rozwiń zwiń

Wciągający jak wir thriller. Rozmowa z Przemysławem Piotrowskim, autorem „Matni”

LubimyCzytać LubimyCzytać
09.08.2021

Pracowałem z ludźmi z niemal każdego zakątka świata, z niemal każdego szczebla drabiny społecznej od lekarzy, przez polityków, bandytów mających na koncie morderstwa na zlecenie, byłych specjalsów, na muzułmańskich radykałach kończąc – mówi Przemysław Piotrowski. Autor thrillera „Matnia” opowiada nam o tym, skąd czerpie inspiracje do tworzonych przez siebie opowieści.

Wciągający jak wir thriller. Rozmowa z Przemysławem Piotrowskim, autorem „Matni”

Matnia Przemysław Piotrowski[OPIS WYDAWCY] Skrzypiące pod nogami deski. Wiatr wyjący na zewnątrz. Gałęzie poruszające się za oknami. Nieprzenikniony mrok, w którym coś się czai…

Zuza nigdy nie miała zbyt wielkiego szczęścia, ale zawsze jakoś dawała sobie radę. Gdy zostaje oszukana przez byłego partnera, musi spojrzeć prawdzie w oczy. Ma trzydzieści cztery lata i dwumilionowy dług, a za niecałe pół roku urodzi bliźniaczki.

I wtedy w jej życiu pojawia się Marek, mężczyzna idealny: przystojny, troskliwy i dojrzały. Po kilku miesiącach związku proponuje dziewczynie przeprowadzkę do rodzinnych Toporzyc. Wątpliwości Zuzy związane z wyjazdem rozwiewają dopiero podejrzani ludzie, którzy pojawiają się pod jej oknami.

Już na wsi Marek dowiaduje się, że musi jechać do Niemiec z powodu pilnego zlecenia. Gdy zaczyna się jesień, a noce robią się coraz dłuższe, Zuza zostaje sama w starym domu w środku lasu. Wiejska sielanka z każdym dniem coraz bardziej przypomina koszmarny sen…

Helena Białobrzewska: Czytając „Matnię” czytelnik jest przez długi czas zaniepokojony, bo to, co przeżywa bohaterka jawi się... jako bajka i sielanka. Trudno nie zacząć w takiej sytuacji obsesyjnie myśleć o tym, co się może za chwilę wydarzyć. Skąd pomysł na taki zabieg?

Moi najwierniejsi Czytelnicy wiedzą, że lubię wyzwania i staram się nie zamykać w jednym gatunku. Tym razem chciałem zmierzyć się z thrillerem psychologicznym, klasycznym domestic noir. Napisać tego typu historię wbrew pozorom jest bardzo trudno, bo wymaga ona umiejętnego, niezwykle precyzyjnego stopniowania napięcia. Schemat tego typu powieści jest dość prosty i oklepany, dlatego trzeba znaleźć sposób, aby Czytelnika nie zanudzić, tylko złapać na haczyk, a następnie długo wodzić za nos, podsuwać fałszywe tropy, jednocześnie budując klimat osaczenia. I w „Matni” postawiłem właśnie na ten klimat, który z sielanki ostatecznie przeradza się w koszmar. Mocny i dosadny finał jest zaś ukoronowaniem tego powolnego budowania napięcia.

Przez moje ciało przemyka dreszcz, gdy zdaję sobie sprawę, że czuję na sobie czyjeś pożądliwe spojrzenie. Po prostu czuję i wiem, że ktoś na mnie patrzy. Skryty w mroku, nienasycony, napawa się moim lękiem, upaja się widokiem samotnej i przerażonej kobiety, która udaje przed samą sobą, że jest w stanie stanąć twarzą w twarz z upiorami lasu. Powinnam wejść do domu i zamknąć za sobą drzwi, myślę. Dlaczego tego nie robię? Nie, to nie ciekawość. Jestem po prostu sparaliżowana strachem. Wciąż czuję to palące spojrzenie. Ktoś albo coś tu jest i nie chce odejść, a ja nie mogę się ruszyć. Latarka drży mi w dłoni i chyba widzę coś za jedną z grubych sosen. Teraz już jestem pewna. Ktoś jest za tą cholerną sosną. Ktoś albo coś...

– „Matnia”, Przemysław Piotrowski

Sytuacje, o których opowiada „Matnia” co jakiś czas dominują nagłówki gazet. Czy wybierając tę tematykę, chciał pan zwrócić uwagę na to, że mogą przydarzyć się każdemu?

