Lubimyczytać.pl Sp. z o.o
Nie jest łatwo napisać w kilku zdaniach, kim był Leonard Cohen – tak by nie otrzeć się o banał. Jego wielokierunkowa, silnie autobiograficzna twórczość i myśl sprawiają wrażenie pr...

Jestem podróżującym światłem

Autor recenzji:
Autor książki: Leonard Cohen
7,17 (12 ocen i 4 opinie)

Nie jest łatwo napisać w kilku zdaniach, kim był Leonard Cohen – tak by nie otrzeć się o banał. Jego wielokierunkowa, silnie autobiograficzna twórczość i myśl sprawiają wrażenie precyzyjnie skonstruowanego i przemyślanego programu, który twórca realizował przez całe swoje życie. Największą sławę przyniosły mu jednak dokonania muzyczne, autorstwo kilku(nastu) evergreenów, takich jak „Dance Me to the End of Love” czy „Hallelujah”. Ale Cohen był również pisarzem, filozofem, rysownikiem, Żydem i buddyjskim mnichem. A nade wszystko uznanym poetą, autorem dziesięciu zbiorów wierszy. W dwa lata po śmierci artysty dostajemy do rąk jedenastą książkę poetycką Cohena – „Płomień”, nad którą pracował do ostatnich dni. Jak wspomina w przedmowie syn artysty, Adam Cohen, tożsamość poety była dla jego ojca najważniejsza, bo chronologicznie pierwsza – Cohen uważał bycie poetą za „rodzaj misji od Boga”.

Na omawianą książkę składa się kilka elementów, technik, które służyły Cohenowi do opisania swojego życia. Znajdziemy tu sześćdziesiąt trzy wiersze z różnych lat, teksty piosenek z trzech ostatnich jego albumów, fragmenty notatników, przemowę wygłoszoną z okazji przyjęcia Nagrody Księcia Asturii w 2011 roku, a nawet zapis ostatniej korespondencji mailowej. Trudno oprzeć się wrażeniu, że „Płomień” to przejmujący swoją wielowątkowością zapis odbytej drogi i bycia przyciąganym przez cel, jakim jest kres istnienia. Najwcześniejszy z tekstów, który znalazł się w tej książce, powstał pod koniec lat 60. – ostatni zaś na kilka godzin przed śmiercią poety. Wydaje się, że „Płomień” nieprzypadkowo posłużył za tytuł ostatniego poetyckiego porywu Cohena – stanowi bowiem częsty motyw jego piosenek i wierszy, zaś celem tej książki było sprawienie, by płomień wciąż się tlił, mimo nieuchronności końca.

Leonard Cohen zawsze zaliczał się do grona wielkich pesymistów poezji, jednak w „Płomieniu” fakt ten uderza nas z większą niż kiedykolwiek jaskrawością. Poeta kryguje się, umniejszając swoje poetyckie powołanie, nazywa je „dokarmianiem swojej depresji”, stwierdza, że „to nie sztuka, tylko fach”. Ma świadomość nieważkości poezji i swojego miejsca w szeregu – „gdzieś tak bliżej końca”. Żyje z nieustanną świadomością przemijania – w wierszu pt. „Tak” pisze: „Mamy minutkę, Mary/ Zanim wyłączą prąd”. Rozgrzebywanie przeszłości jest dla Cohena deską ratunku – teraźniejszość to „nieprawdziwy świat” i „czas wstydu”. „Próbuję zakończyć/ Tę marną karierę/ Odrobiną prawdy/ W moim tu i teraz” – z siłą uniwersalnego przesłania stwierdza w wierszu zatytułowanym „Gdybym wziął pigułkę”. Nie jest to już poezja bawidamka, ani też obieżyświata – Cohen, którego wiersze były przykładem geopoetyckiego élan vital, w „Płomieniu” jawi się jako poeta stacjonarny, wręcz uziemiony, „pozbawiony towarzystwa Sahary”, który przemierza swój pokój, wspomina dawne podróże i kobiety, świadom swojego coraz bardziej ułomnego ciała.

Co zwraca uwagę w wierszach Cohena, to z pewnością ich nieoczywista synkretyczna religijność, łącząca elementy judaistyczne, chrześcijańskie i buddyjskie. Poeta konsekwentnie pozostaje wierny talmudycznej zasadzie, która zabrania wypowiedzenia imienia boskiej istoty, pisząc o „B-gu”. (Traktat „Sanhedrin” ostrzegał, że ten, kto wymówi imię Boga, nie będzie miał udziału w przyszłym świecie). Cohen miesza również sacrum z profanum, wymyśla ludziom nowe życiorysy, a wierszom erotycznym często nadaje charakter modlitwy. Znajdziemy tu kilka świadectw z dawnego życia Cohena, kiedy to walcząc z depresją, został buddyjskim mnichem w klasztorze na Mount Baldy, nieopodal Los Angeles. Z dzisiejszej perspektywy poeta widzi jednak, że nie ocalało nic z dawnych uniesień, przestało istnieć nawet to, co miało przynieść mu ulgę, czyli praktyka zen. Uwagę przykuwa wiersz pt. „Wdzięczny”, w którym Cohen dzieli się swoim zachwytem nad światem, by w finale wyrazić wdzięczność… swoim antydepresantom.

