Nigdy nie wiemy, co przyniesie nam życie – rozmowa z Louise Jensen

Ewa Cieślik
17.09.2019

 Spotkałam ją na angielskim festiwalu kryminałów, gdzie była oblężona przez fanów. Właśnie wychodzi jej najnowsza książka, thriller „Rodzina” – podobnie jak „Surogatka”, „Prezent” czy „Siostra” również przepełniona silnymi emocjami. Jak sama przyznaje, na karty powieści przelewa własne uczucia, nic więc dziwnego, że jej opowieści są tak poruszające. A do tego potrafią również złapać czytelnika za gardło i nie puścić aż do ostatniej strony.

Nigdy nie wiemy, co przyniesie nam życie – rozmowa z Louise Jensen

Louise Jensen, mistrzyni thrillerów psychologicznych, zabiera czytelników w mroczną podróż do zamkniętej społeczności, w której nic nie jest takie, jak się wydaje. Czy nowe więzy w ramach wspólnoty okażą się silniejsze niż więzy krwi? Po tragicznej śmierci męża cały świat Laury legł w gruzach. I to dosłownie. Rodzina Gavana nie chce jej znać. Długi rosną w oszałamiającym tempie. Firma ubezpieczeniowa odmawia wypłaty odszkodowania, a właściciel domu, który wynajmują, grozi eksmisją. A jakby tego było mało, jej nastoletnia córka Tilly oddala się od niej... Tilly też nie brakuje problemów. Przez całą tę sprawę z ojcem staje się w swojej klasie wyrzutkiem. Katie - jej naczelna prześladowczyni - odbija jej chłopaka. Odwraca się od niej nawet ukochana kuzynka Rhiannon. Gdy swoją pomoc oferuje im Alex - właściciel biofarmy za miastem i charyzmatyczny przywódca tamtejszej wspólnoty - Laura jest w siódmym niebie. Nie może jej nie przyjąć. Zresztą trudno odmówić, gdy wszyscy mieszkańcy farmy otaczają je takim wsparciem i troską. Z dnia na dzień stają się im coraz bliżsi, zupełnie jak rodzina. Laura i Tilly jeszcze nie wiedzą, że na tej farmie nie można ufać nikomu. I że ich piekło dopiero się rozpoczyna...

Ewa Cieślik: Miałam okazję zobaczyć Cię na Crime Writing Festival w Harrogate. Byłam wśród szczęśliwców, którym udało się zdobyć egzemplarz twojej premierowej książki „The Family”. Było mnóstwo ludzi, którzy ledwo mieścili się w namiocie… Jak się czułaś, spotykając się z wyrazem tak dużej popularności?

Louise Jensen: Udział w festiwalu w Harrogate był cudownym doświadczeniem. Jestem niezmiernie wdzięczna za to, że czytelnicy tak chętnie sięgają po moje powieści – to jest coś, czego nigdy nie będę mogła być całkowicie pewna. Staram się, aby każda książka była jeszcze lepsza niż poprzednia. Widok „Rodziny” w rękach czytelników w Harrogate był dla mnie niezwykle ekscytujący. Cudownie było spotkać się z nimi i porozmawiać. Pisanie jest zajęciem, które sprawia, że czasami czuję się odizolowana, więc tym bardziej doceniam takie wydarzenia.

Dziś twoje książki są tłumaczone na ponad 20 języków, sprzedało się ich już milion egzemplarzy. Jednak początek twojej kariery pisarskiej łączy się z przykrym zdarzeniem z twojej przeszłości. Czy to prawda, że zaczęłaś pisać w wyniku wypadku samochodowego?

Tak. Wypadek sprawił, że ​​byłam zmuszona poruszać się na wózku inwalidzkim i nie mogłam kontynuować mojej poprzedniej pracy. Samotność, przygnębienie i chroniczny ból towarzyszyły mi każdego dnia. Wizja dalszego życia wyglądała bardzo ponuro, ale trójka moich dzieci sprawiała, że nie mogłam się poddać. Zaczęłam pisać, na początku była to krótka historia. Odkryłam, że zanurzenie się w fikcję, w świat wykreowanych bohaterów, okazało się znakomitym sposobem na poradzenie sobie z moim stanem. Pisanie sprawiło, że nie mogłam wręcz doczekać się każdego nowego dnia, zamiast się go bać.