Chciałem po prostu stworzyć ciekawą historię, która sprawi, że Czytelnik będzie się przy niej dobrze bawił, a od czasu do czasu zerkał czy aby na pewno zasłonił w domu wszystkie zasłony w oknach (śmiech). Oczywiście, żeby można było utożsamiać się z główną bohaterką i jej historią, musiałem posłużyć się jakimś realnym scenariuszem, a to z czym Zuza musi się mierzyć, jest chyba jednym z największych rodzicielskich lęków. I zarazem potworności, do których jest w stanie posunąć się człowiek. Warto pamiętać, że świat nie jest cukierkowy i obok nas (choć zwykle tego nie widzimy, żyjąc w swojej radosnej bańce) dzieją się rzeczy naprawdę okropne i przerażające. Dlatego nie zaszkodzi przypomnieć, że coś złego może spotkać każdego z nas, bo czasem jeden mały błąd czy chwilowa utrata czujności mogą sprawić, że nasze życie zamieni się w koszmar.

Przemysław Piotrowski

W najnowszej książce narratorką i główną bohaterką jest młoda kobieta Zuza. Czy pisanie powieści z perspektywy kobiety było dużym wyzwaniem? Co przysporzyło panu najwięcej trudności?

Tak – to było wyzwanie. Gdy zaczynałem pisać „Matnię”, wrzuciłem nawet taki post na swoim profilu na facebooku, że chyba porywam się z motyką na słońce. Ale gdy już wsiąkłem w tę historię, to okazało się, że chyba mam w sobie jakiś pierwiastek żeński, bo pisało mi się fantastycznie. Wszedłem w skórę kobiety i przez ponad dwa miesiące z niej nie wychodziłem. Starałem się myśleć jak kobieta, chociaż oczywiście niektóre swoje koncepcje byłem zmuszony konsultować z kobietami. Dzięki temu doświadczeniu dostrzegłem też pewne rzeczy, których wcześniej nie widziałem albo je bagatelizowałem (trochę jak na przykład Marek w powieści), co, mam nadzieję, przyda mi się też w codziennym życiu i relacjach z kobietami właśnie.

Warstwa emocjonalna i rozpiętość uczuć w „Matni" jest porażająca. Od miłości po pierwotny zwierzęcy lęk. Czy to balansowanie na pograniczu różnych emocji ma skutecznie przerazić najbardziej czytelników i czytelniczki?

Warstwa emocjonalna zawsze jest dla mnie najważniejsza. I nieważne czy piszę thriller, kryminał, horror czy dramat. Każda z moich powieści musi kipieć od emocji, choć zwykle one mocno się od siebie różnią. Na zupełnie inne postawiłem tworząc słynną już trylogię z Igorem Brudnym, a na inne pisząc „Krew z krwi”. Gdy zabierałem się za „Matnię”, postanowiłem, że postawię na strach, a raczej lęk, który najpierw zasieję, a potem pozwolę mu wykiełkować, następnie rozrastać z każdą kolejną stroną, aby osaczać Czytelnika niczym trujący bluszcz. Finał to natomiast bomba, która eksploduje burzą skrajnych emocji, aby po wszystkim przyszło to legendarne katharsis.

„Matnia" różni się od pana poprzednich książek. Czy to plan, by zawłaszczać coraz to nowe obszary literatury gatunkowej?

Przede wszystkim nie chciałbym zostać zaszufladkowany, a niestety, to dość częsty problem, z którym pisarze muszą się mierzyć. Pisanie książek wciąż w jednym gatunku może i ma swoje dobre strony, bo przywiązuje do autora najwierniejszych Czytelników, ale na dłuższą metę bardzo tegoż autora ogranicza. Ja natomiast nie lubię się ograniczać, stąd decyzja o podjęciu ryzyka i spróbowaniu sił w innych gatunkach, w nadziei na pozyskanie nowych Czytelników i Czytelniczek, którzy na przykład z różnych powodów nie sięgnęliby po „Piętno”, bo przeraziła ich okładka albo – moim zdaniem absolutnie przesadzone – głosy o brutalności powieści. „Matnia” to zatem kolejna próba wyjścia naprzeciw nowym Czytelnikom i Czytelniczkom i po pierwszych recenzjach widzę, że ludzie zaczynają postrzegać Piotrowskiego nie jako autora jednej historii, ale pisarza, który potrafi odnaleźć się w różnych gatunkach. Bardzo mnie to cieszy i dziękuję im za to, bo to bardzo motywujące do dalszej ciężkiej pracy. Za waszym pośrednictwem chciałbym też wszystkim Czytelnikom i Czytelniczkom przekazać, że widzę i słyszę, co piszecie i robię co w mojej mocy, aby spełniać wasze oczekiwania (choć zdaję sobie sprawę, że nie zawsze trafię w gusta wszystkich), w związku z czym w epilogu „Matni” zostawiłem wam drobną niespodziankę. Mam nadzieję, że wam się spodoba.

Jakby ktoś przemknął tuż przy ścianie z pochodnią w ręku. Jestem pewna, że widziałam zarys postaci, ale kto mógłby o tej porze kręcić się wokół domu z pochodnią? Kto w dzisiejszych czasach używa pochodni? Może jednak przesadzam, może to tylko odbity blask świecy, która przecież... zgasła. Moja wyobraźnia szaleje, błyskawicznie kreśli najczarniejsze scenariusze. 

