Nie czytajcie książek

Marcin Zwierzchowski
25.11.2015

Tytuł jest prowokacyjny, więc wyjaśnię: nie czytajcie książek, oglądajcie filmy. Dokładniej zaś: jeżeli macie wybór, nigdy nie popełniajcie błędu przeczytania książki, zanim nie obejrzycie nakręconego na jej podstawie filmu.

Kocham kino. Jednak to książki rządzą. Zdarzają się wprawdzie filmy lepsze od tekstów, na podstawie których powstały (przykładem „Gwiezdny pył”, ale i serial „Jonathan Strange & Mr Norrell”), jednak to wyjątki. Podstawowa prawda jest natomiast taka, że jeżeli najpierw obejrzycie film, później zaś zapoznacie się z tą samą historią w wersji tekstowej, macie spore szanse odkryć coś nowego, doświadczyć szerszej, bogatszej historii. W drugą stronę działa to rzadko, bo jednak ekranizacje zazwyczaj stanowią skróty oryginałów, przede wszystkim jednak czytelnik w kinie nie może cieszyć się samym filmem, ponieważ patrzy na niego właśnie w kontekście adaptacji znanego sobie dzieła. To zaś zniekształca odbiór ekranowej historii.

Przecież to kojarzycie: nie ma powstałego na bazie książki filmu czy serialu, któremu nie towarzyszyło by święte oburzenie fanów oryginału, wytykających każdą, choćby najmniejszą zmianę względem materiału źródłowego. Dlaczego to robią, co leży u podstaw tej złości? Niemożliwość przezwyciężenia wyobrażenia o historii, jakie powstało w naszych głowach w trakcie lektury, a którego realizacji oczekujemy teraz od filmowców. To prawdziwe przekleństwo. Najgorsze w nim jest zaś to, że nawet będąc go świadomym, nawet jeżeli – jak ja – rozumie się i docenia ideę zmian względem książek, bo przecież film to inne medium i rządzi się innymi prawami, nie ma jak ignorować tego, że czytając widziało się już „film” na podstawie tej historii; tej wizji nie da się zaś wyłączyć.

Na ten przykład osobiście strasznie żałuję, że „Marsjanina” Andy’ego Weira przeczytałem, zanim obejrzałem „Marsjanina” Ridleya Scotta. Doceniam film, był naprawdę dobry, podczas seansu bawiłem się jednak średnio, bo ciągle myślałem tylko o tym, co zmieniono i przede wszystkim, co wycięto: bo książka była tak bogata w szczegóły, bo tło techniczne było tak ważne, tymczasem tutaj wiele z tego wyleciało, albo by zrobić miejsce dla innych wątków, albo dlatego, że książka ma ponad 300 stron, więc adaptacja 1:1 trwała by „nieco” więcej, niż dwie godziny.

Jednocześnie jestem pewien, że w drugą stronę wszystko działałoby świetnie: najpierw obejrzałbym film, który by mnie rozbawił i zaciekawił, potem zaś sięgnąłbym po powieść Weira i odkrył, jak wiele z tej historii zostało dla mnie do odkrycia. Mam wielu znajomych, którzy pokonali dokładnie taką ścieżkę: film podobał im się bardziej, niż mnie, książka natomiast w zasadzie tak samo. Nic, tylko zazdrościć.

Podobnie miałem zresztą z Harrym Potterem – cykl Rowling tak silnie działa na wyobraźnię, że nie potrafię patrzeć na te filmy inaczej, niż na niemiłosiernie ogołocone z fascynujących wątków szkielety pełniejszych opowieści. (Ciekawostka – z „Władcą Pierścieni” Jacksona nie mam tego problemu; może to kwestia klasy filmu, który gdy jest wybitny kradnie książce naszą wyobraźnię?) Choć najgorszym przypadkiem jest dla mnie „Droga”: powieść McCarthy’ego ubóstwiam, pod wieloma względami ukształtowała mnie jako czytelnika, przez co nie byłem w stanie (mimo trzech prób) obejrzeć więcej, niż pierwszych 30-40 minut ekranizacji. Zawsze się łamałem i wyłączałem DVD, bo sceny, które tak dobrze pamiętałem, które tak wryły mi się w pamięć, na ekranie, bez języka Cormaca McCarthy’ego, nie miały tej siły, przez co czułem się jakbym oglądał paradujące na szarym tle tekturowe lalki. Drażniło mnie to.

