony, że w sumie to nie czytając książki trudno zrozumieć głębszy sens. Książka jest dobra. Może wybitna nie jest, ale ciekawa, momentami wciągająca i z...

więcej

195
10
26.05.2017 14:27

Książki nie czytałem, ale film zapowiada się świetnie.


312
97
26.05.2017 14:05

Super artykuł!


2834
4
25.05.2017 12:19

Co jest lepsze: książka czy film? Zapraszamy do dyskusji!


133
4
01.06.2017 15:53

książka może być jedynie lepsza, a co najmniej tak samo dobra


zgłoś błąd