– „Matnia”, Przemysław Piotrowski

Ma pan intrygującą biografię jak na pisarza. Początkowo zajmował się pan zawodowo dziennikarstwem sportowym i śledczym, jednak potem wylądował pan za granicą, parając się pracą fizyczną, między innymi na drapaczach chmur w Nowym Jorku czy na platformach wiertniczych. Czy to te doświadczenia sprawiły, że zajął się pan pisarstwem?

Robiłem też wiele innych rzeczy, ale pewnie nie starczyłoby miejsca, aby o nich napisać! Te wszystkie doświadczenia sprawiły, że na pewno poszerzyłem swoje horyzonty. Pracowałem z ludźmi z niemal każdego zakątka świata, z niemal każdego szczebla drabiny społecznej od lekarzy, przez polityków, bandytów mających na koncie morderstwa na zlecenie, byłych specjalsów, na muzułmańskich radykałach kończąc. Z wieloma spędzałem po kilkanaście godzin na dobę, w deszczu, mrozie, na niebezpiecznych wysokościach, gdzie zaufanie do drugiego człowieka czasem jest kwestią życia. To wszystko na pewno ubogaca, ale także buduje i hartuje charakter. Pozwala też wsłuchać się w nieprawdopodobnie ciekawe historie, spojrzeć na świat oczami innych, nie uzurpując sobie przy tym prawa do oceniania czynów drugiego człowieka. To wszystko z pewnością bardzo pomaga mi w tworzeniu kolejnych powieści, ale przechodząc już do meritum, to nie życiowe doświadczenia sprawiły, że zdecydowałem się pisać. Z pewnością w jakiś sposób pomagają, ale nie były czynnikiem decydującym. Prędzej czy później i tak zacząłbym pisać. Bo pisanie po prostu mam we krwi.

Czy praca z uciekinierami z całego świata i poznane przez te spotkania historie przerodziły się w postacie i wątki w pana powieściach?

Zdecydowanie tak. W zasadzie w każdej powieści pojawiają się jakieś wątki, chyba najwięcej we wciąż nieukończonej serii „Radykalni”, ale w każdej jest cząstka mnie albo osób, które kiedyś poznałem i historii, których kiedyś przeżyłem albo których wysłuchałem. Chyba każdy pisarz czerpie inspiracje z życia i ja nie jestem tu żadnym wyjątkiem. A że historia mojego była ciut bardziej barwna niż przeciętnego zjadacza chleba, tylko pomaga mi to w tworzeniu kolejnych postaci, ciekawych charakterów czy fabuł i historii, które co prawda są fikcją, ale generalnie nie tchną sztucznością, bo są mocno zakotwiczone w realiach.

Czy to jedyne źródło pana inspiracji, czy znajduje je pan jeszcze gdzieś indziej?

Inspirację czerpię dosłownie ze wszystkiego co widzę, słyszę i czuję. Pomysł na książkę czasem rodzi się tygodniami albo i miesiącami, a czasem przychodzi w najmniej spodziewanym momencie, dosłownie w ułamku sekundy. Taki właśnie impuls pojawił się w przypadku „Matni”, której w zasadzie nie planowałem. Nie mogę zdradzić, co było tym impulsem, bo totalnie bym zaspojlerował, ale dla zainteresowanych wyjaśnienie zostawiłem w posłowiu. Inny przykład to sytuacja, która spotkała mnie nad morzem, gdzie spędzałem ostatnie wakacje z dziećmi. Sytuacja ta była na tyle przerażająca, że zrodziła pomysł na kolejną książkę. Na razie nie mogę więcej zdradzić, ale obiecuję, że się przyznam, gdy już ją napiszę, najlepiej w okolicach premiery. I od razu uczulam – tym razem będzie soczyście i krwawo.

Przemysław Piotrowski – ma dwójkę dzieci, studiował w Hiszpanii i USA, wiele lat
pracował za granicą, między innymi na drapaczach Nowego Jorku i platformach
wiertniczych, z różnej maści uciekinierami z całego świata. Wcześniej był dziennikarzem.
Sławę przyniosło mu głośne „Piętno” i inne książki z serii o komisarzu Brudnym.

Jego najnowsza powieść „Matnia” jest już dostępna w przedsprzedaży.

Artykuł sponsorowany


komentarze [3]

Sortuj:
więcej
Niezalogowany
Aby napisać wiadomość zaloguj się
Myszka  - awatar
Myszka 10.08.2021 08:17
Czytelniczka

Czekam na tę książkę.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
ajjna  - awatar
ajjna 12.08.2021 08:26
Czytelniczka

Ja również.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post
Niezalogowany
Aby napisać wiadomość zaloguj się
LubimyCzytać  - awatar
LubimyCzytać 09.08.2021 11:01
Administrator

Zapraszamy do dyskusji.

Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam Zobacz ten post