„Płomień” jest kompozycyjnie podobny do poprzednich książek Cohen, zwłaszcza do „Księgi tęsknoty” – poeta nie zdążył jednak ustalić ostatecznej kolejności tekstów zawartych w tym tomie. Zasadnicza różnica polega na tym, że w „Płomieniu”, w odróżnieniu od „Księgi tęsknoty”, zdecydowano się wydzielić te teksty Cohena, które posłużyły jako teksty piosenek. Sądzę, że to niewłaściwy zabieg, gdyż każda z jego piosenek była wierszem, a każdy wiersz mógł się stać piosenką. Na szczególną uwagę zasługują obszerne fragmenty z poetyckich dzienników, prowadzonych przez kanadyjskiego poetę przez całe życie. Podobno na potrzeby powstającej książki dokonano wyboru z ponad trzech tysięcy stron. Sądzę, że nieprzypadkowo opublikowano je niechronologicznie, w tomie zapiski te układają się w coś w rodzaju autobiograficznego poematu, w którym towarzyszymy poecie w wygaszaniu swojego wewnętrznego płomienia. W innym miejscu Cohen pisze, że „pamięć z jej chronologią dat/ odwraca się z wdziękiem”. Jest to więc coś na kształt przepowiadania własnej przeszłości. Jest to również interesujący materiał, który może nam sporo powiedzieć na temat warsztatu Kanadyjczyka, który był znany z tego, że cyzelował swoje utwory przez wiele lat. Żył otoczony karteluszkami, na których nieustannie coś zapisywał, poprawiał, dodawał i skreślał – jak wspomina jego syn, na notatniki z wierszami można było się natknąć nawet w zamrażarce. Zbiór wierszy Cohena można również podziwiać na poziomie graficznym. Tom jest bowiem bogato ilustrowany rysunkami poety, będących w większości autoportretami opatrzonymi fragmentami wierszy. Sam Cohen określił swoje ilustracje mianem „bezbolesnych dekoracji”.

Cohen „wypowiada mądre słowa/ Niczym mędrzec i wizjoner/ Chociaż nie jest niczym więcej/ Niż przelotną afirmacją słowa byt”. Nie jest to książka przeznaczona do klasycznej, linearnej lektury – raczej do dogłębnego studiowania poezji napisanej przed rozstaniem ze światem, „na krawędzi lat”. Dopiero teraz widać to z całą mocą – Leonard Cohen żegnał się ze światem małymi gestami od wielu lat – jego ostatnim muzycznym dokonaniem była płyta „You Want It Darker”, która ukazała się na miesiąc przed śmiercią artysty. Znajduje się na niej utwór pt. „Travelling Light”, gdzie Cohen de facto odmawia własny kadysz. Tekst tego utworu znalazł się również w „Płomieniu”, zatytułowany „Bez bagażu”. Choć wiem, że travelling light znaczy tyle, co „podróżować bez bagażu”, „na lekko”, to jednak przetłumaczyłem sobie dosłownie (i niegramatycznie) owo zdanie, jako „jestem podróżującym światłem”. Te trzy słowa jawią mi się jako doskonałe podsumowanie życia Leonarda Cohena, a zarazem streszczenie ostatniego zbioru jego wierszy. Jest to bowiem książka tak wielowymiarowa, że domaga się pięćdziesięciostronicowego eseju – lub milczenia.

Tomasz Wojewoda



Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.

Pokaż wszystkie oficjalne recenzje książek
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading
Zapisując się na newsletter zgadzasz się na otrzymywanie informacji z serwisu Lubimyczytac.pl w tym informacji handlowych, oraz informacji dopasowanych do twoich zainteresowań i preferencji. Twój adres email będziemy przetwarzać w celu kierowania do Ciebie treści marketingowych w formie newslettera. Więcej informacji w Polityce Prywatności.
Powiązane treści
Co się będzie działo na Targach Książki w Krakowie

Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie® zaczynają się 25 października. Do stolicy Małopolski zjadą wydawcy, autorzy, dziennikarze, blogerzy książkowi, a przede wszystkim czytelnicy, złaknieni nowości, promocji i autografów! Sprawdźcie, które stoiska szczególnie polecamy Waszej uwadze.


więcej
więcej powiązanych treści

Opinie czytelników


O książce:
Bezsenność w Tokio

OCENA -7/10 BARDZO DOBRA Był moment, kiedy wiele się mówiło i pisało na temat książki pod tytułem „BEZSENNOŚĆ W TOKIO” Marcina Bruczkowskiego, pamięt...

zgłoś błąd zgłoś błąd