Jednocześnie bardzo cieszę się, że najpierw dane mi było obejrzeć „Watchmen – Strażników” Zacka Snydera, później zaś przeczytać arcydzieło Alana Moore’a. Może gdyby wszystko odbyło się w drugą stronę, nie byłbym teraz fanem filmu; raczej można być pewnym, że mistrz komiksu zbyt głęboko odcisnąłby swoją wizję w mej głowie. Tymczasem ze zmienionego zakończenia się cieszę, również z innych różnic, i obecnie zarówno film, jak i komiks trafiają na moje osobiste TOPki wszechczasów.

Przywołajmy inny, znany przykład: „Grę o tron” i „Pieśń Lodu i Ognia” George’a R.R. Martina. Wprawdzie, o ile George nas nie zaskoczy, 6. sezon będzie pierwszym, którego fabuły żadna książka wcześniej nam nie zdradzi, jednak przez ostatnie kilka lat widzowie hitu HBO dzielili się na dwie grupy: widzów serialu, nie znających oryginału, i cwaniaczków, którzy przeczytali powieści, a potem próbowali spoilerować wszystkim najważniejsze wydarzenia. Byłem w grupie pierwszej, świadomie, bo choć książki nadrabiam, nie popełniłem błędu przegonienia serialu. Skąd taka taktyka?

Opowieść książkowa jest zazwyczaj bogatsza, niż film. Film to ekstrakt. Tak samo serial – w przypadku „Gry o tron” esencją telewizyjnej adaptacji jest nie świat, choć bogaty, nie bohaterowie, choć świetnie zarysowani i zagrani, ale niepewność wydarzeń, szokujące zwroty akcji. Po co się tego pozbawiać? To szaleństwo! Wybrałem więc ścieżkę: najpierw serial, potem książka, dzięki czemu w pełni cieszę się jedną z najpopularniejszych produkcji telewizyjnych w historii, potem zaś uzupełniam Westeros o szczegóły z tekstów Martina. I książki na tym nie tracą, bo są silniejsze od filmów.

Do tej książkowo-filmowej refleksji skłonił mnie seans filmu „Igrzyska Śmierci: Kosogłos. Część 2”. Jeszcze w kinie, zwłaszcza przy finale, myślałem sobie: Jak dobrze, że nie czytałem książek, jak dobrze, że to wszystko jest dla mnie nowe. Dlaczego? Bo jeżeli zabrałbym „Kosogłosowi. Części 2” element zaskoczenia fabularnego, szoku, niewiele z filmu by dla mnie zostało. Ani świat nie jest tu zbytnio rozbudowany, ani bohaterowie intrygujący, ani aktorstwo wybitne – mocny finał, niespodziewane wybory fabularne, ratują tę opowieść, która pod każdym innym względem jest poprawna. Film mi się podobał, bardzo, jestem jednak pewien, że gdybym znał wcześniej teksty Collins, moja ocena finału filmowej serii byłaby surowsza, bo ja sam mógłbym podczas seansu skupić się wyłącznie na stronie wizualnej, która nie powala jakoś specjalnie.

Dlatego czytajcie książki. Oglądajcie filmy. Osobiście polecam jednak odwrotną kolejność.

Reklama

komentarze [59]

Sortuj:
533
0
29.06.2016 22:25

Nie lubie czytać książki znając juz jej fabułe i zakończenie, zdecydowanie wole najpierw przeczytac ksiązke, można wtedy samemu sobie wyobrazic przedstawiony świat a tak to mamy narzucone wyobrazenie tworcow filmu.


1751
120
29.06.2016 21:17

Jeśli chodzi o Igrzyska śmierci to film miał przewagę nad książką dlatego, że mogliśmy dzięki filmowi poznać motywy, które kierowały Kapitolem. Książka pisana jest z pierwszej osoby i dla mnie osobiście w wielu miejscach było kompletnie niezrozumiałe dlaczego pewne działania podejmowane przez Katniss budzą aż taki sprzeciw rządzących. Film na szczęście pomógł mi dostrzec to...

więcej

1581
648
01.12.2015 13:14

Autor namieszał mi w głowie. Do tej pory wydawało mi się, że najpierw trzeba przeczytać książkę, a dopiero później oglądać film. Teraz już nie jestem taka pewna...
Poza tym wydaje mi się, że łatwiej o dobry film na podstawie takiej sobie literatury niż na podstawie arcydzieła. Ekranizacje tych ostatnich rozczarowują, choć oczywiście są wyjątki.