Który etap pracy nad książką lubisz najbardziej? Research, editing, a może już moment po premierze książki, gdy spotykasz czytelników?

Uwielbiam robić research, czasami aż za bardzo! Np. w książce „Prezent” podjęłam tematykę pamięci komórkowej - koncepcji, która zakłada, że przeszczepione organy mogą zachować wspomnienia dawcy. Byłam tak zafascynowana zagadnieniem, że zaczęłam mieć lekką obsesję na tym punkcie! Uważam, że pisanie pierwszego szkicu jest niezwykle trudne – masz przed sobą pustą stronę i świadomość, że tekst powinien mieć np. 90 tysięcy słów. Za każdym razem wydaje mi się, że jest to etap nie do przeskoczenia, ale ten wysiłek się opłaca, ponieważ po nim następuje etap edycji. To mój ulubiony element pisania. Do tego czasu znam bohaterów już naprawdę dobrze i mogę zacząć pracować nad historią, nad tym, jaka powinna ona być. Kiedy książka już ukazuje się na rynku i mam okazję dzięki temu spotkać się z czytelnikami, jest to uwieńczenie mojej pracy. Nie wyobrażam sobie, abym kiedykolwiek mogła robić coś innego.

W książce „Rodzina” zagłębiamy się w świat Laury i Tilly, które poznajemy w jednym z najtrudniejszych momentów ich życia, gdy w wyniku zbiegu kilku nieszczęśliwych okoliczności zostają bez środków do życia i dachu nad głową. Tak naprawdę każdy z nas mógłby się znaleźć w podobnej sytuacji, co one. Czy twoim zamiarem było, by czytelnik mógł zadać sobie pytanie co sam by zrobił w takiej sytuacji?

Absolutnie tak. Sama znalazłam się w podobnej sytuacji. Po wypadku straciłam pracę, miałam problem ze spłatą kredytu hipotecznego, mój związek przeżywał kryzys. Byłam samotna i przestraszona. Jeśli ktoś wtedy zaproponowałby mi pomoc i wsparcie, tak jak społeczność farmy w przypadku moich bohaterek, Laury i Tilly, myślę, że tak samo bym ją przyjęła. Nigdy nie wiemy, co nas spotka w życiu i jak zareagujemy, dopóki nie znajdziemy się w danej sytuacji. Chciałabym, aby czytelnicy zastanowili się nad tym, co zrobiliby będąc na miejscu Laury.

Laura i Tilly dołączają do wspólnoty prowadzonej przez charyzmatycznego lidera, Alexa. Skąd taki temat w twojej książce? Czy zagadnienie komun czy sekt już wcześniej przykuło twoją uwagę?

Kiedy pewnego razu w wiadomościach pojawiły się kolejne doniesienia o ataku terrorystycznym, mój syn zapytał mnie, dlaczego ludzie robią złe rzeczy. Wspólnie zaczęliśmy zgłębiać temat związany z manipulacją I mechanizmami wpływania na ludzi. Okazało się, że często takie uwikłania zaczynają się od poczucia bezbronności i samotności. Zaczęłam się zastanawiać, czy np. dwie kobiety znajdujące się dokładnie w tej samej sytuacji i umieszczone w tym samym środowisku, zareagowałyby tak samo. Zaczęłam kreować historię, w której jedna kobieta orientuje się, że coś jest nie tak i chce uciekać, a druga jest całkowicie zachwycona nowym życiem. A gdyby te dwie kobiety były matką i córką?

Tytuł powieści naprowadza czytelników na tematykę, którą poruszasz. Tego, kogo możemy zaliczać do rodziny i komu możemy zaufać. Piszesz jednak również o niemal zwierzęcej miłości, jaką rodzice czują do swojego potomka. „I have been damaged”, myśli Laura, wspominając moment, gdy pierwszy raz zobaczyła swą córkę. Czy twoim zdaniem absolutna miłość rodzica do dziecka to nie do końca coś dobrego?

Myślę, że miłość matki do dziecka jest cudowna, ale niezwykle pochłaniająca. Jako matka wiem, że zrobiłabym absolutnie wszystko, by chronić moje dziecko. Chciałam bliżej przyjrzeć się więziom rodzinnym, nie tylko między rodzicami i dziećmi, ale szerszą rodziną: ciotkami, wujkami i kuzynami. Czy te relacje są silniejsze od tych, które łączą nas z dobrowolnie wybranymi przyjaciółmi? Jest wiele ciekawych kwestii w opowieściach o rodzinach biologicznych i rodzinach z wyboru.

Poszczególne rozdziały pisane są w narracji pierwszoosobowej, dzięki czemu na dane wydarzenia możemy spojrzeć zarówno z perspektywy matki – Laury – jak i nastoletniej córki – Tilly. Każda z nich odbierała dane słowa czy gesty w inny sposób. Czy jako pisarka czułaś satysfakcję, mogąc opisywać wydarzenia z dwóch punktów widzenia?

Na początku kilku rozdziałów książki widzimy pewne wydarzenia, których doświadczamy zarówno z punktu widzenia Tilly, jak i Laury. Uważam, że to naprawdę otwiera oczy. Fascynujące było to, jak wiele matka i córka miały wyobrażeń na swój temat i jak bardzo się nie rozumiały. Laura nie wiedziała, jak pocieszyć Tilly, kiedy ona poprosiła ją o pozostawienie jej samej. Córka myślała, że matka zostawiła ją samą, ponieważ jej problem jej nie obchodził. Sama zaczęłam zastanawiać się nad sposobem komunikacji w swojej rodzinie.

Sama jesteś matką trzech synów. Czy doświadczenia macierzyństwa wpływają na twoją twórczość? Poprzednia twoja książka dotyczyła surogatek, a w tej wiele jest spostrzeżeń dotyczących relacji rodzica z dzieckiem.

Pomysły na historię często pojawiają się po rozmowach z moim najmłodszym synem. On także pisze i projektuje sobie historie, zastanawiając się ”co by było gdyby”. Jestem osobą emocjonalną i wnoszę własne emocje do swoich historii. Gdybym nie był matką, myślę, że mój styl pisania byłby zupełnie inny.

Poza pisaniem książek aktywnie działasz też w social mediach, piszesz również bloga Fabricating Fiction. Co myślisz o tym, że dziś autorzy mogą w tak łatwy sposób komunikować się ze swoimi fanami?

Uwielbiam rozmawiać z czytelnikami w sieci. Są dni, kiedy kiepsko się czuję, a pisanie nie idzie mi za dobrze. Wtedy wchodzę do mediów społecznościowych i widzę miłe wiadomości na temat moich książek. Pozytywnie wpływa to na mój nastrój i motywuje mnie do dalszej pracy. Instagram daje mi wiele radości. Polscy czytelnicy są tak kreatywni w zamieszczaniu zdjęć z okładkami moich książek. To dla mnie bardzo ważne, że ludzie poświęcają czas na tworzenie tak pięknych postów.

Wiemy, że w twoim przygotowaniu są jeszcze dwie książki. Czy możesz zdradzić, czego będą dotyczyć?

Nie jestem pewna, czy już mogę zdradzić, ale zrobię to! Mój następny thriller nazywa się „The Stolen Sisters” (tyt. rob. „Skradzione siostry”). To historia trzech porwanych sióstr - Leah, Marie i Carly, opowiedziana z czterech punktów widzenia i obejmujące dwie płaszczyzny czasowe. Jest to historia bardzo skomplikowana strukturalnie, ale jestem tym bardziej podekscytowana i nie mogę doczekać się, kiedy pojawi się w księgarniach w przyszłym roku.

Reklama

komentarze [1]

Sortuj:
Dodaj wypowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

180
13
16.09.2019 12:47

Zapraszam do dyskusji.


zgłoś błąd