1396
312
27.11.2015 18:28

Odwieczne pytanie "Przeczytać książkę czy obejrzeć film?" Co najpierw? Moim zdaniem książka nie zastąpi filmu. W książce wszystko ma swoje miejsce i jest poukładane, natomiast w filmie niektórych ważnych wątków nie ma.
Film jest streszczeniem książki. Dlaczego? Bo więcej osób ( w tym młodzież) woli obejrzeć film niż przeczytać obowiązkową lekturę. Przykładem jest Harry...

więcej

1096
115
27.11.2015 13:34

Powiem tak: książka. I koniec kropka. Po co sobie psuć humor oglądając, przeważnie, odbiegającą od fabuły ekranizację. Po co się denerwować, psioczyć i kręcić z niedowierzania głową przez cały film. Książka to dzieło pisarza. Niech sobie scenarzyści piszą swoje dzieła, a nie idą na łatwiznę bazując na powieściach. Żeby jeszcze chociaż byli wierni pierwowzorowi. To nie,...

więcej

69
0
26.11.2015 21:09

Choć artykuł jest bardzo ciekawy, to ja osobiście się nie zgadzam. Dla mnie, najpiękniejszą cechą książek jest możliwość wyobrażenia sobie całego świata przedstawionego we własny, oryginalny sposób. Gdy obejrzymy jako pierwszy film, a dopiero później postanowimy przeczytać jego książkowy pierwowzór to czy tego chcemy czy nie, w głowie podkładamy twarze, głosy czy scenerie...

więcej

86
1
03.12.2015 18:54

Hah mam tak samo, jeśli coś najpierw obejrzę, potem czytając książkę "wiem" jak wygląda główny bohater i "znam" miejsca przez niego odwiedzane... ale z drugiej strony irytuje mnie oglądanie filmu po przeczytaniu książki bo za każdym razem narzekam że tu i tu coś wycięli albo zmienili i sam sobie psuje seans. Może lepiej więc przeczytać i już nie oglądać? ;)


69
0
04.12.2015 17:52

W moim przypadku to nie przechodzi - zbyt silna ciekawość! ;) Zawsze interesuje mnie jak wyszła ekranizacja, bo może akurat się spodoba. W końcu dość często trafiają się też ciekawe produkcje, w których da się przymknąć oko na pewne niedociągnięcia :)


1055
3
26.11.2015 19:49

Oczarował mnie „Gwiezdny pył”, moje z piękniejszych chwil spędzonych z książką, lecz film mnie rozczarował, dla mnie jest "tylko" fajnym filmem.


35
5
27.11.2015 06:09

U mnie z kolei odwrotnie, filmem byłam zachwycona. Mogę go oglądać non stop. Natomiast książka to zupełnie inna bajka i to nie moja. Z resztą jakoś tak Gaiman do mnie nie trafia.


1610
41
26.11.2015 18:54

Są filmy i książki, które się znakomicie uzupełniają. Przykładem jest "Odyseja Kosmiczna". Najpierw obejrzałem film, a następnie przeczytałem książkę Clarke'a i uważam, że była to idealna kolejność. Film dał mi do myślenia, postawił wiele pytań, które długo rozważałem. Książka natomiast udzieliła mi odpowiedzi na wiele z tych pytań, ale inaczej niż ja sam sobie na nie...

więcej

1301
464
26.11.2015 15:54

Ja zawsze staram się zapoznać z pierwotnym dziełem zanim sięgnę po jego reinterpretację. Chociaż nie mogę powiedzieć o sobie, że jestem mocno konserwatywna w tym aspekcie, bo często kolejność jest determinowana różnymi czynnikami, nie koniecznie zależnymi ode mnie: jak chociażby łut przypadku czy dyspozycja dnia. Jednak chociaż nie jestem nastawiona na skrupulatne...

więcej

157
0
26.11.2015 10:10

Oglądanie filmów to zwykła strata czasu. Te bezcenne półtora godziny można przeznaczyć na czytanie. Filmów po prostu nie opłaca się oglądać niezależnie czy są adaptacją książki czy nie. Kino to kiszka. Wszyscy moi znajomi się ekscytowali "Prometeuszem" Ridleya Scotta więc obejrzałem ten film będąc świeżo po lekturze "Czarnych oceanów" Jacka Dukaja. Zrobiło mi się smutno gdy...

więcej

235
31
26.11.2015 12:47

Prometeusz to akurat słabe kino więc przykład beznadziejny. Jest beznadziejny raczej obiektywnie niż subiektywnie (ocena na 6.3 na 10 na podstawie 130 000 głosów) Kino oferuje trochę inne doznania niż książka. Dobrym przykładem trochę innych możliwości kina niż oferuje książka jest Grand Budapest Hotel, Amadeusz czy nawet Jak rozpętałem drugą wojnę światową gdzie Kociniak...

więcej

zgłoś błąd